Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metal Blade Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metal Blade Records. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 czerwca 2021

Desaster - Churches Without Saints (Metal Blade Records 2021)

Po pięciu latach przerwy powraca z nowym albumem niemiecki Desaster. Dla mnie to już kapela kultowa o niepodważalnym statusie, no i jedna z ulubionych ekip na metalowej scenie. "Churches Without Saints" to album, który nie tylko wprowadza w skład nowego perkusistę - Honta, ale również bardzo mocno odnosi się do różnych etapów twórczości zespołu, serwując nam również coś nowego w ramach już dawno obranego stylu i brzmienia.  Płyta przenosi nas momentami do debiutu, wprowadzając szczyptę średniowiecznego klimatu, potem do takiego "Divine Blasphemies" czy "The Art of Destruction", gdzie atakowały nas konkretne, tnące riffy, jak na dobry teutoński thrash przystało. Moimi absolutnymi faworytami na tym materiale są otwierający go "Learn to Love the Void", nieco odmienny od reszty "Exile is Imminient" oraz tak bardzo silny duchem starego Desaster "Endless Awakening". Ten pierwszy serwuje nam riffy rodem ze starego Destruction, drugi rozpoczyna się bardzo nietypową jak na Desaster gitarą, której wtóruje znakomity, rzężący bas Odina, natomiast trzeci to wycieczka w czasie do "A Touch of Medieval Darkness" i utworów takich jak tytułowy z tejże płyty, czy też "Fields of Triumph". "Churches Without Saints" pokazuje, że w obozie Desaster wciąż dobrze się dzieje i że wena chłopaków nie opuszcza. Jedyną rzeczą na którą mógłbym tu ponarzekać to trochę słabe brzmienie perkusji, które ustępuje pozostałym instrumentom i wokalowi, ale to tyle. Czekałem na ten album z niecierpliwością i moje oczekiwania nie zostały zawiedzione.To już tyle lat, a Sataniac, Infernal, Odin i teraz Hont, nadal idą swoją własną drogą łącząc to, co w oldschoolomym metalu najlepsze będąc od lat wiernymi tej unikalnej dla siebie hybrydzie black metalu i ich rodzimego thrashu spod znaku Kreator, Sodom oraz Destruction. Uważam, że Desaster siedzi już na swym własnym tronie i nie musi nikomu niczego udowadniać, a niniejsza płyta jest tego jawnym dowodem.



English translation:

After five years of break, German Desaster returns with a new album. For me, it is a cult band with unquestionable status, and one of my favorite bands on the metal scene. "Churches Without Saints" is an album that not only introduces a new drummer - Hont, but also strongly refers to various stages of the band's works, also offering us something new in terms of a long-chosen style and sound. The album sometimes takes us to their debut, introducing a pinch of medieval atmosphere, then to "Divine Blasphemies" or "The Art of Destruction", where we were attacked by concrete, cutting riffs, as befits good Teutonic thrash. My absolute favorites on this material are the opening "Learn to Love the Void", a bit different from the rest "Exile is Imminient" and the very strong spirit of the old Desaster represented by the "Endless Awakening". The first one serves us riffs straight from the old Destruction, the second starts with a very unusual guitar line, which is accompanied by Odin's excellent, rattling bass, while the third is a trip back in time to "A Touch of Medieval Darkness" and songs such as the title track from this album, or "Fields of Triumph". "Churches Without Saints" shows that the Desaster camp is still going well and that the boys are still in their prime. The only thing I could complain about here is a little weak sound of the drums, which makes you feel that it is behind other instruments and vocals, but that's it. I have been waiting impatiently for this album and my expectations were met. It's been so many years, and Sataniac, Infernal, Odin and now Hont, are still going their own way, combining what is best in old school metal, being faithful to this unique hybrid of black metal and their native thrash like Kreator, Sodom and Destruction. I believe that Desaster is already sitting on his own throne and doesn't have to prove anything to anyone, and this album is a clear proof of that.




czwartek, 30 stycznia 2020

Midnight - Rebirth by Blasphemy (Metal Blade Records 2020)

Kolejna premiera tego miesiąca! Midnight - i wszystko jasne! Prowadzony przez Athenara zespół to to samo zjawisko, jakim były niegdyś Motorhead czy AC/DC - wiadomym jest, czego się spodziewać i jakiej jakości to będzie. Zawsze był to przynajmniej dobry album. Tak jest teraz w przypadku Midnight. Ten zespół już wyrobił sobie markę i cały czas trzyma się swojego charakterystycznego stylu i poziomu wykonawczego. To ten sam brudny, diabelski, bluźnierczy Rock 'n' Roll na sterydach. "Rebirth by Blasphemy" może jakimś specjalnym odrodzeniem nie jest, ale dołączenie zespołu do katalogu Metal Blade Records zrobiło swoje w kwestii promocji oraz samej formy wydania płyty. Naprawdę jest to zrobione pierwszorzędnie. Zmieniło się też brzmienie. Jest bardziej dopracowane, dynamiczne, głębsze, wciąż zachowując swój wulgarny, oldschoolowy charakter. Midnight nigdy wcześniej nie miał tak dobrej produkcji jak na tym krążku.
Które numery zasługują na szczególne wyróżnienie? Na pewno otwierający płytę "Fucking Speed and Darkness" - typowy, klasyczny Midnight, "Devil's Excrement" oraz "Rising Scum" - "In League with Satan" Venom kłania się tu z każdej strony (a może nawet "Take on the World" Judas Priest?), pomysłowe nawiązanie do starych bogów. Widać, że Athenar to człek osłuchany i przesiąknięty pasją do muzyki, którą wykonuje i tej, której słucha. Materiał jest spójny, zwięzły, utrzymany w tej samej stylistyce i tempie. 35 minut bez wytchnienia i przestojów. I to tyle, co można rzec na szybko o tej płycie. Każdy, kto zna Midnight nie będzie zawiedziony! Ja nie jestem, mimo tego, że żadnych specjalnych niespodzianek tu nie ma.

https://www.facebook.com/midnightviolators/
https://midnight-ohio.bandcamp.com/

English translation:

Another premiere of this month! Midnight - and it's all clear! The band led by Athenar is the same phenomenon that was once Motorhead or AC/DC - it is obvious what to expect from them and what quality it will be. At least it has always been a good album. This it is the same with Midnight. This band has already made a name for itself and still sticks to its distinctive style and performance level. It's the same dirty, devilish, blasphemous Rock 'n' Roll on steroids. "Rebirth by Blasphemy" may not be a special revival, but joining Metal Blade Records catalogue did its job in terms of promotion and the form of the album itself. It is really perfectly issued. The sound has also changed. It is more refined, dynamic, deeper, still retaining its vulgar, oldschool character. Midnight has never had such a good production before.
Which compositions deserve special mention? Certainly the opening "Fucking Speed ​​and Darkness" - typical, classic Midnight, "Devil's Excrement" and "Rising Scum" - "In League with Satan" by Venom bows here from all sides (or maybe "Take on the World" by Judas Priest?), an ingenious reference to the old gods. You can see that Athenar is a man with passion for the music he performs and the one he listens to. The material is coherent, concise, kept in the same style and tempo. 35 minutes without rest and stoppages. And that's all you can say quickly about this album. Everyone who knows Midnight will not be disappointed! I am not, despite the fact that there are no special surprises here.




sobota, 22 czerwca 2019

Batushka - Hospodi (Mystic Production/ Metal Blade Records 2019)

Na samym początku tej recenzji muszę wyraźnie zaznaczyć, że nie będzie tu mowy o sporze i rozłamie w zespole i o wszelkich innych plotach, hejcie i sprawach nie dotyczących muzyki samej w sobie oraz zawartości płyty. To zostawmy wszystkim tym których, z braku innych zajęć, zajmują takie kwestie. Na Welcome to the Morbid Blog nie było, nie ma i nie będzie na to miejsca.
Do rzeczy. Nie powiem, że nie czekałem na ten album, czekałem i to bardzo. Miałem niezaprzeczalną ochotę przekonać się w jakim kierunku pójdzie czy też ewoluuje muzyka jaką poznaliśmy na pierwszej płycie "Litourgiya". Koncept i klimat na równi oryginalne i fenomenalne, jak zresztą same utwory. Poprzeczka była postawiona wysoko i można było sobie pomyśleć, że lepiej i równie zaskakująco się już nie da. Przecząc temu srogo bym się pomylił. "Hospodi" zaskoczył mnie pozytywnie i udowodnił, że tak trafiony, muzyczny pomysł nie musi ograniczyć się do jednej płyty i potem się wypalić. Najnowszy album może nie bije debiutu, ale stoi z nim ramię w ramię i eksploruje nowe rejony w ramach tego samego konceptu.
Ponownie mamy album z jednym konkretnym motywem przewodnim. Tym razem padło na prawosławną liturgię śmierci wraz z towarzyszącymi jej ortodoksyjnymi obrzędami pogrzebowymi, modłami i pieśniami za zmarłych z zamierzchłej historii. Na całość misterium składa się intro oraz dziewięć utworów podzielonych na jakby trzy akty: Wozglas (Święte Wezwanie), Utro (Poranek) oraz Dien (Dzień). Płyta z każdym utworem nabiera rozpędu i pokazuje coraz to pełniejsze i coraz bardziej podniosłe, pełne patosu oblicze. Koniecznie trzeba słuchać jej w całości, a nie wybiórczo (takie było założenie). Wtedy efekt jest najlepszy. Teraz kwestia brzmienia. Jest dynamiczne, przestrzenne, ma o wiele więcej mocy, a co za tym idzie, jest bardziej przystępne w stosunku do debiutu. Taki zabieg wpływa też na przekaz zawartych tu kompozycji - miało być z rozmachem, już nie kameralnie. Nie jest to już spowita mrokiem i cieniem liturgia z zapomnianej cerkwi gdzieś na odludziu, a potężne misterium na miarę Ławry Troicko - Siergiejewskiej. Jeżeli taki właśnie był cel, to został on osiągnięty. Riffy na płycie nie są zbyt wyszukane, utrzymany jest prosty schemat, ale za to uformowany w bardzo efektowny sposób, nie brakuje odwołań do Metalowej klasyki. Trochę można się tu odnieść do struktur jakimi operował Bathory, niby prosto, a zagrane tak, że potęgi i epickości temu nie brak. Warto też wspomnieć, że poza tymi charakterystycznymi, złowieszczymi wokalami przez całą płytę przewijają się chóralne zaśpiewy, które już ostatecznie dopełniają pompatyczności i podniosłości całości odprawianego tu misterium śmierci. Najlepszymi reprezentantami każdej z trzech części na jakie podzielony jest "Hospodi" są "Wieczernia", "Polunoszcznica" (najbardziej nośna melodia z całego albumu) oraz wieńcząca album "Liturgija" (tutaj się dzieje!). Każdy z tych utworów może być brany jako wizytówka niniejszej płyty.
Podsumowując, materiał nie rozczarował, poszedł w swym koncepcie i estetyce krok dalej przedstawiając potężny i oryginalny muzyczny pejzaż skąpany w podniosłości, nietuzinkowym klimacie i wszechobecnym mroku. Polecam bezapelacyjnie!

https://www.facebook.com/Batushkaband/
https://batushkaofficial.com/
https://www.mystic.pl/intro/
https://www.metalblade.com/us/

English version:

At the very beginning of this review, I must make it clear that there will not be a dispute about the  split in the band and any other plot, hate and issues that do not concern the music itself and the content of the album. Let us leave it to those who, because of the lack of other activities, deal with such issues. On Welcome to the Morbid Blog there was not, there isn't and there will not be a place for such things.
To the point. I will not say that I did not wait for this album, I waited as hell. I had an undeniable desire to hear in which direction it would go, how the music that we met on the first album "Liturgija" will evolve. The concept and atmosphere are equally original and phenomenal, as are the songs themselves. The bar was set high and one could think that it would be impossible to beat it. Saying yes to that, I would be wrong. "Hospodi" positively surprised me and proved that such musical idea does not have to be limited to one record and then burn out. The latest album may not beat the debut, but stands with it arm to arm and explores new areas within the same concept.
Again we have an album with one specific leitmotif. This time it is the Orthodox liturgy of death along with the accompanying orthodox funeral rites, prayers and songs for those who died taken from the shelves of history. The whole mystery consists of an intro and nine pieces divided into three acts: Wozglas (Holy Call), Utro (Morning) and Dien (Day). The album is gaining momentum with each song and shows more and more of its sublime, full of pathos face. It is necessary to listen to it in its entirety, not selectively (that's how it was meant to be). Then the effect is the best. Now the question of the sound. It is dynamic, spatial, has a lot more power, and hence, it is more accessible compared to the debut. Such move also affects the presentation of the compositions contained here - it was supposed to be in full swing, no more cameral. It is no longer a dark and shrouded liturgy from a forgotten church somewhere in a remote area, but a mighty mystery in a vein that can be compared to the Troitko - Sergeyevskaya Lavra monastery. If this was the goal, it was achieved. Riffs on the album are not very sophisticated, a simple scheme is maintained, but it is formed in a very effective way, there are clear references to Metal classics. You can relate a little to the structures that Bathory operated on, seemingly simple, but played in such a way that it do not lack power and epiciness. It is also worth mentioning that apart from these characteristic, ominous vocals, the choral chants, which finally complete the pomposity and sublimity of the whole mystery of death, pass through the whole album. The best representatives of each of the three parts to which "Hospodi" is divided are "Wieczernia", "Polunoszcznica" (the most catchy melody from the entire album) and the crowning "Liturgija" (now that's an epic stuff!). Each of these works can be taken as the showcase of this record.
To sum up, the album did not disappoint, it went in its concept and aesthetics a step further presenting a powerful and original musical landscape bathed in sublimity, extraordinary atmosphere and omnipresent darkness. Decisively recommended!





sobota, 13 kwietnia 2019

King Diamond- Songs for the Dead Live (Metal Blade Records 2019)

Jak generalnie nie szukam koncertówek, tak tej nie potrafiłem sobie odmówić. To ewidentnie najlepszy jak do tej pory materiał na żywo od Króla. Nie dość, że realizacja tego przedsięwzięcia, zarówno w formacie audio, jak i DVD, w kwestii dźwiękowej oraz wizualnej, jest mówiąc szczerze perfekcyjna, to i zespół raczy nas niesamowitą podróżą w czasie. Podróżą w czasy Mercyful Fate oraz pierwszych pięciu płyt pod szyldem King Diamond z wyjątkowym, rocznicowym uwzględnieniem całego albumu "Abigail" (!).
Na wydawnictwo "Songs for the Dead Live" składają się dwa koncerty, jeden z Graspp Metal Meeting (DVD), drugi z Filadelfii (DVD oraz audio CD). W obu przypadkach setlista jest dokładnie taka sama, różnica jest tak naprawdę tylko w miejscu w którym odbywa się występ. Koncerty rozpoczyna "Out from the Asylum" przechodzący w "Welcome Home" w którym to King prowadzi ożywiony dialog z Babcią wracającą z długich "wakacji". Potem dostajemy takie numery jak "Sleepless Nights", "Helloween" oraz "Eye of the Witch" (no same klasyki proszę Państwa). Po tej rozgrzewce czas na krótką wizytę u Mercyful Fate w postaci "Melissa" i nieśmiertelnego "Come to the Sabbath". W tym miejscu kończy się pierwsza część koncertu i rozpoczyna gwóźdź programu- "Abigial". Na scenę wniesiona zostaje przez zakapturzone postacie trumna z ciałem demonicznej dziewczynki, słyszymy dźwięki "Funeral" i tak oto rozpoczyna się historia opowiedziana po raz pierwszy w 1987. Tak dostajemy w wersji live całą, chyba najsłynniejszą i najbardziej uwielbianą przez fanów płytę w dorobku Kinga, od "Arrival" po "Black Horseman".
Co trzeba powiedzieć, King Diamond jest tu kapitalnej formie wokalnej, w takiej nie był już wielu lat. Zespół również daje z siebie 110%, a cały sceniczny show z drobnymi elementami związanymi z poszczególnym utworem czy historią (w przypadku "Abigail") są dopracowane i dodają wszystkiemu odpowiedniego klimatu i atmosfery. Jedyną wadą jest sama forma wydania. Tak wspaniały materiał nie powinien ograniczyć się do gołego digipaka z 3 krążkami w środku. Zdjęcia są drobne, nieliczne, umieszczone pod tray'ami na płyty, brak jakiegokolwiek bookletu. Przy cenie wynoszącej niemal 90zł to stanowczo za mało. Tak świetna zawartość wizualno-muzyczna zasługuje na o wiele lepszą oprawę (wiem, że był limitowany box, ale come on, nie wszyscy to kupią i nie dla wszystkich starczy). Nie wiem jak ma się sprawa w kwestii winyla, może tu jest lepiej. W każdym razie, nie jest to wada która może przyćmić ten majstersztyk. Dla fanów Kinga to mus, dla całej reszty... Nie będę owijał w bawełnę, też!

https://www.facebook.com/kingdiamondofficial/
https://www.kingdiamondcoven.com/




sobota, 9 grudnia 2017

Flotsam and Jetsam- Doomsday for the Deceiver (Metal Blade Records/ Music for Nations, 1986/ 1992)

Rok 1986! Ach co to był za rok dla metalowej sztuki, zwłaszcza dla Thrashu! W Stanach swoje najpotężniejsze albumy wydały Metallica, Megadeth, Nuclear Assault, Dark Angel oraz Slayer. W Europie uderzyły ze swoimi, do dziś sztandarowymi płytami Exumer i Kreator. Thrash metal przeżywał wtedy swój złoty okres. Powstały też inne autentycznie świetne krążki, które zostały przez wspomniane potęgi nieco przyćmione, na co rzecz jasna nie zasługiwały. Można tu wymienić chociażby "Eternal Devastation" Destruction, Metal Church ze swoim "The Dark" czy chociażby debiut Flotsam and Jetsam, czyli "Doomsday for the Deceiver". To o tej ostatniej płycie będzie dziś mowa.
Zespół szerszemu gronu odbiorców znany jest przede wszystkim dzięki osobie Jasona Newsteda, który w 1987 zasilił szeregi Metallici po tragicznej śmierci Cliffa Burtona. Flotsam and Jestsam tworzyli w tamtym czasie dosyć ciekawą formę thrash metalu, nieco mniej zajadłą, mniej ekstremalną od swoich kolegów po fachu, ale moim zdaniem w niczym im nie ustępującą. Na "Doomsday for the Deceiver" ich granie wciąż mocno inspirowane jest Judas Priest, Maidenami czy tuzami speed metalu pokroju Exciter lub Agent Steel. Dodając do tego zapatrzenie w ówczesną Metallicę daje bardzo ciekawy efekt, bardzo oryginalny i dający się zapamiętać. Agresywne, rozpędzone, a jednocześnie chwytliwe riffy takich killerów jak otwierający płytę "Hammerhead", "Iron Tears" czy mój ulubiony "Desecrator" połączone z wysokimi wokalami Erica A.K. oraz wciąż mocno speed/heavy metalizującą sekcją rytmiczną to po prostu najpiękniejszy metalowy sen. Płyta pełna jest kapitalnych zagrywek, nie idzie na jedno kopyto, aż kipi pomysłami, energią i niewyobrażalną pasją. Zastanawiam się czasem co by było gdyby Jason pozostał w swojej macierzystej grupie, gdzie by to Flotsam and Jetsam zaprowadziło, był notabene jednym z kompozytorskich filarów zespołu. W każdym bądź razie ich debiutancka płyta zasługuje na to aby wymieniać ją wśród najważniejszych metalowych wydawnictw 1986 roku oraz ważniejszych thrashowych albumów jakie powstały w USA. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. To bardzo dojrzałe i kompletne dzieło. Mnogość inspiracji na niej zawartych i sposób ich wykorzystania to najlepszy na to dowód. Na zakończenie dodam, że własnie ten album wypchnął dwójkę brytyjskiego Sabbat z mojej prywatnej thrashowej, pierwszej trójki. Ta płytka chyba nigdy mi się nie znudzi. Każdemu kto nie zna polecam po tysiąckroć!


piątek, 3 marca 2017

Slayer- Hell Awaits (Combat/ Metal Blade 1985)

Nie da się ukryć, że "Hell Awaits" było dla Salyer'a wyzwaniem. Po bardzo dobrze przyjętym "Show No Mercy" istniała potrzeba wykazania się i udowodnienia swojej wartości. Slayer sprostał temu zadaniu (choć do ideału trochę brakowało), stworzył płytę pełną gębą osadzoną w thrashu, bardziej dojrzałą, pozbawioną już pewnej młodzieńczej naiwności obecnej na debiucie.
Album rozpoczynają jęki potępionych dusz, które w pewnym momencie zaczynają wspólnie skandować jakąś bliżej nieokreśloną frazę (jak się okazuje jest to "Join us!" puszczone od tyłu, wykrzykiwane do mikrofonu przez ekipę zgromadzoną w studiu), a za chwilę słyszymy odpowiednio zmodyfikowany, stylizowany na piekielną bestię głoś Toma oznajmiający "Welcome back!". Wchodzi ciężki riff  podbijany mocarną miarową perkusją. Jest moc! Trudno o lepszy wstęp! Tak właśnie zaczyna się tytułowa kompozycja "Hell Awaits", która jest bez wątpienia jedną z najlepszych na krążku. Z marszu podkreślona zostaje złowieszczość i diabelski charakter płyty. Kolejnym bardzo udanym utworem jest "At Dawn They Sleep" obracający się wampirycznej tematyce. Jest to kawał thrashowego mięcha wypełnionego zagrywkami które aż proszą się o konkretny headbanging. Na wyszczególnienie zasługuje także typowo slayerowski "Necrophiliac". Kanonada rozpędzonych gitar, opętańczy wokal Arai oraz bardzo chwytliwe zwolnienie pod koniec. Mamy tu zalążek tego co można zaobserwować na "Reign in Blood" w takich klasykach jak "Angel of Death" czy "Raining Blood". Pozostałe 4 kompozycje z krążka nie mają już tak wiele do zaoferowania, ale jak najbardziej trzymają poziom i wciąż są sporym kompozytorskim krokiem na przód w stosunku do prostolinijnego (oczywiście nie traktuję tego na minus, w żadnym wypadku), wciąż u podstaw inspirowanego tradycyjnym heavy metalem spod znaku Judas Priest i skupionego przede wszystkim na emanowaniu energią "Show No Mercy".
Teraz czas na kilka słów w kwestii okładki zdobiącej album. Po raz kolejny stworzył ją Albert Cueller, odpowiedzialny za wizualną oprawę "Live Undead". Pejzaż piekielnej otchłani zdobią rogate stwory rozrywające na strzępy jakiś potępionych nieszczęśników. Nad wszystkim góruje charakterystyczny pentagram z logo zespołu. Projekt tej okładki, a była to wyklejanka w zinowskim stylu, prawdopodobnie wciąż jest w posiadaniu Toma. Czy można było zrobić to lepiej? Nie sądzę! Dzieło skończone i na właściwym miejscu!
"Hell Awiats" ukazał Slayer'a jako zespół dojrzały, świadomy swojej drogi i stylu, ale jeszcze nie do końca ogarnięty w kwestii jak to dobrze przekuć w czyn. Płyta jest autentycznie świetna, ale brakuje jej takiej swoistej kropki nad "i", pewnego kopa, większego dynamizmu, brzmienie także trochę kuleje. Niedługo po jej wydaniu rozważano poddanie jej ponownemu masteringowi, ale Araya stwierdził, że zepsuło by to jej charakter, że album powinien być swoistym dokumentem swojego czasu, w przeciwnym razie straci swoją wyjątkowość. Całkowita racja i trudno się z tym nie zgodzić. Mam wrażenie, że drugi album Slayera wciąż siedzi nieco w cieniu debiutu oraz "Reign in Blood" co nie powinno mieć miejsca, choćby ze względu na to jak przełomowy charakter miała ta płyta dla samego zespołu jak i rosnącej w siłę sceny thrashowej, zwłaszcza w USA. To tutaj wyklarował się ich charakterystyczny styl. To jeden z klasyków, które trzeba znać, których wartość należy dostrzegać i doceniać.


czwartek, 17 listopada 2016

Betsy- Betsy (Metal Blade 1988)

Po twórczość Betsy Weiss (znana przede wszystkim z zespołu Bitch z którym nagrała dwie pełne płyty) sięgnąłem nie do końca przypadkiem. Zawsze gdzieś tam była rekomendowana dla wielbicieli klimatów typu Warlock, czyli stary, dobry heavy metal z żeńskim wokalem. W końcu się skusiłem. Uczucia mam jednak mieszane. Zarzutów nie mam co do Betsy i jej śpiewu, jest mocny, charakterystyczny, świetnie wybrzmiewający, nie najlepsze są natomiast same kompozycje. Płytka pod tym względem jest mocno przeciętna, nie wybija się tu nic poza otwierającym krążek "You Want It You Get It" oraz "Turn You Inside Out" o faktyczne chwytliwym refrenie. Cała reszta jest tylko i wyłącznie poprawna, szału brak. Lekko speed metalowe zapędy w "The Devil Made You Do It" czy "Stand Up for Rock" są moim zdaniem nie trafione i nie pasujące do reszty.
Bardzo ciekawie można porównać ten album solowy z dokonaniami w szeregach Bitch. Tam wokalnie było słabiej, a muzyka dawała radę, tak tutaj śpiew Betsy o niebo lepszy, widać w nim spory potencjał, natomiast kuleje warstwa instrumentalna. Kolejną różnicą jest tu brzmienie. Płytka "Betsy" (tak na marginesie, wydana w 1988) jest pod tym względem naprawdę przyzwoita (klarowne, mocne), natomiast to co znam z Bitch nie jest najwyższych lotów i trąci surowizną, która nie specjalnie tam pasuje. Wystąpił między tym wszystkim ciekawy balans.
Zatem czy warto sięgnąć po płytkę "Bitch"? Cóż, zagorzałym fanom klasycznych heavy metalowych brzmień będzie to pasowało, tym bardziej lubiącym scenę amerykańską, a jeszcze bardziej fanom chociażby Hellion. U mnie ten album przeszedł bez echa, nie był jakiś specjalnie dobry, ale i nie ocenię go źle. Jest zwyczajnie średni, przeciętny. Po czasie wrócę do niego tylko ze względu na wokal. Posłuchajcie i sami oceńcie.




czwartek, 7 lipca 2016

Amon Amarth- Jomsviking (Metal Blade 2016)

Szwedzi z Amon Amarth mają już za sobą ponad 20 lat wspólnego grania. Zaczynali w 1988 jako Scum, a niedługo po dojściu do składu Johan'a Hegg'a zespół zmienił nazwę na obecną ruszając ścieżką melodyjnego death metalu lirycznie zgłębiającego tematykę wikingów i nordyckiej mitologii. Ich droga do sukcesu i uznania zajęła kilka lat, było słabo do tego stopnia, że muzycy rozważali rozwiązanie grupy. Przełomowy okazał się album "Versus the World", który teoretycznie miał być ostatnim ich płytą o tytule roboczym "The End", w trakcie nagrywania zmienionym na obecnie znany. Ku zaskoczeniu grupy album spotkał się ze wspaniałym przyjęciem zarówno fanów jak i krytyki, recenzje były bardzo dobre, a zespół zaczął występować na coraz większej liczbie metalowych festiwali i grywać coraz więcej koncertów. Nie było już mowy o zaprzestaniu gry. Kolejne płyty ugruntowały pozycję grupy na dobre, zwłaszcza "Fate of Norns" zawierający koncertowy killer "The Pursuit of Vikings" oraz "Twilight of the Thunder God", który jest istną kopalnią hitów. Gdzieś Amon Amarth określony został mianem Manowar death metalu i myślę, że jest to bardzo trafne określenie.


Wczoraj otrzymałem ich najnowszy krążek i będąc na świeżo z tym materiałem postanowiłem krótko go zrecenzować. Pierwsze co ciśnie się na usta to fakt, że jest to bodajże najlżejszy jak dotąd album w dorobku Amon Amarth, oraz pierwszy koncepcyjny (opowiadający historię wojownika na wygnaniu). Królują tu nieco mniej agresywne numery, jest nieco więcej heavy metalowych wpływów, ale mimo wszystko wciąż obecne są tu kompozycje typowe dla wcześniejszych nagrań, chociażby "On a Sea of Blood" czy "Vengeance is My Name". Moimi absolutnymi faworytami są tu hymnowe, epickie i niesamowicie chwytliwe "The Way of Vikings" oraz "One Thousand Burning Arrows". Na wyróżnienie zasługuje także singlowy "First Kill" z wpadającym w ucho refrenem. Mimo, że płyta straciła nieco z pierwotnej agresywności znanej z poprzednich albumów to nie można powiedzieć, że straciła moc i energię, bo tym aż kipi. Fajnie, że zespół pokusił się o nieco inną niż dotychczas receptę na płytę, dzięki temu powstało dzieło oryginalne, które będzie się czymś w dyskografii wyróżniać. Nie jest to płyta, która mogła by konkurować z poprzednimi wydawnictwami, ale jest jest solidna i dopracowana, kawał naprawdę dobrej muzy. Czekam z niecierpliwością na grudniowy koncert w warszawskiej Progresji i możliwości posłuchania utworów z "Jomsviking" na żywo. Horns up!