In the Woods... Jeden z tych norweskich zespołów, które w ramach Black Metalowej sztuki weszły w rejony Pogaństwa, tematyki związanej z mitami, pięknem i tajemniczością natury. Wraz z takimi grupami jak Fleurety oraz Ulver wiedli w tej kwestii prym w połowie lat 90-tych, przechodząc później w inne muzyczne rejony, porzucając w sporym stopniu Black Metalowe granie, jakie towarzyszyło im na początku.
"Isle of Men" to drugie demo In the Woods, wypuszczone przez zespół w tym samym co pierwsze, 1993 roku. Zespół przedstawił tu oryginalny, surowy BM z echami folku, ambientu oraz innych gatunków Metalu. W tamtym czasie było to na norweskiej scenie novum - no może z wyjątkiem Enslaved oraz Helheim, które silnie nawiązywały do nordyckiej mitologii i kultury, ale były odrobinę mniej zróżnicowane kompozycyjnie niż omawiana grupa. Do tych drugich In the Woods było bardzo podobne, jeżeli chodzi o barwę i manierę wokalną - zajadły, wyraźny, wrzaskliwy wokal. Z taką różnicą że, i tu można nawiązać do Ulver, obecne były również na demie czyste wokale, recytacje. "Isle of Men", jak na demo, mogło pochwalić się całkiem niezłym brzmieniem. Oferowało Black Metal wciąż mroczny i surowy, jednakże kreujący już nie diabelskie, a nostalgiczne, naznaczone piętnem przeszłości pejzaże. Pełne zarazem skrytego majestatu, jak i posępności. Wszystko to okolone pogańskim pierwiastkiem. W muzyce In the Woods przewijały się również elementy Doom Metalu/ Death Metalu (chociażby w "Creations of an Ancient Shape") oraz znaczne wykorzystanie potencjału, jakie dawały klawisze, zarówno w budowaniu klimatu, jak i nadawaniu utworom przestrzenności.
W ramach ciekawostki warto wspomnieć, iż zespół nie posiada żadnych zdjęć z czasów demówek i pierwszej płyty. Zawsze słali do zinów w ramach promocji zdjęcia lasów, skandynawskiej przyrody, co podobno irytowało nieco autorów pism. To w sumie sporo mówi o zespole i jego twórczości.
"Isle of Men" z całą pewnością było w swoim czasie demem mocno się wyróżniającym i mającym znaczący wpływ na rozwijającą się scenę i wykorzystywanie nowych rozwiązań w ramach Black Metalu, czy po prostu ekstremalnego grania. O czym warto wspomnieć to fakt, iż In the Woods było pierwszym zespołem, który zaczął używać terminu "Pagan Metal" w odniesieniu do swojej twórczości. "Isle of Men" to materiał, który zestarzał się bardzo dobrze i wciąż można czerpać sporo satysfakcji z obcowania z nim. Jak dla mnie to jedno z lepszych dem, jakie wydała na świat norweska scena.
Pisząc niniejszy tekst, bazowałem na reedycji zatytułowanej "A Return to the Isle of Men", wydanej przez Karmageddon Media w 2005 roku, zawierającej, poza oryginalnym demem, 3 dodatkowe, niepublikowane wcześniej utwory. Ta konkretna reedycja była jeszcze później wznawiana przez Hammerheart Records.
English version:
In the Woods ... One of those Norwegian bands that, as a part of Black Metal art, entered the areas of Paganism, topics related to myths, beauty and mystery of nature. Together with groups such as Fleurety and Ulver, they took the lead in this aesthetics in the mid-90s, later moving to other musical directions, largely abandoning the Black Metal that accompanied them at the beginning.
"Isle of Men" is the second demo of In the Woods, released by the band in the same year as the first, 1993. The band presented here an original, raw BM with echoes of folk, ambient and other genres of Metal. At that time it was a novelty on the Norwegian scene - except for maybe Enslaved and Helheim, which strongly referred to Norse mythology and culture, but were slightly less diverse in composition than the group mentioned. In comparison to Helheim, In the Woods was very similar in terms of timbre and vocal manner - a fierce, clear, screaming one. With such a difference that, and here you can refer to Ulver, clean vocals and recitations were also present on the demo. "Isle of Men", as for a demo, has a pretty good sound. It offered Black Metal still dark and raw, but creating no more devilish, but nostalgic atmosphere, marked by the landscapes of the past. Full of hidden majesty and gloom. All this is surrounded by a pagan element. The music of In the Woods also featured elements of Doom Metal / Death Metal (for ex. "Creations of an Ancient Shape") and significant use of the potential offered by the keyboards, both in building the climate and giving the spaciousness to the compositions.
As a curiosity, it is worth mentioning that the band does not have any photos from the time of their demos and the first album. They always sent photos of forests, Scandinavian nature to zines and promotion, which apparently irritated some of the writers. That says a lot about the band and their art.
"Isle of Men" certainly was, in its time, a demo that stood out strongly and had a significant impact on the development of the scene and the use of new solutions as a part of Black Metal, or simply extreme stuff. What is worth mentioning, is the fact that In the Woods was the first band to use the term "Pagan Metal" in reference to their work. "Isle of Men" is a material that has aged very well and you can still enjoy it a lot. For me, it's one of the best demos the Norwegian scene has given birth to.
When writing this text, I was basing on the reissue entitled "A Return to the Isle of Men", published by Karmageddon Media in 2005, containing, in addition to the original demo, 3 bonus, unpublished songs. This particular version was later reissued by Hammerheart Records.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1993. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1993. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 sierpnia 2019
niedziela, 31 marca 2019
Mortify- Abyssal/ The Calm Beyond (Thrashing Madness 2019)
Słupski Mortify to niegdyś czołówka naszej Death Metalowej sceny do spółki z takimi grupami jak Betrayer (warto wspomnieć, że Molly oraz Ryju udzielali się czynnie w również w tym zespole), Vader, Armagedon czy Imperator. Zespołowi udało się wypuścić dwa materiały, wydane własnym sumptem demo "The Calm Beyond" (1993) oraz album "Abyssal", który wydało na kasecie Morbid Noizz w 1996. Ogromna szkoda, że zespół przestał istnieć niebawem po nagraniu pełniaka. Death Metal jakim się parali był praktycznie na światowym poziomie. W ich graniu dało się słyszeć bardzo wyraźne wpływy ekip spod znaku Pestilence, Morbid Angel i przede wszystkim Deicide z czasów takich płyt jak debiut oraz "Legion". Już ich demko odznaczało się solidnością i wyczuciem obranego stylu, natomiast "Abyssal" to już była i jest klasa sama w sobie. Słychać na tej płycie jak wyraźne piętno odcisnął na grupie "Legion" Deicide. A i przemknie gdzie nie gdzie jakieś echo wczesnego Vader (albo już tak jestem tą grupą przesiąknięty, że wszędzie ich słyszę haha). Ogromna szkoda, że Mortify nie wydał więcej materiałów i nie usłyszano o nich szerzej, chociażby za granicą. Cóż, czasy były jakie były, przeciwności losu, warunki, możliwości itd. itp. Zarówno oni, jak i parę innych grup zasługiwali na konkretny sukces, a tu niestety los chciał inaczej.
Niemniej jednak sporo ludzi o nich pamięta, a tym co do tej pory nie mieli z materiałami Mortify do czynienia, Thrashing Madness funduje w tym roku lekcję historii wznawiając oba wydawnictwa zespołu na jednym cd. Co do jakości nie muszę się rozpisywać, bo już niejednokrotnie wspominałem jak Leszek wydaje płyty. To już konkretna marka. Dla maniaków Metalu Śmierci i entuzjastów naszej sceny to mus na liście zakupów oraz zespołów, które trzeba znać.
http://www.oldschool-metal-maniac.com/
Niemniej jednak sporo ludzi o nich pamięta, a tym co do tej pory nie mieli z materiałami Mortify do czynienia, Thrashing Madness funduje w tym roku lekcję historii wznawiając oba wydawnictwa zespołu na jednym cd. Co do jakości nie muszę się rozpisywać, bo już niejednokrotnie wspominałem jak Leszek wydaje płyty. To już konkretna marka. Dla maniaków Metalu Śmierci i entuzjastów naszej sceny to mus na liście zakupów oraz zespołów, które trzeba znać.
http://www.oldschool-metal-maniac.com/
wtorek, 5 lutego 2019
Rotting Christ- Thy Mighty Contract (Osmose Productions 1993/ Raven Music 2014)
![]() |
| Rotting Christ podczas jednego z koncertów słynnej Fuck Christ Tour, 1993 |
Niewiele jest takich płyt przy których opisywaniu najnormalniej brakuje słów. Ich oddziaływanie, prawdziwą magię i charakter można odczuć tylko poprzez słuchanie, doświadczenie ich osobiście. Do takich albumów należy "Thy Mighty Contract". Wyjątkowość tej płyty doceniła wtedy cała scena ekstremalnego grania. W samych superlatywach opisują płytę chociażby Mortiis, Faust, Ivar Bjornson z Enslaved czy Appolyon z Aura Noir, a i Euronymous w swoim czasie chciał ich przygarnąć do Deathlike Silence. I to wszystko ma swoje uzasadnienie. Rotting Christ wnieśli wraz z tą płytą coś nowego, świeży powiew, nowe pomysły w ramach ekstremalnego grania i co najważniejsze stali się ambasadorami greckiej sceny, stanęli na czele pochodu do którego dołączyły potem Necromantia, Varathron, Thou Art Lord czy Zemial. Mieli również wpływ na inne grupy, które zasłynęły podobnym graniem, chociażby Moonspell. Śmiem nawet twierdzić, że pierwszy krążek Dimmu Borgir "For All Tid" bardzo wiele zawdzięcza "Thy Might Contract". Ta płyta to monument i dosłownie kanon gatunku, grecka odpowiedź na "De Mysteriis Dom Sathanas"!
Poniżej reedycja z 2014 popełniona przez Raven Music. Jak widać zrobiona jest na wzór oryginalnego, pierwszego wydania z Osmose, wraz z oryginalną grafiką autorstwa S. V. Bell'a (jego prace zdobiły min. płyty Amorphis, Impaled Nazarene oraz Blasphemy) i poszerzona o dwa bonusowe kawałki. Jak ktoś nie ma pierwszego bicia, brać z marszu!
sobota, 27 października 2018
Abigial- The Lord of Satan (Nuclear War Now! 2011)
Część dalsza sceny japońskiej i ponownie gości na blogu Abigail, ale nie bez przyczyny. Uważam ich wczesne nagrania, i wspomniany już jakiś czas temu debiutancki album, za jedne z najlepszych rzeczy jakie przytrafiły się na łamach niczym nie zmąconego, oldschoolowego Black Metalu inspirowanego Pierwszą Falą.
"The Lord of Satan" jest kompilacją dem oraz pierwszych trzech Epek zespołu. Kolejno: materiał ze splitu z Funeral Winds (1995), "Descending From a Blackened Sky" (1993), "Confound Eternal (1996), "Demo 1" (1992, tylko w wersji na winylu) oraz demo "Blasphemy Night" (1993, również tylko w wydaniu winylowym). Mamy tu jednym słowem przekrój wszystkiego co zespół spłodził aż po czasy swojej pierwszej, pełnej płyty. Co zawsze totalnie urzeka mnie w tych nagraniach to ich organiczność, naturalna i niewymuszona. Abigail stworzył tu niemal swój własny Black Metal zakorzeniony inspiracjami w latach 80-tych, a też nieco (i "nieco" jest tu najtrafniejszym określeniem) zmieszany z tym co na początku lat 90-tych zaproponowała Norwegia, słychać to przede wszystkim w tych szybkich partiach kompozycji. Oczywiście Yasuyuki, nie ograniczał się tu tylko do szybkich, wściekłych struktur, ale potrafił również zawrzeć w tej muzyce nawet Doom/ Dark Metalowe naleciałości w stylu wczesnego Samael. Są tu także instrumentalne, budujące odpowiedni nastój, oparte na klawiszach fragmenty. Kolejna sprawa to klimat. Nad rzeczonymi nagraniami Abigail unosi się ta złowieszcza aura, mrok, pewien demoniczny pierwiastek, najprawdziwszy w swej wymowie. Zespół nie szedł wtedy głównym nurtem Black Metalu pozostając wiernym przede wszystkim starej szkole, a stworzył materiały, które w swym wydźwięku i przekazie kładą na łopatki nie jednego "klasyka" tamtego okresu. Obok starych materiałów Sabbat oraz Sigh to najczystsza historia tego jak kształtowała się japońska podziemna scena ekstremalna, a Abigail to jeden z jej niewątpliwych filarów.
Co się tyczy przedstawionych poniżej wydań niniejszej kompilacji to nazwa ich wydawcy to niemal dostateczna rekomendacja- Nuclear War Now!! Może wersja cd nie należy do tych najbardziej wypasionych, ale za to winyl definitywnie. Poza dwoma, pięknymi, splatterami dostajemy solidny gatefold, plakat, drukowaną wkładkę, naszywkę oraz naklejkę. No bogato jak na tą wytwórnię przystało.
Co się tyczy przedstawionych poniżej wydań niniejszej kompilacji to nazwa ich wydawcy to niemal dostateczna rekomendacja- Nuclear War Now!! Może wersja cd nie należy do tych najbardziej wypasionych, ale za to winyl definitywnie. Poza dwoma, pięknymi, splatterami dostajemy solidny gatefold, plakat, drukowaną wkładkę, naszywkę oraz naklejkę. No bogato jak na tą wytwórnię przystało.
środa, 19 września 2018
Eucharist- A Velvet Creation (Wrong Again Records 1993/ Regain Records 2001)
"A Velvet Creation" to nieodżałowana perła Szwedzkiego Death Metalu, płyta z ogromnym potencjałem i widocznym talentem jej twórców, którą zniszczyły różne wypadki losu. To właśnie przez nie nie odniosła należytego sukcesu i nie zasiadła na wysokim podium. Ci co dobrze znają ten album wiedzą jak kiepsko brzmi, żeby nie powiedzieć koszmarnie. Jakim cudem tak dobre riffy i kompozycje, czasem zawiłe, ze wstawkami akustyków, pełne pomysłów i ciekawych rozwiązań, zostały tak brutalnie potraktowane przez produkcję, ale i samych twórców? W 1993, kiedy Eucharist dostali propozycję nagrania debiutanckiej płyty zespół praktycznie nie istniał. Członkowie się poróżnili i w tamtej chwili nie było już mowy o dalszej współpracy, a co dopiero o wspólnym nagrywaniu płyty. Niemniej jednak ciśnienie na nagranie i wydanie "A Velvet Creation" było silne, zwłaszcza ze strony Thomasa Einarssona, jednego z gitarzystów grupy. Owszem płyta została nagrana, ale w okowach niezgody, co wpłynęło na to jak ostatecznie się słuchaczom objawiła. Markus Johnsson, wokalista i drugi gitarzysta, samotnie nagrał wokale, akustyki oraz swoje solówki, natomiast cała reszta ścieżek gitar, nawet te należące do niego, nagrał Thomas w towarzystwie pozostałych dwóch członków grupy, których udało się ściągnąć aby zarejestrowali swoje partie. Dlaczego płyta brzmi tak szorstko, sucho? Odpowiedź jest prosta. Taki był styl gry Thomasa, a na niego spadła lwia część gitar jakie znalazły się na płycie, jego styl zdominował materiał. Nauczył się partii Markusa i zagrał je kompletnie po swojemu, nie oglądając się na nikogo. Jak wspomina wokalista, jego styl gry był bardziej dokładny, selektywny, płynniejszy niż Thomasa, i tej przeciwwagi na płycie zabrakło. Materiał brzmiał podobno zupełnie inaczej i o niebo lepiej gdy szlifowali go jeszcze jako zespół na próbach. W takim to właśnie chaosie powstał ten album. Trochę na szybko, trochę na odwal. Liczył się tylko fakt wydania. W takiej sytuacji, brzmienie i dopracowanie materiału zostało potraktowane po macoszemu, bez należytej uwagi. Marcus do tej pory z trudem przyznaje się do efektu tej sesji, płyta produkcyjnie i poniekąd wykonawczo pozostawia wiele do życzenia (jeszcze ta puszkowata/ pudełkowa perkusja...)
Niemniej jednak i mimo wszystko same utwory, gitarowe riffy, cała ta kompozytorska składnia "A Velvet Creation" to powód do dumy dla Eucharist. Tak. Mało który zespół ze Szwecji tworzył w tamtym czasie tak zawiłe, natchnione, nawet odrobinę melodyjne, a jednocześnie brutalne kawałki. Mimo, że z pewnych powodów płyta nie wyszła tak jak powinna była wyjść, to zasługuje na pamięć i należne jej miejsce w panteonie Szwedzkiego Death Metalu. Pomimo swoich niedoskonałości produkcyjnych to dla mnie niezaprzeczalny klasyk i ważny punkt na mapie szwedzkiej sceny.
Niemniej jednak i mimo wszystko same utwory, gitarowe riffy, cała ta kompozytorska składnia "A Velvet Creation" to powód do dumy dla Eucharist. Tak. Mało który zespół ze Szwecji tworzył w tamtym czasie tak zawiłe, natchnione, nawet odrobinę melodyjne, a jednocześnie brutalne kawałki. Mimo, że z pewnych powodów płyta nie wyszła tak jak powinna była wyjść, to zasługuje na pamięć i należne jej miejsce w panteonie Szwedzkiego Death Metalu. Pomimo swoich niedoskonałości produkcyjnych to dla mnie niezaprzeczalny klasyk i ważny punkt na mapie szwedzkiej sceny.
niedziela, 2 września 2018
Dissection- The Somberlain (No Fashion Records 1993/ Irond, Black Horizon Music 2006)
"The Somberlain" to jeden z najlepszych, najbardziej imponujących debiutów w historii muzyki metalowej, jak i również ścisła czołówka płyt wydanych na szwedzkiej ziemi. Nagrany w marcu 1993, był dziełem które tak naprawdę przedstawiło światu nowy styl grania, nietuzinkową, melodyjną hybrydę Black i Death Metalu, z tym drugim u podstaw. W tamtym czasie w jakimś stopniu, na podobnym gruncie, powołując do życia melodyjną odmianę Death Metalu, poruszało się At the Gates oraz Unanimated ze swoim debiutem, ale to wciąż nie było to z czym mamy do czynienia w przypadku Dissection. "The Somberlain" charakteryzowały zmyślne riffy, bogate kompozycje oraz zmiany tempa w jakimkolwiek stopniu nie ujmujące płynności płyty, a wręcz przeciwnie, nadając jej dodatkowej złożoności. Płyta nafaszerowana jest kapitalnymi, posępnymi melodiami. W przeciwieństwie do innych zespołów, które podobnie jak oni bazowały na skali molowej, Dissection nader często uderzali w struny pojedynczo nadając tej formie nowej jakości, a swojej muzyce dodatkowego, niepowtarzalnego klimatu. Na płycie nie brak też dodatkowych akustyków czy drobnych nawiązań do klasyki (kto nie kojarzy ów czystego krzyku Jona a la King Diamond w otwierającym album "Black Horizons", którym potem przechodzi w nucenie niczym z "One Rode to Asa Bay"). Dzieła dopełniła czysta i potężna produkcja, którą zespół zawdzięcza Danowi Swano.
Tak oto powstała kolejna płyta bez skazy, kolejny z ponadczasowych monumentów tej sceny. W tamtym czasie nikt nie brzmiał tak jak oni. I tak jak to miało miejsce w przypadku Entombed, nie trzeba było długo czekać na tych którzy postanowią podążać muzyczną ścieżką wydeptaną przez Dissection, mam tu na myśli chociażby Gates of Ishtar, Sacramentum czy to co stworzyło Unanimated na "Ancient God of Evil". Powstał materiał o niemal podobnym wpływie na scenę, który wytyczył kolejne, nowe ścieżki w metalowym graniu, który sprawił, że Dissection, którzy doczekali się z czasem niemal legendarnego statusu. Uważam, że w pełni na niego zasługując.
Tak oto powstała kolejna płyta bez skazy, kolejny z ponadczasowych monumentów tej sceny. W tamtym czasie nikt nie brzmiał tak jak oni. I tak jak to miało miejsce w przypadku Entombed, nie trzeba było długo czekać na tych którzy postanowią podążać muzyczną ścieżką wydeptaną przez Dissection, mam tu na myśli chociażby Gates of Ishtar, Sacramentum czy to co stworzyło Unanimated na "Ancient God of Evil". Powstał materiał o niemal podobnym wpływie na scenę, który wytyczył kolejne, nowe ścieżki w metalowym graniu, który sprawił, że Dissection, którzy doczekali się z czasem niemal legendarnego statusu. Uważam, że w pełni na niego zasługując.
poniedziałek, 19 lutego 2018
Enslaved- Hordanes Land (Candlelight 1993/ By Norse Music 2018)
"Hordanes Land" to nie tylko kamień milowy dla samego Enslaved, ale także bardzo istotne wydawnictwo dla norweskiej sceny ze względu na swój oryginalny charakter i tematykę. Sukces tego mini albumu zespół w znacznym stopniu zawdzięcza samemu Euronymousowi. Podczas jednej z ich wizyt w Helvete puścili mu jeszcze niedokończoną wersję dema "Yggdrasill", które momentalnie zdobyło zainteresowanie Oysteina i to na tyle aby zaproponować zespołowi wydanie płyty w barwach Deathlike Silence. Niedługo potem z Euronymousem skontaktował się Lee Barrett, właściciel dopiero co powstałej Candlelight Records, z prośbą o zarekomendowanie dwóch zespołów na potrzebę pierwszych dwóch Epek oraz splitu na cd. W odpowiedzi usłyszał Emperor oraz właśnie Enslaved. Grutle, Ivar oraz Trym z radością przystali na ofertę i z końcem 1992 weszli na kilka tygodni do studia aby zarejestrować "Hordanes Land". EPka ukazała się w barwach wspomnianego Candlelight w maju 1993 i momentalnie zdobyła sobie uznanie sceny jak i fanów. I nie ma co się temu dziwić, oj nie. Mimo tylu lat od wydania ten materiał wciąż tętni tą unikatową atmosferą i klimatem towarzyszącym wczesnym latom sceny w Norwegii. Enslaved stworzyło tu, jak na tamten czas, jedyną w swoim rodzaju mieszankę zajadłej i surowej Black Metalowej sztuki połączonej z ciekawymi klawiszowymi, nadającymi epickości tłami oraz tematyką osadzoną w nordyckiej mitologii i kulturze (co wcześniej na taką skalę praktykował tylko Bathory, a za przykładem czego poszły później kolejne grupy, jak chociażby Ulver). Mamy tu tylko trzy utwory, ale każdy średnio po dziesięć minut. Są to rozbudowane, niesamowicie wciągające kompozycje, przy których nie idzie się nudzić. Znakomity, wampiryczny wokal i wyeksponowane wyraźnie linie basu Grutle, świetne gitarowe i klawiszowe partie Ivara oraz solidne bębnienie Tryma stworzyły dzieło skończone i tak ważne w ich dorobku. Sam zespół darzy je przeogromnym sentymentem i do tej pory grywa na koncertach utwory z owej Epki.
Podsumowując, to właśnie dzięki takim wydawnictwom jak "Hordanes Land" tak mocno zagłębiłem się niegdyś w Black Metal, który do tej pory pochłania mnie z tą samą mocą. To przykład grania w którym można usłyszeć i poczuć tą szczerą pasję i oddanie wykonywanej muzyce, która zaraża i wciąga już na zawsze. Nieśmiertelny klasyk i osobiście bardzo ważne dla mnie wydawnictwo!
Poniżej przedstawiam tegoroczną reedycję omawianej płyty, która ukazała się z ramienia By Norse Music prowadzonej Einara Selvika (Wardruna), Ivara Bjornsona (Enslaved) oraz Simona Fullemanna. Wznowienie wyszło kapitalnie, chociaż może nie jestem tu do końca obiektywny jako, że brałem drobny udział w owym wydawniczym przedsięwzięciu, no ale jak tu nie chwalić jak jest co. Wydanie zawiera cała masę wspomnień osób związanych ze sceną, muzyków nie tylko Enslaved i norweskiej sceny (min. Faust, Silenoz, Fenriz, Mortiis... ale i Saculagus, Sakis Tolis, Metalion, Yosuke Konishi...), krótkie wywiady, garść zdjęć i memorabiliów oraz bardzo dobrze zrewitalizowaną szatę graficzną wierną oryginalnemu wydaniu. Wszystko w laminowanym digipaku. No żyć nie umierać, tak powinny wyglądać wszystkie reedycje klasycznych materiałów!
niedziela, 31 grudnia 2017
Sauron- The Baltic Fog (demo 1995/ Wheelwright Productions, Witches Sabbath Records 2017)
"The Baltic Fog" Sauron to kolejny kawał historii naszego podziemia lat 90-tych. Nieco już zapomniany, odrobinę zepchnięty na margines, a uważam, że bardzo ważny i wart przypominania. "Bałtycka Mgła" nagrana została w 1995 w Zespole Szkół Elektronicznych w Radomiu, a potem wydana przez zespół na taśmie własnym sumptem. Death Metalowe początki grupy zastąpione tu zostały przez siarczysty i pełen klimatu, Pogański Black Metal. Było to zasługą fascynacji tą sztuką przez Evil'a oraz P.W. Sauron nagrał materiał, który moim zdaniem bez wstydu może być wymieniany wraz z demami takich hord jak North, Behemoth czy Graveland (chociaż nie udało im się zaistnieć tak znacząco jak wymienione zespoły). Muzykom grupy nie brakowało ani muzycznego warsztatu, ani kreatywności. "The Baltic Fog" ma to swoiste, surowe/ piwniczne brzmienie, tnące partie gitar z zapadającymi w pamięć riffami (miejscami swym charakterem przywodzące na myśl te z pierwszych płyt Darkthrone), a wszystko podparte jest solidną sekcją rytmiczną (Rzeczy odwalił to za garami kawał dobrej roboty, a i bas P.W. wali naprzód niczym buldożer). Nad tym wszystkim zawieszone są mocne i upiorne wokale P.W.. Powstał iście złowieszczy i przełomowy wtedy dla Sauron materiał, a demko zyskało znaczący odzew zwłaszcza od zagranicznej sceny. "The Baltic Fog" naznaczył ścieżkę, którą zespół, z przerwami, podąża do tej pory. Może nie był to materiał, który jakoś mocno się wyróżniał, ale słychać z jaką pasją został do życia powołany i jak unikatowa atmosfera jest na nim zawarta. Swoją drogą, Sauron jest też w tej grupie zespołów, które wprowadziły na naszą scenę pogańską tematykę. Co mogę powiedzieć więcej, będąc szczerym to uwielbiam to demo całym serduchem i wiem, że gościć będzie w odtwarzaczu jeszcze przez wiele, wiele lat. Warto je znać, warto wspominać i warto je mieć na półce!
Poniżej przedstawiam posiadane przez siebie na kasecie i winylu reedycje "The Baltic Fog" popełnione w tym roku przez należące do Evil'a Wheelwright Productions oraz Witches Sabbath Records (taśma). Zdjęcia tu zawarte i tak nie w pełni oddają to z jakim namaszczeniem i profesjonalizmem zostały te wznowienia wykonane. Po rozpakowaniu byłem pod ogromnym wrażeniem (podobnie jak przy winylach North z Heritage Records). Tak to się powinno robić proszę Państwa! Kaseta, wiadomo, tu nigdy nie ma kosmosu, ale sam fakt zrobienia jej w czarnej obudowie i z wkładką najwyższej jakości już o czym świadczy. Jak się chce to można! Sam winyl to już bajka. Dostajemy tu porządny gatefold ze zdjęciami i grafikami autorstwa Roberta A. von Rittera oraz Sirkisa (North), tłoczonym logiem i setlistą, a jako bonus dodany jest dwustronny plakat formatu A2 zawierający oba obrazy zdobiące to wydawnictwo. Po prostu klasa!
http://www.sauron.band/
http://wheelwright.productions/en/
Poniżej przedstawiam posiadane przez siebie na kasecie i winylu reedycje "The Baltic Fog" popełnione w tym roku przez należące do Evil'a Wheelwright Productions oraz Witches Sabbath Records (taśma). Zdjęcia tu zawarte i tak nie w pełni oddają to z jakim namaszczeniem i profesjonalizmem zostały te wznowienia wykonane. Po rozpakowaniu byłem pod ogromnym wrażeniem (podobnie jak przy winylach North z Heritage Records). Tak to się powinno robić proszę Państwa! Kaseta, wiadomo, tu nigdy nie ma kosmosu, ale sam fakt zrobienia jej w czarnej obudowie i z wkładką najwyższej jakości już o czym świadczy. Jak się chce to można! Sam winyl to już bajka. Dostajemy tu porządny gatefold ze zdjęciami i grafikami autorstwa Roberta A. von Rittera oraz Sirkisa (North), tłoczonym logiem i setlistą, a jako bonus dodany jest dwustronny plakat formatu A2 zawierający oba obrazy zdobiące to wydawnictwo. Po prostu klasa!
http://www.sauron.band/
http://wheelwright.productions/en/
poniedziałek, 6 listopada 2017
Mayhem- Live in Leipzig (Obscure Plasma 1993/ Peaceville 2015)
"When it's cold and when it's dark, freezing moon can obsess you!" No kto zadurzony w metalowych wyziewach nie zna tego zawołania? Chyba tylko ktoś kompletnie nie zapędzający się w ekstremalne oblicze tej sztuki. Słowa te rozbrzmiewają na najsłynniejszej koncertówce w dziejach Mayhem- "Live in Leipzig", poświęconej nieodżałowanemu wokaliście z którego ust niegdyś padły. Zatem do rzeczy proszę Państwa.
Złoty okres w historii Mayhem przypada na lata 1989-1991. Wtedy na pokładzie był właśnie Dead, którego wkład w zespół był moim zdaniem nieoceniony, wręcz kluczowy. Chodzi mi tu o pewną aurę którą ze sobą wniósł, której to zespół nie miał wcześniej, ani nigdy później. Miał niesamowitą charyzmę sceniczną, pisał genialne teksty inspirowane jego obsesją w temacie śmierci, Transylwanii i wampirów. To on dał początek wizerunkowi, który towarzyszy Mayhem do dziś.
Wydana oryginalnie w 1993 przez Obscure Plasma "Live in Leipzig" (zapis pochodzi z 1990) jeszcze do niedawna był jedynym oficjalnym materiałem na którym mogliśmy usłyszeć osławionego wokalistę. Oczywiście istniała i nadal istnieje cała masa bootlegów takich jak chociażby niesławny "Dawn of the Black Hearts" do którego wykorzystano fotografię Dead'a, zrobioną przez Euronymousa niedługo po samobójstwie Pelle'go. W chwili obecnej Peceville postarał się o oficjalne wydanie prawie wszystkich zarejestrowanych koncertów Mayhem, które miały miejsca podczas ich krótkiej trasy w 1990 roku (wyszły kapitalnie, z resztą zerknijcie na zdjęcia). Jakiś tłumów na gigach Mayhem w tamtym czasie nie było, ludziska nie walili drzwiami i oknami, ale były to niewątpliwie wyjątkowe wydarzenia. Strój Dead'a cuchnął rozkładem, a on sam ciął się w trakcie koncertu nożem, czy stłuczonymi butelkami, lub też dźgał nim świńskie łby przytargane przed koncertem z jakieś ubojni. Obaj z Euronymousem nosili tzw, corpsepaint, byli jednymi z pierwszych na ekstremalnej scenie, którzy zaczęli to praktykować, za ich przykładem niebawem poszło niemal całe grono muzyków którzy formowali Black Metalową scenę. Klimat występów Mayhem z tamtego czasu można przynajmniej w części poczuć na tej właśnie koncertówce. To właśnie tu możemy podziwiać w pełnej krasie osobliwe wokale jakimi władał Dead, miały w sobie coś totalnie niezwykłego i obłąkańczego. Jakość tego nagrania może jakoś specjalnie nie powala (chociaż i tak jak na warunki w których powstało i było rejestrowane jest naprawdę dobrze), ale przecież nie o to tu chodzi. Jest to zapis historyczny, ma głęboki poza muzyczny wymiar, to pomnik tamtych czasów oraz świadectwo fenomenu jakim było wtedy i jest obecnie Mayhem.
"Liepzig! Come on, join us! Pure fucking armageddon!"
Złoty okres w historii Mayhem przypada na lata 1989-1991. Wtedy na pokładzie był właśnie Dead, którego wkład w zespół był moim zdaniem nieoceniony, wręcz kluczowy. Chodzi mi tu o pewną aurę którą ze sobą wniósł, której to zespół nie miał wcześniej, ani nigdy później. Miał niesamowitą charyzmę sceniczną, pisał genialne teksty inspirowane jego obsesją w temacie śmierci, Transylwanii i wampirów. To on dał początek wizerunkowi, który towarzyszy Mayhem do dziś.
Wydana oryginalnie w 1993 przez Obscure Plasma "Live in Leipzig" (zapis pochodzi z 1990) jeszcze do niedawna był jedynym oficjalnym materiałem na którym mogliśmy usłyszeć osławionego wokalistę. Oczywiście istniała i nadal istnieje cała masa bootlegów takich jak chociażby niesławny "Dawn of the Black Hearts" do którego wykorzystano fotografię Dead'a, zrobioną przez Euronymousa niedługo po samobójstwie Pelle'go. W chwili obecnej Peceville postarał się o oficjalne wydanie prawie wszystkich zarejestrowanych koncertów Mayhem, które miały miejsca podczas ich krótkiej trasy w 1990 roku (wyszły kapitalnie, z resztą zerknijcie na zdjęcia). Jakiś tłumów na gigach Mayhem w tamtym czasie nie było, ludziska nie walili drzwiami i oknami, ale były to niewątpliwie wyjątkowe wydarzenia. Strój Dead'a cuchnął rozkładem, a on sam ciął się w trakcie koncertu nożem, czy stłuczonymi butelkami, lub też dźgał nim świńskie łby przytargane przed koncertem z jakieś ubojni. Obaj z Euronymousem nosili tzw, corpsepaint, byli jednymi z pierwszych na ekstremalnej scenie, którzy zaczęli to praktykować, za ich przykładem niebawem poszło niemal całe grono muzyków którzy formowali Black Metalową scenę. Klimat występów Mayhem z tamtego czasu można przynajmniej w części poczuć na tej właśnie koncertówce. To właśnie tu możemy podziwiać w pełnej krasie osobliwe wokale jakimi władał Dead, miały w sobie coś totalnie niezwykłego i obłąkańczego. Jakość tego nagrania może jakoś specjalnie nie powala (chociaż i tak jak na warunki w których powstało i było rejestrowane jest naprawdę dobrze), ale przecież nie o to tu chodzi. Jest to zapis historyczny, ma głęboki poza muzyczny wymiar, to pomnik tamtych czasów oraz świadectwo fenomenu jakim było wtedy i jest obecnie Mayhem.
"Liepzig! Come on, join us! Pure fucking armageddon!"
sobota, 2 września 2017
Blasphemy- Gods of War/ Blood Upon the Altar (Osmose Produsctions 1993/ 2016)
Blasphemy ciężko jest zawsze rozpatrywać i oceniać ściśle pod muzycznym kątem. To chaos, zło i najgłębsze piekielne czeluści przekształcone w metalowe dźwięki. Ten zespół to przede wszystkim autentyzm w wykonywanej sztuce, bezkompromisowość i niepodrabialny klimat, którymi w pełni zasłużyli na swój status grupy legendarnej i kultowej.Wydany w 1993 przez Osmose "Gods of War" to chyba najsłabiej oceniany materiał w ich dorobku, dla wielu asłuchalny, ja natomiast skory jestem twierdzić, że całkiem nieźle sobie radzi jako następca wychwalanego "Fallen Angel of Doom". To wciąż ta sama surowizna, brutalność i agresja gnająca na złamanie karku. Album jest o prawie połowę krótszy od poprzednika i mniej rozbudowany (o ile w przypadku Blasphemy można o czymś takim mówić) oraz może odrobinę mniej dopracowany, ale nadal spuszcza z łańcucha te same rozwścieczone, dźwiękowe bestie mające urwać słuchaczowi łeb. Tym razem pełno tu krótkich budujących atmosferę intr i szybkiego zwartego łojenia. I o to tak naprawdę tu chodzi, ich muzyka z założenia taka jest i taka ma być. Oni nie muszą nikomu niczego udowadniać, czy starać się zaskoczyć czymś nowym, to nie te rejony. Blasphemy ma serwować prostą i bezpośrednią Black/ Death metalową chłostę z piekła rodem i to właśnie robi, niczego więcej tu nie trzeba.
Co się tyczy dema "Blood Upon the Altar", cóż to własnie od tej taśmy wszystko się zaczęło. To był pierwszy materiał w stylu, który Blasphemy zapoczątkowało, mieszanka Black i Death Metalu w swojej najbardziej surowej, chaotycznej i złowieszczej formie. Bez tych nagrań prawdopodobnie nie byłoby takich grup jak Archgoat, Bestial Warlust czy chociażby Beherit, nie wspominając już o całej reszcie im podobnych. I pomimo faktu, że jest to demo, to jakościowo wypada ono świetnie, wszystko jest wyraziste, czytelne i pełne mocy. No i ten klimat, intro otwierające demo po prostu rozwala i w bardzo krótkim czasie buduje klimat całości- wiatr, bijące dzwony, zawodzący chór... Aż ciary idą po plecach. Potem otwierają się już wrota Tartaru i nie ma miejsca na litość. "Blood Upon the Altar" to bez wątpienia najbardziej wyróżniające się wydawnictwo Blasphemy i z pewnością najlepsze jakie nagrali. To klasyk gatunku, którego nie można nie znać!Poniżej przedstawiam wydaną rok temu przez Osmose, kolejną już reedycję "Gods of War/ Blood Upon the Altar". Przyznać muszę, że jeżeli chodzi o wersję cd (o winyl w sumie też) to jest to najbardziej okazała i dopracowana pod względem wizualnym wersja z tych które się dotychczas ukazały, warto ją mieć na półce. Dobrze brzmi, w booklecie pełno fot, szkoda może, że nie pokuszono się o jakieś liner notes czy coś, ale co tam, nie zawsze można mieć wszystko prawda? W każdym bądź razie polecam!
czwartek, 27 lipca 2017
Neolith- Primal Sins (GS Productions 2017)
Nie mogę wyjść z podziwu jak wczesne materiały Neolith, wraz z debiutanckim albumem, potrafiły łączyć w sobie death metalowy ciężar, miejscami black metalową złowieszczość oraz posępność doom metalu ze sporą dawką melodii, nietuzinkowej atmosfery, a nawet ambientowych czy w marginalnej ilości folkowych naleciałości (gdzieś tam flecik nieśmiało zanuci). Bardzo bogate materiały, które jak na tak młody wtedy stażem zespół, są jak dla mnie czymś totalnie niesamowitym, zasługującym na spore uznanie i docenienie. Mamy tu nie tylko nietuzinkowy talent w komponowaniu, ale także spore umiejętności wykonawcze. Aż dziw, że Neolith nigdy nie zyskali rozgłosu na jaki zasługiwali, cholernie szkoda.Za tytułem "Primal Sins" kryje się kompilacja dem "Death Comes Slow" (1993), "Trips Through Time and Loneliness" (1995) oraz "Promo '96". Pierwsze z nich jest najbardziej zatopione w death metalowej stylistyce, posępne, ze złowieszczymi wokalami, kolejne dwa to już zauważalne kroki w kierunku materiału nagranego na długograja. Jest wolniej, bardziej klimatycznie, z większą ilością klawiszy, a nawet żeńskich wokali. Mimo tego z wciąż obecnym pazurem i ciężkością z "Death Comes Slow". Co się tyczy brzmienia, to jak się można domyślić, jak to u dem, z tym że w tym przypadku tych bardziej dopracowanych. Wszystko słyszalne, bez zamuleń, także elegancko. Odbiór jest wyborny i utwierdza we wnioskach, które już kiedyś przytaczałem, mianowicie, że nasze rodzime granie mogło śmiało doganiać zachodnie zespoły i w niczym im nie ustępowało, a owe dema Neolith to jeden z wielu niepodważalnych na to dowodów.
Wydanie samo w sobie zrobione porządnie i nie zamierzam się do niczego przyczepiać (no ok, może jakiś booklet by się przydał, tzw. liner notes, no ale to już takie szukanie dziury w całym, można się bez tego obyć). Poza najważniejszą częścią, czyli zgranymi na dwie płyty demami, mamy nieco pamiątek w postaci zdjęć, flyerów itd, także jest i na co się pogapić. Jeżeli ktoś ma ochotę się w to wydawnictwo zaopatrzyć, do czego szczerze zachęcam (warto!!!), to radzę się spieszyć bo wyszło w bardzo małym nakładzie.
wtorek, 25 lipca 2017
Behemoth- Thy Winter Kingdom promo rehearsal 1993/ ...From The Pagan Vastlands adv. III demo '93 (Witching Hour 2015)
Wreszcie nadszedł czas żeby co nieco skrobnąć o tym niesamowitym, wręcz nostalgicznym wydawnictwie. W 2015 Witching Hour wydało na świat, w formie 2- płytowej kompilacji, stare materiały Behemoth z prób oraz pierwotne wersje utworów znanych min. z dema "...From the Pagan Vastlands" oraz częściowo z epki "...And the Forests Dream Eternally". Zarówno "Thy Winter Kingdom promo rehearsal" jak i "...From the Pagan Vastlands adv. III demo", bo o tak zatytułowanych taśmach będzie mowa, były wypuszczone w bardzo małej liczbie kopii przez co zaległy w odmętach czasu będąc materiałami do tej pory nieosiągalnymi. Z tego co mi wiadomo rozeszły się tylko po bliskich znajomych zespołu oraz niektórych zinach i tyle o nich słyszano. Wtedy jeszcze w składzie Behemoth figurował dopiero co skaptowany Frost oraz Orcus (i tylko tutaj można usłyszeć całą czwórkę grającą razem). Teraz, dzięki tym płytom (wyszła także wersja winylowa) można doświadczyć tego jak kształtowała się niegdyś muzyka Behemoth "od kuchni", jak brzmieli poza studiem i poza sesjami do oficjalnie wydanych materiałów, jak formowały się kawałki których ostateczne wersje słyszeliśmy na wspomnianym demie i epce. Ciekawą ewolucję przeszedł tu zwłaszcza "Moonspell Rites" oraz "Thy Winter Kingdom, który nawet zagrany wolniej nie traci nic ze swojego uroku. Od razu powiem, że nie ma tu miejsca na rozkminianie brzmienia, umiejętności itd. Tutaj liczy się klimat i duch, pasja i oddanie. Dźwięki totalnie niedoskonałe, pełne błędów i niedociągnięć, jakościowo niekiedy ciężkie do strawienia (zwłaszcza rehearsal "Thy Winter Kingdom", wokal kompletnie nieczytelny), ale jakże prawdziwe i oddane wykonywanej wtedy sztuce. To jest totalnie bezcenne, a dzięki takim białym krukom można w pełni to wszystko odczuć! Niesamowita podróż w przeszłość naszej Black Metalowej sceny!poniedziałek, 10 lipca 2017
Thirst- ...Darkness.. (demo 1993/ Dark Omens Production 2016)
Ilekroć słucham Black Metalowych dem, głównie tych naszych, rodzimych, z pierwszej połowy lat 90-tych to mam wrażenie przenoszenia się w czasie do tamtych dni. Coś niezwykłego zostało w tych dźwiękach zaklęte, coś ponadczasowego, co przeżyje niejedno pokolenie. Mimo, że w tamtym czasie biegałem dopiero do przedszkola, a o istnieniu muzyki metalowej nie miałem nawet bladego pojęcia, to słuchając owej sztuki ma się okazję doznać choćby namiastki ognia, który płoną wtedy w sercach jej twórców. Dana jest możliwość odczucia odrobiny atmosfery wspomnianych lat.Hordę Thirst powstałą w 1991 roku w Przasnyszu spokojnie można zaliczyć do grona tych grup które budowały nasze Black Metalowe podziemie. 1993 rok przyniósł demo "...Darkness...", nieco już teraz zapomniane i pozostające w cieniu nagranego rok później "The Might of the Pagan Belief". Ów materiał pozostaje w klimatach znanych z demówek Graveland, Behemoth czy North. Może umiejętności techniczne są tu jeszcze w powijakach, ale za to klimat i zdolność złożenia tego w jedną całość na najwyższym poziomie. Mamy tu nie tylko zakorzenioną w norweskiej scenie mroczną sztukę, czy wpływy takich pionierów jak chociażby Samael, ale także mnogość różny budujących nastrój smaczków w postaci odgłosu kruków, szumu fal czy posępnych, nastrojowych zagrywek akustycznych. Mam wrażenie, że demo Thirst zostało nieco przyćmione przez wręcz ikoniczne w temacie "The Return of the Northern Moon" Behemoth oraz "In the Glare of the Burning Churches" Graveland, a niesłusznie. Powinno stać na tym samym piedestale co przed chwilą wymienione. To ta sama jakość, ta sama diabelska siła i wszechobecna czerń oraz absolutnie niepowtarzalny urok, który mimo prostoty jest w stanie opętać i pozostać w pamięci na bardzo długo, jeżeli nie na zawsze. Wtedy liczyło się oddanie idei i pasja, to wszystko tutaj słychać.
W ubiegłym roku Dark Omens Production pokusiło się o wznowienie "...Darkness..." na srebrnym krążku. No muszę powiedzieć, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony. Nie tylko nikt nie gmerał przy nagraniu, mamy oryginalny dźwięk z taśmy, ale też oryginalną okładkę i garść memorabiliów wewnątrz. Są także bonusy live oraz jeden kawałek z próby. Jest stosunkowo skromnie, ale bardzo solidnie i z pomysłem wiernym pierwszemu wydaniu. Czy polecam? Pytanie! Jasne, że tak! Brać i katować do upadłego! Za jednym machem dawka świetnego Black Metalu, a i kawał historii!
środa, 28 czerwca 2017
Infected Mind- Lost Existence (demo 1993/ Thrashing Madness 2017)
Krakowskie Thrashing Madness uderza w tym roku z konkretną siłą i znów dostajemy sporą dawkę nagrań z naszego dawnego metalowego podziemia podaną w kompaktowej formie. Tym razem pochylam się nad demem gliwickiego Infected Mind "Lost Existence" (1993), notabene jedynym materiałem tej grupy (a szkoda, naprawdę). Zespół serwuje istotnie bardzo dobrą i emanującą pasją mieszankę death i thrash metalu spod znaku takich grup jak Merciless, starej Sepultury czy Possessed (w niektórych miejscach cichym echem odbija się Metallica z czasów "Master of Puppets"). I co ważne, brzmienie, choć to demo, jest naprawdę niezłe i jak na demówkowe realia naprawdę wysoko stawia poprzeczkę. Grupa zaserwowała tu siedem autorskich kompozycji (warto zwrócić uwagę na gitarowe galopady i sola, jest tu czego posłuchać) w których skład wchodzą też całkiem ciekawe, nieco zawiłe utwory istrumentalne w postaci "Crazy Horse" oraz "Terminator". Co do zawiłości, to generalnie cały ów materiał opatrzony jest w sporo zmian temp i całą masę riffów, słucha się tego piekielnie dobrze, a materiał nie ma prawa się nudzić, a i jeszcze wokal. No swoista kropka nad "i"- wściekły, opętańczy, momentami nieco vaderowski, klasa! Śmiem twierdzić, że zespół miał predyspozycje aby doganiać takie grupy jak osławiony Armageddon czy nawet Vader. Tkwił w nich potencjał i to nie byle jaki, wystarczy się wsłuchać. Te niespełna 28 minut biczowania dźwiękiem to zaprzepaszczona kiedyś szansa na prawdopodobnie znaczący sukces. Ale wiadomo jak to wtedy bywało, nie każdemu było dane zaistnieć z powodów przeważnie losowych, niestety, ot pech, czasem zaniechanie, a czasem po prostu niewłaściwe miejsce czy czas.Jak zwykle Thrashing Madness raczy nas wydaniem na najwyższym możliwym poziomie jeżeli generalnie chodzi o kompaktowe reedycje starych wyziewów metalowej sceny. Płyta wydana jest z dokładnością o każdy szczegół. Mamy nie tylko nośnik z siarczystym metalowym łojeniem z najwyższej półki, ale i także coś dla oka. Jak w poprzednich przypadkach dostajemy opasły booklet wypełniony memorabiliami i sporą ilością archiwalnych fotografii, którym towarzyszą wspomnienia Bera, gitarzysty i jednocześnie wokalisty Infected Mind. Czy jakakolwiek rekomendacja jest tu potrzebna? Nie sądzę!
poniedziałek, 22 maja 2017
Taranis- Moon Silver Mask (Damned Promotion 1993/ Under the Sign of Garazel 2017)
Niniejsze demo to swoisty wstęp do
nadchodzącego wtedy debiutanckiego albumu "Faust" (takie
było założenie, pomysł pojawił się w trakcie prac nad pierwszą
płytą) oraz świadectwo pewnych zmian jakie zachodziły w muzyce
Taranis. Znana z "Obscurity" brzmieniowa surowizna (mimo
tego wciąż obecny jest tu ten zaśniedziały, demówkowy klimat) i
stricte samaelowski styl ustąpiły nieco pola jeszcze większemu
klimatowi oraz pewnym drobnym urozmaiceniom. Mam tu na myśli
pojawienie się konkretnej dawki tak charakterystycznej dla zespołu
nastrojowości oraz częstszych zmian temp z tych typowo wolnych na
średnie. Nadal jest transowo, ale już nie tak walcowato jak na
pierwszym demie. W obu zawartych tu kompozycjach wyeksponowana
została gitara basowa, która wyraźnie mruczy w tle obu utworów,
podobnie z okazyjnymi akustykami. Nadaje to więcej dynamizmu i
sprawia, że kawałki są nieco żywsze. Demo zostało tak ciekawie uchwycone, że podczas słuchania ma się wrażenie jakby zespół
grał zaraz w pokoju obok. Nie tak znowu wiele materiałów może się
taką cechą poszczycić. No i ten wampiryczny wokal i recytacje Jacques'a budujące atmosferę nagrania już od pierwszych dźwięków... Nie da
się przemilczeć faktu, że Taranis od zawsze stawiali na klimat
swoich kompozycji, na budowanie niezwykłej, mrocznej i wręcz
rytualnej aury. Na "Moon Silver Mask" te cechy zostały
popchnięte dalej, a w pełnej krasie błyszczały już na płycie
"Faust". Jak już zdążyłem wspomnieć na samym początku
owe demo to takie preludium przed pełną płytą, pomost pomiędzy
wczesnym, a tym już w pełni dojrzałym obliczem tej grupy, wstęp
do pełnego misterium ciemności.
Coś się tyczy samego przedstawionego
poniżej wznowienia tego znakomitego materiału, to dźwięk został
odrobinę podrasowany (brawa i ukłony dla M z Mgły) przez co demo
brzmi mocarniej i majestatyczniej, łatwiej jest wychwycić wszystkie
jego smaczki. Jako bonus dodany tu został utwór "The Dark
Warriors", który wcześniej pojawił się już na "The
Obscurity". Tutaj jest w nieco późniejszej wersji i brzmi
jeszcze potężniej od swojego pierwowzoru. Sama forma wydania wersji kompaktowej jest skromna, ale solidna. Mamy skany oryginalnego wydania dema oraz
flyera promocyjnego, garść tzw. liner notes dotyczących powstania
"Moon Silver Mask" oraz wszechobecną czerń, która idzie
w parze ze sztuką Taranis. Natomiast limitowana edycja na białym, 7'' winylu (dostępna jest także wersja standardowa na czarnym) to już konkretna zajawka dla kolekcjonerów. Poza płytą dostajemy wysokiej jakości naszywkę oraz cztery laminowane zdjęcia/ pocztówki zespołu. Klasa!
Podsumowując, jest dobrze i warto po ten materiał sięgnąć, nawet jeżeli ma się oryginalne kasetowe wydanie, chociażby ze względu na brzmienie i dodatkowy utwór. Dla mnie, jako fana Taranis i naszej starej, rodzimej sceny BM mus absolutny!
Podsumowując, jest dobrze i warto po ten materiał sięgnąć, nawet jeżeli ma się oryginalne kasetowe wydanie, chociażby ze względu na brzmienie i dodatkowy utwór. Dla mnie, jako fana Taranis i naszej starej, rodzimej sceny BM mus absolutny!
Subskrybuj:
Posty (Atom)










































