Po niezwykle udanym "Vikingligr Veldi", wydanym w barwach Deathlike Silence (niestety, Euronymous nie usłyszał już efektu nagrań grupy, a byłby dumny), po niespełna pół roku Enslaved uderzyli z kolejnym długograjem. Tym razem zrezygnowali z elementów symfonicznych, artyzmu, jakim odznaczał się poprzednik, na rzecz płyty bardziej surowej i mroźnej, bardziej gitarowej, szorstkiej. "Frost" to istotnie klimatyczny i brzmieniowy mróz, skuta lodem i smagana wichrem dźwiękowa połać. Płyta - poza konkretnie Black Metalowym sznytem w kwestii struktury kompozycji - może poszczycić się również niebanalną atmosferą, okazjonalnymi klawiszami, które przecinają co jakiś czas muzyczną nawałnicę oraz nieszablonowymi, nieco połamanymi riffami. "Frost" jest dziełem niepowtarzalnym, biorąc pod uwagę całą dyskografię Enslaved. Nigdy potem już takiej typowo "norweskiej" płyty nie nagrali, chociaż jej cechy obecne były już na "Hordanes Land", a potem na jeszcze na "Eld", jednak nie było to dokładnie to, co podali nam wraz z "Frost". Tematyka nordyckiej mitologii, jakiej hołduje w swoich tekstach zespół, została tu zapakowana w bardzo intensywną formę, to jakby połączenie Bathory z czasów "Twilight of the Gods" oraz "Hammerheart" z typowym brzmieniem Norweskiego Black Metalu, jaki reprezentowały wtedy chociażby Immortal, Mayhem, Gorgoroth czy Satyricon. Ale to, rzecz jasna, tylko przykładowe porównania. Enslaved stworzyli swój własny charakterystyczny styl i ta płyta jest jednym z elementów jego szlifowania i jedną z najbardziej odznaczających się materiałów Black Metalu pierwszej połowy lat 90-tych.
"Frost" był też pierwszą płytą Enslaved w barwach Osmose Productions, z którą współpracowali również przy kilku kolejnych płytach. Wydany z końcem 1994 roku album zwieńczyła wspólna trasa ze Szwedami z Marduk - "Winter War Tour", trwająca przez cały luty 1995 i składająca się z 20 koncertów na terenie całej Europy.
English version:
After the extremely successful "Vikingligr Veldi", released by Deathlike Silence (unfortunately, Euronymous did not have a chance to hear the effect of the group's recordings, and he would have been proud of what they achieved), in less than half a year Enslaved hit the scene with another full-length. This time they gave up the symphonic elements, the artistry of their predecessor, in favor of a more raw and frosty, more guitar-oriented and rough record. "Frost" has indeed a freezing climate and sound, creates a soundscape chilled with ice and windswept. The album, apart from specifically Black Metal finish in terms of the composition structure, can also boast an original atmosphere, occasional keys that cut the musical storm from time to time, and unconventional, slightly broken riffs. "Frost" is a unique work when taking into account the entire discography of Enslaved. They never recorded such a typical "Norwegian" album, although its features were already present on "Hordanes Land" and then on "Eld", but it was not exactly what they gave us with "Frost". The subject of Norse mythology, which the band adheres to in their lyrics, has been packed here in a very intense form, it is like the combination of Bathory from the period of "Twilight of the Gods" and "Hammerheart" with the typical sound of Norwegian Black Metal which was represented at that time by Immortal, Mayhem, Gorgoroth or Satyricon. But these are, of course, only comparisons. Enslaved created their own distinctive style and this record is one of the elements of its polishing, one of the most distinguishing Black Metal materials of the first half of the 90s.
"Frost" was also the first Enslaved album in the Osmose Productions catalogue, with whom they also collaborated on several subsequent albums. Released at the end of 1994, the album culminated in a joint tour with the Swedes from Marduk - "Winter War Tour", lasting throughout February 1995 and consisting of 20 concerts throughout Europe.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Viking Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Viking Metal. Pokaż wszystkie posty
sobota, 31 sierpnia 2019
sobota, 27 lipca 2019
Ereb Altor - Ulfven (Hammerheart Records 2017)
"Ulfven" to ósmy, pełny album szwedów z Ereb Altor. Zakładam, że wszystkim, którym gra w duszy epicki Viking Metal z elementami Black Metalu, osadzony w skandynawskiej mitologii zespół jest dobrze znany, a przynajmniej kojarzony. Z racji tego, że już za niecałe dwa miesiące pojawi się kolejny ich album, postanowiłem przypomnieć jego poprzednika.
"Ulfven" to kolejna porcja podniosłych, nordyckich klimatów, w których znajdują swe odbicie echa starego, dobrego Bathory z czasów nie tylko takich klasycznych płyt jak "Blood Fire Death", "Hammerheart" oraz "Twilight of the Gods", ale również "Nordland". To te dźwięki wiodą prym na tym albumie (podobnie jak ma to miejsce na wcześniejszych ich płytach), ale mamy tu również miejscami nieznaczne naleciałości Doom Metalowe czy Black, a nawet Death Metalowe spod znaku Dissection oraz Unanimated. Ładnie to ze sobą współgra, tworząc majestatyczny muzyczny pejzaż o zarówno złowieszczym, jak i epickim, potężnym wydźwięku. Istotny jest tu bardzo wokal Cristera Olssona, który raz uderza w estetykę i manierę podobną do tej, w jakiej poruszał się Quorthon czy Garm z Ulver (w tych czystych, mocnych odsłonach), a w innych utworach potrafi wydać z siebie bardziej demoniczne wokale podobne tym, które reprezentował chociażby Jon Nodtveidt. Wszystko to zależy od utworu, jego klimatu i charakteru, a różnorodności tutaj pod dostatkiem. Płycie nie brakuje świetnej pracy gitar i sekcji rytmicznej, jak i klimatu budowanego nie tylko przez recytowany na początku fragment Voluspy, ale również klawiszowe tła (w stosunku do innych płyt grupy jest ich tu najwięcej) oraz genialne teksty zbudowane na skandynawskich mitach i wierzeniach. Wszystkie te cechy budują siłę "Ulfven" i sprawiają, że w Viking Metalowej estetyce jest to jedna z najlepszych płyt, jakie pojawiły się w ostatnich latach, z całą pewnością nie wypada przejść obok niej obojętnie. Śmiem twierdzić, iż w swojej dziedzinie Ereb Altor prześciga konkurencję. Z niecierpliwością czekam na ich nową płytę!
https://www.facebook.com/ErebAltorOfficial/
http://www.erebaltor.com/
English version:
"Ulfven" is the eighth, full-length album of the Swedes from Ereb Altor. I assume that to everyone who listens to the epic Viking Metal with elements of Black Metal, embedded in Scandinavian mythology, the band is well known, or at least associated. Due to the fact that in less than two months a new album will appear, I decided to recall its predecessor.
"Ulfven" is another portion of lofty, Nordic climates, in which echoes of old good Bathory from the times of not only classic albums such as "Blood Fire Death", "Hammerheart" and "Twilight of the Gods", but also "Nordland" are reflected. These sounds are the most important part of the album (as it was on their previous attempts as well), but we also have here some small accretions of Doom and Black Metal, and even Death Metal similar to Dissection and Unanimated. It fits together nicely and creates a powerful musical landscape with both an ominous and epic, powerful overtone. Very important are the vocals of Crister Olsson, who once struck at the aesthetics and mannerism similar to the ones which Quorthon or Garm from Ulver used (that clean, strong manner), and in other songs he performs more demonic vocals similar to those represented by Jon Nodtveidt for example. It all depends on the composition, its climate and character, and there is no lack of diversity here. The album is full of great guitars and strong rhythm section, as well as the climate built not only by the fragment of Voluspa recited at the beginning, but also keyboard backgrounds (in comparison to other releases by them here we can their strongest appearance) and awesome lyrics based on Scandinavian myths and beliefs. All these features build the strength of "Ulfven" and make it among Viking Metal aesthetics one of the best albums that have appeared in recent years, certainly you should not pass by it indifferently. I dare say that in their genre Ereb Altor outperforms the competition. I am really looking forward to hearing their new album!
"Ulfven" to kolejna porcja podniosłych, nordyckich klimatów, w których znajdują swe odbicie echa starego, dobrego Bathory z czasów nie tylko takich klasycznych płyt jak "Blood Fire Death", "Hammerheart" oraz "Twilight of the Gods", ale również "Nordland". To te dźwięki wiodą prym na tym albumie (podobnie jak ma to miejsce na wcześniejszych ich płytach), ale mamy tu również miejscami nieznaczne naleciałości Doom Metalowe czy Black, a nawet Death Metalowe spod znaku Dissection oraz Unanimated. Ładnie to ze sobą współgra, tworząc majestatyczny muzyczny pejzaż o zarówno złowieszczym, jak i epickim, potężnym wydźwięku. Istotny jest tu bardzo wokal Cristera Olssona, który raz uderza w estetykę i manierę podobną do tej, w jakiej poruszał się Quorthon czy Garm z Ulver (w tych czystych, mocnych odsłonach), a w innych utworach potrafi wydać z siebie bardziej demoniczne wokale podobne tym, które reprezentował chociażby Jon Nodtveidt. Wszystko to zależy od utworu, jego klimatu i charakteru, a różnorodności tutaj pod dostatkiem. Płycie nie brakuje świetnej pracy gitar i sekcji rytmicznej, jak i klimatu budowanego nie tylko przez recytowany na początku fragment Voluspy, ale również klawiszowe tła (w stosunku do innych płyt grupy jest ich tu najwięcej) oraz genialne teksty zbudowane na skandynawskich mitach i wierzeniach. Wszystkie te cechy budują siłę "Ulfven" i sprawiają, że w Viking Metalowej estetyce jest to jedna z najlepszych płyt, jakie pojawiły się w ostatnich latach, z całą pewnością nie wypada przejść obok niej obojętnie. Śmiem twierdzić, iż w swojej dziedzinie Ereb Altor prześciga konkurencję. Z niecierpliwością czekam na ich nową płytę!
https://www.facebook.com/ErebAltorOfficial/
http://www.erebaltor.com/
English version:
"Ulfven" is the eighth, full-length album of the Swedes from Ereb Altor. I assume that to everyone who listens to the epic Viking Metal with elements of Black Metal, embedded in Scandinavian mythology, the band is well known, or at least associated. Due to the fact that in less than two months a new album will appear, I decided to recall its predecessor.
"Ulfven" is another portion of lofty, Nordic climates, in which echoes of old good Bathory from the times of not only classic albums such as "Blood Fire Death", "Hammerheart" and "Twilight of the Gods", but also "Nordland" are reflected. These sounds are the most important part of the album (as it was on their previous attempts as well), but we also have here some small accretions of Doom and Black Metal, and even Death Metal similar to Dissection and Unanimated. It fits together nicely and creates a powerful musical landscape with both an ominous and epic, powerful overtone. Very important are the vocals of Crister Olsson, who once struck at the aesthetics and mannerism similar to the ones which Quorthon or Garm from Ulver used (that clean, strong manner), and in other songs he performs more demonic vocals similar to those represented by Jon Nodtveidt for example. It all depends on the composition, its climate and character, and there is no lack of diversity here. The album is full of great guitars and strong rhythm section, as well as the climate built not only by the fragment of Voluspa recited at the beginning, but also keyboard backgrounds (in comparison to other releases by them here we can their strongest appearance) and awesome lyrics based on Scandinavian myths and beliefs. All these features build the strength of "Ulfven" and make it among Viking Metal aesthetics one of the best albums that have appeared in recent years, certainly you should not pass by it indifferently. I dare say that in their genre Ereb Altor outperforms the competition. I am really looking forward to hearing their new album!
poniedziałek, 8 października 2018
Thunderwar- Wolfpack (Lifeforce Records 2018)
Ładnie sobie poczyna ten nasz Thunderwar. Nie dość, że chłopaki zasłużenie załapali się do katalogu zachodniego wydawcy to jeszcze po niezwykle udanym "Black Storm" serwują nam materiał poruszający jeszcze szerszą, muzyczną tematykę. Tak jak debiutancki długograj oscylował wokół przede wszystkim klasyki Death Metalowych brzmień, zwłaszcza tych skandynawskich, tak EP "Wolfpack" to już nie tylko Metal Śmierci, ale również elementy Thrashu i Punku (chociażby tytułowy "Wolfpack"), no i tzw. wikingowych elementów Bathory (znakomity "Circle of Runes") i... Choroba nie wiem dlaczego ciśnie mi się na myśl również Enslaved, oczywiście ten starszy. Podobieństw mało, ale gdzieś te echa rozbrzmiewają. Tak na marginesie, ten kawałek równie dobrze mógłby znaleźć się na "The Birth of Thunder", bo tematyka i estetyka jest tu bardzo podobna. Z jednej strony mamy na tym krążku epickość i ten przemykający, pogański pierwiastek, a z drugiej kawałki zionące energią, agresją i punkową chwytliwością. Zespół popełnił również bardzo udany cover "The Winds They Called the Dungeon Shaker" Darkthrone, który zagrali totalnie po swojemu nadając mu nowej, przede wszystkim brzmieniowej jakości. Jednym słowem na niniejszej Epce trochę się dzieje, a Thunderwar nie da się już tak łatwo zaszufladkować. Panowie uciekają nieco utartym schematom serwując nam materiał dosyć zróżnicowany i momentami odrobinę kontrastujący, ale jakże wciągający! Zastanawiać może fakt, czy "Wolfpack" jest tylko takim chwilowym, luźnym przerywnikiem od ścieżki zapoczątkowanej na poprzednim wydawnictwie, czy może zapowiedzią drobnych zmian, które nadejdą wraz z kolejnym, pełnym albumem. Cóż, mam nadzieję, że niebawem się o tym przekonamy. Zespół jest w świetnej formie, materiał kipi od pomysłów i jestem bardzo ciekaw dokąd to zaprowadzi. Kto jeszcze po "Wolfpack" nie sięgnął niech nadrabia zaległości!
https://www.facebook.com/thunderwarofficial/
https://thunderwarband.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/thunderwarofficial/
https://thunderwarband.bandcamp.com/
poniedziałek, 19 lutego 2018
Enslaved- Hordanes Land (Candlelight 1993/ By Norse Music 2018)
"Hordanes Land" to nie tylko kamień milowy dla samego Enslaved, ale także bardzo istotne wydawnictwo dla norweskiej sceny ze względu na swój oryginalny charakter i tematykę. Sukces tego mini albumu zespół w znacznym stopniu zawdzięcza samemu Euronymousowi. Podczas jednej z ich wizyt w Helvete puścili mu jeszcze niedokończoną wersję dema "Yggdrasill", które momentalnie zdobyło zainteresowanie Oysteina i to na tyle aby zaproponować zespołowi wydanie płyty w barwach Deathlike Silence. Niedługo potem z Euronymousem skontaktował się Lee Barrett, właściciel dopiero co powstałej Candlelight Records, z prośbą o zarekomendowanie dwóch zespołów na potrzebę pierwszych dwóch Epek oraz splitu na cd. W odpowiedzi usłyszał Emperor oraz właśnie Enslaved. Grutle, Ivar oraz Trym z radością przystali na ofertę i z końcem 1992 weszli na kilka tygodni do studia aby zarejestrować "Hordanes Land". EPka ukazała się w barwach wspomnianego Candlelight w maju 1993 i momentalnie zdobyła sobie uznanie sceny jak i fanów. I nie ma co się temu dziwić, oj nie. Mimo tylu lat od wydania ten materiał wciąż tętni tą unikatową atmosferą i klimatem towarzyszącym wczesnym latom sceny w Norwegii. Enslaved stworzyło tu, jak na tamten czas, jedyną w swoim rodzaju mieszankę zajadłej i surowej Black Metalowej sztuki połączonej z ciekawymi klawiszowymi, nadającymi epickości tłami oraz tematyką osadzoną w nordyckiej mitologii i kulturze (co wcześniej na taką skalę praktykował tylko Bathory, a za przykładem czego poszły później kolejne grupy, jak chociażby Ulver). Mamy tu tylko trzy utwory, ale każdy średnio po dziesięć minut. Są to rozbudowane, niesamowicie wciągające kompozycje, przy których nie idzie się nudzić. Znakomity, wampiryczny wokal i wyeksponowane wyraźnie linie basu Grutle, świetne gitarowe i klawiszowe partie Ivara oraz solidne bębnienie Tryma stworzyły dzieło skończone i tak ważne w ich dorobku. Sam zespół darzy je przeogromnym sentymentem i do tej pory grywa na koncertach utwory z owej Epki.
Podsumowując, to właśnie dzięki takim wydawnictwom jak "Hordanes Land" tak mocno zagłębiłem się niegdyś w Black Metal, który do tej pory pochłania mnie z tą samą mocą. To przykład grania w którym można usłyszeć i poczuć tą szczerą pasję i oddanie wykonywanej muzyce, która zaraża i wciąga już na zawsze. Nieśmiertelny klasyk i osobiście bardzo ważne dla mnie wydawnictwo!
Poniżej przedstawiam tegoroczną reedycję omawianej płyty, która ukazała się z ramienia By Norse Music prowadzonej Einara Selvika (Wardruna), Ivara Bjornsona (Enslaved) oraz Simona Fullemanna. Wznowienie wyszło kapitalnie, chociaż może nie jestem tu do końca obiektywny jako, że brałem drobny udział w owym wydawniczym przedsięwzięciu, no ale jak tu nie chwalić jak jest co. Wydanie zawiera cała masę wspomnień osób związanych ze sceną, muzyków nie tylko Enslaved i norweskiej sceny (min. Faust, Silenoz, Fenriz, Mortiis... ale i Saculagus, Sakis Tolis, Metalion, Yosuke Konishi...), krótkie wywiady, garść zdjęć i memorabiliów oraz bardzo dobrze zrewitalizowaną szatę graficzną wierną oryginalnemu wydaniu. Wszystko w laminowanym digipaku. No żyć nie umierać, tak powinny wyglądać wszystkie reedycje klasycznych materiałów!
czwartek, 7 lipca 2016
Amon Amarth- Jomsviking (Metal Blade 2016)
Szwedzi z Amon Amarth mają już za sobą ponad 20 lat wspólnego grania. Zaczynali w 1988 jako Scum, a niedługo po dojściu do składu Johan'a Hegg'a zespół zmienił nazwę na obecną ruszając ścieżką melodyjnego death metalu lirycznie zgłębiającego tematykę wikingów i nordyckiej mitologii. Ich droga do sukcesu i uznania zajęła kilka lat, było słabo do tego stopnia, że muzycy rozważali rozwiązanie grupy. Przełomowy okazał się album "Versus the World", który teoretycznie miał być ostatnim ich płytą o tytule roboczym "The End", w trakcie nagrywania zmienionym na obecnie znany. Ku zaskoczeniu grupy album spotkał się ze wspaniałym przyjęciem zarówno fanów jak i krytyki, recenzje były bardzo dobre, a zespół zaczął występować na coraz większej liczbie metalowych festiwali i grywać coraz więcej koncertów. Nie było już mowy o zaprzestaniu gry. Kolejne płyty ugruntowały pozycję grupy na dobre, zwłaszcza "Fate of Norns" zawierający koncertowy killer "The Pursuit of Vikings" oraz "Twilight of the Thunder God", który jest istną kopalnią hitów. Gdzieś Amon Amarth określony został mianem Manowar death metalu i myślę, że jest to bardzo trafne określenie.
Wczoraj otrzymałem ich najnowszy krążek i będąc na świeżo z tym materiałem postanowiłem krótko go zrecenzować. Pierwsze co ciśnie się na usta to fakt, że jest to bodajże najlżejszy jak dotąd album w dorobku Amon Amarth, oraz pierwszy koncepcyjny (opowiadający historię wojownika na wygnaniu). Królują tu nieco mniej agresywne numery, jest nieco więcej heavy metalowych wpływów, ale mimo wszystko wciąż obecne są tu kompozycje typowe dla wcześniejszych nagrań, chociażby "On a Sea of Blood" czy "Vengeance is My Name". Moimi absolutnymi faworytami są tu hymnowe, epickie i niesamowicie chwytliwe "The Way of Vikings" oraz "One Thousand Burning Arrows". Na wyróżnienie zasługuje także singlowy "First Kill" z wpadającym w ucho refrenem. Mimo, że płyta straciła nieco z pierwotnej agresywności znanej z poprzednich albumów to nie można powiedzieć, że straciła moc i energię, bo tym aż kipi. Fajnie, że zespół pokusił się o nieco inną niż dotychczas receptę na płytę, dzięki temu powstało dzieło oryginalne, które będzie się czymś w dyskografii wyróżniać. Nie jest to płyta, która mogła by konkurować z poprzednimi wydawnictwami, ale jest jest solidna i dopracowana, kawał naprawdę dobrej muzy. Czekam z niecierpliwością na grudniowy koncert w warszawskiej Progresji i możliwości posłuchania utworów z "Jomsviking" na żywo. Horns up!
Wczoraj otrzymałem ich najnowszy krążek i będąc na świeżo z tym materiałem postanowiłem krótko go zrecenzować. Pierwsze co ciśnie się na usta to fakt, że jest to bodajże najlżejszy jak dotąd album w dorobku Amon Amarth, oraz pierwszy koncepcyjny (opowiadający historię wojownika na wygnaniu). Królują tu nieco mniej agresywne numery, jest nieco więcej heavy metalowych wpływów, ale mimo wszystko wciąż obecne są tu kompozycje typowe dla wcześniejszych nagrań, chociażby "On a Sea of Blood" czy "Vengeance is My Name". Moimi absolutnymi faworytami są tu hymnowe, epickie i niesamowicie chwytliwe "The Way of Vikings" oraz "One Thousand Burning Arrows". Na wyróżnienie zasługuje także singlowy "First Kill" z wpadającym w ucho refrenem. Mimo, że płyta straciła nieco z pierwotnej agresywności znanej z poprzednich albumów to nie można powiedzieć, że straciła moc i energię, bo tym aż kipi. Fajnie, że zespół pokusił się o nieco inną niż dotychczas receptę na płytę, dzięki temu powstało dzieło oryginalne, które będzie się czymś w dyskografii wyróżniać. Nie jest to płyta, która mogła by konkurować z poprzednimi wydawnictwami, ale jest jest solidna i dopracowana, kawał naprawdę dobrej muzy. Czekam z niecierpliwością na grudniowy koncert w warszawskiej Progresji i możliwości posłuchania utworów z "Jomsviking" na żywo. Horns up!
piątek, 10 czerwca 2016
Ochrzczony w Ogniu i Lodzie
Na 3 czerwca przypadła 12 rocznica dnia w którym Ace Thomas Forsberg (Quorthon) opuścił ziemski padół aby ucztować w Valhalli. Przyznam się bez bicia, że nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem Bathory, owszem bardzo lubię muzykę którą tworzył Quorthon, ale nigdy nie było to moja absolutna czołówka. Cenię Bathory za przeogromny i nieoceniony wkład w historię metalu oraz formowanie się szwedzkiej sceny. Bathory dał podwaliny pod black metal, inspirację z muzyki zespołu czerpały także szwedzkie grupy death metalowe, zapoczątkował zjawisko nazwane viking metalem. Ponadto podziwiam Quorthona za nietuzinkowy talent kompozytorski, w ramach Bathory tworzył rzeczy wielkie. Takie albumy jak"Under the Sign of the Black Mark" czy "Hammerheart" to dzieła przełomowe w swojej stylistyce. W pewnych aspektach niedoścignione. Czy jest inny black metalowy album o takiej unikalnej atmosferze jak "Under the Sign..."? Czy viking metal wspiął się kiedykolwiek wyżej niż podniosły i nostalgiczny "Hammerheart"? Nie sądzę. Podoba mi się w Bathory ta różnorodność muzyczna, unikanie powtarzania i brnięcia w utarte schematy. W latach 80-tych tworzył muzykę mroczną, królowały pierwiastki black i death metalowe. Później na początku lat 90-tych mamy narodziny viking metalu, potem eksperymentowanie z thrashem w postaci "Requiem" i "Octagon", aby u końca kariery zaserwować nam powrót do nordyckich inspiracji w postaci dwu-częściowego "Nordland".
Przez wszystkie lata swojej działalności na metalowej scenie Bathory wyrobił sobie kultowy status, myślę że zasłużenie. Chyba nie ma wśród osób zainteresowanych tematem nikogo kto by o Bathory nie słyszał, nie ma nikogo kto nie znałby "One Road to Asa Bay" z albumu "Hammerheart". Do tego utworu nakręcony został jedyny teledysk w historii zespołu, ale za to jaki wymowny w formie i treści.
Na koniec wypadałoby wyszczególnić jakąś płytę. Jedną z płyt Bathory, którą darzę znacznym sentymentem jest "Nordland I". Dlaczego? Dostrzegam w niej niesamowity kunszt kompozytorski, a także oddziaływanie jakie niesie ze sobą ten album. Są tu kompozycje nie tylko czysto metalowe, ale także z wyraźną folkową nutą, patosem, epickim sznytem. Gdy słucha się tej płyty to autentycznie przenosi się człowiek do krainy wikingów. Widzi oczami wyobraźni skute lodem fiordy i leśne ostępy spowite mgłą, widzi skalne wybrzeża o które rozbijają się spienione fale. Magia! Talent aby tworzyć tak bogatą w emocje muzykę jest dany nielicznym, a Quorthon był bez wątpienia jednym z ludzi których takowym obdarzono.
Przez wszystkie lata swojej działalności na metalowej scenie Bathory wyrobił sobie kultowy status, myślę że zasłużenie. Chyba nie ma wśród osób zainteresowanych tematem nikogo kto by o Bathory nie słyszał, nie ma nikogo kto nie znałby "One Road to Asa Bay" z albumu "Hammerheart". Do tego utworu nakręcony został jedyny teledysk w historii zespołu, ale za to jaki wymowny w formie i treści.
Na koniec wypadałoby wyszczególnić jakąś płytę. Jedną z płyt Bathory, którą darzę znacznym sentymentem jest "Nordland I". Dlaczego? Dostrzegam w niej niesamowity kunszt kompozytorski, a także oddziaływanie jakie niesie ze sobą ten album. Są tu kompozycje nie tylko czysto metalowe, ale także z wyraźną folkową nutą, patosem, epickim sznytem. Gdy słucha się tej płyty to autentycznie przenosi się człowiek do krainy wikingów. Widzi oczami wyobraźni skute lodem fiordy i leśne ostępy spowite mgłą, widzi skalne wybrzeża o które rozbijają się spienione fale. Magia! Talent aby tworzyć tak bogatą w emocje muzykę jest dany nielicznym, a Quorthon był bez wątpienia jednym z ludzi których takowym obdarzono.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















