Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gothic Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gothic Metal. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 maja 2020

Rotting Kingdom - A Deeper Shade of Sorrow (Godz Ov War Productions 2020)

Po trzech latach przerwy i EPce, Rotting Kingdom powraca, serwując nam swój pierwszy pełny album. I muszę otwarcie powiedzieć, że przeskoczył ich pierwszy materiał o głowę, a było to już dzieło bardzo dobre. Zespół już wie, jaką drogą chce kroczyć i szlifuje tu swój unikalny styl, to kawał dojrzałej i świadomej muzyki. 
To, co znajdziecie na "A Deeper Shade of Sorrow" to oryginalna wypadkowa starego Paradise Lost, My Dying Bride, Cemetary, Anathemy, Amorphis z czasów "Tales from the Thousand Lakes" oraz Tribulation z okresu "The Formulas of Death". Mieszają się tu cechy charakterystyczne dla brytyjskiej i szwedzkiej sceny. Zatem mamy tu ciekawe melodie, odrobinę przebojowości, growl w warstwie wokalnej, sporo ciężaru (więcej niż na EPce), ale i czasem nastrojowy, gotycki klimat, który za moment ustępuje konkretnemu łojeniu. Jest to bogaty, wielowarstwowy album, który nie daje się zaszufladkować i ucieka od schematów. Ta płyta momentalnie odkrywa przed słuchaczem całą paletę swych mrocznych barw, ale mimo to nie jest krążkiem na jeden czy parę odsłuchów, a na znacznie więcej. Dzieje się tu mnóstwo ciekawych rzeczy, które mają zadatki na ciągłe odkrywanie ich przez słuchacza i samo to świadczy już mocno o jakości "A Deeper Shade of Sorrow". Panowie z Rotting Kingdom nagrali album, który nie jest ani jednoznacznie doom, ani death metalowy, nie jest też do końca okrzepłą już klasyczną hybrydą obu tych gatunków. Moim zdaniem to coś znacznie więcej. Naprawdę warto się z tą płytą zapoznać i zostać przy niej na dłużej.

https://www.facebook.com/rottingkingdom/
https://rottingkingdom.bandcamp.com/album/a-deeper-shade-of-sorrow
http://godzovwar.com/shop/pl/

English translation:

After three years of break and an EP, Rotting Kingdom is back, serving us its first full-length album. And I must say openly that their first material was already a very good work, but this one beats it. The band already knows which way it wants to go and forges its unique style, here we have a piece of mature and conscious music. 
What you will find on "A Deeper Shade of Sorrow" is the original mixture of old Paradise Lost, My Dying Bride, Cemetary, Anathema, Amorphis from the time of "Tales from the Thousand Lakes" and Tribulation from the period of "The Formulas of Death". Characteristic features of the British and Swedish scene are being joined here. So here we have interesting melodies, a bit of hit stuff, growl in the vocal layer, a lot of heaviness (more than on EP), but also sometimes a moody, gothic atmosphere, which in a moment transforms into fast fierce parts. It is a rich, multi-layered album that cannot be put into one genre and escapes the possible schemes. This album immediately reveals the entire palette of its dark colors to the listener, but it is not a record for one or several listenings, but for much more. There are a lot of interesting things happening here that can be constantly discovered by the listener and this only strongly testifies the quality of "A Deeper Shade of Sorrow". The gentlemen from Rotting Kingdom recorded an album that is neither unequivocally doom, nor death metal, nor is it a solid classic hybrid of both genres. In my opinion, it is much more than that. It's really worth checking this material and staying with it for some serious amount of time.




niedziela, 16 lutego 2020

Katatonia - Jhva Elohim Meth... the Revival (VIC Records 1992)

Nie tak znowu wiele jest materiałów równie wyjątkowych i charakterystycznych, niedających się zaszufladkować, jak demo Katatonii "Jhva Elohim Meth" ("Jhva Elohim Meth... the Revival" w wersji MCD). Łączyło black metalowy wizerunek z muzyką, która była wypadkową wpływów Paradise Lost z płyty "Gothic", Tiamat z "Sumerian Cry" oraz elementów Bathory, poszerzając to o niezwykłą atmosferę, zróżnicowane linie wokalne i sporo drobnych zawiłości czy elementów akustycznych. Wszystko utrzymane w wolnych i średnich tempach. Sam zespół określał się wtedy mianem Gothic Black Metalu, aby odciąć się od powszechnej mody na Death Metal, jaka panowała wtedy w Szwecji (1992). Na niniejsze demo składa się 5 kompozycji o jakości o wiele lepszej niż typowe demo. Jest to poniekąd zasługa Dana Swano. Jeszcze wtedy nie miał najlepszego sprzętu, ale był bardzo zaangażowany w to, co zaproponowała Katatonia, w ich wizję i muzykę. Mamy tu 2 instrumentalne, klimatyczne miniatury, kolejno otwierające i zamykające materiał oraz 3 pełne, stosunkowo rozbudowane utwory, łączące wszystkie te cechy i elementy, o których wspomniałem już na początku. Bliskie Black Metalowi wokale, mocarne, melodyjne Doom/Death Metalowe riffy, klawiszowe tła oraz okazyjne zmiany tempa urozmaicające każdy z utworów. Aż dziw bierze, że twórcy mieli po 16-17 lat, gdy tworzyli tę muzykę (Jonas Renske i Anders Nystrom). Z nagrywaniem ścieżek perkusji wiąże się pewna warta wspomnienia ciekawostka. Jonas nie był jeszcze na etapie dostatecznego opanowania szybkich partii swojego instrumentu, więc zespół zrezygnował z takowych w swoich utworach, zastępując je wolniejszymi, dzięki czemu materiał nabrał tego charakterystycznego sznytu i oryginalności, tego mocarnego brzmienia. Jonas wspomina, że byli pod ogromnym wrażeniem tego, co udało im się nagrać, jak to wszystko brzmiało, nie mogli uwierzyć, że to oni. Cieszyli się również, że zrezygnowali z szybszych partii perkusji. Z pewnością to, co pokazali na "Jhva Elohim Meth" nie było już poziomem demówkowym, a wręcz albumowym. Chwaliły ich takie grupy jak chociażby Unanimated, z którym udało im się spotkać podczas koncertów.
Demo wydał sam zespół, na początku w limicie 100 sztuk na niebieskiej kasecie i tylko w ok. 20 pierwszych egzemplarzach pojawiły się zdjęcia zespołu (w 1993 pojawiły się jeszcze kolejne kopie na czerwonej i przezroczystej kasecie, osiągając w sumie koło 500 wydanych egzemplarzy). Wersję CD wydało w tym samym roku - 1992 - VIC Records (takie wydanie posiadam i przedstawione jest poniżej). Charakterystyczna była również szata graficzna, jak i sama wkładka (było to możliwe dzięki mężowi ciotki Jonasa, który pracował w agencji reklamowej i pomógł chłopakom). Tajemnicza postać zdobiąca okładkę to nikt inny jak Anders. Jonas zrobił zdjęcie pod księżyc, w ruchu, co dało właśnie taki efekt.
"Jhva Elohim Meth" było sporym sukcesem i o Katatonii zaczęło się robić głośno, nie tylko na lokalnej scenie. Zaczęli pojawiać się w zinach, pojawiły się szanse na pełny album i poszerzenie zespołu, ale to już inna historia. Materiał ten jest dla mnie osobiście największym osiągnięciem Katatonii niemal w każdym aspekcie. Mam wrażenie, że nigdy potem nie udało im się stworzyć czegoś, co tak niesamowicie łączyło młodzieńczą energię i pasję, pragnienie grania z ich muzycznym kunsztem. Dla mnie to majstersztyk i klasyk w jednym.

English translation:

Not so many materials are just as unique and characteristic - not categorized - as the Katatonia demo "Jhva Elohim Meth" ("Jhva Elohim Meth ... the Revival" in the MCD version). It combined the black metal image with music that was the result of Paradise Lost influences from the "Gothic" album, Tiamat from "Sumerian Cry" and Bathory elements, expanding it with an unusual atmosphere, varied vocal lines and a lot of small complexities or acoustic elements. Everything is kept in slow and medium tempos. The band referred to themselves as Gothic Black Metal at the time, to cut off from the widespread fashion for Death Metal that prevailed at that time in Sweden (1992). This demo consists of 5 compositions with a much better quality than a typical demo. It is thanks to Dan Swano. Even then, he did not have the best equipment, but he was very involved in what Katatonia proposed, in their vision and music. We have here 2 instrumental, climatic miniatures, opening and closing material in turn, and three full, relatively extensive songs, combining all these features and elements which I mentioned at the beginning. Close to Black Metal vocals, powerful, melodic Doom/Death Metal riffs, keyboard backgrounds and occasional tempo changes varying each of the songs. It is strange that the guys were 16-17 years old when they created this music (Jonas Renske and Anders Nystrom). There are some interesting facts about recording drum tracks. Jonas was not yet at the stage of sufficiently mastering the fast parts of his instrument, so the band gave up such ones in their songs, replacing them with slower parts, thanks to which the material gained this characteristic style and originality, this powerful sound. Jonas recalls that they were very impressed with what they had managed to record, as it all sounded, they couldn't believe it was them. They were also happy that they gave up faster drum parts. Certainly what they showed on "Jhva Elohim Meth" was no longer a demo level, but an album one. Bands such as Unanimated, whom they managed to meet during concerts, praised them.
The demo was released by the band itself, at first in the limit of 100 copies on the blue cassette and only in the first 20 copies there were band photos (in 1993 there were still more copies on the red and transparent cassette, reaching a total of about 500 copies issued). The CD version was released in the same year - 1992 - by VIC Records (I have this edition and it is presented below). The graphic design was also characteristic, as was the insert (it was possible thanks to the husband of Jonas's aunt who worked in an advertising agency and helped the boys with it) . The mysterious figure presented on the cover is none other than Anders. Jonas took a picture with the moon behind his friend, in motion, which gave such an effect.
"Jhva Elohim Meth" was quite a success and Katatonia began to get recognition, not only on the local scene. They started appearing in zines, chances for a full album and line-up expanding appeared, but that's another story. For me personally, this material is the greatest achievement of Katatonia in almost every aspect. I have the impression that they never managed to create something that so incredibly combined youthful energy and passion, the desire to play with their musical artistry. For me it's a masterpiece and classic in one.


wtorek, 10 grudnia 2019

Tribulation - Down Below (Century Media 2018)


Rok temu pojawił się czwarty album w dorobku Tribulation - "Down Below". I jak sobie Szwedzi na nim poczynają? Odpowiedź jest tu dosyć prosta i myślę, że większość osób podzieli moją opinię. "Down Below" jest naturalną kontynuacją "The Children of the Night", pogłębieniem obranej wtedy formuły i drugim krokiem w jej wnętrze. Teraz tak - czy to dobrze, czy źle? Cóż, tutaj można się spierać. Z jednej strony mamy konsekwencję i ugruntowanie stylu, co jest bardzo na plus. Mamy przynajmniej cztery naprawdę porywające numery. Nie ukrywam, że jestem zadowolony ze ścieżki, którą obrali. Ich notabene bardzo oryginalny Death Metal z pierwszej płyty mógłby, pomimo ogromnego potencjału, gdzieś po czasie przepaść, a tak ruszyli w kierunku jeszcze bardziej nietuzinkowym, totalnie własnym. Połączyli najlepsze elementy tzw. Dark Metalu oraz resztek swoich Death Metalowych początków (chodzi tu przede wszystkim o wokal, bez którego nie byłoby to to samo), posypując całość klasycznymi elementami gotyckiego grania, zarówno metalowej i rockowej formy. Na bogato i odważnie, tego nie można im odmówić (chociaż czasem balansują na granicy kiczu, ale w ostateczności wychodzą obronną ręką). Ważne, że płyta nie jest od swojej poprzedniczki gorsza, jest równie dobra, trzyma poziom i serwuje kilka naprawdę zapadających w pamięć momentów - "The Lament", "Nightbound", "Lacrimosa" oraz oryginalny, majestatyczny "The World". Owe kompozycje już wpisały się na stałe do setlisty Tribulation i grane są na większości koncertów. Atmosfera płyty też robi swoje, mroczna, niepokojąca, odwołująca się w swej estetyce do dawnych czarno-białych horrorów z "Nosferatu" na czele.
Druga strona medalu to fakt, że potencjalnie może brakować tu bardziej zauważalnego kroku (chociaż "The World" teoretycznie takowym jest) naprzód, jakiegoś konkretnego zaskoczenia. Płytę można śmiało potraktować jako drugą część "The Children of the Night" (brzmienie i konstrukcja utworów jest niemal bliźniacza), co dla wielu odbiorców może oznaczać stagnację, brak pomysłu, powtarzalność. Jednak ja uważam, że zespół podjął tu właściwy krok i nagrał płytę, która umocniła ich muzyczne "ja", zdefiniowała brzmienie. Jest jakby zwieńczeniem stopniowych przemian stylistycznych,  jakie zespół przechodził na swoich poprzednich płytach. Uważam, że właśnie w takim kontekście należy ją rozpatrywać. Potencjalny minus zaczyna być wtedy zaletą "Down Below".
Na Tribulation zacząłem zwracać uwagę już na poziomie debiutu, bardzo polubiłem po trzecim albumie, ale to wraz z omawianym tu materiałem i zobaczeniem zespołu na żywo stałem się ich ogromnym fanem. Nikt nie gra jak oni; grupa jest niepodrabialna, ma własny, oryginalny styl i umiejętność tworzenia wyjątkowego klimatu. "Down Below" może być śmiało ich wizytówką i dziełem stojącym na równi z przełomowym dla nich "The Children of the Night". Czekam na kolejny ich materiał i nawet nie będę oponował, gdyby dalej pozostało to w tym samym schemacie, bo on autentycznie się sprawdza. Niemniej liczę na kolejny, ciekawy krok naprzód. Tymczasem ogromnie ten album polecam!

http://www.tribulation.se/
https://kingsroadmerch.com/tribulation/region/

English translation:

A year ago, the fourth album in Tribulation's discography was released - "Down Below". And how did the Swedes manage to accomplish their goal? The answer here is quite simple and I think that most people will share my opinion. "Down Below" is a natural continuation of "The Children of the Night", a deepening of the formula chosen at the time and a second step into its interior. Now, is it good or bad? Well, here you can argue. On one hand, we have consistency and polishing the style, which is an advantage. We have at least four really exciting tracks. I must admit that I am happy with the path they have chosen. Their very original Death Metal from the first album could, despite the enormous potential, disappear somewhere after a while, and so they moved in an even more unusual, totally their own direction. They combined the best elements of the so-called Dark Metal and the remnants of their Death Metal beginnings (this is primarily about the vocals without which it would not be the same), sprinkling the whole with classic elements of gothic stuff, in its both metal and rock form. In a rich and bold manner, that can't be denied (although sometimes they balance on the verge of kitsch, but eventually they come out unscathed). It is important that the album is not worse than its predecessor, it is equally good, keeps the level and serves some really memorable moments - "The Lament", "Nightbound", "Lacrimosa" and the original, majestic "The World". These compositions are already permanently inscribed in the Tribulation setlist and are played at most concerts. The album's atmosphere also makes a lot here - dark, disturbing, referring in its aesthetics to the old black and white horrors with "Nosferatu" at the forefront.
The other side of the coin is the fact that there may potentially be a more noticeable step forward (although "The World" theoretically is), some specific surprise. The album can be safely treated as the second part of "The Children of the Night" (the sound and construction of the songs are almost identical), which for many recipients may mean stagnation, lack of idea, repetition. However, I think that the band has taken the right step here and recorded an album that strengthened their musical "I", defined the sound. It is like the end of the gradual stylistic changes that the band underwent on their previous albums. I believe that it is in this context that it should be considered. The potential disadvantage then becomes the "Down Below" advantage.
I started to pay attention to Tribulation at the debut level, I really liked it after the third album, but it was along with the material discussed here and seeing the band live that made me become their huge fan. No one plays like them, the group is one-of-a-kind, has its own original style and the ability to create a unique atmosphere. "Down Below" can be easily their showcase and work on a par with their groundbreaking "The Children of the Night". I am waiting for their next material and I will not even object if it still stays in the same pattern, because it works really well. Nevertheless, I am counting on another interesting step forward. In the meantime, I highly recommend this album!


poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Cradle of Filth- Cryptoriana: The Seductiveness of Decay (Nuclear Blast 2017)

Zwlekałem z napisaniem czegokolwiek o tej płycie głównie z tego powodu, że jest multum naprawdę ciekawszych albumów o których warto napisać, a i dla tego, że chyba zmęczyło mnie już to ich granie. Najnormalniej nie chce mi się już tego słuchać. Mimo takich odruchów czułem się w obowiązku napisać wreszcie o "Cryptoriana: The Seductiveness of Decay" jako, że "Hammer of the Witches" był jakimś tam pozytywnym zaskoczeniem i rodził nadzieje (dlatego też w ciemno kupiłem najnowszy album). Tak, "Cryptoriana..." to obiektywnie rzecz biorąc dobry album, w porównaniu z tymi po "Cruelty...", a przed "Hammer..." to nawet bardzo dobry. Kontynuuje dokładnie to co zaczęła poprzedniczka, kropka w kropkę, czyli powrót do staroci, tutaj może z nieco większą symfoniką i naciskiem na chóry, ale z drugiej strony wciąż wyłażą tu na wierzch patenty znane z trzech pierwszych płyt tych Brytyjczyków. Zespół pokazał konsekwencję i formę w rewitalizacji swojego grania i powrotu do tych najlepszych rozwiązań, niemniej jednak dał też odczuć, że to raczej wszystko na co ich jeszcze stać. Kolejnych odkryć, czy ewentualnych niespodzianek nie ma co się spodziewać. Odnoszę nieodparte wrażenie, że Cradle of Filth napisał już początek i koniec swojej historii. Co z tego, że kompozycyjnie i instrumentalnie jest świetnie, jeżeli czuć w tym brak tamtej energii i pasji. Im bardziej się w to granie zagłębić to odnosi się wrażenie, że czegoś tu brakuje, taka emocjonalna płycizna. Ktoś może powiedzieć, że niby klimacik jest, no ale nie łapmy się już za wszystko co można na siłę. Mam wrażenie, że Cradle of Filth mają podobny problem co Paradise Lost. Cofnęli się w przeszłości żeby odbudować podupadającą pozycję, cofnąć się do lat świetności, i ok, na bank do kogoś to trafiło i się podoba, coś w tym widzi co ja przestałem dostrzegać, bo na poprzedniej płycie było dosyć przekonująco. Niestety "Cryptoriana..." ocuciła mnie z letargu, a CoF ostatecznie odkładam na półkę i zapisuję już do przeszłości. Radykalnie, ale serio, już nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Wydaje mi się, że to album przede wszystkim dla oddanych fanów Daniego i spółki. Reszta spokojnie przeżyje bez niego. Tyle ode mnie.


wtorek, 1 sierpnia 2017

Katatonia- Discouraged Ones (Avantgarde Music 1998)

Po "Brave Murder Day", wraz z kolejną płytą, Katatonia dokonała w swojej sztuce zwrotu o 180 stopni. "Discourged Ones" jest prawie totalnym przeciwieństwem poprzedniczki, a tym bardziej "Dance of December Souls" (o początkach flirtujących odrobinę z Black Metalem, zwłaszcza w kwestii wizerunku, nie wspominając). Ciężkie, nieco melodyjne, posępne death/ doom metalowe dźwięki, zastąpione zostały, co prawda wciąż melancholijnym i depresyjnym, ale rockowo/ metalowym, około gotyckim, jeszcze bardziej zorientowanym na melodyjność graniem. Czy dobrze się stało, czy było to w ramach naturalnego progresu? Któż to wie, a cała reszta tak naprawdę jest kwestią subiektywną. Wiadomym jest, że w tamtym czasie fani Katatonii dostali nie lada niespodziankę, dla sporej ilość zakładam, że nie do końca przyjemną. Ale pewnym jest, że zespół swym nowym obliczem przekonał do siebie kolejną grupę entuzjastów metalu, czy nawet rocka, zapatrzonych w lżejsze, bardziej subtelne granie. Pokazał też nie lada odwagę i chęć przecierania nowych szlaków nie oglądając się za siebie. W ich bardziej już "przebojowym" i łagodniejszym graniu nie znalazło się też miejsca na growl, Jonas Renkse zastąpił go czystym, przejmującym wokalem, ale równie dobrym i znakomicie pasującym do nowej stylistyki. Na "Discouraged Ones" można dostrzec zapatrzenie zespołu zarówno w The Cure jak i nowsze wtedy dzieła Paradise Lost czy Tiamat. Jak dla mnie powstał ciekawy, chwytliwy materiał, co prawda o oszczędnym dynamizmie, ale wciąż nacechowany tą depresyjną i ponurą esencją wcześniejszych płyt i naprawdę niezłymi tekstami. Brzmienie zachowało odrobinę brudu co nadaje całości charakterystycznego klimatu, który jest kolejnym atutem tego wydawnictwa. Ja to kupiłem. Podobają mi się zarówno stare, klasyczne albumy, jak i ścieżka obrana na "Discouraged Ones" będąca dla zespołu niezaprzeczalnie momentem przełomowym i poniekąd definiującym ich styl po dziś dzień. Można powiedzieć, że Katatonia zbliżyła się wykonawczo do niegdyś uwielbianych przez siebie Fields of the Nephilim. Był to też czas w którym kariera zespołu nabrała rozpędu (zostali min. zauważeni przez Peaceville co zaowocowało kontraktem), którego wcześniej tak brakowało z różnych powodów. Album został dostrzeżony przez krytykę i dla przykładu, po ukazaniu się, był albumem miesiąca w magazynie Terrorizer.
Jeżeli znajdzie się ktoś kto lubi późniejsze płyty Cemetary, które mam wrażenie też mogły mieć jakiś wpływ na Katatonię, temu niniejszy album przypadnie do gustu z całą pewnością. Mnie w swojej melancholijności, brzmieniu i atmosferze stale zachwyca i nie zanosi się na to aby ten stan rzeczy miał ulec zmianie.


sobota, 3 grudnia 2016

Cradle of Filth- Hammer of the Witches (Nuclear Blast 2015)

Natchniony dziś poniekąd przez swoją drugą połówkę udałem się na lokalne stoisko płytowe i kompletnie tego wcześniej nie planując zakupiłem ostatnie dzieło Cradle of Filth. No traf chciał, że z pośród innych, które brałem pod uwagę padło akurat na nią. Niby przymierzałem się do tego albumu już w ubiegłym roku, ale jakoś rozeszło się po kościach. Od tamtego czasu słyszałem tu i ówdzie bardzo pochlebne opinie na jego temat, że wrócili tą płytą do dawnych czasów, generalnie cud, miód i orzeszki. Cóż, po przesłuchaniu wiem, że nie było w tym nic na wyrost, a zakupu nie żałuję ani trochę. Cradle of Filth faktycznie nawiązali na krążku "Hammer of the Witches" do najlepszych lat swojej twórczości. Kto nie pamięta jak w latach 90-tych magazyny muzyczne wychwalały pod niebiosa debiut, "Dusk..." oraz epkę "Vempire" i jak wielu ludzi autentycznie zasłuchiwało się w te wydawnictwa. Na niniejszej płycie znów dała się usłyszeć ta niegdyś utracona chwała.


Po diametralnej zmianie składu (obecnie jedynym oryginalnym członkiem jest sam Dani) w zespół wstąpiły nowe siły, nowa iskra, która zaowocowała najlepszym ich albumem od wielu lat. W dużym stopniu powróciła dawna magia obecna na pierwszych płytach grupy. Mamy tu elementy wściekłości i mroku z "Principle of Evil Made Flesh" oraz niesamowitą atmosferę, gotycki klimat i symfonikę obecną na "Dusk and Her Embrace". Dani znów sięgnął do swoich niegdyś charakterystycznych wysokich wrzasków, przeplatanych złowieszczymi, niżej osadzonymi wokalami. Co się tyczy samych utworów. Naprawdę ciężko jest wybierać tu jakieś kawałki wiodące. Płyta jest bardzo równa i praktycznie rzecz biorąc nie ma tu słabych numerów. Aczkolwiek z pewnością po pierwszym przesłuchaniu zapadają w pamięć takie kompozycje jak rozpoczynający płytę"Yours Immortally" (następujący po posępnym intrze niczym z filmu osadzonego w mrokach Transylwanii), rozbudowany (od razu zaznaczę, że nużących i niepotrzebnych dłużyzn na tej płycie nie ma), bogaty w zmiany tempa i klimatu "Deflowering The Maidenhead. Displeasuring the Goddess", czy wręcz przebojowy "Blackest Magick in Practice". Płyta autentycznie mnie wciągnęła i nieprzerwanie słuchałem jej do końca z rozdziawioną japą. Może ktoś pomyśli, że przesadzam, ale dla mnie "Hammer of the Witches" udowodnił, że Cradle of Filth nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i są w stanie wykrzesać z siebie ten ogień, który wydawał się już przeszłością.
Rzecz jasna grupa ma tak samo wielu entuzjastów, jak i tych którzy wieszają na nich psy. Cóż, nie każdemu musi się podobać, ale jedno jest pewne, czy się lubi czy nie, nie można im odmówić kunsztu instrumentalnego i oryginalności, nawet biorąc pod uwagę te słabsze i mało udane albumy z poprzednich lat. Po tym co zaserwował mi "Hammer of the Witches" z ciekawością spoglądam na poczynania Cradle of Filth i czekam na kolejną płytę. Mam nadzieję, że ten przypływ nowej energii nie zgaśnie, zespół ponownie uraczy nas przynajmniej równie udanym dziełem, a obecny tu powrót do korzeni nie będzie tylko chwilową zajawką. Szczerze polecam!


sobota, 24 września 2016

Mordor- Prayer to... (Promus 1993/ Witching Hour 2016)

Takie grupy jak Mordor po raz kolejny udowadniają jak płodne było nasze metalowe podziemie i jak wspaniałą sceną dysponowaliśmy i nadal dysponujemy. Właśnie nakładem Witching Hour ukazały się reedycje dema oraz debiutanckiego albumu tej grupy. Na pierwszy ogień idzie długograj.
"Prayer to..." (pierwotnie wydany na taśmie przez Promus, dopiero w 1995 przez Baron na cd)  to stary, dobry Paradise Lost połączony z dokonaniami wczesnego Amorphis w naszym rodzimym wydaniu. Jak słucham tej płyty to nawet nie wiem czy w niektórych momentach Mordor nie przerósł tychże kapel. Jakość nagrań jest bardzo dobra, kompozycje bogate, zróżnicowane, rozbudowane, zawierające dużo ciekawych pomysłów i melodii. Wokalnie mamy i coś pod death metal, a i coś w czystym wokalu, często w ramach tego samego utworu. Sporą rolę odgrywają tu klawisze tworząc fajny nastrój, będąc jednocześnie istotnym elementem melodyki. Warto dodać, że poboczne wokale zostały tu zarejestrowane przez Anję Orthodox, dodało to całości nieco gotyckiego sznytu.
Muzyka Mordor to hybryda death, doom i gothic metalu. Jest mrocznie, ciężko, a jednocześnie nastrojowo, nostalgicznie. Moimi faworytami na płytce są bardzo klimatyczne "There's Nothing Left" oraz "Icebound" oraz znakomity "Wind Strom Song" gdzie flirtują ze sobą na zmianę szybkie i wolne tempa.


Co się tyczy samego sposobu wydania reedycji. Jest ono miłe dla oka i zachęca do sięgnięcia po ten materiał. Odnowiona szata graficzna bazująca na oryginałach wyszła na plus, poprzez nasycenie barw nabrała nowej głębi. Niemniej rozczarowuje fakt, iż wewnątrz wkładki dostajemy tylko teksty utworów. Brak jakichkolwiek, krótkich retrospekcji na temat tej płyty, nie ma żadnych archiwalnych zdjęć (poza jednym na tylnej wkładce) ani memorabiliów, a wznowienie takich wydawnictw aż się o to prosi. Jakościowo jest bardzo dobrze, ale zawartościowo nieco skromnie co pozostawia niedosyt.
Podsumowując, "Prayer to..." to materiał na światowym poziomie, który śmiało mógłby walczyć o uznanie co najmniej po części tak duże jak zagraniczne grupy parające się podobną muzyką. Szczerze zachęcam do sięgnięcia po ten album czy to w pierwszym wydaniu czy w formie obecnej reedycji, bo to kawał wartościowego grania, po prostu warto to znać.