Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metal Mind Productions. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Metal Mind Productions. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 kwietnia 2021

Dragon - Arcydzieło Zagłady (Metal Mind Productions 2021)

Mamy już kwiecień, i do tej pory nowością płytową, która mnie tak konkretnie zachwyciła był powrotny album Hell-Born. Teraz, niestety z poślizgiem, piszę o drugim wyczekiwanym przeze mnie krążku i kolejnym powrocie z pełnym albumem po latach. Mowa tu o Dragonie i "Arcydziele zagłady". Pierwsze dźwięki i "cholera, ale moc!". Już pierwszy, otwierający płytę numer - "Przemoc" - to arcykiller. Potem jest tylko lepiej lub, jak kto woli, tak samo dobrze. Utwór tytułowy czy też "Nie zginaj kolan" to istne death/thrashowe bestie. Zespół brzmi znakomicie i świetnie balansuje chwytliwe riffy z różnymi zawijasami i zmianami tempa. W tych numerach po prostu się dzieje, kompozycje są misternie poukładane, pokazując pomysłowość i kunszt twórców, a jednocześnie bardzo zapadając w pamięć, mając w sobie również jakąś nutę prostszych rozwiązań i melodyjności. To po prostu zostaje słuchaczowi w głowie. Gronos i Fred są w super formie, słychać, że to fundamenty tego zespołu, nic w tej kwestii nie zmieniło się od lat 90. Do zespołu, wraz z "Arcydziełem zagłady" dołączyli Krzysztof "Fazee" Oset (ex Kat) oraz młody perkusista Mikołaj Toczko. Bass Fazeego jest na tym materiale wyeksponowany, słychać go wyraźnie, co fajnie podrasowuje brzmienie i głębię płyty, natomiast perkusja Mikołaja daje jej sporą dawkę energii i konkretnego kopa. Niemniej powiedzieć trzeba jasno, że to gitary i wokal robią ten album, bez dwóch zdań. Wiosła Gronosa to klasa sama w sobie i tutaj ciężko coś dodawać, natomiast Fred odwala tu pracę wręcz wzorcową. Zawsze wysoko oceniałem jego głos, ale tutaj mamy chyba jego najlepsze osiągnięcie. Wokal brzmi brutalnie, ciężko, a do tego jest bardzo czytelny, dobrze zaaranżowany. Cymes! Tak, same pozytywy się tu leją, ale nie jestem w stanie powiedzieć złego słowa o tym albumie, nawet o jego okładce, która może się niektórym wydawać kiczowata. Oczywiście, życzyłbym tu sobie jakiegoś fajnego dzieła imć Kurczaka, ale ej, ja tam kupuję te smoki. Powiem tak: na niwie death/thrash metalu, przynajmniej naszego krajowego, nie słyszałem w ostatnim czasie niczego tak dobrego. Myślałem, że niepodzielnie królować tu będzie Vader ze swoim, notabene bardzo udanym, "Solitude in Madness", ale niestety. Dragon i "Arcydzieło zagłady" pobili tę płytkę w przedbiegach. Jestem tym zaskoczony, ale tak to widzę i cieszy mnie ten fakt. Dragon na to zasługuje. Płyta klasa! Nic, tylko czekać na koncerty.



English translation:

It's April already, and so far a new album that I enjoyed most has been the return one of Hell-Born. Now, unfortunately with a slip, I am writing about the second record awaited by me and another return with a full album after many years. I'm talking about Dragon and "Arcydzieło zagłady". The first sounds and "damn it, what a power!". The first track that opens the album - "Przemoc" - is already an archkiller. Then it is only better or, if you prefer, just as good. The title track or "Nie zginaj kolan" is a real death/thrash beast. The band sounds great and balances catchy riffs with different composition twists and tempo changes. Things are just happening here, the compositions are intricately arranged, showing the creativity and artistry of the creators, and at the same time very memorable, also having a hint of simpler solutions and melody. It just stays in the listener's head. Gronos and Fred are in great shape, you can hear that they are the foundations of this band, nothing has changed in this matter since the 90s. Along with "Arcydzieło zagłady", Krzysztof "Fazee" Oset (ex Kat) and the young drummer Mikołaj Toczko joined the band. Fazee's bass is exposed on this material, you can hear it clearly, which nicely tweaks the sound and depth of the album, while Mikołaj's drums give it a lot of energy and a specific kick. Nevertheless, it must be said clearly that the guitars and the vocals make this album, without a doubt. Gronos' guitars are cream of the crop and it's hard to add anything here, while Fred does exemplary work here. I have always rated his voice highly, but here we have probably his best achievement. The vocals sound brutal, heavy, and also very clear, well arranged. Perfect! Yes, only the positives are emerging here, but I can't say a bad word about this album, not even about its cover, which may seem lame to some people. Of course, I wish we got some nice work from Mr Kurczak here, but hey, I like these dragons. Let me put it this way: in the field of death/thrash metal, at least the Polish one, I haven't heard anything so good recently. I thought that Vader would reign supreme here with his very successful "Solitude in Madness", but unfortunately no. Dragon and "Arcydzieło zagłady" beat it in the run-up. I am surprised, but this is how I see it and I like that fact. Dragon deserves it. Top album! Just waiting for the concerts.




sobota, 16 lutego 2019

Turbo- Ostatni Wojownik (Pronit 1987/ Metal Mind 2019)

W roku 1987 Turbo ruszyło na przygodę z Thrash Metalem tworząc "Ostatniego Wojownika", jedną ze swoich najlepszych płyt i to nie tylko w mojej opinii, ale i większości fanów. Poszli za ciosem "Kawalerii Szatana" nagrywając materiał mocno inspirowany nie tylko starą Metalliką, ale i kolegami zza zachodniej granicy, takimi jak Kreator czy Exumer.
Pierwszą rzeczą o jakiej należy powiedzieć o tej płycie to jej światowy poziom. Nie ma tu zdziwienia, że zespołem zainteresowało się Nosie Records, wydając anglojęzyczną wersję owego krążka. Znalezienie się chociaż na moment w katalogu wytwórni, która miała u siebie czołówkę europejskiej sceny o czymś świadczyło i nobilitowało. Bardzo dużo wniosło pojawienie się w zespole Tomasza Goehsa. Był idealną osobą na stanowisko perkusisty w czasie kiedy zespół postanowił ruszyć w cięższe, szybsze i bardziej agresywne granie. Sprawdził się, bo bębny brzmią na "Ostatnim Wojowniku" naprawdę świetnie (koncerty to kolejne potwierdzenie). Kolejna sprawa to fakt, że podczas powstawania płyty każdy z zespołu dorzucił do niej coś od siebie, także Wojciech Hoffmann na muzycznym polu nie był tu osamotniony. Jak wspominał w którymś z wywiadów była to ich najbardziej zespołowa płyta, świetna przygoda i naprawdę udany materiał. "Ostatni Wojownik" do tej pory skrzy się od pomysłów i energii swoich twórców. Mamy tu podane nie tylko solidne Thrashowe numery, których słucha się po dziś dzień z zapartym tchem (kapitalnych riffów tu nie brak), ale również odrobinę melodii i przemyconych nawiązań do muzyki klasycznej.
Do najjaśniejszych punktów albumu należą niewątpliwie utwór tytułowy (jako otwieracz robi wrażenie, zwłaszcza wtedy kiedy płyta się ukazała- wiecie, kontrast z "Kawalerią"), "Miecz Beruda" ze świetną melodią na wstępie i dającym się zapamiętać tekstem (fascynacja Grzegorza fantastyką rodem z powieści Howarda czy Moorcocka ma tu swoje ujście) oraz "Seans z Wampirem" (Krwawy Pan- upiór nocy! Krwawy Pan- demon nocy!). Dla niektórych wokale na tej płycie pozostawiają nieco do życzenia, ale ja osobiście nie wyobrażam sobie tego materiału bez nich, bez tych wrzasków i skowytów, bez tej maniery Grześka. Są agresywne, spuszczone ze smyczy, co wspaniale współgra z gitarową kanonadą.
"Ostatni Wojownik" otworzył Turbo szansę na koncerty poza Polską i, jak wspomniałem wcześniej, szansę na płytę na zachodzie. Album zbierał bardzo dobre recenzje, podobno porównywani byli do Sepultury. Niestety sprawy potoczyły się niemal podobnie jak w przypadku TSA, czy Kat, na dłuższą metę nic nie wyszło. W ramach naszego rodzimego metalu "Ostatni Wojownik" pozostaje jednym z klasyków i czołowych płyt naszej sceny, zwłaszcza z lat 80-tych. Pięknie się zestarzała i do tej pory sprawia ogrom radochy ze słuchania i pozwala odczuwać dumę, że takie materiały powstawały w naszym kraju. To kawał solidnego, porywającego Thrashu na wysokim poziomie!
Poniżej tegoroczne wznowienie z Metal Mind Records ubogacone odrobiną wizualnej historii, której w przypadku reedycji płyt Turbo zawsze brakowało.




sobota, 28 lipca 2018

Panzer X- Steel Fist (Metal Mind 2006)

"Gdyby Vader tak grał to bardzo chętnie bym ich słuchał i kupował płyty"- tak to kiedyś skwitował temat mój dobry kumpel po tym jak puściłem mu "Necropolis" oraz "Pięść i Stal". Fakt, jest to totalnie w punk dla fanów bardziej klasycznych, a mniej ekstremalnych brzmień. Drugi z wymienionych kawałków to polskojęzyczny cover angielskiej, oryginalnej wersji "Steel Fist", jednej z kompozycji heavy metalowego projektu, który zainicjował Peter wraz z Grzegorzem Kupczykiem (ex Turbo, Ceti), Markiem Pająkiem (Esqarial, Vader) oraz nieżyjącym już Witoldem "Vitkiem" Kiełtyką (Decapitated). Panzer X, bo o tak nazwanym zespole będzie dziś mowa, pozostawił po sobie tylko jedną Epkę- "Steel Fist". W sumie nie dziwię się, że Peter w końcu wyszedł z taką inicjatywą. Będąc od wielu, wielu lat oddanym fanem Judas Priest to po prostu musiało nastąpić. Umiłowanie dla tej klasyki musiało wreszcie znaleźć swoje ujście. Ogromna szkoda, że nie doczekaliśmy się kontynuacji tego projektu bo zapowiadało się naprawdę nieźle. W ciągu niecałych 18 minut dostaliśmy pełną gamę różnego typu kompozycji jakie można znaleźć w typowym Heavy Metalu lat 80-tych. Płytę otwiera rozpędzony "Panzer Attack!!!", niczym niegdyś "Fast as a Shark" Accept na albumie "Restless and Wild". Konkretne uderzenie, żeby od razu przykuć uwagę słuchacza. Potem dostajemy utwór tytułowy, który jest już totalnie typowym dla tego stylu. Prowadzi nas tu miarowy mocny riff, do którego nóżka chodzi sama, a i z automatu ma się ochotę pomachać banią. Hołd dla tradycyjnych patentów ewidentny. Następnie mamy bardzo rock 'n' rollowy "Feel My X", który bez większych poprawek mógłby znaleźć się w repertuarze AC/DC, a następnie nastrojowy, instrumentalny "In Memory". Także tak jak mówiłem, wszystkiego jest tu po trochu. Materiał wieńczy cover z repertuaru The Rolling Stones "Paint it Black". Na Epce powinien był znaleźć się jeszcze cover Judas Priest "Riding on the Wind". Uwzględnia go rozkład jazdy, niestety jakimś cudem na płycie się nie pojawił, a szkoda.
Uważam, że Panzer X był naprawdę ciekawym pomysłem, który posiadał konkretny potencjał. W końcu umiejętności instrumentalne i kompozytorskie składu są nie do podważenia, brzmi to wszystko znakomicie, pełno tu świetnej energii i wyczucia, a przede wszystkim luźnego podejścia. Panowie świetnie zabawili się tą estetyką i naprawdę super byłoby usłyszeć ciąg dalszy tego przedsięwzięcia. Cóż, może kiedyś szansa się pojawi. "Steel Fist" to fajna ciekawostka z którą warto się zapoznać.


sobota, 18 listopada 2017

Kat- Bastard (Silton 1992/ Metal Mind 2016)

Wydany w 1992 roku "Bastard" otwierał nowy rozdział w historii Kat. Zespół na nowo się zszedł po krótkotrwałej absencji na metalowej scenie, przybyło nowych członków w osobie Jacka Regulskiego, który zasilił skład drugą gitarą, oraz Krzysztofa Oseta na basie.
W ostatnim z wywiadów dla "Teraz Rocka" Roman Kostrzewski określił "Bastard" jako płytę na której jest mnóstwo kreatywnego chaosu. To prawda. Płyta jest mocna, agresywna brzmieniowo, a zarazem bogata w ciekawe riffy i sporo połamanych struktur i zagrywek. Sporo na niej gitarowych galopad na złamanie karku, które potrafią nagle zwalniać i ponownie wracać do raptownego ataku na uszy słuchacza. Można by pomyśleć, że zespół wyładował na niej całą swoją złość i energię. Szczególnie wyróżniłbym kawałki "W Bezkształtnej Bryle Uwięziony" (tekst niesamowicie wrzyna się w pamięć, po paru przesłuchaniach, czy się chce czy nie, zaczyna się go nucić), tytułowy "Bastard" (są momenty gdzie słychać pewne echa "Diabelskiego Domu cz.2"), stonowany, instrumentalny "N.D.C." autorstwa Piotra i Krzysztofa (daje nam odetchnąć przed kolejną porcją galopady), "W Sadzie Śmiertelnego Piękna", który rozpoczyna charakterystyczna przygrywka na basie oraz kończąca płytę, kontrastująca z resztą materiału, nastrojowa ballada "Łza dla Cieniów Minionych", notabene najsłynniejsza w dorobku Kat.
Niniejszy album był sporym krokiem w zakresie produkcji i brzmienia w stosunku do swojego poprzednika jakim jest "Oddech Wymarłych Światów". Parę lat przerwy też zrobiło swoje, jest to już nieco inne thrashowe granie, trochę bardziej złożone, bardziej wypracowane. Swoje zrobiło także dojście do zespołu Jacka Regulskiego, który miał wkład w prawie wszystkie kompozycje zawarte na płycie.
Teraz kwestia samej reedycji. Fakt o którym przy wcześniejszych recenzjach wznowień Kat nie wspomniałem to zremasterowany dźwięk. W sumie nawet nie było potrzeby o tym pisać bo nie wyszło to na minus, a raczej na plus. Płytki ładnie, czysto wybrzmiewają, także nie mam tutaj żadnych zastrzeżeń. Co się tyczy samej formy wydania to nie powiem, czekało na mnie drobne, aczkolwiek miłe zaskoczenie po zdjęciu folii i zajrzeniu do środka. W booklecie zawarte zostały do tej pory nie publikowane fotki z występu Kat na festiwalu Metalmania w 1993. Jest ich tylko kilka, ale ważne że są, ubogaciło to trochę to wydanko. Cieszę się też, że nie sięgnięto po pierwszą oryginalną okładkę tej płyty. Sorry, ale jak dla mnie nie był to udany projekt, wręcz koszmarny, także miło, że ponownie skorzystano z artworka użytego już we wznowieniu płyty przez Silverton w latach 90-tych. Jerzy Kurczak jak zwykle popisał się tutaj swoim kunsztem i we współpracy z Romkiem i pomysłodawcą obrazu Mirkiem Nienertem stworzył genialny obraz, dzieło pasujące do tej płyty jak ulał. Szczególne polecanie tego krążka jest zbyteczne, to klasyka naszego rodzimego metalu i każdy powinien ją znać.


piątek, 20 stycznia 2017

TSA- Spunk! (Mega Ton 1983/ Metal Mind 2015)

Zetknięcie się z muzyką ojców chrzestnych polskiego heavy metalu będę pamiętał chyba przez całe życie ("Szansa na Sukces" z TSA w roli jurorów, szczęka mi wtedy objechała, że mieliśmy i nadal mamy taki zespół). Obok Kat, było to moje pierwsze obcowanie z polską sceną, byłem wtedy na początku swojego pasa piekielnej autostrady wgłąb świata metalu, a TSA było jedną z tych grup, które podniosły mi na nią szlaban.
Tak się złożyło, że "Spunk!" usłyszałem zanim poznałem "czerwony", polskojęzyczny oryginał. Może z tego powodu mam do niej sentyment i bardziej ją cenię? Możliwe, ale przede wszystkim wpływ na taki stan rzeczy miała diametralna różnica brzmienia i miksu obu tych płyt. Anglojęzyczny "Spunk!" jest bardziej wyrazisty, klarowny, brzmi potężniej i dynamiczniej od wydanego rok przed nim debiutu. Wszystkie kompozycje z pierwszej płyty dostały więcej ognia i gdy słucha się ich w tej własnie postaci rozkręconych na cały regulator to rozniosą w pył każdą napotkaną przeszkodę, tyczy się to zwłaszcza otwierających płytę "Don't Worry Friend" oraz "Upper Classes". Niesamowicie przejmująco wyszła także "nowa" wersja "Trzech Zapałek" (tutaj jako "Nothing Left to Say"). Po dzień dzisiejszy jest to jedna z niewielu ballad, które wzbudzają we mnie szczególne emocje.
Co ciekawe, po swojej premierze wydawniczej w lutym 1984 Spunk! utrzymywał się dosyć długo na wysokim miejscu na liście najlepiej sprzedających się płyt w Londynie. Widać oryginalna hybryda hard rocka i heavy metalu jaką wykonywał zespół padła na podatny grunt. Mega Ton wyszło z propozycją ogólnoświatowej trasy u boku Venom (tak!) jeżeli tylko uda się całemu zespołowi dostać visy. Niestety, władza takowej Stefanowi Machelowi (jako jedynemu) nie wydała i w ten sposób zniweczona została jedna z przeogromnych szans zaistnienia TSA poza granicami naszego kraju.
W ubiegłym roku, po wieloletniej przerwie, Metal Mind zaserwował nam reedycję wszystkich krążków grupy na cd oraz winylu. Zarówno wizualnie (ładne, rozkładane digipaki, dużo niepublikowanych wcześniej zdjęć, wszystkie teksty, no miodzio po prostu, z winylami podobnie) jak i brzmieniowo wyszło to genialnie, wytwórnia postarała się jak nigdy. Pamiętam, że cieszyłem się na te wznowienia jak małpa na banany haha.
Podsumowując, TSA to pierwszy przystanek na drodze do poznawania historii powstawania polskiej sceny metalowej, to nieśmiertelna klasyka, którą po prostu trzeba znać i szanować. To od ich pełnego pasji i energii grania na całego rozpętała się burza!


niedziela, 18 grudnia 2016

Behemoth- Satanica (Metal Mind 1999)

"Satanica" to jeden z trzej moich ulubionych materiałów Behemoth do którego stale sobie wracam. Wraz z tym krążkiem, po przejściowym "Pandemonic Incantations", zaczął się nowy etap w historii grupy, który trwa do dziś. To tutaj wyrobili swój charakterystyczny styl i brzmienie. Płytę, wbrew "oficjalnych" danych, nagrano w studiu SL należącym do Sławomira Łosowskiego (ex. Kombi). Wiąże się z tym dosyć zabawna historia, którą w "Konkwistadorach Diabła" Łukasza Dunaja przytoczył Nergal. Właściciel był osobą mocno wierzącą także nie do pomyślenia było żeby wpuścił do studia takich szatanów. Na szczęście nie miał specjalnie jak sprawdzić kto faktycznie nagrywał pod wymyśloną na poczekaniu nazwą Dreams. Podobnie lawirować musiały zespoły Hefeystos czy też December's Fire, które także postanowiły zarejestrować tam swoje płyty.
Wydany w 1999 nakładem Metal Mind Productions album (na zachodzie przez włoską Avantgarde) jest świetną, dobrze brzmiącą i bijącą po mordzie miksturą black i death metalu. To na nim znalazły się grane przez zespół do tej pory "Decade of Therion" (popularny między innymi za sprawą wersji alternatywnej ;) ) oraz hymnowy, często wieńczący koncerty "Chant for Eschaton". Moimi osobistymi faworytami są tu następujący w drugiej kolejności, potężny "LAM" oraz "Ceremony of Shiva" z genialną partią perkusji na początku i sporą dawką melodyki.
"Satanica" tak na prawdę otworzyła zespołowi wrota do większej rozpoznawalności i szansy grania większej liczby koncertów poza granicami kraju. Mimo chwilowych zawirowań w składzie (odejście Lesa i chwilowa nieobecność Inferna), kiedy to na pokładzie pozostał na moment sam Nergal, sprawy nabrały tempa. Album otrzymywał bardzo dobre recenzje i wzbudził zainteresowanie muzycznych mediów, które do tej pory permanentnie Behemoth olewały. Niniejsza płyta to także początek trwającej do tej pory współpracy między Nergalem, a Krzysztofem Azarewiczem, który jest autorem lwiej części liryków Behemoth (na tym konkretnym albumie każdy jeden wyszedł spod jego ręki).
Cóż mogę rzecz w podsumowaniu. Mi "Satanica" raczej nigdy się nie znudzi. Jest jakaś tęsknota za tym, że nie grają już tak jak na tym albumie, czy nawet tak jak na równie udanej "Thelema 6" czy "Zos Kia Cultus". Był w tym jakiś taki klimat, pewna aura, towarzysząca tamtym czasom. Do rzeczy. Czy polecam płytkę "Satanica"? Oczywiście, bez dwóch zdań!


poniedziałek, 5 grudnia 2016

Behemoth- Live ΕΣΧΗΑΤΟΝ: The Art of Rebellion (Metal Mind 2000/ 2015)

Dziś postanowiłem przypomnieć wam, niektórym może przybliżyć, jedno z dosyć dziwnych, z pewnych aspektów kontrowersyjnych, wydawnictw naszego rodzimego metalu. W 2000 roku, po wydaniu płyty "Satanica", w ramach zawartej z wytwórnią Metal Mind umowy, Behemoth zobowiązany był zagrać koncert poniekąd na potrzeby wydawnictwa live. Cały występ był pod wieloma względami jedną wielką reżyserką. Występ odbył się w studiu telewizyjnym Łęg pod Krakowem. W tamtym czasie wytwórnia nagrała tam kilka materiałów tego typu z innymi zespołami (chociażby Dimmu Borgir). Miejsce nie cieszyło się specjalnie uznaniem publiki, zatem fani byli tam raczej spędzani w roli bliskiej statystom, chodziło o samo nagranie występu danej grupy, reszta mało się tutaj liczyła. Pomimo tego, że Behemoth zagrali bardzo przyzwoicie, i swoją energią próbowali to wszystko jakoś ratować, to całe to przedsięwzięcie jedzie na kilometr sztucznością i wręcz nienaturalną sterylnością jakiej na ogół próżno na koncertach szukać. Nergal coś tam usiłował z tą publiką zrobić, ale jakoś specjalnie nie szło. Zespół zaprezentował 10 kompozycji, głównie materiał z płyt "Pandemonic Incantations" oraz "Satanica" plus dwa stare klasyki w postaci "From the Pagan Vastlands" oraz "Pure Evil and Hate", (ciekawostką jest, że zaraz po tym jak ten kawałek ujrzał świtało dzienne sporo fanów myślało, że to cover jakiegoś nieznanego bliżej utworu Bathory) plus cover z repertuaru Mayhem- "Carnage". Video zostało w 2000 roku wydane przez Metal Mind na kasecie VHS, a w późniejszym czasie także na dvd, rok temu doczekało się wersji audio. Istotnym jest fakt, że grupa nigdy tego wydawnictwa nie autoryzowała.
Pomimo miernego charakteru tego materiału ma to w sobie pewien klimacik. Te nagranie zaklęło w sobie pewnego ducha przeszłości, końca lat 90-tych i początku nowego tysiąclecia. Podczas słuchania, oglądania odczuwa się pewną nostalgię i chociażby z tego jednego powodu warto sięgnąć po "The Art of Rebellion". Koncert, jako całość, kiepski bo zrobiony na "zamówienie", ale jest jednym z niewielu nagrań video Behemoth z tamtych lat jakie zostały udostępnione. Jako pewną ciekawostkę można polecić!






środa, 26 października 2016

Kat- Róże Miłości Najchętniej Przyjmują się na Grobach (Silverton 1996/ Metal Mind 2016)

Cztery lata po bardzo udanym "Bastardzie" Kat wydaje jedną ze swoich najsłynniejszych i najbardziej poważanych płyt: "Róże Miłości Najchętniej Przyjmują się na Grobach". Materiał który znalazł się na płycie szlifowany był w Domu Kultury w Siemianowicach Śląskich. Niestety, powstaniu tego znakomitego materiału zaczęły towarzyszyć pierwsze spięcia w zespole, które w późniejszych latach pogłębiły się i niejako przyczyniły do rozpadu grupy.
Wróćmy jednak do samej płyty. Materiał zarejestrowany został w znanym już dobrze studiu w Izabelinie, ulokowanym na granicy Kampinosu. Na album składało się osiem, świeżych i mocnych kompozycji, z których kilka weszło na stałe do koncertowego repertuaru grupy. Mowa tu o autentycznie świetnych, pełnych energii i wyrazistości "Odi Profanum Wulgus" (otwierający riff po prostu miażdży!), "Purpurowych Godach" z chyba najbardziej mocnymi lirykami w historii Kat oraz "Płaszczu Skrytobójcy". Na szczególną uwagę zasługują tu także "Stworzyłem Piękną Rzecz" (jeden z moich absolutnych faworytów) oraz dosyć nietypowy, rozbudowany, instrumentalny "Szmaragd Bazyliszka".
"Róże..." były kolejnym, sporym krokiem w kwestii brzmienia. Kat zabrzmiał na tej płycie bardzo czysto i intensywnie, powstała płyta bardziej jednorodna i z zauważalnym konceptem. Zrodził się materiał niewątpliwie ponadczasowy. Nie obyło się jednak bez przygód jako, że ciężko było realizatorowi nagrań, Jarosławowi Pruszkowskiemu, przełknąć teksty zawarte na płycie. Na szczęście udało się go przekonać i później było już z górki.
Reasumując, niesłychanie udany album. Pełen energii, mocy, świeżości, bardzo spójny i dojrzały. Wydany w 1992 "Bastard" będąc bestią z goła odmienną, bardziej surową i chaotyczną, postawił poprzeczkę dosyć wysoko. "Róże..." sprostały wyzwaniu i podniosły ją jeszcze wyżej, ale tego rekordu Kat już nigdy nie dogonił. Tak na marginesie, nobel w dziedzinie malarstwa dla Jerzego Kurczaka za okładkę, mistrzostwo świata, lepiej być nie mogło!
Przedstawiona poniżej tegoroczna reedycja jest w znacznym stopniu odzwierciedleniem oryginalnego wydania Silverton z 1996 roku, nie ma tu żadnych dodatkowych smaczków, ale za to jest konkretnie i według pierwotnego wzorca. Po raz kolejny brawa dla Metal Mind za solidną robotę!


wtorek, 11 października 2016

Kat- Acoustic: 8 Filmów (Metal Mind 2014)

Trochę czasu minęło zanim odważyłem się sięgnąć po tą płytę. Jako ogromny fan starego dobrego Kat-a, byłem mocno sceptyczny w stosunku do albumu gdzie nie śpiewa Roman Kostrzewski, a jedyną pozostałością po faktycznym Kacie jest tylko i wyłącznie osoba Piotra Luczyka. Gdy wreszcie postanowiłem puścić sobie jakąś próbkę "Acustic: 8 Filmów", moje wrażenie było niespodziewanie nie tak dalekie od pozytywnego. Niby pierwotna, Kat-owska atmosfera i pewien klimat zostały doszczętnie zmasakrowane, to jednak nie można odmówić tu Piotrowi kunsztu gitarowego i aranżacyjnego. Cóż, pozostało zdobyć płytę i głębiej się z tym dziełem zapoznać.


Na album składa się 12 kompozycji, w tym 4 premierowe miniatury instrumentalne powplatane między głównymi utworami. Płyta jest bardzo nastrojowa, czasem wręcz romantyczna, mamy tu obecność nie tylko znakomitej gitary Luczyka, ale też fortepianu, klawesynu czy wiolonczeli, aranżacje mają orkiestralny charakter, ciekawe tła jak chociażby szum fal ("Sen Którego Nie Było") czy odgłosy burzy w "Czasie Zemsty". Bardzo odważne i nietuzinkowe wykończenie ma "Dark Hole- The Habitat of Gods", spokojnie mógłby lecieć sobie w tle w jakieś urokliwej kafejce. Co się tyczy warstwy wokalnej, głos Maćka Lipiny, niekiedy przypominający wokal Romana Kostrzewskiego, sprawdził się tu całkiem nieźle, gdzie nie gdzie dodając nieco bluesowego powiewu. Naprawdę słychać tu świetny warsztat, konkretne pomysły oraz sporo pracy, którą w to wydawnictwo włożono.
Teraz czas na tą trochę goryczy. Niestety i z całym szacunkiem, ale to nie jest już Kat, co najwyżej hołd dla dawnych dzieł grupy okraszony szczyptą solowej twórczości Piotra Luczyka. Nie czuje się już tego feelingu, tego niepowtarzalnego klimatu, tego brzmienia. Kolejny mankament to ocenzurowane teksty w "Głosie z Ciemności" i "Czasie Zemsty" (posłuchajcie to zobaczycie co zostało dziabnięte). Zastanawiam się po co to było. Wygląda to trochę tak jakby ktoś tu wstydził się po części własnej twórczości. Jedynym światełkiem w tunelu jest "Łza Dla Cieniów Minionych", która najbardziej zbliżyła się tu do oryginału nie gubiąc gdzieś po drodze swojego "ja".
Podsumowując, "Acustic: 8 Filmów" ma z pewnością sporo do zaoferowania w warstwie muzycznej, znane już utwory zaprezentowane zostały w zupełnie innej formie z którą uważam, że warto się zapoznać. Niemniej jest dla mnie błędem i pomyłką wydanie tego pod szyldem Kat. Osobie biorącej tą płytę w ręce od razu coś nie będzie stykało, nawet nie znając jeszcze zawartości. Mimo tego zachęcam do względnego dystansu do tematu, a co za tym idzie posłuchania i wyrobienia swojej własnej opinii. Z mojej strony materiał sam w sobie jest na plus.


poniedziałek, 26 września 2016

Turbo- Kawaleria Szatana (Pronit 1986/ Metal Mind 2009)

Jak myślę o tej płycie to nasuwa mi się wiele pozytywnych określeń i pomysłów jakimi słowami zacząć tą recenzję. Trudno jest się na coś zdecydować żeby przez przypadek nie ująć czegoś z jej chwały. "Kawaleria Szatana" to bez wątpienia kamień milowy polskiego metalu, jedna z pierwszych od a do z prawdziwie heavy metalowych płyt wydanych w naszym kraju. Za jej przykładem poszły kiedyś rzesze młodych ludzi zakładając swoje zespoły. To był i nadal jest album niepowtarzalny i magiczny, o niesamowitym brzmieniu jak na tamte czasy i warunki.
Turbo cechowało to, że każda ich płyta była inna, a każda z nagranych w latach 80-tych była kolejnym krokiem w głąb ciężkich brzmień. "Kawaleria Szatana" będąca trzecim z kolei krążkiem grupy jest tym który na stałe zapisał się w historii polskiego metalu, płytą którą fani najbardziej w ich dorobku cenią i wyróżniają. Jest kipiącą energią hybrydą klasycznego heavy metalu oraz thrashowych naleciałości.
Album otwiera dobrze wszystkim znany "Żołnierz Fortuny", najcięższa, pędząca na złamanie karu kompozycja z niesamowicie chwytliwym tekstem. Chyba nie ma osoby słuchającej Turbo, która nie wykrzykiwałaby jej słów razem z Grzegorzem Kupczykiem. Kolejne wyjątkowo wyróżniające się tu kawałki to "Dłoń Potwora", kawałek opisujący najczarniejszy sen jaki może się człowiekowi przytrafić, utrzymana w nieco wolniejszym rytmie, na wpół balladowa "Kometa Halleya", "Kawaleria Szatana cz. II" ze świetnym szarżującym riffem i równie dobrym, zapadającym w pamięć tekstem oraz zamykający płytę, instrumentalny "Bramy Galaktyk" (najlepszy przykład tego pod jak dużym wpływem Iron Maiden było wtedy Turbo). Kropkę nad "i" stawia charakterystyczna okładka. Wiem, że nie każdemu się podoba, ale jak dla mnie lepszej dać nie mogli, jest moc!
"Kawaleria Szatana" jest materiałem, który chyba nigdy się nie zestarzeje, słuchają go kolejne pokolenia metalowców i muzyków czerpiąc z niego inspiracje. Ta płyta udowadnia to, że scena metalowa w Polsce mało czym ustępowała w tamtym czasie scenie zachodniej, a tylko i wyłącznie sytuacja i realia doby PRL-u uniemożliwiły naszym zespołom zaistnienie poza granicami ojczyzny. Niniejszy album jest trwałą i znaczącą kartą historii polskiej muzyki metalowej będąc przy tym skarbnicą wspomnień starszej generacji, dla młodych pozostając niedoścignionym wzorcem.


niedziela, 25 września 2016

Kat- Szydercze Zwierciadło (Silverton 1997/ Metal Mind 2016)

Powstała w 1997, w rok po genialnych "Różach", "Szydercze Zwierciadło" jest chyba tą najmniej docenianą płytą w dorobku Kat. Na pierwszy rzut oka (a raczej ucha) zdaje się być w zakresie brzmienia i szkieletu kompozycji kontynuacją swojej poprzedniczki. Jest to niestety mylne odczucie. Im dłużej się jej słucha tym bardziej zaczyna się zauważać istotne różnice. Potwierdza się też fakt, że każda płyta Kat jest inna, wyjątkowa, tak jest też w tym przypadku.
"Szydercze Zwierciadło" jest albumem bardziej wymagającym. Kompozycje są tu nieco bardziej złożone, a teksty oscylują wokół określonego konceptu. Czas w którym powstawał album nie był dla zespołu najlepszy, coś zaczynało się psuć, zachwiało się w grupie wzajemne porozumienie i spójność we współpracy przez co płyta jest przede wszystkim dziełem Jacka Regulskiego i Romana Kostrzewskiego. Piotr Luczyk napisał tylko trzy utwory. Doszło do tego, że w wyniku spięć zespół musiał zorganizować nowego gitarzystę aby odbyć trasę. No ale zostawmy ten temat i wróćmy do samej muzyki. Album został nagrany w nowym studiu Alkatraz, które założył Jacek dając upust swojej pasji realizatorskiej. Brzmienie "Zwierciadła" jest zbliżone do poprzedniej płyty, aczkolwiek słychać, że jest w nim nieco mniej mocy i klarowności, ale wiadomo, to były początki produkcji we własnym zakresie, czas prób i błędów, a biorąc to pod uwagę i tak jest naprawdę nieźle. Co się tyczy samych kompozycji, są może trochę mniej "przebojowe", mniej wpadające w ucho niż wcześniejszy repertuar, jakby lżejsze, ale mam wrażenie, że nieco bardziej refleksyjne, z większym naciskiem na znakomitą warstwę liryczną. Na szczególną uwagę zasługują utwory "Cmok, Cmok, Mlask, Mlask" traktujący o pazerności kleru, "Spojrzenie"- znakomity kawałek instrumentalny autorstwa Jacka, "Czemu Mistrze Krzyż w Tornistrze", który odbieram jako wytknięcie duchowieństwu ich hipokryzji i obłudy (notabene ze świetną partią gitar), oraz rozpędzone "Oczy Słońc", jedyny, najczęściej grany na żywo utwór z tej płyty.
Okładka albumu to kolejny dowód na kunszt naszego słynnego rysownika okładek Jerzego Kurczaka. Artwork przedstawiający biskupa w dosyć dwuznacznej sytuacji przyglądającego się swojemu szyderczemu, diabelskiemu odbiciu to doskonałe odzwierciedlenie stylistyki tekstów materiału zawartego na krążku. Perfekcja w każdym calu!
Co się tyczy samej reedycji i formy jej wydania. Jest podobnie jak w przypadku poprzednich, tegorocznych wznowień Kat o których już wam pisałem. Jest tradycyjnie, skromnie, acz solidnie. Metal Mind postarał się aby wznowienia były możliwie jak najbardziej wierne pierwotnemu wydaniu. Szkoda, że nie uświadczymy żadnych fotografii grupy z tamtego okresu, no ale przy fakcie, że w końcu dostępna jest cała dyskografia Kat, na dodatek wydana w bardzo przyzwoitej formie, można to wybaczyć. Wydawnictwo te nie wymaga specjalnego zachwalania, dobrze o tym wiecie. Trzeba to mieć i tyle.


wtorek, 13 września 2016

Acid Drinkers- Infernal Connection (Mega Czad 1994)

Jedna z najlepiej ocenianych przez fanów płyt w dorobku Kwasożłopów. Dorobiła się wielu pochlebnych ocen w różnych recenzjach itd. Jak na złość do mnie kompletnie nie przemawia. Robiłem kilka podejść, starałem się wyłuskać z niej coś co by mi przypadło do gustu. Niby coś tam się udało, ale były to tylko fragmenty utworów, a nie całe kompozycje (chociaż ostatecznie podciągnąłem do całości). "Infernal Connection", wydany pierwotnie przez Mega Czad w 1994, to jak dla mnie jeden wielki chaos i improwizacja. Tak, tak właśnie odbieram tą płytę. Nic nie wpada mi w ucho, co najwyżej z wydźwiękiem negatywnym, brak tu autentycznie fajnych chwytliwych riffów. Jedno wielkie łupanie orzechów, a od połowy płyty ból głowy i chęć zmiany repertuaru.


Tak jak uwielbiam ich płyty od "Are you a Rebel?" do "Vile Vicious Vision" włącznie, tak ta zupełnie mi nie siada. Jedyne jasne i nie odrzucane przez mój organizm kawałki to "The Joker", "Drug Dealer" oraz "Dancing in the Slaughter- House". Mają całkiem nośne, thrashowe riffy, może i da się je zapamiętać po paru odsłuchach,  ale nie szału nie ma. Kolejnym, aczkolwiek ostatnim pozytywem, który zdołałem wyciągnąć to cover "Konsumenta" z repertuaru Kazika. I na tym koniec, reszty nie jestem w stanie zdzierżyć, przykro mi.
Acid Drinkers mieli jakąś swoją wizję związaną z tą płytą, bo jest diametralnie inna od swoich poprzedniczek, oraz jest jedną z tych najcięższych i przy okazji najbardziej pokręconych w ich dyskografii. Niestety, ja tego ich pomysłu nie kupiłem, kwestia gustu i tyle. Zapewne wielu z was będzie sobie myślało "co ten koleś chrzani, przecież to genialna płyta!". Cóż, nie mam ochoty iść za ogółem i chwalić czegoś co nijak mi nie podpasowało. Nie lubię pisać negatywnych recenzji, bo to trochę mija się z celem, ale czasem nie ma wyboru, a że chcę być z wami jak najbardziej szczery w swojej opinii to wygląda to tak, a nie inaczej. Raczej nie skłaniałbym się ku poleceniu tego krążka osobom, które Acidów nie słyszały, no ale co człowiek to gust, także może warto spróbować i przekonać się samemu.


piątek, 29 lipca 2016

Kat- Rarities (Metal Mind 2013)

Co prawda nie jest to już nowość wydawnicza, ale warto napisać kilka słów o tej płytce. Tym bardziej jako zwolennik muzyki Kat, nie mógłbym sobie tej przyjemności odmówić. Wydane 3 lata temu "Rarities" to przede wszystkim zbiór utworów Kat sprzed debiutanckiego albumu. Są to kompozycje zarejestrowane w 1982 w studiu Radia Katowice oraz materiał live z Jarocina 1984 + anglojęzyczna wersja "Porywanego Obłędem". To właśnie dla wspomnianych materiałów studyjnych każdy fan Kata powinien mieć ten cd w swoich zbiorach. W tych utworach słychać wyraźnie korzenie zespołu, te czysto hard-rockowe. Są to utwory autentycznie świetne i wielka szkoda, że nie ukazały się swojego czasu jako np. mini album. "Wyrokiem Sądu Bożego", "Robak" (w swej pierwotnej wersji), "Skazaniec" oraz "Zemsta", bo o nich mowa, miałby szansę stać się w tym wykonaniu klasykami. W sumie "Robak" stał się poprzez wznowienie tego utworu na "Balladach", no ale to dopiero po kilku latach. Live z zawartego tu występu z Jarocina 84' też jest niczego sobie, mamy tutaj min. wczesne wersje "Delirium Tremens" oraz "Diabelskiego Domu cz. I". Jakościowo jest bardzo przyzwoicie, więc słucha się tego z przyjemnością. Jest swoisty klimat i aura, którą tylko ten zespół się charakteryzuje.


Dla osób rozpoczynających przygodę z Kat czy też generalnie z polską sceną metalową to ogromna lekcja historii. Tego typu materiały powinny być odszukiwane i wydawane. Uważam, że nie ma co do tego wątpliwości. W kwestii samego wydania jest praktycznie wzorcowo. Mamy ładny, 3-panelowy, laminowany digipak oraz obszerny booklet z esejem, tekstami i garścią starych fotografii. Solidnie i z dbałością o szczegóły, nie mam się do czego przyczepić. Także jeżeli ktoś tego nie ma to szczerze polecam.


niedziela, 17 lipca 2016

Behemoth- Grom (Solistitium 1996/ Metal Mind 2002)

Wczesne dokonania Behemoth kwalifikują się do mojej ścisłej czołówki naszego rodzimego Black Metalu obok płyt takich grup jak Graveland, Thirst czy North. "Grom" jest jednym z tych albumów, które darzę szczególnym sentymentem. Dlaczego? Choroba, sam nawet nie wiem dlaczego. Ta płyta ma w sobie coś wyjątkowego. To chyba jedyny album pomorskiej hordy, który tak mocno wyróżnia się na tle ich dyskografii. Jedyny w całości inspirowany pogańską tematyką, jedyny zawierający partie gitar akustycznych (w sumie na "Sventevith" też odrobina ich była, ale ilość dosłownie śladowa), jedyny zawierający teksty napisane w całości po polsku ("Lasy Pomorza" oraz "Grom"), nie licząc oczywiście utworu "Chwała Mordercom Wojciecha" z kolejnej płyty, i jedyny na którym użyto żeńskich wokali nagranych przez Celinę, ówczesną dziewczynę Nergala ("The Dark Forest...", "Grom").
Zespół przeżywał wtedy fascynację wierzeniami dawnych Słowian (zwłaszcza Nergal) i płyta bez wątpienia to potwierdza. Kompozycje, w przeciwieństwie do dem i debiutu, to nieco inna bajka. To cały czas kawał dobrego black metalu, ale słyszalne są tu echa thrashu oraz fascynacji zespołami pokroju Enslaved. Jest tutaj pewna folkowa domieszka ukryta między wierszami. Brzmienie jest bardziej intensywne, nieco więcej w nim przejrzystości, ale wciąż bardzo surowe, mieszczące się w kanonach Black Metalowej estetyki tamtych lat. Album jest także czymś naznaczającym przełom w działalności Behemoth. Wydanie "Grom" zaowocowało pierwszymi sztukami, dwoma na terenie naszego kraju oraz kilkoma w Niemczech u boku min. Helheim oraz Christ Agony. Nie muszę wspominać, że już wtedy zespół był na celowniku wielu grup z podziemia dla których stał się zdrajcą ideałów i zbieraniną pozerów. Cóż, niegdysiejsze niesnaski na naszej podziemnej scenie BM to temat już na ogół dobrze znany i na tyle rozległy, że można by napisać o tym oddzielną książkę.
Wróćmy jednak do płyty. Jej najjaśniejsze punkty to otwierający "The Dark Forest (cast me your spell)" ze zwolnieniem i partią akustyków, szarżujący "Spellcraft and Hathendom", charakteryzujący się podniosłym klawiszowym intrem "Dragon's Lair (cosmic flames and four barbaric seasons)" oraz tytułowy, bardzo klimatyczny "Grom". Za kultowymi "Lasami Pomorza" jakoś nigdy specjalnie nie przepadałem, ale ostatnio ten kawałek coraz bardziej w moich oczach zyskuje, ma w sobie coś co przyciąga, mimo odrobinę naiwnego tekstu.
Od wydania "Grom" minęło już ponad 20 lat. Myślę, że pomimo upływu czasu ta płyta się nie starzeje i jest doskonałym świadectwem tego jak świetne albumy rodziła w latach 90-tych nasza scena. Pozycja bezapelacyjnie nietuzinkowa, która świetnie się broni po dziś dzień, no i oczywiście solidny kawał historii polskiego black metalu.
Poniżej pierwsze wydanie "Grom" z niemieckiej Solistitum (wreszcie po latach dorwałem!) oraz teoretycznie nieautoryzowana reedycja Metal Mind z 2002 roku, Jak widać obie wersje mało czym się różnią, jedynym zauważalnym szczegółem, poza lablem itd. jest soczystsza kolorystyka poligrafii pierwszego wydania.




piątek, 17 czerwca 2016

Kat- Metal and Hell (Ambush Records 1986/ Metal Mind 2016)

No i przyszła kolej na "Metal and Hell". Album jest dla polskiej sceny metalowej lat 80-tych bardzo istotny, taki zapalnik dla przyszłych jeszcze cięższych brzmień. Przed Katem królowało TSA, i rosnące w siłę Turbo. Po "Metal and Hell/ 666" poprzeczka została podniesiona. Scena przeszła w kolejne stadium rozwoju.
"Metal and Hell" czyli anglojęzyczna wersja "666" została wydana w tym samym roku co jej polska odpowiedniczka, w 1986. Wersję po angielsku wypuściło belgijskie Ambush Records (producentem był nie kto inny jak Jos Kloek odpowiedzialny min. za zachodnie wydanie "Heavy Metal World" TSA), a po polsku, w limitowanym nakładzie (sprzedawane prosto z naczepy) Klub Płytowy Razem. "Metal and Hell" odwiedził polskie sklepy dopiero rok później nakładem Pronit.
Album ma bardzo surowe, tnące brzmienie (jest to jeszcze wybuchowa mieszanka speed, black i heavy metalu tak charakterystyczna dla chociażby Venom czy Mercyful Fate), produkcyjnie nie ma tu achów i ochów, ale to akurat dobrze, bez tego nie miałby takiego wydźwięku i siły rażenia. Słyszalne, dosyć specyficzne brzmienie gitar płyta zawdzięcza stosunkowo przypadkowemu zabiegowi- rezonansowi pudła fortepianu, który stał w studiu krakowskiego Teatru STU podczas nagrywania płyty. Teksty polskie przetłumaczył na potrzeby "Metal and Hell" Tomasz Dziubiński. Roman Kostrzewski nie znając angielskiego uczył się ich z zapisu fonetycznego, co z resztą słychać. Płytka w swojej estetyce była pierwszą na polskiej scenie. Co prawda Turbo na swojej "Kawalerii Szatana" poruszało tematy biblijnej apokalipsy, ale nie weszło w tematykę okultyzmu, satanizmu czy innych piekielnych mocy co zrobił Kat na swoim debiucie. Ich koncerty to też był wtedy fenomen. Sporo pirotechniki, dymy, rytualny charakter. "Metal and Hell/ 666" był to także pierwszy i ostatni materiał z Wojciechem Mrowcem w składzie, opuścił on zespół niebawem po nagraniu albumu. Tak oto przez parę kolejnych lat Kat działał jako kwartet.
Tegoroczna reedycja "Metal and Hell" jest mocno wzorowana na wydaniu kompaktowym, które Metal Mind wypuścił w 1993 (poniżej zdjęcie obecnego wznowienia, oraz reedycji z ramienia Mystic Production sprzed paru ładnych lat). Różni się nieco innym designem bookletu i brakiem dodanych w tamtym czasie bonusów w postaci "Ostatniego Taboru" i "Nocy Szatana". Wydanko jest proste (booklet ogranicza się do liryków i trzech 3 fotografii grup, z czego dwie służą jako tło pod teksty utworów), ale jak dla mnie zadowalające. Drobny minus za błąd w pisowni utworu na tylnej wkładce.
Tak na marginesie, warto wspomnieć, że na anglojęzycznym "Metal and Hell" ciąży pewne brzmię. Jako, że płyta w tej wersji skierowana jest przede wszystkim do zagranicznych fanów, na naszym podwórku spychana jest na ubocze przez jej polskojęzyczną bliźniaczkę "666". Co się dziwić, w rodzimym języku album ma zupełnie inny wydźwięk. Może gdyby "Metal and Hell" różnił się nie tylko wokalem, a np. odrobinę brzmieniem czy aranżacją to miałby nieco łatwiej, a tak w kwestii sprzedaży ma dosyć ciężki żywot.



poniedziałek, 13 czerwca 2016

Raise Hell- Holy Target (Metal Mind, reedycja 2008)

Coś kiedyś wyczytałem na temat tego zespołu, chyba w "Szwedzkim Death Metalu" w encyklopedycznym spisie zespołów zamieszczonym na końcu książki, i odrobinkę się zainteresowałem. Grupa dosyć pomijana, zapomniana. Znalazłem na yt ich demo i muszę powiedzieć, że słuchało mi się całkiem przyjemnie (tyle o ile bo youtubowa jakość pozostawia wiele do życzenia). Potem przyszła kolej na debiut, który moim zdaniem zasługuję na przynajmniej minimum uwagi.
Któregoś razu przyuważyłem na allegro jego limitowane wznowienie z Metal Mind (słynne złote dyski) dosłownie za grosze więc wziąłem. Po przesłuchaniu okazało się, że materiał jest całkiem, całkiem. Pierwsze skrzypce odgrywa tu intensywny thrash metal, który przeplata się z wpływami tego bardziej melodyjnego black i death metalu, są nawet jakieś wspólne mianowniki z Dissection. Album nie jest nudny, jest sporo zmian tempa, brzmienie jest dobre, czasem ma się wrażenie że wręcz sterylne, ale bije od niego chaos i furia, czuć w tym autentyczność. Płyta oryginalnie ukazała się w 1998 roku nakładem Nuclear Blast, ale chyba nie trafiła w dobry dla siebie czas i może dlatego przeszła bez echa. Nie jest to zły album, ale niestety niczym się nie wyróżnia, może (wyjątkiem jest genialna okładka autorstwa Necrolorda i ciekawa fotografia zespołu z której można łatwo wywnioskować oczywistą inspirację sesją zdjęciową Dismember do "Like an Everflowing Stream") gdyby grupa kontynuowała to co mamy okazję słyszeć na debiucie to może mieli by większą szansę wypłynąć na szersze wody. Niestety poszli w odrobinę inną stylistykę, "unowocześnili" brzmienie i moim zdaniem to już nie było to.
Warto zapoznać się z tą płytą w ramach poszerzania muzycznych horyzontów, ot taka ciekawostka do której od czasu do czasu można sobie wrócić.


czwartek, 9 czerwca 2016

Kat- Oddech Wymarłych Światów (Pronit 1988/ Metal Mind 2016)

"Oddech Wymarłych Światów" to płyta monument, wizytówka zespołu Kat. Płytę nagrywała już grupa świadoma swojej drogi, okrzepnięta, mająca już za sobą debiutancką płytę oraz koncertowe sukcesy. Ten album to ogromny krok w stosunku do "666"/"Metal & Hell". Na debiucie zespół był jeszcze w fazie poszukiwań swojego muzycznego ja, zarówno brzmieniowo jak i stylistycznie. Była to jeszcze szaleńcza mikstura wczesnego black metalu spod znaku Venom oraz popularnego w tamtym czasie heavy/speed metalu. Album "Oddech Wymarłych Światów" przedstawił fanom już nieco innego Kata. Mocno słychać inspiracje starą Metallicą, której supportowanie w 1987 na deskach katowickiego Spodka odcisnęło na zespole wyraźne piętno. To płyta na której króluje już solidny thrash metal najwyższej próby. Album jest niesamowicie spójny, ma solidne mocne brzmienie, chyba w tamtym czasie żadna polska płyta z zakresu metalowej sztuki nie mogła konkurować z tym krążkiem. Można się pokusić o stwierdzenie, że "Oddech..." był nagrany na wręcz światowym poziomie. Na dodatek emanuje tym niepowtarzalnym Kat-owskim stylem i klimatem, no bajka.
Były plany wydania tej płyty w wersji anglojęzycznej i wypuszczenie na zachodzie, ale niestety nic z tego nie wyszło. Aż zżera mnie ciekawość jakby ta płyta sobie poradziła, miałaby naprawdę spore szanse zawojować serca tamtejszych entuzjastów metalu. W naszym kraju już od wielu lat króluje we wszelakich zestawieniach najwybitniejszych dzieł polskiej sceny metalowej, i zawsze, ale to zawsze znajduje się na szczytach list, często zajmując nawet pierwsze miejsce.
Pretekstu do napisania kilku słów o tej płycie dostarczyła mi najnowsza jej reedycja popełniona właśnie przez Metal Mind Productions. Po 8 latach od jej pierwszej kompaktowej reedycji wreszcie dostępna jest ponownie. Wydana jest skromnie, na wzór poprzedniego wznowienia, ale za to solidnie i w ulubionej przez fanów formie, czyli jako standardowy jewelcase. We wkładce znajdziemy trochę archiwalnych fotografii oraz teksty do wszystkich utworów. Jednym słowem wydawniczo jest jak najbardziej na plus.
"Oddech Wymarłych Światów" to album nie wymagający polecania, to jest jedna z tych płyt, które nie potrzebują zachwalania, to po prostu trzeba znać i koniec. Mistrzostwo i duma polskiego metalu!


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Kat- 38 Minutes of Life (PolJazz 1987/ Metal Mind 2016)

Po paru latach doczekaliśmy się wreszcie reedycji praktycznie całego katalogu Kat. Na czerwiec przypadły wznowienia "Metal & Hell", "38 Minutes of Life", "Oddech Wymarłych Światów" oraz "Mind Cannibals a.d. 2016". Jak widać na załączonym obrazku u mnie jest już pierwsza w karierze Kat koncertówka. Materiał kultowy, który niejako podsumowuje działalność zespołu w latach 80-tych jako, że zawiera utwory zarówno z debiutu jak i z nadchodzącego jeszcze wtedy "Oddechu Wymarłych Światów" (1988). Jest to zbiór wybranych nagrań live z grudnia 1986 oraz dwóch występów które dał Kat otwierając koncerty Metallica w Katowickim Spodku w kwietniu 1987. Produkcja tej płyty pozostawia coś nie coś do życzenia w porównaniu do innych albumów live z tamtych czasów, ale za to niesie ze sobą niesamowitą energię i klimat koncertów metalowych doby PRL-u. Dlatego myślę , iż dobrze się stało, że wydana została właśnie tak, a nie inaczej. Zyskała niepowtarzalną magię. Słychać na niej, że zespół jest w szczytowej formie, emanuje pasją, furią i mrokiem.
Co się tyczy samej reedycji to jest naprawdę solidnie i ja osobiście nie mogę się tutaj do niczego przyczepić. "38 Minutes of Life" wydane jest tak samo jak za pierwszym razem (w 2006 jako digipak, jako jewelcase w 2008) z tą różnicą, że brak jest tzw. liner notes, które były dodane kilka lat temu, ale za to mamy więcej archiwalnych fotografii zespołu. Ku radości zapewne większości fanów płyta wydana jest tym razem tylko i wyłącznie w tradycyjnym pudełku. Podsumowując- prosto i konkretnie, jest naprawdę ok. Poniżej jako drobna retrospekcja pozwoliłem sobie przypomnieć kasetowe wydanie tego materiału popełnione w połowie lat 90-tych przez Silverton (z poprawioną okładką autorstwa Jerzego Kurczaka).