Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1992. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1992. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lutego 2020

Katatonia - Jhva Elohim Meth... the Revival (VIC Records 1992)

Nie tak znowu wiele jest materiałów równie wyjątkowych i charakterystycznych, niedających się zaszufladkować, jak demo Katatonii "Jhva Elohim Meth" ("Jhva Elohim Meth... the Revival" w wersji MCD). Łączyło black metalowy wizerunek z muzyką, która była wypadkową wpływów Paradise Lost z płyty "Gothic", Tiamat z "Sumerian Cry" oraz elementów Bathory, poszerzając to o niezwykłą atmosferę, zróżnicowane linie wokalne i sporo drobnych zawiłości czy elementów akustycznych. Wszystko utrzymane w wolnych i średnich tempach. Sam zespół określał się wtedy mianem Gothic Black Metalu, aby odciąć się od powszechnej mody na Death Metal, jaka panowała wtedy w Szwecji (1992). Na niniejsze demo składa się 5 kompozycji o jakości o wiele lepszej niż typowe demo. Jest to poniekąd zasługa Dana Swano. Jeszcze wtedy nie miał najlepszego sprzętu, ale był bardzo zaangażowany w to, co zaproponowała Katatonia, w ich wizję i muzykę. Mamy tu 2 instrumentalne, klimatyczne miniatury, kolejno otwierające i zamykające materiał oraz 3 pełne, stosunkowo rozbudowane utwory, łączące wszystkie te cechy i elementy, o których wspomniałem już na początku. Bliskie Black Metalowi wokale, mocarne, melodyjne Doom/Death Metalowe riffy, klawiszowe tła oraz okazyjne zmiany tempa urozmaicające każdy z utworów. Aż dziw bierze, że twórcy mieli po 16-17 lat, gdy tworzyli tę muzykę (Jonas Renske i Anders Nystrom). Z nagrywaniem ścieżek perkusji wiąże się pewna warta wspomnienia ciekawostka. Jonas nie był jeszcze na etapie dostatecznego opanowania szybkich partii swojego instrumentu, więc zespół zrezygnował z takowych w swoich utworach, zastępując je wolniejszymi, dzięki czemu materiał nabrał tego charakterystycznego sznytu i oryginalności, tego mocarnego brzmienia. Jonas wspomina, że byli pod ogromnym wrażeniem tego, co udało im się nagrać, jak to wszystko brzmiało, nie mogli uwierzyć, że to oni. Cieszyli się również, że zrezygnowali z szybszych partii perkusji. Z pewnością to, co pokazali na "Jhva Elohim Meth" nie było już poziomem demówkowym, a wręcz albumowym. Chwaliły ich takie grupy jak chociażby Unanimated, z którym udało im się spotkać podczas koncertów.
Demo wydał sam zespół, na początku w limicie 100 sztuk na niebieskiej kasecie i tylko w ok. 20 pierwszych egzemplarzach pojawiły się zdjęcia zespołu (w 1993 pojawiły się jeszcze kolejne kopie na czerwonej i przezroczystej kasecie, osiągając w sumie koło 500 wydanych egzemplarzy). Wersję CD wydało w tym samym roku - 1992 - VIC Records (takie wydanie posiadam i przedstawione jest poniżej). Charakterystyczna była również szata graficzna, jak i sama wkładka (było to możliwe dzięki mężowi ciotki Jonasa, który pracował w agencji reklamowej i pomógł chłopakom). Tajemnicza postać zdobiąca okładkę to nikt inny jak Anders. Jonas zrobił zdjęcie pod księżyc, w ruchu, co dało właśnie taki efekt.
"Jhva Elohim Meth" było sporym sukcesem i o Katatonii zaczęło się robić głośno, nie tylko na lokalnej scenie. Zaczęli pojawiać się w zinach, pojawiły się szanse na pełny album i poszerzenie zespołu, ale to już inna historia. Materiał ten jest dla mnie osobiście największym osiągnięciem Katatonii niemal w każdym aspekcie. Mam wrażenie, że nigdy potem nie udało im się stworzyć czegoś, co tak niesamowicie łączyło młodzieńczą energię i pasję, pragnienie grania z ich muzycznym kunsztem. Dla mnie to majstersztyk i klasyk w jednym.

English translation:

Not so many materials are just as unique and characteristic - not categorized - as the Katatonia demo "Jhva Elohim Meth" ("Jhva Elohim Meth ... the Revival" in the MCD version). It combined the black metal image with music that was the result of Paradise Lost influences from the "Gothic" album, Tiamat from "Sumerian Cry" and Bathory elements, expanding it with an unusual atmosphere, varied vocal lines and a lot of small complexities or acoustic elements. Everything is kept in slow and medium tempos. The band referred to themselves as Gothic Black Metal at the time, to cut off from the widespread fashion for Death Metal that prevailed at that time in Sweden (1992). This demo consists of 5 compositions with a much better quality than a typical demo. It is thanks to Dan Swano. Even then, he did not have the best equipment, but he was very involved in what Katatonia proposed, in their vision and music. We have here 2 instrumental, climatic miniatures, opening and closing material in turn, and three full, relatively extensive songs, combining all these features and elements which I mentioned at the beginning. Close to Black Metal vocals, powerful, melodic Doom/Death Metal riffs, keyboard backgrounds and occasional tempo changes varying each of the songs. It is strange that the guys were 16-17 years old when they created this music (Jonas Renske and Anders Nystrom). There are some interesting facts about recording drum tracks. Jonas was not yet at the stage of sufficiently mastering the fast parts of his instrument, so the band gave up such ones in their songs, replacing them with slower parts, thanks to which the material gained this characteristic style and originality, this powerful sound. Jonas recalls that they were very impressed with what they had managed to record, as it all sounded, they couldn't believe it was them. They were also happy that they gave up faster drum parts. Certainly what they showed on "Jhva Elohim Meth" was no longer a demo level, but an album one. Bands such as Unanimated, whom they managed to meet during concerts, praised them.
The demo was released by the band itself, at first in the limit of 100 copies on the blue cassette and only in the first 20 copies there were band photos (in 1993 there were still more copies on the red and transparent cassette, reaching a total of about 500 copies issued). The CD version was released in the same year - 1992 - by VIC Records (I have this edition and it is presented below). The graphic design was also characteristic, as was the insert (it was possible thanks to the husband of Jonas's aunt who worked in an advertising agency and helped the boys with it) . The mysterious figure presented on the cover is none other than Anders. Jonas took a picture with the moon behind his friend, in motion, which gave such an effect.
"Jhva Elohim Meth" was quite a success and Katatonia began to get recognition, not only on the local scene. They started appearing in zines, chances for a full album and line-up expanding appeared, but that's another story. For me personally, this material is the greatest achievement of Katatonia in almost every aspect. I have the impression that they never managed to create something that so incredibly combined youthful energy and passion, the desire to play with their musical artistry. For me it's a masterpiece and classic in one.


sobota, 27 października 2018

Abigial- The Lord of Satan (Nuclear War Now! 2011)

Część dalsza sceny japońskiej i ponownie gości na blogu Abigail, ale nie bez przyczyny. Uważam ich wczesne nagrania, i wspomniany już jakiś czas temu debiutancki album, za jedne z najlepszych rzeczy jakie przytrafiły się na łamach niczym nie zmąconego, oldschoolowego Black Metalu inspirowanego Pierwszą Falą.
"The Lord of Satan" jest kompilacją dem oraz pierwszych trzech Epek zespołu. Kolejno: materiał ze splitu z Funeral Winds (1995), "Descending From a Blackened Sky" (1993), "Confound Eternal (1996), "Demo 1" (1992, tylko w wersji na winylu) oraz demo "Blasphemy Night" (1993, również tylko w wydaniu winylowym). Mamy tu jednym słowem przekrój wszystkiego co zespół spłodził aż po czasy swojej pierwszej, pełnej płyty. Co zawsze totalnie urzeka mnie w tych nagraniach to ich organiczność, naturalna i niewymuszona. Abigail stworzył tu niemal swój własny Black Metal zakorzeniony inspiracjami w latach 80-tych, a też nieco (i "nieco" jest tu najtrafniejszym określeniem) zmieszany z tym co na początku lat 90-tych zaproponowała Norwegia, słychać to przede wszystkim w tych szybkich partiach kompozycji. Oczywiście Yasuyuki, nie ograniczał się tu tylko do szybkich, wściekłych struktur, ale potrafił również zawrzeć w tej muzyce nawet Doom/ Dark Metalowe naleciałości w stylu wczesnego Samael. Są tu także instrumentalne, budujące odpowiedni nastój, oparte na klawiszach fragmenty. Kolejna sprawa to klimat. Nad rzeczonymi nagraniami Abigail unosi się ta złowieszcza aura, mrok, pewien demoniczny pierwiastek, najprawdziwszy w swej wymowie. Zespół nie szedł wtedy głównym nurtem Black Metalu pozostając wiernym przede wszystkim starej szkole, a stworzył materiały, które w swym wydźwięku i przekazie kładą na łopatki nie jednego "klasyka" tamtego okresu. Obok starych materiałów Sabbat oraz Sigh to najczystsza historia tego jak kształtowała się japońska podziemna scena ekstremalna, a Abigail to jeden z jej niewątpliwych filarów.
Co się tyczy przedstawionych poniżej wydań niniejszej kompilacji to nazwa ich wydawcy to niemal dostateczna rekomendacja- Nuclear War Now!! Może wersja cd nie należy do tych najbardziej wypasionych, ale za to winyl definitywnie. Poza dwoma, pięknymi, splatterami dostajemy solidny gatefold, plakat, drukowaną wkładkę, naszywkę oraz naklejkę. No bogato jak na tą wytwórnię przystało.








sobota, 25 sierpnia 2018

Fester- Winter of Sin (No Fashion Records 1992)

Norweski Fester powinien być moim zdaniem wymieniany jednym tchem obok takich  klasyków Black/ Death Metalu jak chociażby Dissection czy Necrophobic. Może nie byli tak melodyjni, poruszali się po bardziej posępnych, momentami nieco wolniejszych, obszarach okraszonych Doom Metalowym pierwiastkiem, ale tak samo jak ekipa Jona czy Parlanda, w swoim zespole Bjorn "Tiger" Mathisen połączył ze sobą Black i Death Metal dodając do tej muzyki naleciałości z innych gatunków metalu oraz zaszczepiając w nią własny, oryginalny charakter. Na "Winter of Sin" możemy usłyszeć bardzo wyraźne inspiracje, nie tylko pierwszymi nagraniami jeszcze świeżego wtedy Black i Death Metalu (tutaj przede wszystkim tego szwedzkiego z czasów klasycznych demówek), ale również Hellhammer/ wczesnym Celtic Frost oraz, jeżeli chodzi o pewną obecną między wierszami epickość oraz po części brzmienie gitar/ strukturę riffów, starym Candlemass z czasów pierwszych trzech krążków. Debiut Fester jest płytą jednocześnie surową, a z drugiej strony brzmiącą bardzo majestatycznie, przestrzennie. Może na pierwszy odsłuch nie jest to tak oczywiste, ale z każdym kolejnym odkrywa się te wszystkie jej wspaniałe cechy. "Winter of Sin" powinien był osiągnąć ten sam sukces i cieszyć się takim samym uznaniem jak chociażby "The Somberlain" wspomnianego już Dissection, mimo, rzecz jasna, znacznych różnic między tymi nagraniami. Osoby siedzące w temacie, i dobrze materiał znające zdają sobie sprawę z wartości tej płyty i jestem pewien, że zgodzą się z tym co tu napisałem. Album niestety wyprzedził trochę swój czas i objawił się scenie w czasie kiedy jeszcze tego typu hybryda nie była powszechna, a uwagę słuchaczy, zwłaszcza w Norwegii, przykuwały pierwsze nagrania Burzum, Darkthrone czy Emperor. Nie ma więc specjalnie zdziwienia, że album nie przeszedł z należnym mu echem, niezbyt pasował to tworzącej się wtedy sceny. Przez to wszystko "Winter of Sin" zyskał należne mu miejsce i uznanie dopiero po czasie. Oczywiście jak najbardziej zasłużone. Obok Cadaver "In Pains" oraz "Blod- Draum" Molested (o "Soulside Journey" Darkthrone to już nawet nie wspominam) to, moim zdaniem, najlepsze z poza stricte Black Metalowych dzieł jakie zrodziła Norwegia w latach 90-tych o którym należy pamiętać, które koniecznie trzeba poznać i które należy docenić. Ja ten krążek uwielbiam.


czwartek, 3 maja 2018

Apostasy- Fraud in the Name of God/ Sunset of the End (Sullen Producciones 1992/ Fallen Temple 2018)

Ponownie Apostasy z odległego Chile. Tym razem Fallen Temple pokusiło się o wydawniczy powrót do pierwszych wydawnictw tej stosunkowo mało znanej grupy. Na płytę składa się demo "Fraud in the Name of God" z 89' oraz pierwszy pełny album "Sunset of the End" z 92'. Osobiście niezbyt wiele znalazłem dla siebie na tej płycie. Nigdy nie było mi jakoś specjalnie po drodze z Thrashem, a ostatnio, przyznam się, ta odległość między nami robi się coraz odleglejsza. Mam tu od lat swoich faworytów i ich się już trzymam. No ale wracając do tematu, mimo wszystko mogę wyszczególnić dwie cechy tych materiałów, które zasługują tu na uwagę, które mogą przyciągnąć. Pierwszy z nich to ciekawy, mroczny jak na klasyczny Thrash klimat, o czym z resztą wspomniałem już przy recenzji "The Blade of Hell", oraz znakomite solówki- to chyba najsilniejszy punkt materiału. Jest to cecha, którą z niniejszego repertuaru Apostasy zapamiętuje się najszybciej, która jest w stanie zatrzymać słuchacza na trochę dłużej niż tylko chwilę. Są naprawdę na wysokim poziomie. Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że jest to materiał dla zajadłych eksploratorów metalowego podziemia i entuzjastów Thrashu. Całokształt kompozycji jest tu raczej przeciętny i tylko wprawne ucho osoby mocno siedzącej w tych klimatach będzie w stanie wychwycić tu coś więcej ponad to co mi rzuciło się na uszy podczas słuchania.  Dla innych nie jest to coś co koniecznie trzeba sobie sprawdzić. Standardowy, dobry w swoim gatunku materiał i to chyba tyle. Mnie niestety specjalnie nie oczarował.

https://www.facebook.com/apostasych/
https://www.facebook.com/fallentemple666/


sobota, 21 kwietnia 2018

Vader- The Ulitmate Incantation/ Dark Age (Earache Records 1992/ Witching Hour 2018)

Płyta pomnik, jedno z absolutnie szczytowych osiągnięć naszej metalowej sceny i rodzimego Death Metalu. Jeden z pierwszych albumów z naszego kraju, który zawojował scenę za granicą, moim zdaniem vaderowskie opus magnum! Tak, 1992/93 rok... Ileż ta płyta musiała wtedy narobić zamętu na przetartym już nieco przez "Morbid Reich" szlaku.. Pierwszy polski zespół w barwach tak znaczącej wytwórni jak Earache, wywiady z zagranicznej telewizji i prasie traktującej o ekstremalnym graniu, znakomity, klimatyczny teledysk do "Dark Age" emitowany w Headbanger's Ball. No  działo się, działo. Mija już tyle lat od wydania "The Ultimate Incantation", a ta płyta zdaje się nie starzeć, to wciąż klasa w temacie, wciąż chce się tego słuchać, a materiał tu zawarty za każdym razem kładzie na łopatki, urywa łeb i co tylko. Bez takich kawałków które znalazły się na albumie jak wspomniany "Dark Age", "Reign Carrion", "Crucified Ones", "Decapitated Saints" czy wreszcie mój ulubiony utwór z całej twórczości Vader- "The Final Massacre" nie da się egzystować, a przynajmniej tym, dla których ten zespół sporo znaczy. Cześć zawartego tu materiału pochodzi z wcześniejszych demówek grupy, ale uważam, że to właśnie tutaj nabrały ostatecznych szlifów i wybrzmiały z pełną mocą i siłą. Dzieło skończone, co tu dużo mówić. No i jeszcze ta okładka autorstwa Dana Seagrave'a...Klasyka po kres czasu!
Teraz kilka słów o "Dark Age". W związku z nieudaną w niedawnym czasie próbą reedycji tego materiału, zespół postanowił nagrać "The Ultimate Incantation" ponownie i wydać pod wspomnianym przed chwilą tytułem. Reinterpretacji, rewitalizacji zostało poddane wszystko, nie tylko same utwory (jak się okazało cały rozkład jazdy to wynik kilku sesji nagraniowych sięgających 2007 roku, wbrew pozorom wyszło bardzo spójnie), ale także szata graficzna płyty. Zapewne znajdzie się sporo osób, które stwierdzą, że to wydawnictwo jest zupełnie niepotrzebne, że nie miało sensu, że chęć zysku i w ogóle szkoda na nie czasu. Ja jestem daleki od takich wniosków. Vader nadał tym kawałkom nowego, soczystego brzmienia, to raz, dwa, że ukazał te kompozycje w nowym świetle, nowej jakości, przedstawił je w sposób jaki zabrzmiałyby obecnie. I mimo, że kawałki nie pochodzą z jednej nasiadówki w studio uważam, że płyta wyszła świetnie, powstała naprawdę wartościowa retrospekcja (btw, fajny zabiegiem, a za razem odniesieniem, było umieszczenie wewnątrz bookletu zdjęć składu, który tworzył płytę niegdyś, oraz składu obecnego). Oryginału "Dark Age" nie przebija, to jasne i nie ma nad czym dyskutować, ale słuchało i słucha się tego praktycznie z niemal takim samym zauroczeniem i wypiekami jak pierwowzoru sprzed lat. Po prostu jest w tym wciąż ta niesamowita pasja do grania, a o to przecież chodzi. To samo tyczy się okładki, Dan Seagrave tchnął w nią nowe życie, stała się jeszcze bardziej wyrazista, uwydatniły się jej walory.
Reasumując, nie mam zamiaru mówić, że ten na nowo nagrany materiał to jakaś pomyłka, badziew itd. Ale jak zwykle, będąc totalnie szczerym mi robota jaką wykonał tu Vader naprawdę się spodobała i wiem, że bardzo często będę sobie do tej nowej interpretacji "The Ultimate Incantation" wracał, myślę, że z równą częstotliwością jak do oryginału. Co za tym idzie, szczerze mogę polecić, do mnie ten zabieg przemówił i uważam, że zasłużył na docenienie.
Poniżej oryginalne wydanie na cd wydane przez Earache, oraz "Dark Age" (Witching Hour zrobiło tu kawał dobrej roboty, bo wydawniczo na najwyższym poziomie) w wersji jewelcase oraz na limitowanym, zielonym winylu + plakat (zrobiony na wzór promocyjnego z Carnage Records z 1992).

http://www.vader.pl/
https://www.facebook.com/vader/
http://store.witchinghour.pl/









sobota, 18 listopada 2017

Kat- Bastard (Silton 1992/ Metal Mind 2016)

Wydany w 1992 roku "Bastard" otwierał nowy rozdział w historii Kat. Zespół na nowo się zszedł po krótkotrwałej absencji na metalowej scenie, przybyło nowych członków w osobie Jacka Regulskiego, który zasilił skład drugą gitarą, oraz Krzysztofa Oseta na basie.
W ostatnim z wywiadów dla "Teraz Rocka" Roman Kostrzewski określił "Bastard" jako płytę na której jest mnóstwo kreatywnego chaosu. To prawda. Płyta jest mocna, agresywna brzmieniowo, a zarazem bogata w ciekawe riffy i sporo połamanych struktur i zagrywek. Sporo na niej gitarowych galopad na złamanie karku, które potrafią nagle zwalniać i ponownie wracać do raptownego ataku na uszy słuchacza. Można by pomyśleć, że zespół wyładował na niej całą swoją złość i energię. Szczególnie wyróżniłbym kawałki "W Bezkształtnej Bryle Uwięziony" (tekst niesamowicie wrzyna się w pamięć, po paru przesłuchaniach, czy się chce czy nie, zaczyna się go nucić), tytułowy "Bastard" (są momenty gdzie słychać pewne echa "Diabelskiego Domu cz.2"), stonowany, instrumentalny "N.D.C." autorstwa Piotra i Krzysztofa (daje nam odetchnąć przed kolejną porcją galopady), "W Sadzie Śmiertelnego Piękna", który rozpoczyna charakterystyczna przygrywka na basie oraz kończąca płytę, kontrastująca z resztą materiału, nastrojowa ballada "Łza dla Cieniów Minionych", notabene najsłynniejsza w dorobku Kat.
Niniejszy album był sporym krokiem w zakresie produkcji i brzmienia w stosunku do swojego poprzednika jakim jest "Oddech Wymarłych Światów". Parę lat przerwy też zrobiło swoje, jest to już nieco inne thrashowe granie, trochę bardziej złożone, bardziej wypracowane. Swoje zrobiło także dojście do zespołu Jacka Regulskiego, który miał wkład w prawie wszystkie kompozycje zawarte na płycie.
Teraz kwestia samej reedycji. Fakt o którym przy wcześniejszych recenzjach wznowień Kat nie wspomniałem to zremasterowany dźwięk. W sumie nawet nie było potrzeby o tym pisać bo nie wyszło to na minus, a raczej na plus. Płytki ładnie, czysto wybrzmiewają, także nie mam tutaj żadnych zastrzeżeń. Co się tyczy samej formy wydania to nie powiem, czekało na mnie drobne, aczkolwiek miłe zaskoczenie po zdjęciu folii i zajrzeniu do środka. W booklecie zawarte zostały do tej pory nie publikowane fotki z występu Kat na festiwalu Metalmania w 1993. Jest ich tylko kilka, ale ważne że są, ubogaciło to trochę to wydanko. Cieszę się też, że nie sięgnięto po pierwszą oryginalną okładkę tej płyty. Sorry, ale jak dla mnie nie był to udany projekt, wręcz koszmarny, także miło, że ponownie skorzystano z artworka użytego już we wznowieniu płyty przez Silverton w latach 90-tych. Jerzy Kurczak jak zwykle popisał się tutaj swoim kunsztem i we współpracy z Romkiem i pomysłodawcą obrazu Mirkiem Nienertem stworzył genialny obraz, dzieło pasujące do tej płyty jak ulał. Szczególne polecanie tego krążka jest zbyteczne, to klasyka naszego rodzimego metalu i każdy powinien ją znać.


piątek, 27 października 2017

Prosecutor- Krew Czarnej Ziemi (Thrashing Madness 2017)

Kolejna z ostatnich propozycji od Thrashing Madness- bytomski Prosecutor. Następna perła naszego metalowego podziemia i ich jedyny pełny album "Krew Czarnej Ziemi". Materiał ten wydany został w 1992 roku przez naszą słynną Baron Records, tylko i wyłącznie na taśmie. Wreszcie po tylu latach ten album znów jest dostępny, tym razem na srebrnym krążku. To co serwuje w swojej thrashowej sztuce Prosecutor to precyzja Metallici, finezja, żywiołowość i klimat Kata (zwłaszcza w "balladowych" momentach) oraz wściekłość Destruction. Trudno o lepszą kompilację wpływów. Taka mikstura wciąga i uzależnia. Jakby ktoś zmieszał ze sobą płyty "Master of Puppets", "Bastard" oraz "Infernal Overkill" wspomnianych zespołów. Coś absolutnie kapitalnego i porywającego już od samego intra. Energia, pasja i zapierające dech, chłoszczące riffy (sola też niczego sobie, ciary są)! Grupa widać nie macała gruntu tylko z marszu przywaliła ze wszystkich luf i pokazała o co im chodzi i co chcą grać! Im więcej słucha się tych zapomnianych już nieco nagrań, tym bardziej żal bierze ile to naszego metalowego potencjału nie miało okazji zaistnieć szerzej i przetrwać próby czasu. Prosecutor wraz każdym utworem ze swojej pierwszej i jedynej płyty daje dowód na to jak ogromny potencjał tkwił w ich graniu, mimo faktu, że początek lat 90-tych dla thrashu łaskawy już nie był i ciężko było o świeży powiew w tym temacie. Oni tą świeżość i talent mieli, bezapelacyjnie! Oddali ducha grania, które wydawało się odeszło już wtedy w pewien niebyt. Każdy zainteresowany naszą sceną tamtych lat powinien ten materiał znać, a jeszcze lepiej mieć w zbiorach.
Już po raz któryś z rzędu nie będę się rozpisywał nad tym jak wydany jest każdy tytuł wypuszczany przez Thrashing Madness, bo doskonale to wiecie. Precyzja, profesjonalizm i rozmach, i tutaj nie ma od tego wyjątku. Poza, jak zwykle wypasionym bookletem, dostajemy sporo materiału live, który przenosi nas swą atmosferą do tamtych lat. Rekomendacja zbyteczna!

http://www.oldschool-metal-maniac.com/


piątek, 22 września 2017

Running Wild- Pile of Skulls (1992/ 2000 Noise/ Nems Eterprises)

Od tej płyty zacząłem niegdyś swoją przygodę z Running Wild, i choć moim numerem jeden jest u nich "Death or Glory", to do "Pile of Skulls" mam największy sentyment. Wciąż, nieprzerwanie słucham jej z wypiekami na twarzy, ani jednego słabego utworu, ani jednego zbytecznego dźwięku, dzieło kompletne i tak niesamowicie nośne, że nie sposób po przesłuchaniu nie nucić pod nosem tych numerów, czy nawet śpiewać je razem z zespołem podczas słuchania.
Po genialnym "Blazon Stone" (czy właściwie Running Wild nagrał jakąś kiepską płytę między swoim powstaniem, a 2000 rokiem?) nastąpiła drobna zmiana w składzie, nie tyle co odszedł AC (zmieniony przez znanego już dobrze Schwarzmanna), ale na stanowisku basisty w miejsce Jensa Beckera pojawił się Thomas Smuszyński. I wpasował się znakomicie. Zawsze uważałem Beckera za jeden z filarów Running Wild- jego partie basu to istna poezja na każdej z nagranych z nim płyt, ale Thomas okazał się godnym następcą i też pokazał klasę.
"Pile of Skulls" jest kolejnym krokiem naprzód w brzmieniu Running Wild, mamy tu większy nacisk na sekcję rytmiczną, mocarniej, zadziorniej, ale i bardziej melodyjnie za jednym zamachem. Wszystko sprawia, że mamy tu same metalowe hiciory oraz olbrzymi klasyk w postaci "Treasure Island". Niesamowity, bardzo klimatyczny (cała płyta mogła by być ścieżką dźwiękową do jakieś dobrego filmu o korsarzach, a sama okładka autorstwa Marshalla wieńczy temat, atmosfera jest tu nie do podrobienia) drugi po "Battle of Waterloo" tak rozbudowany utwór w repertuarze zespołu. Jest to także ich najbardziej naszpikowane piracką tematyką dzieło. Czego można chcieć więcej? Grupa pokazała, że w zdominowanych Death i Black Metalem latach 90-tych wciąż powstawały potężne heavy metalowe dzieła, a niestety docenione dopiero po latach. Dla mnie bezapelacyjnie pierwsza trójka Running Wild i płyta na której zespół jest w szczytowej formie!
Poniżej reedycja "Pile of Skulls" wydana przez argentyńską Nems Eterprises w 2000. Poza bardzo smacznymi bonusami min. z singla "Lead or Gold" na plus działa fakt, że ów wznowienie w niczym nie odbiega jakościowo od wydań europejskich, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że biorąc pod uwagę reedycje wyszło lepiej (a cena niższa). Także jeżeli ktoś napotka wydania Nems chcąc skompletować sobie dyskografię Running Wild, to bardzo polecam sięgnąć właśnie po nie.


czwartek, 6 lipca 2017

Pascal- Collection of Destroyed Brains/ Live in Warsaw (Thrashing Madness 2017)

Czas na kolejne ze wznowień z dyskografii Pascal, tym razem na warsztat biorę demo "Collection of Destroyed Brains" z 1992 (wydane pierwotnie przez Carnage Records). Pierwsze dźwięki i dosłownie opada kopara, serio. Co tu się dzieje! Totalna masakra i jakże piękny w swym chaosie, thrashowy połamaniec! Momentami przynosi to na myśl wczesne dokonania Acid Drinkers, ale wszystko jest tu o klasę wyżej, kompozycje, brzmienie, wściekłość, z czymś takim Pascal mógł doganiać światowe czołówki, i myślę, że nie jest to przesada. Jest w tym także coś z Mekong Delta czy Atheist, no w każdym bądź razie klasa i z pewnością przeskoczenie swoich dotychczasowych nagrań, pokazanie kunsztu w temacie i nietuzinkowego talentu. Pełno tu riffów, zmian tempa, przyspieszeń zwolnień i niemiłosiernej kanonady perkusyjnej. Odsłuch już samego instrumentalnego utworu tytułowego mówi jak genialny i kompleksowy w swej strukturze jest ten materiał. Na początek klimatyczne, spokojne, akustyczne intro, a potem techniczna jazda w same serce pożogi. Kolejnym wartym wyszczególnienia utworem jest "The Damned" w którym bardzo przypadły mi do gustu momentalnie chwytające riffy, oraz odrobina melodyki łamiąca na moment thrashowe mięcho. Na wokal powraca tu gitarzysta grupy Robert Wieczorek, który dokłada do tego kotła jeszcze więcej pazura i zajadłości. Materiał jest co prawda krótki, ale za to treściwy od początku do końca. Pascal udowodnił tu swoją niedocenioną wielkość. Do niniejszej reedycji jako bonus dodany został dysk dvd z materiałami live zespołu z lat 90'-92'. No kawał historii proszę was, jest co pooglądać i czego posłuchać. Nie chcę tu odkrywać wszystkich kart, aby zachęcić was do sięgnięcia po to wydawnictwo, możecie mi wierzyć, że warto.
W kwestii samego wydania to już specjalnie nie mam co się rozpisywać bo sami widzicie jak to wygląda, Thrashing Madness fuszerki nie odwala, a każdy wydany przez siebie cd serwuje zawsze z dbałością o każdy szczegół. Jak zwykle poza samymi płytami mamy opasły, laminowany booklet (ledwo się mieści w pudełku!) pełen zdjęć i materiałów do poczytania, także reedycja najwyższej próby. Nic tylko brać i delektować się tą sztuką!



wtorek, 28 lutego 2017

Merciless- The Treasures Within (Active Records 1992)

Ostatnia już, klasyczna płyta moich ulubieńców z Merciless, o której jeszcze nie miałem okazji nic napisać. "The Treasures Within" to wciąż ten sam agresywny, brutalny zespół który poznaliśmy na ich demówkach oraz na "The Awakening", z jedną tylko różnicą. Zespół pokusił się o zarejestrowanie kolejnego albumu w jakże słynnym studiu Sunlight, aby nadać swoim nagraniom bardziej typowego, szwedzkiego, death metalowego sznytu (a uzyskali coś bardzo podobnego wczesnemu Morbid Angel). Nie wiem czy do końca wyszło im to na dobre, gdyż ich szorstkie i surowe brzmienie z poprzedniego krążka bardziej pasowało do ich bezlitosnej, wciąż zakorzenionej w thrashu, muzyki. Niemniej jednak to wciąż diabelnie dobry materiał, który wielbię całym sercem, i który pokazuje, że Merciless nie stawiali sobie sztywnych wymogów i próbowali nowych rozwiązań. Tak znakomite kompozycje naszpikowane energią, młodzieńczą furią, zmianami tempa jak "Darkened Clouds", "The Book of Lies" czy "Lifeflame" pokazują, że grupa była w znakomitej formie i wciąż zdolna podbijać scenę, doganiać największych. Jedynym ich problemem był niefart do wydawców.
Mimo swojego charakteru i oddania sprawie Deathlike Silence nigdy nie było dobrym wyborem dla żadnej z grup którym Euronymous wydał płyty, a zwłaszcza Merciless, którzy być może przez to zaprzepaścili swoją szansę i mimo znakomitego przyjęcia "The Awakening" zostali prześcignięci przez swoich kolegów ze rodzimej sceny. W czasie pracy nad "The Treasures Within" zespół rozpaczliwie szukał dobrej wytwórni i trafił na Active Records, które wydało min. płyty Atheist, Candlemass czy Therion. Nie było powodów do skakania z radości, bo i tu promocja kulała, ale lepszy rydz niż nic. Często zastanawiam się jakby potoczyły się losy Merciless gdyby zainteresowało się nimi Peaceville, Nuclear Blast czy Century Media, które w pełni wiedziały jak zadbać o swoje zespoły. Warto wspomnieć, że niniejszy album, chociaż nagrany w połowie 1991 roku, wydany został dopiero pod koniec 1992. No, ale przynajmniej można powiedzieć jedno. Merciless był, jest i będzie tytanem tego bardziej undergroundowego szwedzkiego death metalu oraz symbolem czasu kiedy ta sztuka dumnie rozpościerał swe skrzydła. Jeżeli ktoś jakimś cudem pominął ten materiał, lub nie miał okazji lub czasu się z nim zapoznać to szczerze polecam. To kawał rasowego, bezkompromisowego grania!





sobota, 25 lutego 2017

Taranis- Obscurity (Baron Records 1992/ Under the Sign of Garazel, Luciforus Art 2008)

W związku z tym, że niebawem ma się ukazać wznowienie "Moon Silver Mask", zarówno na cd jaki i 7'' calowym winylu, postanowiłem pokrótce przypomnieć wadowicki Taranis oraz ich demo "Obscurity". Ta grupa to obok takich aktów jak Christ Agony czy Xantotol, prekursorzy przed- norweskiego, black metalowego grania w naszym kraju. Zespół powstał w 1991 w Wadowicach. Istniał dosłownie parę lat, i po swoim debiutanckim albumie "Faust" z 1994 praktycznie słuch o nich zaginął. Zdążyli jednak zostawić po sobie istotne dla polskiej sceny nagrania, które na stałe znalazły sobie miejsce w jej historii.
Nie da się ukryć, że główną i najważniejszą inspiracją zespołu na "Obscurity" był debiut Samael "Worship Him". Materiał przesiąknięty jest powolnymi, ponurymi, otoczonymi mistycyzmem kompozycjami, ma swoistą grobową atmosferę, dokładnie taką jaką zaserwowali nam na swoim pierwszym krążku Szwajcarzy. Ba, Taranis pokusili się nawet o, notabene bardzo udany, cover "Into the Pentegram", a i sama oprawa graficzna dema (40 minut materiału, toż to równie dobrze można traktować jako pełny album, tyle że o surowej, demówkowej produkcji) nie pozostawia złudzeń kto i co napędzało to dzieło. "Obscurity" to, jak już wspomniałem, kompozycje o przede wszystkim wolnych, transowych tempach, co tworzy swoistą posępną, rytualną atmosferę, która rządzi tu niepodzielnie i przewija się od samego początku, aż do końca dema. Ma to swój urok, ale i co poniektórych może męczyć taki stan rzeczy, tego typu granie oraz atmosferę trzeba po prostu lubić. Warto także wspomnieć, że inną istotną inspiracją dla zespołu, tym razem względem tekstów, były dzieła Tadeusza Micińskiego, jednego z ważniejszych reprezentantów okresu Młodej Polski. To jemu zespół zadedykował niniejszy materiał.
Może i na szerszą skalę Taranis nie był jakiś specjalnie odkrywczy, czy nie wiadomo jak oryginalny z tym co nagrał na "Obscurity" (bo "Faust" to zupełnie inna historia, na nim i poprzedzającym "Moon Silver Mask" zespół w pełni rozwinął swe mroczne skrzydła), ale niewątpliwie istotny dla rodzącej się na naszych ziemiach sceny BM. Przecierali pewne szlaki, kładli podwaliny i z pewnością dawali ogrom inspiracji dla zespołów, które pojawiły się później. Warto się z tym, jak i z innymi ich materiałami zapoznać bo to kawał naprawdę dobrego grania o którym pamięć powinna być zawsze żywa!
Poniżej trzy wersje kasetowe wydane swojego czasu przez Baron Records. Pierwsza pochodzi z 1992, a dwie kolejne z 1994, oraz wznowienie materiału na cd popełnione przez sojusz Under the Sign of Garazel oraz Luciforus Art (2008).





środa, 4 stycznia 2017

Christ Agony- Epitaph of Christ (Carnage Records 1992/ Witching Hour 2015)

Na swoim drugim demie Christ Agony zaczęli już powoli wypływać na szersze wody i definiować swój styl oraz brzmienie. Materiał po raz kolejny nagrano w olsztyńskim Pro Sound. Tym razem, w stosunku swego poprzednika "Sacronocturn", jakość uległa znacznej poprawie (nadal jest surowo i obskurnie jak to na demo przystało, ale to już nie to co było wcześniej). Jest potężniej, a całość sekcji instrumentalnej jest bardziej zwarta. Zmieniły się także wokale Cezara, które przybrały postać death metalowego growlu, zastępując burczenie z poprzedniej taśmy. Zespół, w myśl zasady z "Sacronocturn", zaserwował schemat złożony z czterech rozbudowanych utworów.
Zarejestrowany w marcu 1992 "Epitaph of Christ" zaczął budować już niebawem tak rozpoznawalny styl z jakiego zasłynął zespół. W kompozycjach sporo się dzieje, nie ma tu oklepanych struktur. Obecna jest różnorodność melodyjnych, acz posępnych riffów oraz zmian tempa (górują średnie oraz wolne). Z resztą nie ma co się specjalnie dziwić. Przybranie takiego właśnie kierunku lepiej buduję atmosferę i pewny rytualny charakter utworów, co jest jedną z cech charakterystycznych rzemiosła Christ Agony. Każdy opus z niniejszego dema sączy mrok i jad, a całość otula piwniczne, zaśniedziałe brzmienie. Tworzy to niezaprzeczalnie niesamowity klimat.
Niniejszy materiał demo, wydany z początku własnym sumptem, szybko został dostrzeżony przez Carnage Records i wydany na profesjonalnej taśmie, co pozwoliło zaistnieć zespołowi w nieco szerszych kręgach. Poniżej przedstawiłem kompaktową reedycję tego materiału jaką rok temu popełniło Witching Hour Productions (dostępna jest także wersja winylowa i kasetowa, podobnie ma się sprawa z "Sacronocturn" o którym nie dawno pisałem). Wznowienie zrobione jest z dbałością o każdy szczegół, mamy teksty, są archiwalne fotografie oraz nowa szata graficzna prezentująca się o wiele okazalej od oryginału.
W kwestii podsumowania, krótko i zwięźle. Ten materiał nie potrzebuje specjalnego zachwalania, to już poniekąd klasyka i nieodłączny element historii naszej polskiej metalowej sceny. Trzeba mieć, a przynajmniej znać! Tyle w temacie.



wtorek, 3 stycznia 2017

Master's Hammer- Ritual/ The Jilemnice Occultist (Osmose Productions 2001)

Przy pierwszym zetknięciu z Master's Hammer od razu pojawiło mi się skojarzenie "taki czeski Kat". Sporo w tym racji, jednak po dłuższym słuchaniu dochodzą do głosu dodatkowe wnioski. Jako, że Kat poszedł w kierunku stricte thrash metalowych rejonów tak Master's Hammer od samego początku zaczął skręcać w kierunku bardziej black thrashowej mieszanki wprowadzając do swojej sztuki elementy ponurej symfoniki, która jeszcze bardziej wpłynęła na ich muzykę (album "The Jilemnice Occultist"). Na Ritual było im trochę bliżej do piłowania w stylu właśnie Kat oraz innych grup z tzw. pierwszej fali black metalu (chociaż był to już 1991 rok).
Debiutancka płyta spotkała się ze sporym odzewem nie tylko w samych Czechach, gdzie sprzedało się kilka tysięcy sztuk tego krążka (byli wtedy jedną z niewielu metalowych grup funkcjonujących w tym kraju). Master's Hammer bardzo spodobał się Euronymousowi, który snuł plany wydania ich materiału w barwach swojej Deathlike Silence. Dzięki niemu i temu co z muzyki Czechów zaadoptowała norweska scena, późniejsze pokolenia mogły poznać to co miał do zaoferowania Master's Hammer.
"Ritual" emanuje surowością i bezpośredniością, ma jednak niepowtarzalny mroczno- mistyczny klimat, z pewnością niepowtarzalny i oryginalny. Nagrany w 1992 "The Jilemnice Occultist" to potwierdził. Był już płytą dojrzałą i podejmującą nowe wyzwania. Nie dość, że sama muzyka stała się bardziej kompleksowa, to jeszcze zespół pokusił się o koncept album. Teksty utworów opowiadają historię młodego okultysty Altramenta, który przybywa do miasteczka Jilemnice po piękną brankę oraz ukryty tam skarb. Pomysł jak najbardziej nietuzinkowy i myślę, że trafiony. Podejrzewam, a nawet jest pewien, że maczała w tym palce inspiracja twórczością Kinga Diamonda.
Jednym słowem Master's Hammer nagrywał i nadal nagrywa sztukę inspirującą i jedyną w swoim rodzaju, myślę, że nie da się pomylić ich z nikim innym. Owe dwa pierwsze albumy stały się jednymi z grona tych najważniejszych dla rozwoju sceny black metalowej lat 90-tych. Z tymi dziełami wypada się zapoznać, uważam je osobiście za ponadczasowe.
Poniżej przedstawiłem wam swoje wydanie obu tych płyt. Jest to tzw. 2 w 1, które Osmose wypuścił w 2001 roku. Jak widać wydane bardzo atrakcyjnie, może bez specjalnej pompy (wkładka 4- stronicowa z odrobiną czegoś do poczytania + teksty, zero dodatkowych fotek), no ale "all in all" solidnie. Jak gdzieś znajdziecie i będziecie rozważali zakup to nie ma co się specjalnie wahać.