Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Megadeth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Megadeth. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 października 2016

Megadeth- Peace Sells But Who's Buying 25th Anniversary Edition (Capitol 2011)

Już kiedyś pisałem o tej płycie, ale dziś natchniony przez post z Musik Site postanowiłem raz jeszcze się do niej odnieść i przybliżyć wam krótko jej jubileuszowe wydanie z 2011 roku.
Na pierwszym dysku mam nowy remaster tegoż albumu zrobiony na potrzeby tego wydawnictwa. Porównując do oryginalnego, starego wydania dźwięk jest podrasowany, czystszy i ma więcej mocy, wszystko zostało tu podkręcone. Wiem, że jest wielu zwolenników tych oryginalnych miksów, ale mi jakoś ten nowy lepiej leży, trudno się z resztą dziwić, w większości przypadków jestem zwolennikiem dobrych produkcji i czystego mocnego brzmienia, także takie opcje na ogół wybieram.
Druga płytka to zapis koncertu z Cleveland z 1987. Fajny bonus, można posłuchać ale generalnie nic specjalnego.


Co się tyczy samej formy wydania. Przyznam się, że jak na jubileusz takiej płyty spodziewałem się większych fajerwerków. Fakt były, ale tylko dal fanów winyli (box z paroma sztukami, różnymi gadżetami itd.). Zwolennicy kompaktów dostali tylko namiastkę, czyli dwie płytki oraz booklet w którym są dwie duże foty z czasów wydania albumu, i parę małych, które widzieliśmy już w reedycji płyty sprzed paru lat. Jest też trochę tzw. liner- notes do poczytania. No i to byłoby na tyle. Raczej skromnie niż z pompą, ale to i tak lepsza opcja niż pojedynczy cd obecnie wciąż dostępny. Także jeżeli nie macie jeszcze tej płyty w swoich zbiorach to rekomenduję zakup niniejszej wersji lub po prostu poszukanie starego wydania jeżeli specjalnie nie zależy wam na formie.
Jak ktoś ma ochotę zapoznać się z moją recenzją "Peace Sells..." to podaję link: Megadeth- Peace Sells But Who's Buying? (Capitol Records 1986)



czwartek, 28 lipca 2016

Megadeth- Another Time a Different Place (książka/ album)

Poniekąd jedno z moich ostatnich rozczarowań, chociaż może to za dużo powiedziane. Bądź co bądź nie byłem i raczej nie będę tym zakupem usatysfakcjonowany tak jak tego oczekiwałem. Rzeczony mini albumik, bo tego książką nazwać nie można, to zbiór zdjęć Megadeth wykonanych przez Billa Hale'a w trakcie wczesnych lat działalności zespołu (plus zdjęcia Friedmana gdy dołączył do grupy). Wszystko zebrane na 128 stronach formatu A5. Czemu nie książka? Bo stron do czytania jest łącznie siedem, wystarczyło parę minut i ogarnięte, także tylko format świadczy o książkowości tej pozycji. Bynajmniej nie jest to skrócona biografia, a krótkie wypowiedzi/ retrospekcje autora, Dave'a Mustain'a, David'a Ellefson'a oraz niejakiego Tom'a Trakas'a. Także szału nie ma, za to ogromny niedosyt. Zdjęcia same w sobie są oczywiście świetne, wysokiej jakości i widać, że wykonane przez profesjonalistę z pasją. Jednak niespecjalnie ratuje to sytuację. Album rozplanowany jest w taki sposób, że w 90% mamy po jednym zdjęciu na stronę co jest marnotrawstwem miejsca i chęcią uzyskania obszerniejszego efektu (zupełnie jak przy pisaniu prac na studiach). Początki "rozdziałów" to w każdym przypadku pusta strona z niewielkim nagłówkiem, kolejny zabieg, aby dać więcej stron. No jednym słowem kiepsko proszę Państwa.


Dlaczego zatem zdobyłem się na zakup? Pierwszy i najważniejszy powód to fakt, że ostatnimi czasy wreszcie przekonałem się do Megadeth i ku mojemu zaskoczeniu szturmem weszli do mojej metalowej czołówki. Obecnie jest to, poza wspomnieniami lidera, jedyna książkowa pozycja dotycząca tego zespołu, także to też jest jakiś powód. Po drugie to właśnie genialne fotografie. Bez większych sukcesów poszukiwałem w internecie jakiś przecieków wnętrza tego tytułu aby utwierdzić się w chęci zakupu lub sobie darować. Niestety, odnalazłem tylko strony z fotkami i żyłem w przeświadczeniu, że to tzw. tablice ze zdjęciami a reszta to tekst. Jest jeszcze opcja, że było coś w temacie, a ja to zwyczajnie przegapiłem. Nie wiem. Niby padało stwierdzenie "photo book", ale wciąż łudziłem się że przynajmniej kilkanaście stron tekstu będzie. W każdym bądź razie gdy wczoraj rozpakowałem paczkę przeżyłem drobny zawodzik. Gdybym z obecną wiedzą miał dokonać wyboru to za tą cenę (nie będę przytaczał bo trochę wstyd) bym się nie zdecydował. Oczywiście dla zwolenników Megadeth jest to jakaś gratka i skoro już mam to pozbywać się nie będę, od czasu do czasu będzie można się pogapić na te fotki, ale jeżeli ktoś nie jest uber fanem to odradzam, trochę strata kasy (może gdyby było znacznie tańsze to i byłoby warto).
P.S. Album jest w języku angielskim i niestety jest u nas niedostępny, chyba że na specjalne zamówienie.



środa, 6 lipca 2016

Megadeth- Peace Sells But Who's Buying? (Capitol Records 1986)

Przez długi czas nie lubiłem Megadeth, zespół Mustaine'a nijak do mnie nie przemawiał. Sprawy uległy zmianie jakoś w ubiegłym roku. Sięgnąłem po nich bo akurat szukałem czegoś "nowego" do posłuchania, więc pomyślałem, a niech, zabiorę się za nich raz jeszcze. No i jakimś cudem zaskoczyło. Wcześniej wydawali mi się nudni, muzyka nieszczególna, a tu raptem jakimś magicznym sposobem zmiana o 180 stopni. Cóż, bywa.


Na tapetę postanowiłem wziąć drugi pełny album Megadeth, chyba z resztą najsłynniejszy i pierwszy, z którym się niegdyś zetknąłem. W 37 minutach zespół skondensował 8 utworów. Najciekawszymi kawałkami w mojej opinii są tytułowy i istotnie znakomity "Peace Sells But Who's Buying" z charakterystycznym basem na początku, "Devil's Island" z wpadającym w ucho rozpędzonym riffem oraz zamykający album "My Last Words" ze świetną solówką i fajnym, chwytliwym motywem prowadzącym. Pozostała część niczym specjalnym się nie wyróżnia i niespecjalnie wchodzi w pamięć, jest raczej przeciętna. Oczywiście nie jest to słaby album, jest solidny i dobrze się go słucha, ale zwyczajnie są w dyskografii Megadeth krążki lepsze od tego. Dave po opuszczeniu Metallici miał sporą konkurencję i to nie tylko w postaci swojego byłego zespołu. Dwie, a może nawet i trzy pierwsze albumy były swoistym nabieraniem rozpędu i dopiero "Rust in Peace" nadgonił czołówkę na stałe. Już sam fakt, że "Peace Sells..." został wydany w 1986 jest dla niego niefortunny. Tego roku ukazały się płyty Metallica "Master of Puppets" oraz Salyer "Reign in Blood", a z tymi wydawnictwami w zakresie thrashowej sztuki nikt nie da rady się mierzyć.
Zespołowi należą się gratulacje za koncept na okładki albumów, pomysł może już nie tak oryginalny bo zainspirowany przez Iron Maiden, ale się wpasował. Postać Rattlehead'a, która przewija się na prawie wszystkich wydawnictwach grupy, zainicjowana już w pełnej formie na wspomnianej płycie, daje to sporą rozpoznawalność i na stałe zapisuje się w annałach metalowych artworków.
Podsumowując, album nie jest jakiś specjalnie rewelacyjny, ale z chęcią się do niego wraca, bo to jedna z wizytówek thrashu lat 80-tych, bądź co bądź klasyka. Mimo faktu, że nie porywa mnie tak jak "So Far, So Good, So What" czy "Countdown to Extinction" to stawiam go w swoim zestawieniu krążków Megadeth na 3 pozycji. Choroba, ma coś w sobie mimo wszystko.
Poniżej moja kopia płyty w starym, kanadyjskim wydaniu z Combat Records na licencji Capitol.