Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Candlemass. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Candlemass. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lipca 2017

Candlemass- Tales of Creation (Music for Nations 1989)

Długi czas nie potrafiłem wybrać swojej ulubionej płyty z dorobku Candlemass (niesamowicie trudna sprawa, bo każda jest autentycznie świetna), a to raz szala przechylała się na rzecz "Nightfall", raz na "Ancient Dreams" aby w końcu zatrzymać się przy "Tales of Creation". Jest to chyba obecnie najmniej doceniana płyta "wynalazców" Doom Metalu z pośród ich czterech klasycznych wydawnictw, a moim zdaniem najbardziej dojrzała, najbardziej dopracowana i zbalansowana w zestawieniu z trzema poprzednimi, notabene genialnymi albumami.
W swoim czasie sławę przyniosły zespołowi "Epicus, Doomicus, Metallicus", który momentalnie zwrócił na siebie uwagę metalowej braci, oraz "Nightfall" po wydaniu, którego o Candlemass pisała już cała prasa w temacie, zbierali same pozytywne recenzje, a co za tym idzie koncertów nie brakowało. "Ancient Dreams" już tak nie zachwycił krytyki, opinie były tu różne (zachodzę w głowę dlaczego), ale już w tamtym czasie zespół zdążył zbudować sobie liczną i wierną grupę fanów. Rok 1989 przynosi "Tales of Creation" o którym dziś mowa. Album ponownie odzyskał pole utracone nieco poprzednią płytą, ponownie krytyka wypowiadała się w samych superlatywach, a grupa była wciąż u szczytu swojej popularności dzieląc deski scen min. z Motorhead, King Diamond, Savatage, Liege Lord czy Europe.
Leif Edling wspomina, że prace nad konceptem "Tales of Creation" zaczęły powstawać jeszcze za czasów Nemesis, w latach 1984-85, ale nie zostały wtedy ukończone. Wraz z nadejściem czwartego albumu pomysł znów powrócił i doczekał się realizacji. Wspomniałem wcześniej, że uważam ów album za najbardziej zbalansowany jeżeli chodzi o klasykę Candlemass. Zawiera wyraźnie równą dawkę utworów nieco szybszych oraz tych wolnych walcowatych, a za razem epickich z jakich zespół słynie najbardziej, zamiast zatapiać się przede wszystkim w transowych odmętach wolnych kompozycji. Jeżeli chodzi o te bardziej energetyczne numery to mamy tu genialny "Dark Reflections" (mój faworyt z całego dorobku Candlemass, niesamowicie porywający, ciary i co tylko), szarżujący (!), instrumentalny "Into the Unfathomed Tower" oraz dwa nieco wolniejsze, ale o konkretnym miarowym tempie, "Under the Oak" (klasa!) oraz "A Tale of Creation" (poziom epickości sięgnął tu zenitu). Pozostała część materiału to wolne majestatyczne kompozycje utrzymane w typowym dla zespołu ponurym, refleksyjnym, acz podniosłym klimacie. Tak oto dostajemy płytę doskonałą. Nawet brzmienie jest najbardziej dopracowanym spośród dorobku szwedów z Marcolinem na pokładzie (pomijam tu rzecz jasna "Candlemass" bo ciężko w tym przypadku dokonywać porównania ze względu na zbyt duży odstęp czasowy), jest klarowne i mocne co w takim graniu jest swoistą kropką nad "i".
Uważam, że "Tales of Creation" w pełni ukazuje, iż kultowy status jakim grupa może się poszczycić jest w pełni zasłużony. Jest to dzieło, którego nie trzeba polecać, a które najzwyczajniej trzeba znać. Kanon Doom Metalowej sztuki i perła w koronie Candlemass!


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Candlemass- Ancient Dreams (Active Records 1988/ Peaceville 2001)

Nie wyobrażam sobie szwedzkiej sceny metalowej bez Candlemass. W jakimś stopniu zespół miał znaczenie porównywalne do tego, które wywarła na młodych metali w USA Metallica. Podobnie jak Bathory, Candlemass sprawiło, że wielu szwedzkich fanatyków ciężkiego grania postanowiło grać i zakładać zespoły. To oni byli jednym z pierwszych fenomenów tamtejszej sceny, i to oni zapoczątkowali w pełni zjawisko nazwane doom metalem.
Ciężko jest mi wybrać jakiś sztandarowy album tego zespołu bo debiut oraz wszystkie z Marcolinem w składzie są świetne. Pozornie wybór powinien paść na "Epicus Doomicus Metalicus", jako obecnie najsłynniejszy krążek grupy, ale ja jednak nie skłonię się ku takiemu rozwiązaniu. Postanowiłem wyszczególnić trzeci w kolejności "Ancient Dreams" wydany w 1988 przez Active Records. W tamtym czasie Candlemass było u szczytu swej popularności.
Jest to album nieco mniej mroczny ale i nieco mniej wygładzony niż "Nightfall". Zawiera drobną dawkę nieco żywszych utworów reprezentowanych tu przez "Mirror Mirror" (tutaj Marcolin dał niesamowity popis swoich możliwości wokalnych) oraz "The Bells of Acheron", nadal są to raczej średnie tempa, ale wprowadzają trochę urozmaicenia w ogólnie majestatyczną, wolną oraz epicką stylistykę. Bardzo fajnie wyszedł także medley kawałków Black Sabbath wrzucony na koniec płyty. Klasyczne utwory Toniego i spółki wyszły tu jakby były autorstwa Candlemass. Z utworów w typowej dla grupy stylistyce wyróżniłbym tu tytułowy "Ancient Dreams" oraz "Darkness in Paradise" (Leif Edling wielkim kompozytorem jest!). Płytę zdobi znakomita, oddająca klimat muzyki okładka zapożyczona z twórczości Thomasa Cole'a, konkretnie z dzieła "Journey of Life: Youth".
Podobno zespół nie był zadowolony z miksów, będąc pod presją ograniczeń czasowych nałożonych przez wytwórnię (w związku z amerykańską trasą) zabrakło nieco więcej przestrzeni nad pracę przy produkcji albumu. Ciężko jest w tej kwestii wystawić jakąś ocenę, mi podoba się to co zrobili. Ciekaw jestem jakby było to brzmiało po tych poprawkach, których album rzekomo wymagał.
Poniżej moja dwupłytowa reedycja "Ancient Dreams" wydana w 2001 przez Peaceville. Zawiera dodatkowy dysk z nagraniami live, wywiadem i video. Fajna i solidna reedycja.