Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hard Rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hard Rock. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 października 2019

Kat - Without Looking Back (Pure Steel Records 2019)

Po 14 latach od wydania "Mind Cannibals" Piotr Luczyk powraca z nową płytą Kat. Trochę przyszło poczekać i to co dostaliśmy jest jak dla mnie przynajmniej satysfakcjonujące, jeżeli nie bardzo dobre - to już moja czysto subiektywna ocena. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego jak "Without Looking Back" odebrało środowisko metalowe i krytyka, że opinie są mocno niepochlebne, a płytkę miesza się, mówiąc dosadnie, z błotem. Nie bardzo wiem dlaczego, serio. Odkładając na bok wszystkie te animozje między muzykami jakie mają miejsce w ciągu ostatnich kilku/kilkunastu lat, a skupiając się na samej tworzonej przez nich sztuce, to najnowszemu krążkowi Kat nie można zbyt wiele zarzucić, byłoby to szukanie dziury w całym. Pada zarzut, że to już nie ten Kat, a kompletnie obcy twór. Cóż, dobrze wszyscy wiemy, że muzyka ewoluuje, często nie tkwi bezczynnie w jednym punkcie, chyba że taki zabieg jest świadomy i celowy. Kat pod dowództwem Piotra faktycznie nie patrzy za siebie, a odchodząc od uprzedniego Thrashu, zmierza w kierunku klasycznego Heavy Metalu lat 80. i początku 90., zmieszanego z elementami rockowej klasyki. Miejscami nawet Bluesa, ale to tylko delikatne wstawki. Można by powiedzieć, że jest to poniekąd powrót do korzeni Kat, muzyki, od której ten zespół zaczynał. To już kompletnie nie to, co proponowali na poprzedniej płycie czy na jakiejkolwiek innej. Słychać tu nawiązania do Scorpions, Accept, Judas Priest, Deep Purple, może nawet Iron Maiden. Płyta fajnie chodzi w obrębie tej stylistyki, balansując na krawędzi między Metalem a Rockiem, jak niegdyś płyty "Heavy Metal World" TSA czy "Smak Ciszy" Turbo. Mamy tu elementy balladowe (taki "Wild" lub "The Promised Land", na przykład), hammondy nawiązujące do Purpli, a z drugiej strony mocne, energiczne numery jak "Black Night in My Chair", "Flying Fire" czy "Walls of Whispers" (to mój faworyt z tej płyty), które są już mocno osadzone w Heavy Metalu. Najjaśniejszy punkt to oczywiście partie gitar i solówki. Kunsztu Piotrowi odmówić w tej materii nie można, byłoby to co najmniej nie na miejscu. Wszystko zespala naprawdę dobre brzmienie i produkcja na przyzwoitym poziomie.
Z rzeczy, które do końca do mnie tu nie przemówiły, to trochę za długie kompozycje. Miejscami spotyka się pewne instrumentalne dłużyzny, które lepiej sprawdziłyby się na żywo niż na albumie. Odrobinę krótsze lepiej by działały, płyta miałaby lepszy flow. Z godziny zrobić 45 minut i album nie straciłby na dynamice, stałby się bardziej skondensowany. I druga rzecz, ale to już drobiazg -  powtórzenia słowa "Fire" w aż trzech tytułach utworów. Trochę to zaburza tracklistę. Pomyślałem sobie w żarcie, że na koniec brakuje tylko coveru "Fight Fire with Fire" Metalliki. Także poza tym nie mam innych uwag. Jak dla mnie płyta bardzo na plus, udany, nośny album, do którego chętnie będę wracał. Pasuje mi ta jego inność i nie przeszkadza mi, że tu nadal widnieje logo Kat. To po prostu nowy Kat, nowa wizja, nowe pomysły. Tyle. Biorąc tę płytę w dłonie, wiedziałem, czego się spodziewać i nie patrzyłem na nią przez pryzmat dawnych dokonań, a raczej jak na nowy twór i rozdział w historii zespołu.
Na koniec chciałbym jeszcze poruszyć temat okładki. Spotkałem się z zarzutami o niekonsekwencję w stosunku do tytułu. Cóż, w końcu postać Kata z pierwszego planu odwraca się na pięcie od spowitych pożogą trumien z "Oddechu Wymarłych Światów", klatki z "Ballad" i nagrobka z "Róż Miłości..." i wraz ze swym toporem i ściętymi łbami rusza w siną dal. Zatem ten obraz jak najbardziej idzie w parze z tytułem "Without Looking Back" i śmiało zaliczam go do udanych.
Tyle ode mnie. Mi się album bardzo spodobał, bardziej, niż się tego na początku spodziewałem. No, ale i podszedłem do niego nieco inaczej. Skłamałbym, gdybym chciał silić się tu na mocno krytyczne wnioski, z jakimi się w wielu innych recenzjach zetknąłem. Ja ten album jak najbardziej polecam, do mnie przemówił!

https://www.facebook.com/KATofficialprofile/
http://www.kat-band.com

English version:

14 years after the release of Mind Cannibals, Piotr Luczyk returns with a new Kat album. It was a bit of a wait and what we got is at least satisfying, if not very good - that's my purely subjective opinion. I am well aware of reactions on "Without Looking Back" from the metal environment and criticism, that the opinions are unflattering and that the album is, to put it bluntly, lambasted. I don't know why, really. Putting aside all these animosities between musicians that have taken place in the last few/dozen years, and focusing on the art they created themselves, the latest Kat album cannot be accused of being bad, it would be nitpicking. There is an accusation that this is not Kat anymore, but a completely different creation. Well, we all know that music evolves, often it doesn't stay the same all the time, unless it is an intentional and deliberate approach. Kat under Piotr's command does not actually look back and moves away from the previous Thrash Metal, the band is heading towards the classic Heavy Metal of the 80s and early 90s, mixed with elements of classic rock. In some places even Blues, but these are only slight inserts. One could say that it is somewhat a return to the roots of Kat, the music with which this band began. It's completely not what they proposed on the previous album, or on any other. There are references to Scorpions, Accept, Judas Priest, Deep Purple, maybe even Iron Maiden. The record works well in this style, balancing between Metal and Rock, like once TSA did on their "Heavy Metal World" or Turbo on their "Smak Ciszy". We have ballad elements here (such as "Wild" or "The Promised Land", for example), hammonds referring to Purple, and on the other hand strong, energetic tracks such as "Black Night in My Chair", "Flying Fire" or "Walls of Whispers "(this is my favorite one from this album), which are already firmly embedded in Heavy Metal. The brightest points are of course guitar and solo parts. Piotr's artistry cannot be denied in this matter, negating it would be at least inappropriate. Everything is finished with a really good sound and production at a decent level.
Some of the things that didn't appeal to me here, are a bit too long compositions. Here and there are certain instrumental longueurs that would work better live than on the album. A little shorter would work better, the disc would have a better flow. Make 45 minutes from an hour and the album would not lose dynamics, it would become more condensed. And the second thing, but that's a trifle, the repetition of the word "Fire" in as many as three song titles. It disrupts the tracklist a bit. I thought to myself that at the end, only the cover of "Fight Fire with Fire" by Metallica was missing. Well, I have no other comments. As for me, the album defends itself well and I will gladly come back to it. Its otherness appeals to me and I don't mind that the Kat logo still appears here. It's just a new Kat, a new vision, new ideas. That's all. Taking this CD in my hands, I knew what to expect and I did not look at it through the prism of previous achievements, but rather as a new creation and chapter in the band's history.
Finally, I would like to mention the cover art. It has been accused of inconsistency between it and the title. Well, in the end, the figure of the executioner from the foreground turns away on his heel from the coffins from "Oddech Wymarłych Światów", the cage from "Ballady" and the tombstone from "Róże Miłości..." (all set in flames) and he goes off with his axe and beheaded heads. Therefore, this picture goes hand in hand with the title "Without Looking Back" and I confidently rank it as successful.
That'a all from me. I like the album very much, more than I expected at first. Well, I approached it a bit differently. I would be lying if I wanted to make strong critical conclusions that I have encountered in many other reviews. I highly recommend this album, it almost completely appealed to me!


wtorek, 26 lutego 2019

White Highway- Hittin' the Road (Lynx Music 2018)

Pierwsze dźwięki i rozpoczyna się podróż w czasie i to jaka! Podróż do lat kiedy sceną Hard Rockową i tą spod znaku tego lżejszego Heavy Metalu rządziły takie grupy jak Whitesnake, Def Leppard, Warlock/ Doro, Vixen, Dokken, Van Halen, późny Deep Purple czy Scorpions. I kto oddaje tak wspaniały hołd tamtym zespołom i tamtemu brzmieniu? Ano warszawski White Highway! Nie spodziewałem się, że trafię jeszcze na takie, i w dodatku autentycznie wartościowe, granie wśród młodych grup, a tym bardziej u nas. Niby coś tam było, ale to w każdym z przypadków nie dorównywało temu co reprezentuje sobą White Highway. Jest nie tylko pasja, ale co niesamowicie ważne, wyczucie granej muzyki, jej zrozumienie, świadomość, umiejętne czerpanie z inspiracji i przekuwanie ich w świeże granie ze stale obecnym duchem tamtych zespołów, czasów. Moje słowa może dodatkowo potwierdzić fakt, że słuchając "Hittin' the Road" miejscami ma się wrażenie jakby płyta nie powstała obecnie, a ponad 30 lat temu. Coś bezcennego. Highlightami albumu są takie numery jak "City Lights" (piękna mieszanka Whitesnake z czasów "1987" oraz "Pyromanii" Def Leppard"), "Free Fallin'" (ballada puszczająca momentami oko do hitu "Here I Go Again" Whitesnake), "Monkey-Spirit" (rozpędzony, niemal Heavy Metalowy kawałek podbity konkretnymi klawiszami niczym "Anya" Deep Purple), rozpoczynający się niczym "Jump" Van Halen "Show That Feelin'" (mamy tu prosty acz niesamowicie nośny refren) oraz "Lighthouse"- kolejny killer z zadziornymi riffami i klawiszową kanonadą w tle. Wisienką na torcie tego energetycznego 10-utworowego setu jaki składa się na "Hittin' The Road" jest wokal Kasi Bieńkowskiej. Mocny, melodyjny, oryginalny, z lekkim pazurem. Niczym u samej Doro Pesch. Porównanie nie jest nie na miejscu, bo i charyzmą i zaangażowaniem w muzykę Kasia ma wiele z byłą wokalistką  Warlock wspólnego. Takich osobowości i takich głosów scenie potrzeba.
Co mogę powiedzieć na koniec. Jest to jedno z moich absolutnych zaskoczeń i najlepszych odkryć muzycznych ostatniego czasu. Zachęcam was wszystkich lubujących się w tego typu brzmieniach do sięgnięcia po płytę White Highway. To jest perełka, którą powinno usłyszeć jak najwięcej fanów, materiał, którego nie wolno zostawić bez echa. Naprawdę sporo zespołów obracających się w podobnym stylu powinno się od White Highway uczyć!



piątek, 13 lipca 2018

Lucifer- Lucifer II (Century Media 2018)

Już od początku tygodnia jestem szczęśliwym posiadaczem wyczekiwanej przez siebie "II" Lucifer i kotuję ją praktycznie dzień w dzień. Jak zaznaczyłem posiadaczem jestem nad wyraz szczęśliwym, bo zespół sprostał zadaniu i stworzył album praktycznie tak dobry jak debiut, chociaż inny, i w innych nieco aspektach należy się jego plusów doszukiwać. Po pierwsze o wiele więcej tutaj hard rockowej energii i przebojowości, ta mistyczna posępna aura "I" gdzieś się nieco rozmyła, chociaż wciąż gdzieś jeszcze majaczy, np. w "Dreamer" czy "Faux Pharaoh". Kolejna sprawa to więcej szybszych riffów niż na Jedynce oraz wszechobecny już, sabbathowski charakter, wpływy Black Sabbath z czasów, "Vol.4", "Sabbath Bloody Sabbath" oraz "Sabotage" są bardzo wyraźne, rządzi tu niemal ta sama motoryka, która z marszu przywodzi na myśl patenty z rzeczonych płyt. Czy to źle? Jeżeli chodzi o Lucifer to nie, w żadnym wypadku. Potrafią to jakoś tak zmyślnie ubrać, że widzi się w tym nową jakość, owe tematy zyskują tzw. drugie życie. Co jeszcze, Johanna nie ma już tak wiele okazji jak na poprzedniczce aby urzec nas skalą i barwą swojego głosu, ale za to pokazuje się fanom od tej bardziej wypełnionej energią, a mniej nastrojowej odsłonie. I dobrze, nie ma powielania pomysłów, a jest kolejny krok naprzód. To właśnie "California Son" i "Dancing With Mr. D" odkrywają przed nami nowe oblicze grupy pokazując, że Lucifer potrafi zagrać inaczej niż tylko mrocznie, czy rytualnie. Możliwe, że sporo zadziałał tu nowy skład, bo jak dobrze wiadomo za garami zasiadł Nicke Andersson, a za partię gitar odpowiedzialny jest tym razem Robin Tidebrink zastępując Gaza Jenningsa, który komponował materiał znany z debiutu.
Czy to wszystko wyszło zespołowi na dobre? Myślę, że tak i uważam, że płyta warta była oczekiwania. Lucifer nie powielił pomysłów, nagrał nowy, pełen rockowego pazura materiał o zbalansowanej zawartości i przy którym nie odczułem ani krzty nudy. Różni się od debiutu, ale jest równie dobry, a materiał na nim zawarty ma szansę zawojować fanów, zwłaszcza na koncertach. Może zawitają do Polski? Jeżeli tak, to obecność jest obowiązkowa!

https://www.facebook.com/luciferofficial


piątek, 6 lipca 2018

Lucifer- Lucifer I (Rise Above Records 2015)

Z racji tego, że dziś ma premierę krążek "Lucifer II" pozwolę sobie przypomnieć jego poprzednika, debiutancki "Lucifer I", który ukazał się trzy lata temu. Nie mam pojęcia dlaczego do tej pory nie napisałem szerzej o tym zespole, ich płycie, a przyznać muszę, że  jest jednym z moich absolutnych faworytów jeżeli chodzi o obecną scenę z pogranicza rocka i metalu.
Wiadomym jest ilu mamy ślepych  odtwórców i kopistów z dziedziny tzw. retro rocka. Jeden na drugim trzeciego pogania. Mamy masę bezczelnej zrzynki i istną rewię mody z lat 70tych, czasem kompletnie wyzutą z jakichkolwiek znamion oryginalności. Lucifer od samego początku trzyma się od tego tłumu z daleka. Mimo tworzenia muzyki bardzo silnie zakorzenionej w brzmieniach lat 70tych i 80tych, idzie prężnie swoją własną ścieżką redefiniując tą mroczniejszą stronę rockowej muzyki nadając jej ogromu świeżości i dokładając kolejną cegiełkę do rozwoju stylu, co na dany moment wręcz graniczy z cudem. Na krążku "Lucifer I" ścierają się ze sobą trzy potężne siły wiedzione przez niesamowity wokal Johanny Sadonis- mocny, przeszywający, a jednocześnie aksamitny w tej swojej sile. W ciągu tych 43 minut trwania płyty słyszymy sporo inspiracji pierwszą, trzecią oraz czwartą płytą Black Sabbath (chodzi mi tu o ciężar i wyraźnie odznaczającą się sekcję rytmiczną), wczesnymi dokonaniami Pentagram (zwłaszcza "Relentless"), chwytliwością i rockową energią "Sad Wings of Destiny" oraz "Sin After Sin" Judas Priest oraz mrokiem i riffami, które swoją strukturą puszczają czasem oko do tych znanych z pierwszych dzieł Mercyful Fate. Do tego pojawiające się gdzie nie gdzie nieco maidenowskie solówki. Połączenie bardziej niż dobre, sami przyznajcie. Do tego dochodzi klimat jakim charakteryzowały się te wszystkie płyty, klimat który zespół podkręca jeszcze bardziej, głównie dzięki głosowi i charyzmie swojej wokalistki. Posłuchajcie sobie takich kawałków jak "Abrakadabra", "Purple Pyramid", "Morning Star" czy "Total Eclipse" (ach to przyspieszenie w środku, odlot totalny!) i wszystko będzie jasne. To jest ewidentnie jeden z najlepszych debiutów jakie w życiu słyszałem i z całą stanowczością zalecam sięgnięcie po tę płytę, a potem po jej następczynię, która właśnie wychodzi na światło dzienne. Takie zespoły jak Lucifer BUDUJĄ scenę i mają szansę wyraźnie zapisać się na kartach jej historii. Takich zespołów chce się słuchać i takich nigdy nie jest dość.

https://www.facebook.com/luciferofficial/


piątek, 20 stycznia 2017

TSA- Spunk! (Mega Ton 1983/ Metal Mind 2015)

Zetknięcie się z muzyką ojców chrzestnych polskiego heavy metalu będę pamiętał chyba przez całe życie ("Szansa na Sukces" z TSA w roli jurorów, szczęka mi wtedy objechała, że mieliśmy i nadal mamy taki zespół). Obok Kat, było to moje pierwsze obcowanie z polską sceną, byłem wtedy na początku swojego pasa piekielnej autostrady wgłąb świata metalu, a TSA było jedną z tych grup, które podniosły mi na nią szlaban.
Tak się złożyło, że "Spunk!" usłyszałem zanim poznałem "czerwony", polskojęzyczny oryginał. Może z tego powodu mam do niej sentyment i bardziej ją cenię? Możliwe, ale przede wszystkim wpływ na taki stan rzeczy miała diametralna różnica brzmienia i miksu obu tych płyt. Anglojęzyczny "Spunk!" jest bardziej wyrazisty, klarowny, brzmi potężniej i dynamiczniej od wydanego rok przed nim debiutu. Wszystkie kompozycje z pierwszej płyty dostały więcej ognia i gdy słucha się ich w tej własnie postaci rozkręconych na cały regulator to rozniosą w pył każdą napotkaną przeszkodę, tyczy się to zwłaszcza otwierających płytę "Don't Worry Friend" oraz "Upper Classes". Niesamowicie przejmująco wyszła także "nowa" wersja "Trzech Zapałek" (tutaj jako "Nothing Left to Say"). Po dzień dzisiejszy jest to jedna z niewielu ballad, które wzbudzają we mnie szczególne emocje.
Co ciekawe, po swojej premierze wydawniczej w lutym 1984 Spunk! utrzymywał się dosyć długo na wysokim miejscu na liście najlepiej sprzedających się płyt w Londynie. Widać oryginalna hybryda hard rocka i heavy metalu jaką wykonywał zespół padła na podatny grunt. Mega Ton wyszło z propozycją ogólnoświatowej trasy u boku Venom (tak!) jeżeli tylko uda się całemu zespołowi dostać visy. Niestety, władza takowej Stefanowi Machelowi (jako jedynemu) nie wydała i w ten sposób zniweczona została jedna z przeogromnych szans zaistnienia TSA poza granicami naszego kraju.
W ubiegłym roku, po wieloletniej przerwie, Metal Mind zaserwował nam reedycję wszystkich krążków grupy na cd oraz winylu. Zarówno wizualnie (ładne, rozkładane digipaki, dużo niepublikowanych wcześniej zdjęć, wszystkie teksty, no miodzio po prostu, z winylami podobnie) jak i brzmieniowo wyszło to genialnie, wytwórnia postarała się jak nigdy. Pamiętam, że cieszyłem się na te wznowienia jak małpa na banany haha.
Podsumowując, TSA to pierwszy przystanek na drodze do poznawania historii powstawania polskiej sceny metalowej, to nieśmiertelna klasyka, którą po prostu trzeba znać i szanować. To od ich pełnego pasji i energii grania na całego rozpętała się burza!


poniedziałek, 2 stycznia 2017

Karrakan- Karrakan EP (wydanie własne 2016)

Na początku grudnia, minionego już roku, światło dzienne ujrzał debiutancki mini- album (EP) wspominanej przeze mnie nie raz grupy Karrakan. Zawiera siedem autorskich kompozycji, z czego trzy z nich znane są już z recenzowanego przeze mnie swojego czasu materiału promo. Po przesłuchaniu odnosi się wrażenie jakby płyta była stylistycznie podzielona. Pierwsze cztery utwory można by podpisać jako strona „hard”, a pozostałym trzem przydzielić „heavy”. „Astaragalia”, „Gość i Pragnienie”, „Gawęda o Istnieniu” oraz „Mała Apokalipsa” to przede wszystkim soczyste hard rockowe granie z wpływami rocka progresywnego (zmiany tempa, tu i ówdzie nieco połamane struktury, jednym słowem nieschematycznie). W „Gawędzie...” i „Małej Apokalipsie” mamy także nieśmiały flirt z jazzem, który wprowadza saksofon pełniący w tych utworach dosyć istotną rolę (no jakby nie było to jeden ze znaków rozpoznawczych Karrakan), w pewnym stopniu łamiąc utarte konwencje. Co się tyczy rockowego oblicza wspomnianych kompozycji to dla zobrazowania obecnej tu stylistyki można by przywołać dla przykładu takie grupy jak chociażby Whitesnake, Deep Purple, Rainbow czy nawet nasze rodzime TSA. Jeżeli chodzi o łagodniejszą stronę rocka to ciężko o szlachetniejsze wzorce.


Kolejna grupa utworów, ochrzczona przeze mnie uprzednio mianem „heavy” czyli „Toksykomania”, „Robak Zdobywca” oraz „Larum” to bardziej mroczne i cięższe oblicze Karrakan. Dwie pierwsze aż ociekają sabbathowskim sznytem i przywodzą na myśl dokonania Ozziego i spółki z okresu takich albumów jak „Master of Reality” czy „Vol. 4”, a nawet tych już z Dio na pokładzie. Miejscami słychać też inspiracje metalem spod znaku Kat. Słuchając „Robaka Zdobywcy” nie można oprzeć się wrażeniu, że grupa prowadzona niegdyś przez Luczyka i Kostrzewskiego odcisnęła tu swoje piętno. Instrumentalny „Larum” to już odrobinę inne rejony, odrobinę inna stylistyka. Tutaj zespół poszedł w kierunku heavy metalu granego chociażby przez Turbo (na myśl przychodzą zwłaszcza utwory „Dłoń Potwora” oraz „Bramy Galaktyk”) czy też Iron Maiden. Mamy tu gitarowe szarże, ciekawe, łamiące schemat zwolnienia i zmiany klimatu. Jest to fajne urozmaicenie i coś w sam raz na zwieńczenie płyty.
Karrakan stara się być oryginalny w swym hard-rockowym rzemiośle wnosząc sporo własnej, kreatywnej sztuki przy okazji inspirując się klasyką gatunku. Ich muzyka jest jednocześnie bogata kompozycyjnie, a za razem bardzo nośna, pełna energii i autentycznego luzu. Słychać, że to wynik ogromnych pokładów pasji do tego co robią. Entuzjastów odrobinę cięższych rockowych klimatów szczerze zachęcam do posłuchania.




piątek, 18 listopada 2016

The Handsome Beasts- Bestiality (Heavy Metal Records 1981)

The Handsome Beasts to już obecnie dosyć zapomniana grupa z bardzo płodnego w swoim czasie nurtu NWOBHM. Jako taki sukces odnieśli tylko lokalnie, a rozpoznawalni są dzięki dosyć humorystycznej okładce debiutanckiego krążka widocznego poniżej. Ich muzyka jest mocno osadzona w ciężkim rocku lat 70-tych, ale słychać w ich grze nieco podobieństwa do chociażby Diamond Head, aczkolwiek w bardziej surowym wydaniu. Można także doszukiwać się jakiś wpływów bluesowych czy śladowych inspiracji Black Sabbath. I co ważne, nie da się tego tak po prostu zaliczyć do czysto heavy metalowego podwórka, to coś przejściowego pomiędzy rockiem, a metalem, jak to z resztą miało miejsce w przypadku wielu innych zespołów NWOBHM, wystarczy przypomnieć Def Leppard, Spider, czy Praying Mantis. Materiał na albumie jest stosunkowo prosty i jednocześnie chwytliwy, trochę w tym motorheadowego brudu. Generalnie dobrze się tego słucha, jest ochota aby za jakiś czas do tej płyty wrócić.
Dla sprawdzenia tematu polecam znaleźć sobie takie kawałki jak "Sweeties" czy "Local Heroes", chyba najbardziej rozpoznawalne i charakterystyczne kompozycje z tejże płytki i generalnie jeżeli chodzi o całą twórczość The Handsome Beasts. Jest to taka muzyczna perełka wspomnianego nurtu, z którą warto się zapoznać, myślę, że wielu entuzjastom tego typu grania podpasuje.
Dziś tak trochę krótko, ale nie ma tu zbytnio nad czym się rozpisywać. Na celu miałem bardziej zaciekawić płytą, niż się specjalnie się rozwodzić nad wszystkimi jej aspektami. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.


niedziela, 13 listopada 2016

Led Zeppelin- IV (Atlantic Records 1971)

Jedno z najwybitniejszych dzieł muzyki rockowej. Bogate kompozycje, nietuzinkowe aranżacje, mistrzowskie wykonanie. Swoją czwartą płytą wydaną 8 listopada 1971 roku Led Zeppelin wspięli się na sam szczyt popularności i kunsztu by okupować go przez kilka następnych lat.
Jak da się zauważyć album nie ma tytułu. Umieszczono na nim tylko symbole, które odzwierciedlać miały członków grupy. Mimo wszystko przez lata powstawały nazwy mające pomóc w jakikolwiek sposób go zapisać min. "Zoso", "Four Symbols" oraz powszechnie przyjęty "IV". Za okładkę posłużył przypadkowy obraz zakupiony w jakimś antykwariacie.


Początek płyty to czyste rockowe petardy w postaci "Black Dog" oraz "Rock and Roll". To mocne, wyraziste i energetyczne kawałki, które należą do kanonu tego cięższego oblicza zespołu. Potem wchodzi "The Battle of Evermore", piękny akustyczny kawałek w którym warstwa liryczna inspirowana jest twórczością J.R.R. Tolkiena (podobnie jak "Misty Mountain Hop"). No i docieramy do nie raz okrzykniętego utworem rockowym wszech czasów "Stairway to Heaven". Niektórzy mogli by polemizować z tą opinią, uważać, że postawiona została na wyrost. Ja jednak uważam, że ten utwór w pełni na swoje miano zasłużył i bynajmniej omijam w tym łukiem wszystkie legendy którymi do tej pory obrósł, wiecie o czym mowa. Utwór niesamowicie buduje napięcie i rozwija się z każdą kolejną minutą. Ma wyjątkową melodię i atmosferę, którą podsumowuje potężne zakończenie i genialna solówka Page'a. Wiem, achy i ochy gonią się tu wzajemnie, no ale taka prawda. Przejdźmy teraz do dalszej części płyty. "Misty Mountain Hop" to fajny, melodyjny kawałek oparty na wspólnej grze gitary i klawiszy, no i kolejny osadzony w tolkienowskim świecie. Następujący po nim "Four Sticks" uważam za najsłabszy na całym albumie, może nie brak tu fajnej gry, ale jest w moim odbiorze nazbyt transowy, monotonny (co nie jest domeną Led Zeppelin, no może poza "Kashmir" ale akurat tego utworu nie odbiera się w ten sposób, myślę, że to zasługa zarówno innej melodii jak i doboru dźwięków) i mogą zdarzyć się odbiorcy, którzy nie dadzą rady przez niego przebrnąć. Końcówka albumu to kolejny przyjemny dla ucha akustyk, płynący i luzacki "Going to California" oraz cover Kansas Joe McCoy and Memphis Minnie "When the Levee Breaks", który to Led Zeppelin przerobiło na własną modłę. Utwór stał się cięższy, może nieco bardziej posępny, ale zyskał na brzmieniu i przebojowości, z pewnością pokazał swoją inną twarz.
Tak oto powstał album, który po ponad 40 latach wciąż zdobywa nowych słuchaczy, nie starzeje się, jego wpływ i znaczenie na muzykę rockową nie maleje, podobnie jak legenda Led Zeppelin, która dała światu 10 lat niesowitych muzycznych doświadczeń.


piątek, 4 listopada 2016

Black Sabbath- The Dio Years (Warner Bros/ Rhino 2007)

Black Sabbath z Dio na pokładzie... Cóż to było za zestawienie, cóż za zespół! Głoś Dio, kunszt gitarowy i kompozytorski Iommi'ego oraz mocarna sekcja rytmiczna Butler/ Ward (później Appice) były mieszanką iście magiczną, której Sabbath nigdy później nie osiągnęło, nawet na wydanym w 1992, bardzo dobrym, "Dehumanizer". Takie płyty jak "Heaven and Hell" oraz "Mob Rules" na stałe zadomowiły się w kanonie klasyki metalu/ ciężkiego rocka. Tak jak niespecjalnie przemawiają do mnie solowe płyty Dio, tak w tym zestawieniu jest to coś niesamowitego i autentycznie ponadczasowego. Kto nigdy nie miał ciarek przy "Neon Knights" lub solówce z "Heaven and Hell" ten nie zrozumie.


Przedstawiona poniżej kompilacja "Black Sabbath- The Dio Years" jest moim zdaniem bardzo udanym i godnym polecenia wydawnictwem. Bardzo zgrabnie podsumowuje lata w których Dio zasilał swoim głosem załogę Iommi'ego. Kawałki są dobrane jak najbardziej trafnie, chociaż jak znam życie znaleźliby się tacy, którzy coś by wyrzucili, a coś dodali, wiadomo nie wszystkim się dogodzi. Mamy tu oczywiście "Neon Knights", "Heaven and Hell", "Die Young", "The Mob Rules", "Children of the Sea" (tu w wersji live) czy też mocarny "I" z płyty "Dehumanizer". Na deser dostajemy 3 nowo nagrane w tamtym czasie utwory tegoż składu dostępne tylko na tej kompilacji. Jest to składanka skierowana do tych, którzy nie predysponują do kompletowania Sabbathów z Dio na oddzielnych krążkach, a chcą mieć co lepsze rzeczy skondensowane na jednym cd jednocześnie nie byle jak wydanym. Tak, płytka wydana jest bardzo przyzwoicie, cieszy oko. Poligrafia utrzymana w czerni i złocie, mamy dwie fajne foty, rozkładaną grafikę, coś do poczytania, także jest ok. Jak ktoś chce mieć na półce Black Sabbath z Dio w ładnie opakowanej pigułce to szczerze zachęcam do sięgnięcia po ten album.


piątek, 28 października 2016

Kiss- Dynasty (Casablanca Records 1979)

Kiss to jeden z tych zespołów który miał na scenę rockową jak i metalową niesamowity wpływ, może nie tyle muzycznie co wizerunkowo. Była to też jedna z pierwszych tzw. supergrup, które z zespołu przekształcały się w instytucje. Wielu muzyków, będąc jeszcze dzieciakami, dzięki nim sięgnęło po tego typu granie.
"Dynasty" to ostatnia płyta Kiss w jego klasycznym, najsłynniejszym składzie, a zarazem pierwszy tak mocno komercyjny album w ich dorobku. W tamtym czasie w Stanach była moda na pop i disco, zatem Kiss chciał odrobinę poflirtować z tym co było aktualnie na topie i dzięki temu zapewnić sobie nieustające zainteresowanie. W tamtym czasie była to ich najlżejsza, najbardziej melodyjna i przystępna szerokiemu gronu odbiorców płyta (nie licząc nagranego rok później "Unmasked").


Na album składa się 9 kompozycji, jest tu min. słynny, znany niemal każdemu komu muzyka nie obca "I Was Made For Loving You" oraz nieco mniej oklepany, ale równie rozpoznawalny "Sure Know Something". Warto także wspomnieć tu mniej znane kompozycje takie jak "Dirty Livin'" autorstwa Petera Crissa, czy aż 3 które dodał tutaj Ace Frehley- "2,000 Man" (cover z repertuaru The Rolling Stones), "Hard Times" oraz zamykający płytę "Save Your Love". Pozostałe, czyli "Charisma", "Magic Touch" i "X- Ray Eyes" to ot przeciętne, melodyjne kawałki, które raczej przechodzą bez echa. Reasumując, wyszła płytka lekka, gładka i przyjemna, ale niestety pozbawiona charakterystycznej mocy i rockowego pazura jakim dysponowały jej poprzedniczki typu "Love Gun" czy "Rock 'n' Roll Over". Z tą płytą wiązały się też nadchodzące zmiany w grupie. W rok po niej grupę opuścił Peter Criss, a nie tak długo potem Ace Frehley. Złote lata zespołu minęły wraz z "Dynasty", nigdy później zespół nie był tak popularny jak w latach 70-tych kiedy to wraz z takimi grupami jak min. Led Zeppelin zawojował amerykański rynek muzyczny
Zdaje sobie sprawę, że Kiss ma równie wielu fanów co przeciwników, dla jednych to kicz nie warty uwagi, dla drugich rockowa klasyka po grób. Cóż, ja się na Kiss wychowałem. Był to jeden z pierwszych zespołów, których muzykę pochłaniałem 24h, a na ich płyty wydawałem całe kieszonkowe. W tej chwili nie słucham ich już tak często jak kiedyś, ale wciąż darzę nieustającym sentymentem i lubię do nich wracać przypominając sobie przy okazji jak to wszystko się u mnie zaczęło. Płytę "Dynasty" lubiłem wtedy i lubię teraz. Z pewnością nie jest to najlepszy z ich albumów, ale coś w sobie ma.


środa, 19 października 2016

Whitesnake- Slide It In 25th Anniversary Edition (EMI 1984/ 2009)

Rok 1984 był dla Whitesnake pewnym przełomem. Kończył się pewien okres w karierze zespołu, a na horyzoncie majaczyła nowa ścieżka którą zespół podąży wraz ze słynną płytą "1987". "Wydany wtedy "Slide It It" był już mocno odmienny od tego co serwował zespół na swoich poprzednich płytach, ale nie był jeszcze tym tworem, który fani mieli niebawem ujrzeć i usłyszeć. Już na etapie "Saints and Sinners" Coverdale planował diametralne zmiany w stylistyce grupy i powoli zaczynał je wprowadzać.


Na "Slide It In" mocno odcisnęła swoje piętno obecność Johna Sykesa (Thin Lizzy, Tygers of Pan Tang), który swą świeżą i dynamiczną grą zmienił znacząco brzmienie Whitesnake. Utwory nabrały mocy, stały się nieco mocniejsze, bardziej wyraziste, było w tym już mniej obecnego jak dotąd w Whitesnake bluesa, a znaczniej więcej konkretnego, skondensowanego hard rocka. Swoje za perkusją zrobił także Cozy Powell (min. MSG, Rainbow), a całość podrasował swoimi klawiszami Jon Lord (Deep Purple).
"Slide It In" jest nie bez przyczyny moją ulubioną płytą Whitesnake. Nie dość, że bardzo cenie sobie grę Sykesa, to jeszcze David Coverdale daje to popis świetnej formy wokalnej. Album naszpikowany jest niesamowicie chwytliwymi kawałkami takimi jak tytułowy "Slide It In", "Love Ain't No Stranger" (balladowe motywy wplecione między kanonadę sekcji rytmicznej, świetny teledysk) czy też "Guilty of  Love". Na wyróżnienie zasługuje też zeppelinowski "Slow & Easy", który momentami mocno przynosi na myśl "In My Time of Dying" z płyty "Physical Graffiti", a głos Davida przypomina tu do złudzenia wokale Roberta Planta. Nie mniej jednak wychodzi to na plus i mimo takich podobieństw nie ma się ochoty oskarżyć zespół o zrzynanie bo utwór wyszedł przednio.
Przedstawione poniżej wydanie to wersja jubileuszowa która ujrzała światło dzienne w 2009 roku. Mamy tu 3- panelowy digipak z opasłą książeczką pełną fotek i wspomnień Coverdale'a odnośnie czasu w którym ten album został wydany. Dodany został także bonusowy dysk dvd z materiałami live i teledyskami. Na prawdę solidne i godne polecenia wydanko.
No koniec mogę powiedzieć tylko jedno, jak ktoś jeszcze tej płyty nie zna to niech nadrabia zaległości, warto!


niedziela, 16 października 2016

Scorpions- Return to Forever (Sony Music/ RCA 2015)

Jedno z moich ostatnich rozczarowań. Sięgnąłem po ten album z czystej ciekawości żeby posłuchać jak to sobie Scorpions obecnie poczynają i z faktu, że bardzo lubię i szanuję ich dawne osiągnięcia z lat 70-tych i 80-tych. Na ale niestety. Był to w pewnym sensie chlust zimnej wody, po dawnych Scorpions nie ma tu praktycznie śladu, to już inny zespół. Wypłukany z dawnej mocy i przebojowości, z wyłagodzonym brzmieniem i radiowymi tendencjami. W utworze "Rollin' Home" zawiało nawet popem. Może jest to nazbyt surowa ocena z mojej strony, ale po prostu tak to widzę. Nie będę też specjalnie analizował i wybierał jakiś utworów jak zwykłem to robić, po prostu nie znajduję na płycie żadnego kawałka o którym mógłbym powiedzieć, że mi się podoba, albo mi nie podchodzą, albo są mi kompletnie obojętne. Nie potrafię niczego polecić. Już na dzień dobry w "Going out with a Bang" mamy zawód bo po obiecującej zwrotce dostajemy refren, który rozwala całość. "We Built this House" ma tendencje na jakiś hymn niosący nostalgię, ale najnormalniej zawodzi przez brak pewnej iskry. Tyle dla przykładu. Jedynym plusem jest fakt, że głoś Klausa Maine nadal jest w całkiem niezłej formie jak na te 50 lat śpiewania. Tu należy się szacun.


Scorpions przeszli już trochę na system odcinania kuponów, na koncerty wabią setlistami wypełnionymi dawnymi hitami, nowsze rzeczy obecne są w niewielkiej ilości. To w sumie o czymś świadczy. Nowsze utwory nie jest w stanie przebić starych hitów i tak samo przyciągnąć publiki. Ostatnio pojawiła się iskierka nadziei na nieco bardziej podkręcony materiał, o ile będzie kolejna płyta, jako że dołączył na stałe w szeregi Scorpions Mikkey Dee (Dokken, King Diamond, Motorhead). Może ten zastrzyk napędzi trochę zespół, a kompozycje nabiorą siły. Przyszłość pokaże.
Z tego co zdążyłem się zorientować opinie na temat "Return to Forever" są generalnie dobre lub bardzo dobre, cóż ja ich nie podzielam. Płytę cechuje brak nowych pomysłów i spora przeciętność, jest taka nijaka, no ale najwierniejszym fanom grupy zapewne się spodoba. Scorpions mieli zakończyć karierę w 2010 roku, co się jednak nie stało. Wydali wtedy całkiem przyzwoity "Sting in the Tail", który mógłby dobrze zwieńczyć karierę. Postanowili jednak kontynuować. Życzę im szczerze żeby czymś nas jeszcze zaskoczyli i dali dowód, że ich decyzja nie była błędem. Czekam na kolejny album z Panem Dee za garami.


piątek, 14 października 2016

Motorhead- March or Die (Epic 1992/ HNE Recordings 2014)

No to mamy setny wpis na blogu. Z tej okazji należy się jakaś specjalna płyta, równie wyjątkowego wykonawcy. Jako, że niedawno opuścił nas Lemmy padło na Motorhead. O wadze zespołu dla rockowej czy metalowej sceny chyba nie muszę nikogo przekonywać. Wybrałem album, który uważam, że wyróżnia się spośród dyskografii grupy. "March or Die" jest płytą nieco bardziej zróżnicowaną w stosunku tych typowych dla Motorhed, oraz tą otwierającą pewien nowy rozdział w historii zespołu.


Albumu słucha się dosłownie jednym tchem, nie ma tu jakichkolwiek zapychaczy bez, których można by było się obyć. Jest typowy rozpędzony Motorhead w ich dobrze znanym i rozpoznawalnym stylu, ale i trochę świeżych rozwiązań, które urozmaicają całość. Mowa tu o balladzie "I Ain't No Nice Guy" zaśpiewanej razem z Ozzym (plus Slash na gitarze), mocarnym "Hellriser" z lekko odmienną niż dotąd ścierzką gitar, fajnie zagranym coverem z repertuaru Teda Nugenta "Cat Scratch Fever" oraz bluesującym "You Better Run". Z reszty kompozycji tryumfy świecą genialny "Bad Religion" z niesamowicie chwytliwym motywem, gnający, iście rock 'n' rollowy "Too Good To Be True" oraz zamykający płytę, specyficzny i marszowy jak w tytule "March or Die", gdzie Lemmy bardziej recytuje tekst niż go wyśpiewuje. Podsumowując, płytkę łyka się bez popitki i po jednym odsłuchu ma się ochotę na powtórkę z rozrywki. Moja pierwsza trójka Motorhead!
Jak wspomniałem na początku "March or Die" otworzył po części nowy rozdział w dziejach grupy. Pod koniec sesji nagraniowej na stałe do składu dołączył perkusista Mikkey Dee, co moim zdaniem będzie mieć spore znaczenia dla późniejszego brzmienia zespołu. Niestety, podczas nagrywania płyty zdążył nagrać tylko partię perkusji na "I Ain't No Nice Guy". Pozostałe ścieżki nagrane zostały gościnnie przez Tommy'egio Adridge'a (min. Whitesnake, Ozzy Osbourne). Był to też czas kiedy ostatecznie rozeszły się drogi Motorhead i Phila Taylora.
W 2014 roku doczekaliśmy się bardzo fajnego wydania "March or Die". Hear No Evil Recordings wznowiło ten album w formie 3- panelowego, laminowanego digipaka, zawierającego dodatkowe grafiki i bogaty booklet (jest co poczytać). Coś w sam raz dla kolekcjonerów i wszystkich tych którzy lubią solidne wydania.



piątek, 7 października 2016

Scorpions- Crazy World (Mercury Records 1990)

Dziś jakoś natchnęło mnie ma posłuchanie sobie Scorpions. Sięgnąłem po płytę, której nie słuchałem stosunkowo dawno, ot jakoś specjalnie za nią nie szaleję, ale co jakiś czas wypada sobie odświeżyć. Mowa tu o "Crazy World". Jest to bez wątpienia najlepiej sprzedający się album tej grupy, głównie za sprawą ballady "Wind of Change", chyba najbardziej rozpoznawalnego utworu Scorpions. W sumie był on chyba pierwszym rockowym utworem jaki w życiu usłyszałem, miałem chyba wtedy 4, czy 5 lat (rodzice nieco pomogli mi przypomnieć sobie ten fakt). Płyta jest moim zdaniem trochę przereklamowana, niemniej jednak nie pozbawiona jest dobrych momentów, a na pewno nie dobrego brzmienia.


Na "Crazy World" składa się 11 utworów. Płyta jest w pewnym stopniu przełomowym dla grupy krążkiem jak, że zrezygnowano ze współpracy z długoletnim producentem Dieterem Dierksem na rzecz Keitha Olsena. Wprowadził on zespół w nowe dziesięciolecie inicjując nowe brzmienie, bardziej przebojowe i może odrobinę cięższe w stosunku do wcześniejszych produkcji. Natomiast kawałki na niej zawarte nie są kompozycyjnie już tak świeże. To nadal ten sam intensywny, chwytliwy, hiciarski hard rock, tylko podany trochę inaczej niż dotychczas. Najbardziej zapadły mi w pamięć typowe rockery w postaci "Tease Me Please Me" oraz "Dont't Believe Her", lekko nastrojowy "To Be With You in Heaven", "Restless Nights" ze stonowaną zwrotką i dynamicznym refrenem i całkiem przyjemna balladka "Send Me An Angel", która została przez "Wind of Change" zepchnięta na margines. No właśnie, dlaczego nie wymieniam tu tego utworu? Przyczyna jest prosta, nie uważam, że muzycznie zasługuje na to czego się dochrapał. Uderzył w dobry czas i miejsce za sprawą swojego radiowego charakteru i tekstu o zmianach na arenie politycznej wschodniej Europy, które miały wtedy miejsce. Temat wtedy bardzo nośny, tak więc mieli hit w kieszeni. Nie chcę mu specjalnie umniejszać bo nie jest to zła kompozycja, ale jego status jest w moim mniemaniu mocno na wyrost.
"Crazy World" to płyta zaczynająca kolejny etap w historii zespołu. Byli wtedy u absolutnego szczytu swojej kariery, już nigdy później nie przebili sukcesu żadnej ze swoich starszych płyt, ale swoimi osiągnięciami na stałe weszli do kanonu rockowego grania. Jakoś szczególnie tej płyty nie polecam bo mają sporo lepszych w swoim dorobku, ale i nie zniechęcam, w razie braku innych priorytetów można śmiało po nią sięgnąć.


środa, 7 września 2016

Alice Cooper- Trash (Epic 1989)

Alice Cooper, jedna z ikon muzyki rockowej z bogatym i wieloletnim stażem na scenie, źródło inspiracji dla niezliczonych rzesz muzyków, idol z dzieciństwa dla wielu młodych fanów rocka i metalu. Tak właśnie! Mało kto nie wymienia tego twórcy wśród swoich pierwszych fascynacji ciężkimi brzmieniami. Nazwa Alice Cooper często wymieniana jest w towarzystwie takich zespołów jak chociażby Kiss, W.A.S.P. czy Venom, nie tylko ze względu na swoją muzykę, ale także na wyrazisty i oryginalny wizerunek. Demoniczny make-up, show sceniczny pełen pirotechniki i otoczki rodem z horroru. Wykonawca bez wątpienia przełomowy i ważny w historii rocka.


Płyta "Trash" należy chyba do najpopularniejszych i najbardziej przebojowych w karierze Alice'a. Wypełniona jest po brzegi hitami, perfekcyjnie wyprodukowana i bardzo przystępna dla szerszego grona odbiorców. Bynajmniej nie jest to zarzut bo płyty słucha się wybornie. Kawałki takie jak singlowy "Poison", "House of Fire" czy "Bed of Nails" są tak chwytliwe, że chcąc nie chcąc chodzisz potem po domu i stale nucisz refreny pod nosem. Podobnie jest z innymi piosenkami z tego albumu, na uwagę zasługuję jeszcze chociażby "Spark in the Dark" i romantyczna ballada "Only My Heart Talkin'" zaśpiewana w duecie ze Stevenem Tylerem z Aerosmith. Z resztą co się dziwić, że płytka wygląda tak, a nie inaczej. Alice chciał się ponownie wybić po kryzysie z lat 80-tych, zawojować listy przebojów, także w pewnym sensie oczywistym zabiegiem było znalezienie producenta który zna się na robieniu hitów, a Desmond Child to był właśnie ktoś taki.
Reasumując, mimo swojej komercyjności, a może właśnie dzięki niej, wyszła bardzo przyjemna płytka i faktycznie naznaczyła powrót Alice'a do formy. Cel został zatem osiągnięty. Do krążka chce się wracać bo to po prostu solidne, hard rockowe granie które cieszy i które nigdy się nie zestarzeje.


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

The Hellacopters- Toys and Flavors (Polar 2000, singiel)

Dziś dla od miany coś niemetalowego, ale z metalem powiązanego. Jakiś czas temu postanowiłem uśmiechnąć się do twórczości Nicke'go Anderssona nie związanej z Entombed. Na pierwszy ogień poszło The Hellacopters. Cóż to za genialna mieszanka hard rocka i r'n'r! Jak usłyszałem ich po raz pierwszy to szczękę zbierałem z podłogi przez dłuższą chwilę. Nie dość, że jest to niesamowicie chwytliwe i nośne to jeszcze Nicke udowadnia, że nie samym death metalem człowiek żyje i, że potrafi się odnaleźć także w innej muzyce. Ponad to udowadnia tu swój multi-instumentalny kunszt, w The Hellacopters poza komponowaniem odpowiada za wokal i gitarę. Jest moc i nie ma co do tego wątpliwości.


Ostatnimi czasy znalazłem na aukcji za grosze ich singiel z 2000 roku, który promował album "High Visibility". Płytka trwa niespełna 7 minut i serwuje nam dwa utwory, "Toys and Flavors" oraz "Cross for Cain". Pierwszy to urodzony hicior ze znakomitymi partiami gitar i fajnymi solówkami, a partie pianina nadają całości oldschoolowego sznytu. Utwór bez wątpienia daje się zapamiętać na o wiele dłużej niż chwilę. Kolejny to doskonały back-up dla swojego poprzednika. Dynamiczny i szarżujący "Cross for Cain" to doskonałe dopełnienie na tzw. stronę B. Z singla aż kipi frajda z grania, a przecież w tej muzyce o to chodzi. Czuć tutaj autentyczną pasję i czerpanie graściami z najlepszych wzorców z lat 70-tych. Nic tylko polecać ten zespół, to naprawdę solidne rock 'n' rollowe granie z potężną dawką energii. Ogromna szkoda, że parę lat temu postanowili zawiesić działalność. Cóż, przynajmniej zostawili po sobie zacny płytowy dorobek do zapoznania się z którym szczerze zachęcam.