Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pagan Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pagan Records. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 czerwca 2020

Mordhell - Graveyard Fuck (Pagan Records 2020)

Dziewięć długich lat (czy nawet dziesięć) minęło od ostatniego pełnego albumu Mordhell. Panowie wracają z nową płytą  w barwach Pagan Records i jest totalna rozpierducha! Zespół okrzepł już w swoim brudnym, bluźnierczym i bezkompromisowym stylu i zaserwował nam swój najlepszy jak dotąd album. Cały czas bym odpalał ponownie, wciąga cholernik. Wiadomo, że ich muza jest bardzo prostolinijna i niespecjalnie wyszukana, ale taka ma właśnie być. Tutaj diabeł nie tkwi w szczegółach, a w prostocie i dobrych riffach. To absolutnie nieokrzesany oldschoolowy Black Metal podkuty jakby punkową chwytliwością, coś totalnie w stylu podobnym do Carpathian Forest czy miejscami Gorgoroth, tylko bardziej surowo i z większym kopem w zad. W sumie Mordhell jest takim naszym odpowiednikiem pierwszego z wymienionych wyżej zespołów, tyle że lepszym. Przynajmniej ja tak uważam, a wraz z "Graveyard Fuck" nagrali własne "Fuck You All". Do tego słychać w tym to szybsze oblicze Hellhammer/ Celtic Frost. Zatem czego chcieć więcej? Jak dla mnie niczego! Tak trzymać!
Samo wydanie płyty też zasługuje na wspomnienie, bo zacnie współgra z zawartością i w punkt odzwierciedla to, co na niej dostajemy. No i jeszcze na koniec, "Graveyard Fuck" to nie jest żadne objawienie dla sceny, nikt tu nie sili się na odkrywanie koła na nowo czy inne śmieszne zabiegi, żeby się ludziskom ta muzyka podobała. Mordhell wygrywa tu szczerością i oddaniem swojemu stylowi i za to szacun. Polecam każdemu, komu ta metalowa prostota nie straszna i lubi stare dobre granie! Jeżeli to nie Twoje klimaty, to odpadniesz już na początku.Tyle w temacie! Dla mnie sztos!

https://www.facebook.com/mordhell/
https://pagan-records.com/
https://mordhell.bandcamp.com/

English translation:

Nine long (or even ten) years have passed since the last full-length Mordhell ​​album. Gentlemen are coming back with a new album via Pagan Records and it is a total destruction! The band has already solidified in their dirty, blasphemous and uncompromising style and served us their best album so far. I would like to play it again and again, it is so damn good. It is known that their music is very straightforward and not particularly sophisticated, but it should be that way. Here the devil is not in the details, but in simplicity and good riffs. This is absolutely uncouth oldschool Black Metal filled with some sort of punk catchiness, something totally similar to the style of Carpathian Forest or even Gorgoroth, only more raw and with a larger kick in the butt. All in all, Mordhell ​​is our equivalent of the first of the bands mentioned above, only better. At least that's what I think, and with "Graveyard Fuck" they recorded their own "Fuck You All". What's more, you can hear the faster face of Hellhammer/ Celtic Frost here. So is there anything more to add? Nothing for me! Keep it up!
The very release of the album also deserves a mention, because it perfectly harmonizes with the content and in point reflects what we get on it. And finally, "Graveyard Fuck" is not anything new to the scene, no one here is trying to reinvent the wheel or add any other funny stuff, so that people may like this music. Mordhell ​​wins here with honesty and devotion to their style and for that they deserve respect. I recommend it to anyone who is not afraid of metal simplicity and likes good old stuff! If this is not your cup of tea, then you will fall out at the beginning. That's all! Killer album!





piątek, 17 kwietnia 2020

Ols - Widma (Pagan Records 2020)

"Widma" to trzeci pełny album folkowego/neofolkowego projektu, za którym stoi Anna Maria Oskierko, wokalistka i multiinstrumentalistka. Słyszałem dwa poprzednie krążki i muszę powiedzieć, że "Widma" są tym najdojrzalszym i najbardziej klimatycznym. W sumie koncept obracający się wokół tematyki przemijania i śmierci, jesieni życia zobowiązuje do konkretnej atmosfery. Cieszę się bardzo, że Ols trafił wraz z tym albumem pod skrzydła Pagan Records. Tomasz jest otwarty na dobrą muzykę, nie tylko stricte metalową, o czym świadczy chociażby wydanie Yearn of the Wicked. Ols zasługuje na dostrzeżenie i dobrego wydawcę. No, ale wróćmy do samej płyty. "Widma" to gra emocji, tych bardziej mrocznych folkowych dźwięków, pasaży linii wokalnych budujących atmosferę - mantrycznych, szamańskich, tworzących specyficzną aurę. Z jednej strony jest to bardzo refleksyjne, z drugiej nawet niepokojące, ale wciągające w ten swój spowity mrokiem świat. Wszystko otaczają bardzo fajne bębny i płynące w tle, hipnotyczne melodie. Za utwór sztandarowy uznaję tu "Siostry", jest pełen klimatu i bardzo chwytliwy, mimo swojej lekko ponurej otoczki. Momentalnie zaczyna nucić się pod nosem jego tekst. Ma tu również swoje pięć minut gitara elektryczna, która pięknie wybrzmiewa w "Ukojeniu". Ciekawe urozmaicenie jak na stricte folkowy album.
Powstała bardzo ciekawa, kompleksowa płyta i, tak jak wspomniałem, bardzo emocjonalna. Słychać tu inspiracje Heilung, Wardruną, Tenhi czy Myrkur. W moim mniemaniu Ols zasługuje, aby stawiać go obok tych zespołów, bo to w sumie jest taki nasz Heilung, tylko mniej pierwotny, "plemienny", a bardziej kontemplacyjny, refleksyjny. No i jednoosobowy. I tu Ania zasługuje na ogromny szacunek, bo cały album to przede wszystkim jej praca. Kto lubi folkowe granie, nie powinien przejść obok tej płyty obojętnie. Rzekłem!

https://www.facebook.com/Olsproject/
https://olsproject.bandcamp.com/
https://pagan-records.com/

English translation:

"Widma" is the third full album of the folk/neo-folk project created by Anna Maria Oskierko, vocalist and multi-instrumentalist. I heard the previous two albums and I have to say that "Widma" is the most mature and atmospheric one. All in all, the concept revolving around the subject of transience and death, autumn of life obliges to a specific atmosphere. I am very happy that Ols signed a deal with Pagan Records for this album. Tomasz is open to good music, not only strictly metal, as evidenced by the release of Yearn of the Wicked. Ols deserves to be heard wider and gain a good publisher. Well, let's get back to the album itself. "Widma" is a game of emotions, those more darker folk sounds, passages of vocal lines building the atmosphere - mantric, shamanic, creating a specific aura. On the one hand it is very reflective, on the other it is even disturbing, but it draws you into this dark world. Everything is surrounded by very nice drums and hypnotic melodies flowing in the background. I consider "Siostry" to be the flagship song here, it is full of climate and very catchy, despite its slightly gloomy feeling. You immediately begin to sing its lyrics while listening. Electric guitar has its five minutes as well, which beautifully sounds in "Ukojenie". Interesting variety for a strictly folk album.
A very interesting, comprehensive record was created and, as I mentioned, very emotional. Heilung, Wardruna, Tenhi and Myrkur inspirations are heard here. In my opinion, Ols deserves to be put next to these bands, because it's actually our Polish Heilung, only less tribal, and more contemplative, reflective. And it's one man project. And here Ania deserves great respect, because the whole album is primarily her work. Who likes folk stuff should not pass by this album indifferently. I have spoken!




sobota, 28 marca 2020

Narrenwind - Mojej Bolesnej Śnię Dobrą Śmierć (Pagan Records 2018)

Debiut Narrenwind to płyta, która gdzieś mi umknęła w natłoku innych materiałów; którą od czasu jej premiery chciałem zrecenzować, ale do tej pory jakoś się nie złożyło. Chcę to teraz nadrobić, tym bardziej, że czas jest sprzyjający. W końcu za dwa miesiące kolejna, trzecia już płyta projektu Evila i Klimohra. Zatem koniec tych wstępów i tłumaczeń, do rzeczy.
Co trzeba zaznaczyć na początku to fakt, że Narrenwind to twór, który ma w głębokim poważaniu schematy i trendy, i tendencje w graniu, zwłaszcza w obrębie Black Metalu. Idzie swoją własną ścieżką. Nie zważa specjalnie na to, czy spodoba się setce, czy kilku tysiącom osób. Oczywiście jest tu spora inspiracja późniejszym Bathory. Czasem można rozpoznać pewne zagrywki, jak na przykład w otwierającym płytę "Wydłużam Cień Boga Ciemności" czy "Przemocą Wepchnięci w Istnienie", no i tę jedyną w swoim rodzaju epickość i klimat. Podbija to zwłaszcza tendencja Narrenwind do średnich i wolnych temp. Mimo tego zespół jest na wskroś oryginalny, przynajmniej w moim odczuciu. Budowa kompozycji, brzmienie, aura zadumy, refleksji wokół tej muzyki... Nawet te okazyjne klawisze, ambientowe naleciałości w stylu Burzum słyszalne w "Wietrze Głupców" dorzucone w taką estetykę to stosunkowo ciekawy zabieg i bardzo udany. Mam wrażenie, że nie można Narrenwind pomylić z żadnym innym zespołem. Wykorzystują elementy z dawnych czasów, łącząc je ze swoją własną osobistą wizją. Do tego dochodzą wokale Klimohra, które też są stosunkowo rozpoznawalne. "Mojej Bolesnej Śnię Dobrą Śmierć" to płyta, która płynie, żyje swoim własnym życiem i snuje niespiesznie swoją opowieść. Jest jak dobra książka. Na początku wciągający, ekscytujący prolog, potem budowanie klimatu, wciąganie słuchacza, wsiąkanie w jej świat, a na koniec nostalgiczny epilog w postaci melancholijnego "Nic". No i teksty utworów. Jak zwykle nie są dla mnie tą najważniejszą częścią twórczości, tak tutaj pracują na równi z muzyką i są bardzo istotnym elementem całości, dokładając się do atmosfery albumu. Kawał naprawdę fenomenalnej sztuki, która nie może przejść bez echa i docenienia. Takie płyty tworzą historię sceny, trzeba ich słuchać, znać i pamiętać o nich, kropka!

https://pagan-records.com/
https://www.facebook.com/narrenwind/
https://narrenwind.bandcamp.com/

English translation:

Narrenwind's debut is an album that I missed somewhere in the sheer volume of other materials; that I wanted to review since its release, but it hasn't happened yet. I want to make up for it now, the more that time is favorable. Finally, in two months, the next, third album by Evil and Klimohr will be out. So let's end these introductions and so on, to the point now.
What needs to be emphasized at the beginning is the fact that Narrenwind is a creature that does not respect the patterns, trends and tendencies in playing, especially within Black Metal. It goes his own path. It doesn't matter if it appeals to a hundred or several thousand people. Of course, there is a lot of later Bathory influences here. Sometimes you can recognize certain stuff, such as the one in the opening "Wydłużam Cień Boga Ciemności" or "Przemocą Wepchnięci w Istnienie", and this unique epicness and atmosphere. This is even emphasized more by Narrenwind's tendency to medium and slow tempos. Despite this, the band is thoroughly original, at least in my opinion. The composition, sound, aura of pensiveness and reflection around this music... Even these occasional keyboards, Burzum-like ambient influences heard in "Wiatr Głupców" added to such aesthetics are a relatively interesting procedure that turns out great. I have the impression that Narrenwind cannot be mistaken for any other band. They use elements from old times combining them with their own personal vision. An addition to this are Klimohr's vocals, which are also relatively recognizable. "Mojej Bolesnej Śnię Dobrą Śmierć" is a record that flows, lives its own life and spins its story slowly. It's like a good book. At first, an engaging, exciting prologue, then building a climate, drawing the listeners attention, then getting into the art's world, and finally a nostalgic epilogue in the form of melancholic "Nic". And the lyrics... As usual, they are not the most important part of work for me, but here they work equally with the music and are a very important element of the whole, adding a lot to the atmosphere of the album. A piece of truly phenomenal art that cannot go unnoticed or unappreciated. Such records create the history of the scene, you have to listen to them, know and remember them, period!




niedziela, 26 stycznia 2020

Imperator - The Time Before Time (Nameless Productions 1991/ Nuclear War Now! 2019)

Zespół i album można powiedzieć legendarny. Nie wiem, czy Imperator nie jest tą najważniejszą grupą z polskiego metalowego podziemia, która cieszy się aż tak zauważalną sławą, poważaniem i szacunkiem fanów starego i młodego pokolenia. To w końcu oni mieli być niegdyś wydani przez Deathlike Silence, a sam Bariel wymienił tony listów zarówno z Deadem, jak i Euronymousem. Ale do rzeczy. "The Time Before Time" to jedyny pełny album w dorobku grupy. Ale za to jaki! Nie ma co się oszukiwać, to Death Metal najwyższej próby! Są tu marszowe, ale i karkołomne riffy (niekiedy wciąż mogące się poszczycić nieco thrashową chwytliwością), trochę technicznych zawiłości, raptowne zmiany tempa i porywające solówki. Wszystko to okala bezlitosna sekcja rytmiczna i nienawistny wokal Bariela. Brzmienie zachowało sporo surowości, co dodatkowo nadało płycie tego specyficznego oldschoolowego klimatu (bardzo podobny ma "Hell Awaits" Slayer, a to już nie lada porównanie). "The Time Before Time" to chaos, ale chaos misternie zaplanowany, uporządkowany - jakkolwiek by to nie brzmiało. To kolejna wyjątkowa cecha tej płyty. Z jednej strony jest to album prosty, bezpośredni w swym przekazie, a z drugiej złożony, muzycznie bogaty. Tym materiałem Imperator stanął na podium naszej Death Metalowej sceny obok takich dzieł jak "The Ultimate Incantation" (1992) Vader czy "Calamity" (1994) Betrayer. I z pewnością można powiedzieć, że to "The Time Before Time" rozpętało na naszej scenie piekło, które dało bodziec tylu niesamowitym zespołom i płytom, jakie ukazały się na polskiej scenie w kolejnych latach. Śmiem twierdzić, że Imperator był najbardziej ekstremalnie grającą grupą tamtego czasu.
Ogromna szkoda, że w czasie gdy album się ukazał, jego promocja kulała i tak niewiele osób miało go na swojej półce. Został on pierwotnie wydany tylko na winylu przez Nameless Productions należące do Tomasza Grabowskiego. Dopiero w 1997 doczekał się pierwszej porządnej reedycji na CD dzięki Pagan Records. Istnieje jeszcze edycja kompaktowa z 1994, wydana przez Loud Out, ale nie mam pewności, czy była ona autoryzowana przez zespół. W 2019 Nuclear War Now! pokusił się o wznowienie albumu na winylu i CD (zdjęcia poniżej) i jest to moim zdaniem najlepsze wydanie tej płyty, jakie się do tej pory pojawiło. Takie, na jakie ten album zasługuje!
Mimo wydawniczego pecha w latach 90. i zniknięciu zespołu ze sceny na wiele kolejnych lat, "The Time Before Time" wsiąkł głęboko w podziemie i znali go po czasie wszyscy siedzący w temacie. Wystarczyło to, aby przetrwał w świadomości i pamięci słuchaczy, zapisując się na kartach historii sceny wielkimi literami. To nie tylko Death Metalowa płyta, to wciąż żywa legenda!

https://www.facebook.com/ImperatorOfficial/

English translation:

The band and the album that can be described as legendary. I do not know if the Imperator is not the most important group from the Polish metal underground, the one which enjoys such noticeable fame and respect from fans of the old and young generation. After all, they were to be once published by Deathlike Silence, and Bariel himself exchanged tons of letters with both Dead and Euronymous. But to the point. "The Time Before Time" is the only full-length album in the group's discography. A hell of an album! There is no doubt, it's Death Metal of the highest quality! There are marching and neckbreaking riffs (sometimes still having that thrashy catchiness), some technical complexities, rapid tempo changes and thrilling solos. All this is surrounded by a merciless rhythm section and Bariel's hateful vocals. The sound retained a lot of rawness, which additionally gave it that specific oldschool atmosphere ("Hell Awaits" by Slayer is very similar, which is quite a comparison). "The Time Before Time" is chaos, but chaos carefully planned - however it may sound. This is another unique feature of this album. On the one hand, simple, direct in its message, and on the other, complex, musically rich. With this material, Imperator stands on the podium of our Death Metal scene, alongside such works as "The Ultimate Incantation" (1992) by Vader or Betrayer's "Calamity" (1994). And it can certainly be said that "The Time Before Time" unleashed hell, which gave an impulse to so many amazing bands and records that appeared on the Polish scene in the following years. I dare to say that Imperator was the most extreme group of that time.
It is a pity that when the album was released, its promotion was lame, and so few people had it on their shelves. It was originally released only on vinyl by Nameless Productions belonging to Tomasz Grabowski. It wasn't until 1997 that it had its first solid re-release on CD, thanks to Pagan Records. There is also a compact edition from 1994, released by Loud Out, but I'm not sure if it was authorized by the band. In 2019 Nuclear War Now! got tempted to reissue the album on vinyl and CD (photos below) and in my opinion this is the best release of this record that has appeared so far. The one this album truly deserves!
Despite the publishing bad luck in the '90s and the band's disappearance for many years to come, "The Time Before Time" sank deep into the underground and everyone in the subject knew it after a while. It was enough to survive in the consciousness and memory of its listeners to make its recognisable place on the pages of the scene's history. It's not just a Death Metal album, it's a living legend!




wtorek, 1 stycznia 2019

Devilpriest- Devil Inspired Chants (Pagan Records 2017)


Pierwsza recka w nowym roku. Nie będę ukrywał, że styczeń minie przede wszystkim na nadrabianiu materiałów o których chciałem napisać, głównie tych z 2018/17 roku, a do tej pory nie zdążyłem lub z różnych powodów odkładałem na potem.
Zatem do rzeczy. Devilpriest. No tutaj mocno żałuję, że recka nie pojawiła się przynajmniej rok temu, no ale najzwyczajniej w świecie zakup płytki odwlekł się w czasie. Debiut ekipy z Gliwic to najczystszy, przesiąknięty Diabłem Death Metal jaki tylko można sobie wyobrazić, no i rzecz jasna stara szkoła pełną gębą. Z resztą, czy cokolwiek innego mogło wyjść spod rąk muzyków takich grup jak Embrional, Witchmaster czy Anima Damnata? Nie sądzę. Zajebiste granie już na wstępie wisiało w powietrzu i takowe dostaliśmy. Słuchając takich materiałów człowiek napawa się dumą, że w naszym kraju nagrywane są takie płyty, że łeb w podziemiu podnoszą takie debiuty. Śmiało możemy zaliczać naszą scenę jak nie do światowej, to przynajmniej do europejskiej czołówki, nie będzie tu ani grama przesady, a "Devil Inspired Chants" to namacalny tego dowód. Mamy tutaj nie tylko bezpośrednią, Death Metalową nawałnicę, ale również sporo złożoności w warstwie riffów, także materiał jest bogaty w ciekawe struktury i "zwroty akcji" podkreślone smolistym, mocnym brzmieniem, a nad całokształtem unosi się swoista płynność, którą oznacza tylko właściwych ludzi na właściwym miejscu, totalne oddanie i wyczucie granej muzyki. Klimat płyty jest mroczny, złowieszczy, naładowany agresją, a każdy dźwięk rozcina powietrze niczym najostrzejsza brzytwa. Poważny, szczery i misternie zagrany Metal Śmierci w którym niewątpliwe sam Czart maczał paluchy hehe. Jeńcy nie zostali wzięci! Szacun Panowie! I szacun dla Tomka i Pagan Records za nosa w temacie i wydanie tak świetnego materiału!

https://www.facebook.com/devilpriestofficial/
https://pagan-records.com/


poniedziałek, 17 grudnia 2018

Behemoth- ...From the Pagan Vastlands (Pagan Records 1994/ Witching Hour 2011)


To demo to już klasyk naszego krajowego podziemia, i jedno z czołowych wydawnictw czasu gdy formowała się u nas scena BM. W czasie kiedy się ukazało nie było chyba równie pieczałowicie wydanej taśmy. Pagan Records stanęło tu na głowie! Zespół, mimo ogromnych wpływów sceny norweskiej (zespół potwierdził to już nawet doborem coveru "Deathcrush" Mayhem, który notabene odegrali niemal identycznie jak sama legenda)  w swojej muzyce, miał być z czego dumny, to było wtedy coś. Materiał jak wtedy mało który przenosił ducha północy na nasze ziemie objawiając go w kolejnej formie, która stworzyła charakterystyczne dla naszego kraju brzmienie Black Metalowej sztuki. "...From the Pagan Vastlands" obok demówek, długograjów Graveland, North, Sacrilegium, Marhoth, materiałów Christ Agony, Taranis czy Xantotol był i historycznie wciąż jest istotnym wpływowym elementem naszego metalowego dziedzictwa lat 90-tych, dzieckiem swoich burzliwych czasów, symbolem tego co się wtedy liczyło. Nie chodziło o perfekcję, szlify i cholera wie co jeszcze. Ważna była pasja, przekonanie i chęć tworzenia. Oddanie temu co się robiło. 1994 rok był dynamicznym okresem, a Behemoth stał już u progu domowej wojny między północą, a południem naszej sceny BM, będąc głównym celem wszelakich gróźb o pozerstwo itd. Niemniej ten właśnie rok był dla nich przełomowy, właśnie wtedy ukazało się "...From the Pagan Vastlands" zdobywając scenę, nie tylko krajową, niemal szturmem. Kto nie pamięta tych wszystkich wywiadów jakie pokazywały się w zinach, słynnych fot zespołu cykniętych z końcem 93' roku w leśnych ostępach między Brzeźnem, a Letniewem (Gdańsk), które towarzyszyły tym treściom i które lądowały zapewne w wielu skrzynkach pocztowych wraz z demem i biosami? Pozytywne recki materiału pokazywały się w zinach również poza granicami Polski, a samo demo, rozeszło się w kilku tysiącach egzemplarzy i doczekało wersji cd z ramienia Nazgul's Eyrie oraz amerykańskiej Wild Rags. Do jego już nieco pogańskiego sznytu doszły riffy inspirowane po części twórczością takich hord jak Enslaved czy Immortal (no jak tu zapomnieć chociażby charakterystyczne "łał łał!" w "Thy Winter Kingdom", no ale kurde, miało to klimat!), wspierane przez tło klawiszowe (sesyjna robota Czarka Morawskiego) i złowieszcze wokale. Sama okładka to też już czysty kult i jedno z bardziej charakterystycznych dzieł w temacie, a jest ona zasługą, jeszcze w czasie nagrywania basisty Behemoth, Sebastiana "Orcusa" Kolasy. Chodzi o rzecz jasna corpse- paintową twarz, do której leśne tło dodał już Tomasz Krajewski. To wszystko wciąż sprawia, że o tym demie będzie się pamiętać i wciąż do niego wracać, jeżeli nie ze względu na samą muzykę, to z całą pewnością na sentyment. Mi nie dane było dorastać w tamtych czasach, ale od lat chłonę wiedzę i wspomnienia wielu osób na jego temat i mam nadzieję, że przynajmniej w małym stopniu udało mi się obudzić nostalgię i pamięć u tych, którzy wciąż je pamiętają.
Poniżej kompaktowa reedycja wydana przez Witching Hour w 2011. Zastąpiła moją mocno zasłużoną, oryginalną wersję kasetową.

Przy okazji trochę self-promotion ;) Wspierajcie: https://www.facebook.com/BehemothTheEarlyDays/


czwartek, 22 listopada 2018

Mentor- Cults, Crypts and Corpses (Pagan Records 2018)

Zajechał nowy album od Mentor i jest... Kawałem bijącej w twarz , Metalowej sztuki! Bezkompromisowej, żyjącej swoim własnym życiem! Szacun Panowie, bo kopara objechała do podłogi i za cholerę nie chce wrócić na miejsce po zakończonym odsłuchu. Materiał jest mocarny, gęsty, soczyście, dynamicznie brzmiący, kipiący furią i energią! Jakby tego mało mamy tu istny rollercaster przeróżnych wpływów od Death Metalu/ Death & Rolla, poprzez Black/ Thrash na klasycznym, walcowatym Doom Metalu kończąc. Zęby szczerzą do nas echa takich załóg jak Dismember, późniejszy Entombed, Celtic Frost, Venom, Pentagram czy nawet Black Sabbath ("Gather by the Grave"- czapki z głów! Piękny odnośnik do "Lord of this World" i nie tylko). Takie płyty lubię! Nie kopiujące, a inspirowane, przekuwane w świeżą formę. Jeden korytarz wiodący, ale wiele drzwi, które przecież można otworzyć, zajrzeć do środka, coś ze sobą zabrać i iść dalej. Wszystko to jest dodatkowo podlane zadziornym Punkiem i Rock 'N' Rollem. Tak jak debiut nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia i dostrzegałem w nim pewną schematyczność kompozycji, pewną, acz nienachalną, przewidywalność, tak na "Cults, Crypts and Corpses" do końca nie miałem pewności czym za chwilę przywalą. Generalnie gro utworów utrzymanych jest w podobnej motoryce, tempie, ale za każdym rogiem czają się inne wpływy wplecione w ten pełen agresji, szarżujący trzon. Bardzo podoba mi się tu również to tłuste brzmienie, które uwydatnia walory materiału i daje mu dodatkowego kopa. Uważam, że pójście tu w brzmienie bliższe Death/ Doom metalowym płytom zrobiło tej płycie bardzo dobrze, wprowadzając szczyptę nieschematyczności i świeżego spojrzenia na sposób grania w którym u swoich podstaw porusza się Mentor. Najlepsza z tych płyt wypełnionych energią, oldschoolem i prostolinijnością jakie wyszły w 2018 i jakich dane mi było posłuchać!

https://www.facebook.com/MENTORrock/


czwartek, 11 października 2018

Varmia- W Ciele Nie (Pagan Records 2018)

Dla mnie osobiście drugi krążek olsztyńskiej Varmii, jak i sam zespół, jest swoistym objawieniem naszej sceny, świeżym spojrzeniem na hybrydę Pagan i Black Metalu. Już na "Z Mar Twych" się działo. Grupa zaproponowała kapitalną mieszankę ostrych, mocnych brzmień okraszonych akustycznymi elementami, folkowym sznytem i sporą dawką klimatu. "W Ciele Nie" to kolejny krok w głąb tej estetyki, ale jest jeszcze intensywniej, soczyściej, elementy charakterystyczne zespołu zostały tu jeszcze mocniej podkreślone. Z jednej strony mamy tą Black Metalową nawałnicę ze świetnymi gęstymi riffami (jest w tym nawet odrobina melodyjności), a z drugiej folkowe, pogańskie echa (rogi, bębny) i te kapitalne, wyśpiewywane na przemian czystym i wykrzyczanym wokalem chórki. Ileż majestatu nadaje ten zabieg, jeszcze nigdy nie spotkałem się na żadnej płycie z takim tego efektem jak właśnie u Varmii. Każdy kawałek brzmi potężnie. Materiał urozmaicony jest dodatkowo okazjonalnymi zmianami tempa, przejściami z odrobinę wolniejszych motywów do wspomnianych intensywnych pełnych furii galopad jak chociażby w "Stygma Ziemi". Mamy też "Czeremchę", którą pozwolę sobie nazwać balladą. Utwór utrzymany jest w stylu tego co Ulver zrobił niegdyś na całym albumie "Kveldssanger". Jest to w pełni akustyczna, folkowa kompozycja o bardzo nostalgicznym, lekko posępnym klimacie. Piękny przerywnik między kolejną dawką intensywnych brzmień. Moimi osobistymi faworytami na płycie są otwierający wydawnictwo "Tawe" oraz "Ni Ya", dla mnie są kwintesencją tego co słyszymy na tym albumie. Łączą w sobie wszystkie jego wyróżniające cechy i są swoistą wizytówką stylu Varmii. Co ciekawe płyta, a konkretnie partie gitar, basu i perkusji, nagrana został na setkę, i to nie w żadnym studiu, a w stodole. Natomiast wokale i instrumenty folkowe, również na żywca, w leśnej scenerii. Trzeba przyznać, że zabieg nietuzinkowy, ale da się odczuć jego efekt. Mam wrażenie, że dzięki takiemu zagraniu album zyskał jeszcze więcej na swoim ładunki energii i emocji.
Podsumowując, "W Ciele Nie" jasno mówi, że mamy już do czynienia z zespołem dojrzałym, świadomym, pewnym swej drogi, a co najważniejsze oryginalnym. Nic tylko słuchać, polecać i czekać na kolejny materiał! I jeszcze jedno, płyta na 100% znajdzie się w mojej pierwszej trójce płyt roku, absolutnie na to zasługuje.

https://www.facebook.com/varmiaband/
https://varmiaband.bandcamp.com/


niedziela, 1 października 2017

Sacrilegium- Wicher (Pagan Records 1996/ 2014)

Chyba niewiele byłoby osób, które nie zgodziłby się ze stwierdzeniem, że "Wicher" to jedno z najwybitniejszych dzieł polskiej sceny BM lat 90-tych. Niewiele materiałów może poszczycić się tak niesamowitym klimatem i aurą w którą zaklęta się magia tamtych dni. Od wydania albumu minęło już ponad 20 lat, a on wciąż potrafi czarować, wciągać swoją głębią, nostalgią i mrokiem, w ogóle się nie zestarzał i wciąż znakomicie się broni. To tutaj Sacrilegium stworzyło jeden z najlepszych przykładów połączenia Black Metalu z Pogańską sztuką. Płyta jest bardzo dobrym przykładem jak nasze zespoły potrafiły w misterny sposób przekuć wpływy, inspiracje, które przyszły z Norwegii na swoją modłę i stworzyć sztukę o jeszcze, moim zdaniem, większym ładunku emocjonalnym i, co ważne, bardzo oryginalną i charakterystyczną. Te rzężące gitary, klawiszowe pasaże i chrypiący, upiorny wokal Nantura są nie do podrobienia. Ciężko jest nie zostać pochłoniętym przez takie symfonie jak "W Dolinie Rwących Potoków" (uważam go za utwór sztandarowy z tej płyty, czysta esencja Sacrilegium), "W Rogatym Majestacie Snu" (tutaj w ciekawy sposób objawiają się inspiracje starym Darkthrone i Immortal) oraz majestatyczny "Wicher Falami Ognia", który jest lirycznym sercem tego albumu. Powstało tu dzieło absolutnie skończone, które na zawsze zapisze się jako jedno z najważniejszych wydawnictw naszej podziemnej sceny, tym bardziej, że zdaje się, był to pierwszy album Black Metalowy nagrany całkowicie po polsku i tak mocno skoncentrowany na "leśną" atmosferę wypełnioną Pogańską estetyką.
Poniżej przedstawiam winylową oraz kompaktową reedycję albumu wydaną przez Pagan Records w 2014 roku. Różnice w stosunku do oryginału to nowy mastering, który podziałał na korzyść materiału uwydatniając wszystkie jego walory, nowa szata graficzna (oryginalna została zawarta w książeczce do płyty) oraz spora dawka fotografii zespołu z tamtego okresu. Jako bonus został także dodany utwór ze splitu z North "Jesienne Szepty" pt. "Tam Gdzie Gaśnie Dzień". Ze wszystkim jestem jak najbardziej na tak, chociaż nie bardzo rozumiem zmianę okładki. Jest naprawdę świetna, ale jakoś tęskno mi za tą starą, oryginalną grafiką, która tak niesamowicie współgrała z i oddawała zawartość albumu (poza tym znakomicie prezentowała by się w winylowym formacie).W każdym bądź razie jeżeli ktoś nie posiada 1-szego wydania to jak najbardziej ową reedycję polecam. Co do samej muzyki, cóż, ten materiał nie potrzebuję żadnej rekomendacji, to trzeba znać!

https://sacrilegium.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/SacrilegiumOfficial/
https://pagan-records.com/




poniedziałek, 18 września 2017

Sacrilegium- Anima Lucifera (Pagan Records 2016)

Jak dobrze, że zdarzają się tak kapitalne powroty jak ten Sacrilegium. Chociaż nie, powrót to nie do końca adekwatne określenie. To ponowne narodziny, ale z namiastką pamięci z poprzedniego życia. "Anima Lucifera" to już kompletnie inna bestia niż "Wicher", ale nacechowana świadomością przeszłości. Ta płyta to nowe oblicze zespołu, chociaż utwory, które się tu znalazły powstawały na długo przed jej wydaniem. Mimo nowego, dopracowanego już brzmienia, odejścia od pogańskiej tematyki oraz leśnego klimatu, którym emanował "Wicher", wciąż jest tu obecny duch tamtego czasu, mamy tutaj atmosferę oraz klawiszowe tła, które wyraźnie niosą ze sobą odległe nawiązania do tamtego okresu w ich sztuce. Następujące po intrze "Preludium" "Heavenwings Shrugged" oraz "Angelus" to najlepsze przykłady wspomnianego stanu rzeczy. Oczywiście to Sacrilegium obecnych czasów, ale Panowie tak totalnie nie zostawili swoich korzeni za sobą. Muzyka na "Anima Lucifera" jest dojrzała, przemyślana w każdym calu (od strony technicznej bardzo podobna do drugiego długograja Emperor), pełna świeżości, z nowym intensywnym brzmieniem. Królują tu bardziej agresywne i rozpędzone riffy, ale duchem to wciąż jest Sacrilegium, a nie jakiś biegunowo odmienny twór, przynajmniej ja odnoszę właśnie takie wrażenie. Zespół w moim mniemaniu odnalazł złoty środek i swą mroczną sztukę przekuł w kolejne , siejące zniszczenie ostrze. Dla mnie to płyta niesamowicie inspirująca z niebagatelnym ładunkiem emocji, który udaje się wytworzyć tylko nielicznym. Od pierwszych dźwięków były ciary, a dla mnie to zawsze najlepszy z możliwych wyznaczników jakości.
Niniejszy album jest dowodem na to, że stara gwardia oraz zespoły z pozoru przypięte już do czasów minionych wciąż mogą zaskoczyć, ponownie zawładnąć podziemiem i sięgnąć po dawną chwałę. I takiego właśnie scenariusza życzę Sacrilegium, bo niechybnie na to zasługują. Z niecierpliwością oczekuję kolejnej płyty!

https://sacrilegium.bandcamp.com/



niedziela, 5 marca 2017

Damnation- Reborn... (Pagan Records 1995/ Witching Hour 2014)

Są takie płyty, zespoły, które są symbolami, ikonami swojego czasu, ich nagrania się pamięta, kojarzy z pewnymi okolicznościami, pewnym konkretnym graniem. Taki jest właśnie sopocki Damnation. Działali w najlepszych czasach naszej sceny, a ich death metal był nasycony tym wszystkim co w jego surowej, brutalnej, bezkompromisowej formie najlepsze, co tu dużo mówić, na ich płytach po prostu się działo!
"Reborn..." to ich długogrający debiut wydany w 1995 przez dobrze wszystkim znaną Pagan Records. Załoga Damnation nagrała płytę niesamowicie dojrzałą, pełną ciekawych rozwiązań, aranżacji, budowania klimatu oraz wypełnioną po brzegi kipiącym jadem, diabelskim death metalem najwyższej próby. Wystarczy wspomnieć otwierający płytę konkretnym kopem "Pagan Prayer/ The Antichrist", który z marszu zdolny jest sponiewierać niejednego słuchacza, otwierający riff po prostu wgniata w glebę. Absolutnymi killerami są tu także chociażby "Infestation/ Maldoror Is Dead" czy "Forbidden Spaces" w których pełno jest zmian tempa, drobnych akustycznych wstawek i świetnych solówek okraszonych pogłosem, co dodaje im klimatu. Powstała płyta o czarnej duszy, w której zaklęte zostały wszystkie te pierwiastki, które za każdym razem w tym klasycznym, oldschoolowym death metalu zachwycają i które zawsze chce się słyszeć, no klasa sama w sobie. Jedynym minusem niniejszego krążka może być nieco płaskie brzmienie, ale przy innych jego walorach, nie specjalnie ma to znaczenie. Czy zawsze wszystko musi być idealne? Czasem cały w tym cymes żeby nie było!
Nie ulega wątpliwości, że death metal w wykonaniu Damnation inspirowany jest pionierami gatunku z lat 80-tych, ale nie znaczy to, że zespołowi brak było świeżości i oryginalności, wręcz przeciwnie! Z czystym sumieniem można powiedzieć, że grupa była swojego czasu jednym z ważniejszych death metalowych aktów na naszej scenie, a takie płyty jak właśnie "Reborn..." czy następujący po nim "Rebel Souls" są tego niezbitym dowodem. O tym co stworzył Les i spółka (warto wspomnieć że przez skład grupy przewinęli się min. Jeff z Hell-Born, Nergal, Baal czy Inferno), pod sztandarem Damnation trzeba pamiętać i co jakiś czas odświeżać, bo była to czołówka naszego rodzimego metalowego grania.
W 2014 Witching Hour wypuściło wznowienia prawie całego katalogu Damnation w oparciu o stare wydania tych płyt. Wyszło przednio i jeżeli ktoś nie załapał się na pierwsze ich edycje, to z czystym sumieniem mogę owe wznowienia polecić. Jest prosto, ale solidnie. Nic tylko brać!




poniedziałek, 26 grudnia 2016

Azarath- Infernal Blasting (Pagan Records 2003)

Jakiś czas temu pisałem już o debiucie tej piekielnej hordy. Ich druga płyta, "Infernal Blasting" jest nie tylko godną następczynią swojej poprzedniczki, ale podnosi też poprzeczkę na kolejny pułap. Azarath funduje tutaj swoim fanom jeszcze większą kanonadę i chaos niż miało to miejsce na, rzecz jasna, znakomitym "Demon Seed". To co wyrabia na tej płytce Inferno przechodzi ludzkie pojęcie. Serwuje słuchaczowi totalną perkusyjną masakrę, dźwięki tną powietrze niczym serie z karabinów o przeróżnym kalibrze, absolutna rozwałka i chłosta dla zmysłów! Gitary także nie pozostają w tyle robiąc swoje z niezwykłą precyzją i zaciekłością. Wokal natomiast potęguje tą nieokiełznaną symfonię i stawia tzw. kropkę nad "i". "Infernal Blasting" nie bierze jeńców. To osadzony w najgłębszych czeluściach piekła death metal, bezkompromisowy do bólu i podany w swej najbardziej pierwotnej i brutalnej formie. Tu nie ma i nigdy nie było miejsca na kombinowanie, tak ma to brzmieć! Prostota, a jednocześnie niesamowita siła.
Grafika do płyty jest dosyć skromna, ale za to bardzo wymowna. Okładki płyt Azarath zawsze zdobią jakieś demony otoczone wszechobecną czernią, co świetnie oddaje charakter każdego ich materiału. Wewnątrz poniższego, pierwszego wydania "Infernal Blasting" (tutaj wersja digipak) znajdziemy jeszcze dawne dzieła przedstawiające diabły i upadłe anioły. Nieodparcie kojarzą mi się z bardzo starym, niemym filmem "Faust", którego fragmenty niegdyś widziałem. Zestawienie jak najbardziej na miejscu.
Azarath to bezdyskusyjnie pierwsza liga naszego krajowego death metalu, a dla mnie osobiście najwyższe miejsce na podium. Za konsekwencję, za niesamowite umiejętności, za autentyczność i, po prostu, za świetną muzykę, której już po pierwszym odsłuchu długo się nie zapomni. Miazga!



wtorek, 25 października 2016

Azarath- Demon Seed (Pagan Records 2001)

Ta płyta, jak i generalnie wszystko to co do tej pory nagrał Azarath to konkret i mistrzostwo świata w swojej dziedzinie. Chaos, zniszczenie i bal wszystkich nieświętych. Po nawet niewielkiej dawce ich znakomitej death/ black metalowej hybrydy urywa łeb i potem trzeba ganiać po chałupie i szukać gdzie to się poturlał.
Muzyka Azarath to przede wszystkim niesamowita energia i furia dźwięku, nieokiełznana piekielna siła zaklęta w muzyce. Prym wiedzie tu oczywiście najbrutalniejsza z form death metalu, która okraszona jest lirykami oraz mroczną atmosferą bliższą black metalowej formule. Razem tworzą machinę, która rozgniata wszytko na swojej drodze.
Debiut zatytułowany "Demon Seed" to początek drogi ku, z płyty na płytę, coraz większej brutalności i ekstremie. To tutaj wykuwała się pierwsza stal. Widać na niej naturalność i zamiłowanie do tej prostej surowej formuły i bezpardonowej prostolinijności. Nie ma tu silenia się na jakieś instrumentalne popisy, aczkolwiek, miejscami utwory zwalniają by dać miejsce złowieszczym, autentycznie świetnym solówkom. Nad wszystkim natomiast góruje niesamowita perkusja. Jest to kolejny dowód na to, że Inferno to bębniarz o światowej klasie i nietuzinkowym talencie.
Nie wiem co tu by można jeszcze pisać, ten materiał to klasa sama w sobie i każdy zwolenniki konkretnego, bijącego w pysk death metalu powinien to znać i wielbić. Sporo tu nawiązań do korzeni gatunku czyli Possesed, Morbid Angel itd. Rzecz jasna tego typu granie ma swoich zwolenników jak i przeciwników, nie każdemu może przypaść do gustu. Był czas, że i ja nie do końca byłem do Azarath przekonany lecz nie tak dawno przyznałem się, że zbłądziłem i odbyłem pokutę. Teraz zatapiam się w tych obłąkanych dźwiękach z czystą przyjemnością i szczerze zachęcam do tego tych, którzy jeszcze tego nie uczynili!