Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kat. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 października 2019

Kat - Without Looking Back (Pure Steel Records 2019)

Po 14 latach od wydania "Mind Cannibals" Piotr Luczyk powraca z nową płytą Kat. Trochę przyszło poczekać i to co dostaliśmy jest jak dla mnie przynajmniej satysfakcjonujące, jeżeli nie bardzo dobre - to już moja czysto subiektywna ocena. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego jak "Without Looking Back" odebrało środowisko metalowe i krytyka, że opinie są mocno niepochlebne, a płytkę miesza się, mówiąc dosadnie, z błotem. Nie bardzo wiem dlaczego, serio. Odkładając na bok wszystkie te animozje między muzykami jakie mają miejsce w ciągu ostatnich kilku/kilkunastu lat, a skupiając się na samej tworzonej przez nich sztuce, to najnowszemu krążkowi Kat nie można zbyt wiele zarzucić, byłoby to szukanie dziury w całym. Pada zarzut, że to już nie ten Kat, a kompletnie obcy twór. Cóż, dobrze wszyscy wiemy, że muzyka ewoluuje, często nie tkwi bezczynnie w jednym punkcie, chyba że taki zabieg jest świadomy i celowy. Kat pod dowództwem Piotra faktycznie nie patrzy za siebie, a odchodząc od uprzedniego Thrashu, zmierza w kierunku klasycznego Heavy Metalu lat 80. i początku 90., zmieszanego z elementami rockowej klasyki. Miejscami nawet Bluesa, ale to tylko delikatne wstawki. Można by powiedzieć, że jest to poniekąd powrót do korzeni Kat, muzyki, od której ten zespół zaczynał. To już kompletnie nie to, co proponowali na poprzedniej płycie czy na jakiejkolwiek innej. Słychać tu nawiązania do Scorpions, Accept, Judas Priest, Deep Purple, może nawet Iron Maiden. Płyta fajnie chodzi w obrębie tej stylistyki, balansując na krawędzi między Metalem a Rockiem, jak niegdyś płyty "Heavy Metal World" TSA czy "Smak Ciszy" Turbo. Mamy tu elementy balladowe (taki "Wild" lub "The Promised Land", na przykład), hammondy nawiązujące do Purpli, a z drugiej strony mocne, energiczne numery jak "Black Night in My Chair", "Flying Fire" czy "Walls of Whispers" (to mój faworyt z tej płyty), które są już mocno osadzone w Heavy Metalu. Najjaśniejszy punkt to oczywiście partie gitar i solówki. Kunsztu Piotrowi odmówić w tej materii nie można, byłoby to co najmniej nie na miejscu. Wszystko zespala naprawdę dobre brzmienie i produkcja na przyzwoitym poziomie.
Z rzeczy, które do końca do mnie tu nie przemówiły, to trochę za długie kompozycje. Miejscami spotyka się pewne instrumentalne dłużyzny, które lepiej sprawdziłyby się na żywo niż na albumie. Odrobinę krótsze lepiej by działały, płyta miałaby lepszy flow. Z godziny zrobić 45 minut i album nie straciłby na dynamice, stałby się bardziej skondensowany. I druga rzecz, ale to już drobiazg -  powtórzenia słowa "Fire" w aż trzech tytułach utworów. Trochę to zaburza tracklistę. Pomyślałem sobie w żarcie, że na koniec brakuje tylko coveru "Fight Fire with Fire" Metalliki. Także poza tym nie mam innych uwag. Jak dla mnie płyta bardzo na plus, udany, nośny album, do którego chętnie będę wracał. Pasuje mi ta jego inność i nie przeszkadza mi, że tu nadal widnieje logo Kat. To po prostu nowy Kat, nowa wizja, nowe pomysły. Tyle. Biorąc tę płytę w dłonie, wiedziałem, czego się spodziewać i nie patrzyłem na nią przez pryzmat dawnych dokonań, a raczej jak na nowy twór i rozdział w historii zespołu.
Na koniec chciałbym jeszcze poruszyć temat okładki. Spotkałem się z zarzutami o niekonsekwencję w stosunku do tytułu. Cóż, w końcu postać Kata z pierwszego planu odwraca się na pięcie od spowitych pożogą trumien z "Oddechu Wymarłych Światów", klatki z "Ballad" i nagrobka z "Róż Miłości..." i wraz ze swym toporem i ściętymi łbami rusza w siną dal. Zatem ten obraz jak najbardziej idzie w parze z tytułem "Without Looking Back" i śmiało zaliczam go do udanych.
Tyle ode mnie. Mi się album bardzo spodobał, bardziej, niż się tego na początku spodziewałem. No, ale i podszedłem do niego nieco inaczej. Skłamałbym, gdybym chciał silić się tu na mocno krytyczne wnioski, z jakimi się w wielu innych recenzjach zetknąłem. Ja ten album jak najbardziej polecam, do mnie przemówił!

https://www.facebook.com/KATofficialprofile/
http://www.kat-band.com

English version:

14 years after the release of Mind Cannibals, Piotr Luczyk returns with a new Kat album. It was a bit of a wait and what we got is at least satisfying, if not very good - that's my purely subjective opinion. I am well aware of reactions on "Without Looking Back" from the metal environment and criticism, that the opinions are unflattering and that the album is, to put it bluntly, lambasted. I don't know why, really. Putting aside all these animosities between musicians that have taken place in the last few/dozen years, and focusing on the art they created themselves, the latest Kat album cannot be accused of being bad, it would be nitpicking. There is an accusation that this is not Kat anymore, but a completely different creation. Well, we all know that music evolves, often it doesn't stay the same all the time, unless it is an intentional and deliberate approach. Kat under Piotr's command does not actually look back and moves away from the previous Thrash Metal, the band is heading towards the classic Heavy Metal of the 80s and early 90s, mixed with elements of classic rock. In some places even Blues, but these are only slight inserts. One could say that it is somewhat a return to the roots of Kat, the music with which this band began. It's completely not what they proposed on the previous album, or on any other. There are references to Scorpions, Accept, Judas Priest, Deep Purple, maybe even Iron Maiden. The record works well in this style, balancing between Metal and Rock, like once TSA did on their "Heavy Metal World" or Turbo on their "Smak Ciszy". We have ballad elements here (such as "Wild" or "The Promised Land", for example), hammonds referring to Purple, and on the other hand strong, energetic tracks such as "Black Night in My Chair", "Flying Fire" or "Walls of Whispers "(this is my favorite one from this album), which are already firmly embedded in Heavy Metal. The brightest points are of course guitar and solo parts. Piotr's artistry cannot be denied in this matter, negating it would be at least inappropriate. Everything is finished with a really good sound and production at a decent level.
Some of the things that didn't appeal to me here, are a bit too long compositions. Here and there are certain instrumental longueurs that would work better live than on the album. A little shorter would work better, the disc would have a better flow. Make 45 minutes from an hour and the album would not lose dynamics, it would become more condensed. And the second thing, but that's a trifle, the repetition of the word "Fire" in as many as three song titles. It disrupts the tracklist a bit. I thought to myself that at the end, only the cover of "Fight Fire with Fire" by Metallica was missing. Well, I have no other comments. As for me, the album defends itself well and I will gladly come back to it. Its otherness appeals to me and I don't mind that the Kat logo still appears here. It's just a new Kat, a new vision, new ideas. That's all. Taking this CD in my hands, I knew what to expect and I did not look at it through the prism of previous achievements, but rather as a new creation and chapter in the band's history.
Finally, I would like to mention the cover art. It has been accused of inconsistency between it and the title. Well, in the end, the figure of the executioner from the foreground turns away on his heel from the coffins from "Oddech Wymarłych Światów", the cage from "Ballady" and the tombstone from "Róże Miłości..." (all set in flames) and he goes off with his axe and beheaded heads. Therefore, this picture goes hand in hand with the title "Without Looking Back" and I confidently rank it as successful.
That'a all from me. I like the album very much, more than I expected at first. Well, I approached it a bit differently. I would be lying if I wanted to make strong critical conclusions that I have encountered in many other reviews. I highly recommend this album, it almost completely appealed to me!


sobota, 18 listopada 2017

Kat- Bastard (Silton 1992/ Metal Mind 2016)

Wydany w 1992 roku "Bastard" otwierał nowy rozdział w historii Kat. Zespół na nowo się zszedł po krótkotrwałej absencji na metalowej scenie, przybyło nowych członków w osobie Jacka Regulskiego, który zasilił skład drugą gitarą, oraz Krzysztofa Oseta na basie.
W ostatnim z wywiadów dla "Teraz Rocka" Roman Kostrzewski określił "Bastard" jako płytę na której jest mnóstwo kreatywnego chaosu. To prawda. Płyta jest mocna, agresywna brzmieniowo, a zarazem bogata w ciekawe riffy i sporo połamanych struktur i zagrywek. Sporo na niej gitarowych galopad na złamanie karku, które potrafią nagle zwalniać i ponownie wracać do raptownego ataku na uszy słuchacza. Można by pomyśleć, że zespół wyładował na niej całą swoją złość i energię. Szczególnie wyróżniłbym kawałki "W Bezkształtnej Bryle Uwięziony" (tekst niesamowicie wrzyna się w pamięć, po paru przesłuchaniach, czy się chce czy nie, zaczyna się go nucić), tytułowy "Bastard" (są momenty gdzie słychać pewne echa "Diabelskiego Domu cz.2"), stonowany, instrumentalny "N.D.C." autorstwa Piotra i Krzysztofa (daje nam odetchnąć przed kolejną porcją galopady), "W Sadzie Śmiertelnego Piękna", który rozpoczyna charakterystyczna przygrywka na basie oraz kończąca płytę, kontrastująca z resztą materiału, nastrojowa ballada "Łza dla Cieniów Minionych", notabene najsłynniejsza w dorobku Kat.
Niniejszy album był sporym krokiem w zakresie produkcji i brzmienia w stosunku do swojego poprzednika jakim jest "Oddech Wymarłych Światów". Parę lat przerwy też zrobiło swoje, jest to już nieco inne thrashowe granie, trochę bardziej złożone, bardziej wypracowane. Swoje zrobiło także dojście do zespołu Jacka Regulskiego, który miał wkład w prawie wszystkie kompozycje zawarte na płycie.
Teraz kwestia samej reedycji. Fakt o którym przy wcześniejszych recenzjach wznowień Kat nie wspomniałem to zremasterowany dźwięk. W sumie nawet nie było potrzeby o tym pisać bo nie wyszło to na minus, a raczej na plus. Płytki ładnie, czysto wybrzmiewają, także nie mam tutaj żadnych zastrzeżeń. Co się tyczy samej formy wydania to nie powiem, czekało na mnie drobne, aczkolwiek miłe zaskoczenie po zdjęciu folii i zajrzeniu do środka. W booklecie zawarte zostały do tej pory nie publikowane fotki z występu Kat na festiwalu Metalmania w 1993. Jest ich tylko kilka, ale ważne że są, ubogaciło to trochę to wydanko. Cieszę się też, że nie sięgnięto po pierwszą oryginalną okładkę tej płyty. Sorry, ale jak dla mnie nie był to udany projekt, wręcz koszmarny, także miło, że ponownie skorzystano z artworka użytego już we wznowieniu płyty przez Silverton w latach 90-tych. Jerzy Kurczak jak zwykle popisał się tutaj swoim kunsztem i we współpracy z Romkiem i pomysłodawcą obrazu Mirkiem Nienertem stworzył genialny obraz, dzieło pasujące do tej płyty jak ulał. Szczególne polecanie tego krążka jest zbyteczne, to klasyka naszego rodzimego metalu i każdy powinien ją znać.


środa, 26 października 2016

Kat- Róże Miłości Najchętniej Przyjmują się na Grobach (Silverton 1996/ Metal Mind 2016)

Cztery lata po bardzo udanym "Bastardzie" Kat wydaje jedną ze swoich najsłynniejszych i najbardziej poważanych płyt: "Róże Miłości Najchętniej Przyjmują się na Grobach". Materiał który znalazł się na płycie szlifowany był w Domu Kultury w Siemianowicach Śląskich. Niestety, powstaniu tego znakomitego materiału zaczęły towarzyszyć pierwsze spięcia w zespole, które w późniejszych latach pogłębiły się i niejako przyczyniły do rozpadu grupy.
Wróćmy jednak do samej płyty. Materiał zarejestrowany został w znanym już dobrze studiu w Izabelinie, ulokowanym na granicy Kampinosu. Na album składało się osiem, świeżych i mocnych kompozycji, z których kilka weszło na stałe do koncertowego repertuaru grupy. Mowa tu o autentycznie świetnych, pełnych energii i wyrazistości "Odi Profanum Wulgus" (otwierający riff po prostu miażdży!), "Purpurowych Godach" z chyba najbardziej mocnymi lirykami w historii Kat oraz "Płaszczu Skrytobójcy". Na szczególną uwagę zasługują tu także "Stworzyłem Piękną Rzecz" (jeden z moich absolutnych faworytów) oraz dosyć nietypowy, rozbudowany, instrumentalny "Szmaragd Bazyliszka".
"Róże..." były kolejnym, sporym krokiem w kwestii brzmienia. Kat zabrzmiał na tej płycie bardzo czysto i intensywnie, powstała płyta bardziej jednorodna i z zauważalnym konceptem. Zrodził się materiał niewątpliwie ponadczasowy. Nie obyło się jednak bez przygód jako, że ciężko było realizatorowi nagrań, Jarosławowi Pruszkowskiemu, przełknąć teksty zawarte na płycie. Na szczęście udało się go przekonać i później było już z górki.
Reasumując, niesłychanie udany album. Pełen energii, mocy, świeżości, bardzo spójny i dojrzały. Wydany w 1992 "Bastard" będąc bestią z goła odmienną, bardziej surową i chaotyczną, postawił poprzeczkę dosyć wysoko. "Róże..." sprostały wyzwaniu i podniosły ją jeszcze wyżej, ale tego rekordu Kat już nigdy nie dogonił. Tak na marginesie, nobel w dziedzinie malarstwa dla Jerzego Kurczaka za okładkę, mistrzostwo świata, lepiej być nie mogło!
Przedstawiona poniżej tegoroczna reedycja jest w znacznym stopniu odzwierciedleniem oryginalnego wydania Silverton z 1996 roku, nie ma tu żadnych dodatkowych smaczków, ale za to jest konkretnie i według pierwotnego wzorca. Po raz kolejny brawa dla Metal Mind za solidną robotę!


wtorek, 11 października 2016

Kat- Acoustic: 8 Filmów (Metal Mind 2014)

Trochę czasu minęło zanim odważyłem się sięgnąć po tą płytę. Jako ogromny fan starego dobrego Kat-a, byłem mocno sceptyczny w stosunku do albumu gdzie nie śpiewa Roman Kostrzewski, a jedyną pozostałością po faktycznym Kacie jest tylko i wyłącznie osoba Piotra Luczyka. Gdy wreszcie postanowiłem puścić sobie jakąś próbkę "Acustic: 8 Filmów", moje wrażenie było niespodziewanie nie tak dalekie od pozytywnego. Niby pierwotna, Kat-owska atmosfera i pewien klimat zostały doszczętnie zmasakrowane, to jednak nie można odmówić tu Piotrowi kunsztu gitarowego i aranżacyjnego. Cóż, pozostało zdobyć płytę i głębiej się z tym dziełem zapoznać.


Na album składa się 12 kompozycji, w tym 4 premierowe miniatury instrumentalne powplatane między głównymi utworami. Płyta jest bardzo nastrojowa, czasem wręcz romantyczna, mamy tu obecność nie tylko znakomitej gitary Luczyka, ale też fortepianu, klawesynu czy wiolonczeli, aranżacje mają orkiestralny charakter, ciekawe tła jak chociażby szum fal ("Sen Którego Nie Było") czy odgłosy burzy w "Czasie Zemsty". Bardzo odważne i nietuzinkowe wykończenie ma "Dark Hole- The Habitat of Gods", spokojnie mógłby lecieć sobie w tle w jakieś urokliwej kafejce. Co się tyczy warstwy wokalnej, głos Maćka Lipiny, niekiedy przypominający wokal Romana Kostrzewskiego, sprawdził się tu całkiem nieźle, gdzie nie gdzie dodając nieco bluesowego powiewu. Naprawdę słychać tu świetny warsztat, konkretne pomysły oraz sporo pracy, którą w to wydawnictwo włożono.
Teraz czas na tą trochę goryczy. Niestety i z całym szacunkiem, ale to nie jest już Kat, co najwyżej hołd dla dawnych dzieł grupy okraszony szczyptą solowej twórczości Piotra Luczyka. Nie czuje się już tego feelingu, tego niepowtarzalnego klimatu, tego brzmienia. Kolejny mankament to ocenzurowane teksty w "Głosie z Ciemności" i "Czasie Zemsty" (posłuchajcie to zobaczycie co zostało dziabnięte). Zastanawiam się po co to było. Wygląda to trochę tak jakby ktoś tu wstydził się po części własnej twórczości. Jedynym światełkiem w tunelu jest "Łza Dla Cieniów Minionych", która najbardziej zbliżyła się tu do oryginału nie gubiąc gdzieś po drodze swojego "ja".
Podsumowując, "Acustic: 8 Filmów" ma z pewnością sporo do zaoferowania w warstwie muzycznej, znane już utwory zaprezentowane zostały w zupełnie innej formie z którą uważam, że warto się zapoznać. Niemniej jest dla mnie błędem i pomyłką wydanie tego pod szyldem Kat. Osobie biorącej tą płytę w ręce od razu coś nie będzie stykało, nawet nie znając jeszcze zawartości. Mimo tego zachęcam do względnego dystansu do tematu, a co za tym idzie posłuchania i wyrobienia swojej własnej opinii. Z mojej strony materiał sam w sobie jest na plus.


czwartek, 6 października 2016

Kat- Somewhere in Poland Live 2003 (Mystic Production 2004)

Kat w swojej karierze nagrał trzy albumy koncertowe, każdy inny, ale i każdy równie udany. Wspomniany w tytule jest tym trzecim w kolejce i chyba najlepiej brzmiącym z całej trójki. Kat zagrał wtedy na Mystic Festival jako support Iron Maiden, jakby nie było takie towarzystwo zobowiązuje. Płyta jest bardzo dynamiczna i żywiołowa, a między utworami Roman pozwala sobie na różne wcinki w swoim stylu. Set składa się z 12 utworów, mamy coś z każdej z płyt, ale najwięcej, bo aż połowa zagranego materiału, pochodzi z albumów "666" oraz "Róże Miłości Najchętniej Przyjmują się na Grobach". Oczywiście nie mogło zabraknąć "Wyroczni", która ma wśród fanów grupy status niemal hymnu, oraz najsłynniejszej Kat-owskiej ballady "Łza dla Cieniów Minionych", którą publika śpiewa razem z zespołem. Jest moc i klimat!
Nikt wtedy nie wiedział, że jest to ostatnie wydawnictwo Kata z Piotrem i Romkiem w jednym składzie. Niemniej jednak zespół dał niesamowity koncert i udowodnił, że czas nie jest im straszny, pokazali, że mimo upływu lat są cały czas w stanie wykrzesać na scenie ogień. Mimo iż nie było takiego założenia "Sowewhere in Poland" jest pięknym zwieńczeniem pewnego etapu w historii grupy. Coś się kończy, coś się zaczyna.
Jako bonus, na koniec krążka, dostajemy nową, studyjną wersję "Ostatniego Taboru". I tutaj przywalili! Kawałek nabrał nowej jakości, jest bardziej dynamiczny i zadziorny, zarówno instrumentalnie jak i wokalnie. Klasa, za każdym razem gdy go słucham mam ciary! Dodatkowo na płytce umieszczony jest do niego teledysk.
Płyta została bardzo fajnie wydana w formie 3- panelowego, laminowanego digipaka. Wszystko ozdobione grafiką opartą na fotografiach z koncertu. Kolejną ich dawkę dostajemy w książeczce do płyty, która jest nimi wypełniona od początku do końca. Szkoda, że ten album już od dawna jest wyprzedany, aż prosi się o wznowienie. Jeżeli ktoś nie ma, a znajdzie na aukcji to radzę brać i specjalnie się nie zastanawiać. Polecam wszystkim i każdemu z osobna!


niedziela, 25 września 2016

Kat- Szydercze Zwierciadło (Silverton 1997/ Metal Mind 2016)

Powstała w 1997, w rok po genialnych "Różach", "Szydercze Zwierciadło" jest chyba tą najmniej docenianą płytą w dorobku Kat. Na pierwszy rzut oka (a raczej ucha) zdaje się być w zakresie brzmienia i szkieletu kompozycji kontynuacją swojej poprzedniczki. Jest to niestety mylne odczucie. Im dłużej się jej słucha tym bardziej zaczyna się zauważać istotne różnice. Potwierdza się też fakt, że każda płyta Kat jest inna, wyjątkowa, tak jest też w tym przypadku.
"Szydercze Zwierciadło" jest albumem bardziej wymagającym. Kompozycje są tu nieco bardziej złożone, a teksty oscylują wokół określonego konceptu. Czas w którym powstawał album nie był dla zespołu najlepszy, coś zaczynało się psuć, zachwiało się w grupie wzajemne porozumienie i spójność we współpracy przez co płyta jest przede wszystkim dziełem Jacka Regulskiego i Romana Kostrzewskiego. Piotr Luczyk napisał tylko trzy utwory. Doszło do tego, że w wyniku spięć zespół musiał zorganizować nowego gitarzystę aby odbyć trasę. No ale zostawmy ten temat i wróćmy do samej muzyki. Album został nagrany w nowym studiu Alkatraz, które założył Jacek dając upust swojej pasji realizatorskiej. Brzmienie "Zwierciadła" jest zbliżone do poprzedniej płyty, aczkolwiek słychać, że jest w nim nieco mniej mocy i klarowności, ale wiadomo, to były początki produkcji we własnym zakresie, czas prób i błędów, a biorąc to pod uwagę i tak jest naprawdę nieźle. Co się tyczy samych kompozycji, są może trochę mniej "przebojowe", mniej wpadające w ucho niż wcześniejszy repertuar, jakby lżejsze, ale mam wrażenie, że nieco bardziej refleksyjne, z większym naciskiem na znakomitą warstwę liryczną. Na szczególną uwagę zasługują utwory "Cmok, Cmok, Mlask, Mlask" traktujący o pazerności kleru, "Spojrzenie"- znakomity kawałek instrumentalny autorstwa Jacka, "Czemu Mistrze Krzyż w Tornistrze", który odbieram jako wytknięcie duchowieństwu ich hipokryzji i obłudy (notabene ze świetną partią gitar), oraz rozpędzone "Oczy Słońc", jedyny, najczęściej grany na żywo utwór z tej płyty.
Okładka albumu to kolejny dowód na kunszt naszego słynnego rysownika okładek Jerzego Kurczaka. Artwork przedstawiający biskupa w dosyć dwuznacznej sytuacji przyglądającego się swojemu szyderczemu, diabelskiemu odbiciu to doskonałe odzwierciedlenie stylistyki tekstów materiału zawartego na krążku. Perfekcja w każdym calu!
Co się tyczy samej reedycji i formy jej wydania. Jest podobnie jak w przypadku poprzednich, tegorocznych wznowień Kat o których już wam pisałem. Jest tradycyjnie, skromnie, acz solidnie. Metal Mind postarał się aby wznowienia były możliwie jak najbardziej wierne pierwotnemu wydaniu. Szkoda, że nie uświadczymy żadnych fotografii grupy z tamtego okresu, no ale przy fakcie, że w końcu dostępna jest cała dyskografia Kat, na dodatek wydana w bardzo przyzwoitej formie, można to wybaczyć. Wydawnictwo te nie wymaga specjalnego zachwalania, dobrze o tym wiecie. Trzeba to mieć i tyle.


środa, 21 września 2016

Kat & Roman Kostrzewski- 666 (Mystic 2015)

Już raz pisałem coś w temacie ponownego nagrywania przez zespoły utworów lub albumów ze swojego repertuaru. Jednym wychodzi to na dobre, utwory zyskują nową jakoś, nowe oblicze, innym niestety nie przez co dostajemy odgrzany kotlet w ramach odcinania kuponów. W 2014 roku zespół Kat & Roman Kostrzewski nagrał ponownie debiutancki album Kat, kultowe "666". Moim zdaniem, w ich przypadku był to zabieg jak najbardziej owocny, choć nie ukrywam, że będąc pod stałym wpływem oryginalnej wersji słuchacz może potrzebować odrobiny czasu by oswoić się z tym materiałem i w pełni go docenić.


Nowe "666" to przede wszystkim nowe brzmienie. Wszystkie kompozycje z oryginalnego albumu wrzucone zostały do blendera z napisem "Kat & Roman Kostrzewski". Po wyjęciu otrzymaliśmy ładnie odrestaurowane dzieło charakteryzujące się wszystkim tym co obecnie reprezentuje muzycznie zespół Romka i Irka. To co się tu wyróżnia to przede wszystkim przejrzystość i produkcja. Jakość jest tu bardzo dobra, utwory mają fajną głębię, słychać każdą nutę. Roman występuje tu już jako doświadczony wokalista z dojrzałym, mocnym wokalem. Warto zaznaczyć, że słuchacz nie musi się już domyślać co jest wyśpiewywane, jak to mogło mieć w miejsce w przypadku oryginału.
Ciężko jest porównywać obie wersje "666", gdyż powstawały w w kompletnie różnych czasach i realiach, sprzęt i jego jakość to też lata świetlne. Zespół także w innym składzie niż wtedy. Przez to wszystko mam dwie bliźniacze płyty, a jednocześnie tak różne. Nowi muzycy wnieśli ze sobą nowego ducha i dodali do tych nagrań swoje trzy grosze, dzięki temu nie dostaliśmy klona. Taki np. "Masz Mnie Wampirze" jest tego doskonałym przykładem, nawet Roman dodał trochę nowych smaczków w linii wokalnej. "Noce Szatana" też mają parę ciekawych momentów przez co nie są nam podane w ten sam sposób jak niegdyś,  Fajnego kopa dostała również "Wyrocznia". Co ważne. cały album dzięki obecnemu brzmieniu zyskał też nieco na przebojowości.
Reasumując dostaliśmy ciekawe, nowe spojrzenie na klasyk z dyskografii Kat, Oryginalne "666" to płyta surowa, ze znamieniem kiepskiej produkcji czasów PRL, mroczna, ze specyficznym brzmieniem i klimatem, przepełniona młodzieńczą pasją i złością. Jej nowa wersja to przede wszystkim profesjonalna produkcja oraz bardzo dobre, klarowne brzmienie. Nagrywał ją zespół doświadczony muzycznie, który zrobił sobie wycieczkę w przeszłość chcąc zaprezentować stary materiał w nowej szacie. Jestem pewien, że świetnie się bawili znów nagrywając te numery, wracając przy okazji do tamtych lat kiedy Kat był dopiero na początku swojej muzycznej drogi. Podejrzewam, że w opinii co do tej płyty fani są mocno podzieleni. Ja osobiście bardzo ją polubiłem i zachęcam do tego aby dać jej szansę i z marszu nie porównywać do oryginału, a nóż odkryjecie ten album na nowo tak jak to miało miejsce w moim przypadku.
Jeszcze tak na marginesie, brawa za okładkę, bo naprawdę zacnie wyszła ta rewitalizacja konceptu z wersji wydanej niegdyś przez Stuff, a potem Silverton.


sobota, 17 września 2016

Roman Kostrzewski- Głos z Ciemności (SQN 2016)

Jak tylko dowiedziałem się, że ma się ukazać wywiad rzeka z Romanem Kostrzewskim od razu zatarłem łapki i rozpocząłem odliczanie do dnia premiery. Co jak co, ale będąc fanem Kat to mus mieć takie wydawnictwo, nie mówiąc już o samym fakcie przeczytania.
Książka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Mając już za sobą lekturę tego typu wywiadów z Nergalem i Markiem Pikarczykiem oczekiwałem czegoś nowego, trochę innego podejścia do tego typu dzieła, pewnej płynności treści i to dostałem. Mateusz Żyła zadaje bardzo ciekawe, nieszablonowe pytania, a Roman Kostrzewski barwnie na nie odpowiada snując wciągającą opowieść. Otwiera przed nami historię swojego życia, zaczynamy poznawać go nie tylko jako charyzmatycznego wokalistę legendarnego zespołu którego widzimy podczas koncertów, ale także jako autora tekstów, kompozytora, ojca i męża. Mamy tu fakty z młodości wokalisty, z jego życia rodzinnego, trochę poglądów na pewne sprawy, przemyśleń, fajnych i niekiedy śmiesznych wspomnień, no i sporo z historii Kat-a, jak chociażby wspominki z koncertów u boku Metallici czy wydarzenia towarzyszące nagraniu "Róż".


Książka jest podzielona na rozdziały, każdy traktujący o czymś innym, ułożone w porządku chronologicznym co daje czytelnikowi możliwość dowolnego sposobu czytania. Można po kolei, a można sobie skakać, jak kto woli. Dzięki takiemu podziałowi łatwo jest potem wrócić do wybranych fragmentów.
Osobiście, najbardziej wciągnęły mnie rozmowy o poszczególnych płytach Kat okraszone różnymi faktami z sesji nagraniowych, kulisami powstawania tych albumów, mamy genezę taksów (wiele z nich jest zacytowanych w całości), jednym słowem jest soczyście i wyczerpująco. Czyta się to jednym tchem.


Dodatkowym aspektem tejże publikacji jest spora ilość archiwalnych fotografii, w kolorze i czarno-białych, poczynając od lat młodości bohatera, poprzez wszystkie lata z Kat-em, po dzień dzisiejszy.
"Głos z Ciemności" wzbudza pewien apetyt na pełną biografię zespołu Kat, która do tej pory się nie ukazała. Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś kto się tego podejmie. Niniejszy wolumin jest przedsmakiem tego co moglibyśmy w takiej książce przeczytać. Wprowadza nas w świat twórczości nie tylko Romana Kostrzewskiego, ale także Kat-a jako zespołu. Szczerze zachęcam do zapoznania się z tym tytułem, warto!


piątek, 29 lipca 2016

Kat- Rarities (Metal Mind 2013)

Co prawda nie jest to już nowość wydawnicza, ale warto napisać kilka słów o tej płytce. Tym bardziej jako zwolennik muzyki Kat, nie mógłbym sobie tej przyjemności odmówić. Wydane 3 lata temu "Rarities" to przede wszystkim zbiór utworów Kat sprzed debiutanckiego albumu. Są to kompozycje zarejestrowane w 1982 w studiu Radia Katowice oraz materiał live z Jarocina 1984 + anglojęzyczna wersja "Porywanego Obłędem". To właśnie dla wspomnianych materiałów studyjnych każdy fan Kata powinien mieć ten cd w swoich zbiorach. W tych utworach słychać wyraźnie korzenie zespołu, te czysto hard-rockowe. Są to utwory autentycznie świetne i wielka szkoda, że nie ukazały się swojego czasu jako np. mini album. "Wyrokiem Sądu Bożego", "Robak" (w swej pierwotnej wersji), "Skazaniec" oraz "Zemsta", bo o nich mowa, miałby szansę stać się w tym wykonaniu klasykami. W sumie "Robak" stał się poprzez wznowienie tego utworu na "Balladach", no ale to dopiero po kilku latach. Live z zawartego tu występu z Jarocina 84' też jest niczego sobie, mamy tutaj min. wczesne wersje "Delirium Tremens" oraz "Diabelskiego Domu cz. I". Jakościowo jest bardzo przyzwoicie, więc słucha się tego z przyjemnością. Jest swoisty klimat i aura, którą tylko ten zespół się charakteryzuje.


Dla osób rozpoczynających przygodę z Kat czy też generalnie z polską sceną metalową to ogromna lekcja historii. Tego typu materiały powinny być odszukiwane i wydawane. Uważam, że nie ma co do tego wątpliwości. W kwestii samego wydania jest praktycznie wzorcowo. Mamy ładny, 3-panelowy, laminowany digipak oraz obszerny booklet z esejem, tekstami i garścią starych fotografii. Solidnie i z dbałością o szczegóły, nie mam się do czego przyczepić. Także jeżeli ktoś tego nie ma to szczerze polecam.


piątek, 17 czerwca 2016

Kat- Metal and Hell (Ambush Records 1986/ Metal Mind 2016)

No i przyszła kolej na "Metal and Hell". Album jest dla polskiej sceny metalowej lat 80-tych bardzo istotny, taki zapalnik dla przyszłych jeszcze cięższych brzmień. Przed Katem królowało TSA, i rosnące w siłę Turbo. Po "Metal and Hell/ 666" poprzeczka została podniesiona. Scena przeszła w kolejne stadium rozwoju.
"Metal and Hell" czyli anglojęzyczna wersja "666" została wydana w tym samym roku co jej polska odpowiedniczka, w 1986. Wersję po angielsku wypuściło belgijskie Ambush Records (producentem był nie kto inny jak Jos Kloek odpowiedzialny min. za zachodnie wydanie "Heavy Metal World" TSA), a po polsku, w limitowanym nakładzie (sprzedawane prosto z naczepy) Klub Płytowy Razem. "Metal and Hell" odwiedził polskie sklepy dopiero rok później nakładem Pronit.
Album ma bardzo surowe, tnące brzmienie (jest to jeszcze wybuchowa mieszanka speed, black i heavy metalu tak charakterystyczna dla chociażby Venom czy Mercyful Fate), produkcyjnie nie ma tu achów i ochów, ale to akurat dobrze, bez tego nie miałby takiego wydźwięku i siły rażenia. Słyszalne, dosyć specyficzne brzmienie gitar płyta zawdzięcza stosunkowo przypadkowemu zabiegowi- rezonansowi pudła fortepianu, który stał w studiu krakowskiego Teatru STU podczas nagrywania płyty. Teksty polskie przetłumaczył na potrzeby "Metal and Hell" Tomasz Dziubiński. Roman Kostrzewski nie znając angielskiego uczył się ich z zapisu fonetycznego, co z resztą słychać. Płytka w swojej estetyce była pierwszą na polskiej scenie. Co prawda Turbo na swojej "Kawalerii Szatana" poruszało tematy biblijnej apokalipsy, ale nie weszło w tematykę okultyzmu, satanizmu czy innych piekielnych mocy co zrobił Kat na swoim debiucie. Ich koncerty to też był wtedy fenomen. Sporo pirotechniki, dymy, rytualny charakter. "Metal and Hell/ 666" był to także pierwszy i ostatni materiał z Wojciechem Mrowcem w składzie, opuścił on zespół niebawem po nagraniu albumu. Tak oto przez parę kolejnych lat Kat działał jako kwartet.
Tegoroczna reedycja "Metal and Hell" jest mocno wzorowana na wydaniu kompaktowym, które Metal Mind wypuścił w 1993 (poniżej zdjęcie obecnego wznowienia, oraz reedycji z ramienia Mystic Production sprzed paru ładnych lat). Różni się nieco innym designem bookletu i brakiem dodanych w tamtym czasie bonusów w postaci "Ostatniego Taboru" i "Nocy Szatana". Wydanko jest proste (booklet ogranicza się do liryków i trzech 3 fotografii grup, z czego dwie służą jako tło pod teksty utworów), ale jak dla mnie zadowalające. Drobny minus za błąd w pisowni utworu na tylnej wkładce.
Tak na marginesie, warto wspomnieć, że na anglojęzycznym "Metal and Hell" ciąży pewne brzmię. Jako, że płyta w tej wersji skierowana jest przede wszystkim do zagranicznych fanów, na naszym podwórku spychana jest na ubocze przez jej polskojęzyczną bliźniaczkę "666". Co się dziwić, w rodzimym języku album ma zupełnie inny wydźwięk. Może gdyby "Metal and Hell" różnił się nie tylko wokalem, a np. odrobinę brzmieniem czy aranżacją to miałby nieco łatwiej, a tak w kwestii sprzedaży ma dosyć ciężki żywot.



czwartek, 9 czerwca 2016

Kat- Oddech Wymarłych Światów (Pronit 1988/ Metal Mind 2016)

"Oddech Wymarłych Światów" to płyta monument, wizytówka zespołu Kat. Płytę nagrywała już grupa świadoma swojej drogi, okrzepnięta, mająca już za sobą debiutancką płytę oraz koncertowe sukcesy. Ten album to ogromny krok w stosunku do "666"/"Metal & Hell". Na debiucie zespół był jeszcze w fazie poszukiwań swojego muzycznego ja, zarówno brzmieniowo jak i stylistycznie. Była to jeszcze szaleńcza mikstura wczesnego black metalu spod znaku Venom oraz popularnego w tamtym czasie heavy/speed metalu. Album "Oddech Wymarłych Światów" przedstawił fanom już nieco innego Kata. Mocno słychać inspiracje starą Metallicą, której supportowanie w 1987 na deskach katowickiego Spodka odcisnęło na zespole wyraźne piętno. To płyta na której króluje już solidny thrash metal najwyższej próby. Album jest niesamowicie spójny, ma solidne mocne brzmienie, chyba w tamtym czasie żadna polska płyta z zakresu metalowej sztuki nie mogła konkurować z tym krążkiem. Można się pokusić o stwierdzenie, że "Oddech..." był nagrany na wręcz światowym poziomie. Na dodatek emanuje tym niepowtarzalnym Kat-owskim stylem i klimatem, no bajka.
Były plany wydania tej płyty w wersji anglojęzycznej i wypuszczenie na zachodzie, ale niestety nic z tego nie wyszło. Aż zżera mnie ciekawość jakby ta płyta sobie poradziła, miałaby naprawdę spore szanse zawojować serca tamtejszych entuzjastów metalu. W naszym kraju już od wielu lat króluje we wszelakich zestawieniach najwybitniejszych dzieł polskiej sceny metalowej, i zawsze, ale to zawsze znajduje się na szczytach list, często zajmując nawet pierwsze miejsce.
Pretekstu do napisania kilku słów o tej płycie dostarczyła mi najnowsza jej reedycja popełniona właśnie przez Metal Mind Productions. Po 8 latach od jej pierwszej kompaktowej reedycji wreszcie dostępna jest ponownie. Wydana jest skromnie, na wzór poprzedniego wznowienia, ale za to solidnie i w ulubionej przez fanów formie, czyli jako standardowy jewelcase. We wkładce znajdziemy trochę archiwalnych fotografii oraz teksty do wszystkich utworów. Jednym słowem wydawniczo jest jak najbardziej na plus.
"Oddech Wymarłych Światów" to album nie wymagający polecania, to jest jedna z tych płyt, które nie potrzebują zachwalania, to po prostu trzeba znać i koniec. Mistrzostwo i duma polskiego metalu!


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Kat- 38 Minutes of Life (PolJazz 1987/ Metal Mind 2016)

Po paru latach doczekaliśmy się wreszcie reedycji praktycznie całego katalogu Kat. Na czerwiec przypadły wznowienia "Metal & Hell", "38 Minutes of Life", "Oddech Wymarłych Światów" oraz "Mind Cannibals a.d. 2016". Jak widać na załączonym obrazku u mnie jest już pierwsza w karierze Kat koncertówka. Materiał kultowy, który niejako podsumowuje działalność zespołu w latach 80-tych jako, że zawiera utwory zarówno z debiutu jak i z nadchodzącego jeszcze wtedy "Oddechu Wymarłych Światów" (1988). Jest to zbiór wybranych nagrań live z grudnia 1986 oraz dwóch występów które dał Kat otwierając koncerty Metallica w Katowickim Spodku w kwietniu 1987. Produkcja tej płyty pozostawia coś nie coś do życzenia w porównaniu do innych albumów live z tamtych czasów, ale za to niesie ze sobą niesamowitą energię i klimat koncertów metalowych doby PRL-u. Dlatego myślę , iż dobrze się stało, że wydana została właśnie tak, a nie inaczej. Zyskała niepowtarzalną magię. Słychać na niej, że zespół jest w szczytowej formie, emanuje pasją, furią i mrokiem.
Co się tyczy samej reedycji to jest naprawdę solidnie i ja osobiście nie mogę się tutaj do niczego przyczepić. "38 Minutes of Life" wydane jest tak samo jak za pierwszym razem (w 2006 jako digipak, jako jewelcase w 2008) z tą różnicą, że brak jest tzw. liner notes, które były dodane kilka lat temu, ale za to mamy więcej archiwalnych fotografii zespołu. Ku radości zapewne większości fanów płyta wydana jest tym razem tylko i wyłącznie w tradycyjnym pudełku. Podsumowując- prosto i konkretnie, jest naprawdę ok. Poniżej jako drobna retrospekcja pozwoliłem sobie przypomnieć kasetowe wydanie tego materiału popełnione w połowie lat 90-tych przez Silverton (z poprawioną okładką autorstwa Jerzego Kurczaka).