Podsumowując, jest to solidne wydawnictwo dla kolekcjonerów adekwatne do swojej ceny. Jakość wykonania jest niemal idealna, chociaż w przypadku singli bardzo skromna. Chciałby się aby były w nieco bardziej rozwiniętej formie wydawniczej, ale cóż jest jak jest. Gdyby były to digipaki z bookletami, czy winylowe 7'', to trzeba byłoby liczyć się ze znacznie większą ceną, a tak sprawa została zoptymalizowana. Ja osobiście jestem jak najbardziej zadowolony z zakupu. Nie jest to może jakiś "must have" czy nie wiadomo jaka wydawnicza bomba, ale jest solidnie, nie na odwal i każdemu kolekcjonerowi Running Wild przysporzy nieco radochy i będzie fajnym dodatkiem do kolekcji. Ze swojej strony jak najbardziej polecam!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Running Wild. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Running Wild. Pokaż wszystkie posty
piątek, 5 października 2018
Running Wild- Pieces of Eight (ltd. box, Noise Records 2018)
Tak oto mamy kolejne wydawnictwo, po części wznowienie, od Noise Records dotyczące Running Wild. Po całym zestawie reedycji wszystkich albumów RW z katalogu wytwórni przyszedł czas na propozycję już dla konkretnych zbieraczy materiałów Rolfa i spółki. Oto co składa się na box "Pieces of Eight". Pierwsza rzecz to sześć singli wydanych od czasów debiutu po album "Black Hand Inn". Wszystkie w wersji cd i opakowane w proste, kartonikowe koperty z reprodukcją okładki i spisem utworów z tyłu. Szału nie ma i nie będzie, ale w gruncie rzeczy nie jest też najgorzej. Mamy tu również reedycję kompilacji z ponownie nagranymi wczesnymi kompozycjami grupy wydaną w czasach "Blazon Stone", czyli "The First Years of Piracy" (jej recenzję znajdzie u mnie na blogu w oddzielnym poście). Brzmienie dobre, w książeczce całkiem przyzwoita dawka archiwalnych fotografii, jest ok. Kolejny element ów pudła to pamiątkowa, wydaje mi się oksydowana, moneta z wygrawerowanym Adrianem na obu stronach. Ot, taki przyjemny kolekcjonerski gadżet. Wisienką na torcie jest natomiast podwójny winyl "Ready for Boarding". Pierwszy krążek to wspomniana koncertówka, natomiast drugi to zapis audio dobrze znanego z VHS i bootlega DVD koncertu z Dusseldorfu (1989), jednego z kilku rozgrzewek klubowych przed trasą promującą płytę "Death or Glory". Wewnątrz gatefoldu mamy kolaż ze starych fotografii i grafik oraz komentarze do każdego z utworów na "Ready for Boarding". Jeszcze jedną rzeczą jaką znajdziemy w tym zestawie jest ogromny plakat formatu A1 ze składem z czasów "Death or Glory" na jednej stronie, i okładką box'u na drugiej. W sam raz do ramy i na ścianę.
sobota, 2 grudnia 2017
Running Wild- Black Hand Inn (Noise Records 1994/ 2017)
"Black Hand Inn" jest bez wątpienia jednym z najbardziej intrygujących punktów w dyskografii Running Wild. Kasparek zalicza ów krążek do największych osiągnięć grupy, a mimo to w tamtym czasie, ku rozczarowaniu zespołu jak i wytwórni, okazał się najgorzej sprzedającą się płytą w ich dorobku. Dopiero po latach została ona w pełni doceniona przez fanów. "Black Hand Inn" otwierał poniekąd kolejny rozdział w twórczości Running Wild, nastąpiła tu następna zauważalna zmiana nie tylko w brzmieniu, ale i samych kompozycjach. Położony został jeszcze większy nacisk na dynamizm oraz chwytliwość- pewną charakterystyczną motorykę, zwłaszcza jeżeli chodzi o sekcję rytmiczną. W takich utworach jak "Black Hand Inn", The Privateer" czy "The Phantom of Black Hand Hill" słychać to najlepiej. Tak jak za czasów Jensa Beckera, bas wygrywał swoje własne, złożone linie, tak tutaj, w rękach Thomasa Smuszyńskiego nastawiony jest bardziej na podbijanie partii gitar i galopadę razem z perkusją. Pamiętam jak przy pierwszym zetknięciu z tym albumem nie mogłem przywyknąć to pewnego swoistego "dudnienia" tych kawałków. Kolejnym krokiem, który wyróżniał to dzieło był jego koncepcyjny charakter jeżeli chodzi o teksty. Każdy z nich jest odrębną historią pochodzącą z przeszłości, teraźniejszości czy też przyszłości, którą pod dachem "Tawerny pod Czarną Ręką" opowiada stary, piracki kapitan. Pomysł bardzo ciekawy i w pełni się obronił. Wspomniałem też wcześniej o brzmieniu. Jest dosyć sterylne i bardzo dopracowane. Stało się tak za sprawą skorzystania z nowinki jaką były wtedy Pro Tools. Zespół nagrywał przy pomocy najnowszego dostępnego im sprzętu i sprawił iż "Black Hand Inn" stał się najdroższą płytą, jaką przyszło im kiedykolwiek wydać.
Kolejna sprawa o której watro wspomnieć omawiając ten album to wieńczący ją utwór "Genesis (The Making and the Fall of Man), najdłuższa (ponad 15 minut) i najbardziej złożona kompozycja w historii Running Wild. Jak na ich twórczość bardzo eksperymentalna i najdłużej powstająca (z przerwami 18 miesięcy).Był to jak najbardziej odważny i bez wątpienia ambitny krok, ale mam wrażenie, że przeładował płytę i stanął swym rozmachem w drobnym kontraście do reszty albumu. Może lepiej by się sprawdził jako np. oddzielna, limitowana epka "dla chętnych"? Cóż, tego nigdy się już nie dowiemy. Mimo to, i tak można powiedzieć, że "Black Hand Inn" charakteryzuje niesamowita spójność, zarówno muzyczna, tekstowa, jak i graficzna. No właśnie, okładka. Praca Andreasa Marshalla precyzyjnie odzwierciedla to co na tym wydawnictwie zawarł zespół. Mamy tu nie tylko snującego opowieści kapitana, ale też personifikację wspomnianej rozpiętości czasowej opowiadań poprzez przedstawienie Rolfa z jego lat dzieciństwa, czasu kiedy nagrywana była płyta, oraz domniemanego okresu starości (rzeczony kapitan). Strzał w dziesiątkę!
Podsumowując, mimo faktu, że rzeczony album nie zalicza się do mojej ścisłej czołówki RW, to bardzo go lubię, a jeszcze bardziej szanuję za oryginalność i niesamowity wkład pracy jaki został w niego włożony. Dzięki temu jest wyraźnym, jaśniejącym punktem na mapie materiałów jakie stworzył przez lata zespół.
Poniżej tegoroczna reedycja "Black Hand Inn" wydana przez Nosie. Nie będę kolejny raz wypowiadał się w tym temacie, bo co było do napisania zostało już napisane. Dodam tylko, że powinni byli to wydać w takiej formie jak zostało to zrobione w chociażby w przypadku Celtic Frost. Te płyty w pełni na to zasługują!
Kolejna sprawa o której watro wspomnieć omawiając ten album to wieńczący ją utwór "Genesis (The Making and the Fall of Man), najdłuższa (ponad 15 minut) i najbardziej złożona kompozycja w historii Running Wild. Jak na ich twórczość bardzo eksperymentalna i najdłużej powstająca (z przerwami 18 miesięcy).Był to jak najbardziej odważny i bez wątpienia ambitny krok, ale mam wrażenie, że przeładował płytę i stanął swym rozmachem w drobnym kontraście do reszty albumu. Może lepiej by się sprawdził jako np. oddzielna, limitowana epka "dla chętnych"? Cóż, tego nigdy się już nie dowiemy. Mimo to, i tak można powiedzieć, że "Black Hand Inn" charakteryzuje niesamowita spójność, zarówno muzyczna, tekstowa, jak i graficzna. No właśnie, okładka. Praca Andreasa Marshalla precyzyjnie odzwierciedla to co na tym wydawnictwie zawarł zespół. Mamy tu nie tylko snującego opowieści kapitana, ale też personifikację wspomnianej rozpiętości czasowej opowiadań poprzez przedstawienie Rolfa z jego lat dzieciństwa, czasu kiedy nagrywana była płyta, oraz domniemanego okresu starości (rzeczony kapitan). Strzał w dziesiątkę!
Podsumowując, mimo faktu, że rzeczony album nie zalicza się do mojej ścisłej czołówki RW, to bardzo go lubię, a jeszcze bardziej szanuję za oryginalność i niesamowity wkład pracy jaki został w niego włożony. Dzięki temu jest wyraźnym, jaśniejącym punktem na mapie materiałów jakie stworzył przez lata zespół.
Poniżej tegoroczna reedycja "Black Hand Inn" wydana przez Nosie. Nie będę kolejny raz wypowiadał się w tym temacie, bo co było do napisania zostało już napisane. Dodam tylko, że powinni byli to wydać w takiej formie jak zostało to zrobione w chociażby w przypadku Celtic Frost. Te płyty w pełni na to zasługują!
środa, 1 listopada 2017
Running Wild- Blazon Stone (Noise Records 1991/ 2017)
Płyta, która po wielkim "Death or Glory" udowodniła, że Running Wild nie zabłysnął tak jasno tylko na chwilę. Choć pozbawiona patosu i pewnej dozy kompleksowości swojej poprzedniczki pokazała zespół we wciąż znakomitej formie prezentujący na "Blazon Stone" pierwszy w swojej twórczości tak dynamiczny, galopujący, mocarny, a jednocześnie melodyjny materiał. I co ważne, nie ma tu ani jednego utworu o piratach. Mamy za to Dziki Zachód, brytyjską marynarkę, czy Wojnę Dwóch Róż. Płyta jest bardzo spójna i po brzegi wypełniona hiciorami od których reszta materiału praktycznie w ogóle nie odstaje. Znajdzie się potężny, tytułowy "Blazon Stone" z pierwszym tak konkretnym w historii zespołu intrem, chwytliwe i zapierające dech w piersiach "Lonewolf" oraz "White Masque", marszowy "Heads or Tails" no i rzecz jasna singlowy "Little Big Horn". Klasa!
Kolejna sprawa to zmiany personalne na pokładzie RW. Wraz z końcem trasy promującej "Death or Glory" nastąpiła zmiana za perkusją. W miejsce Iana Finlay'a wskoczył AC, a na dwa tygodnie przed rozpoczęciem nagrywania "Blazon Stone" Majka Motiego zastąpił Axel Morgan. Przez tą roszadę na gitarach, Kasparek był zmuszony zarejestrować wszystkie ścieżki wioseł samodzielnie, zostawiając Morganowi tylko solówki. Nowy członek zespołu najnormalniej w świecie nie zdążyłby opanować całości materiału na tyle dobrze aby wziąć pod tym kątem udział w sesji. Płyta idąc w ślady "Death or Glory" okazała się sukcesem. Może zespół nie był tak rozchwytywany jak poprzednio, ale na pewno ich koncerty stały się wtedy jeszcze bardziej widowiskowe, pełne pirotechniki i pirackiego klimatu. Osobiście uważam ten album za płytę, która dała bodziec i była iskrą dającą początek temu czego można doświadczyć na "Pile of Skulls". Połączenia epickości oraz klimatu"Death or Glory" z niebywałą energią i dynamizmem obecnym na omawianym krążku. Dla fanów Running Wild to czysty kult, dla pozostałych pozycja obowiązkowa na Heavy Metalowym szlaku. Nie można i nie wolno przejść koło niej obojętnie!
Kolejna sprawa to zmiany personalne na pokładzie RW. Wraz z końcem trasy promującej "Death or Glory" nastąpiła zmiana za perkusją. W miejsce Iana Finlay'a wskoczył AC, a na dwa tygodnie przed rozpoczęciem nagrywania "Blazon Stone" Majka Motiego zastąpił Axel Morgan. Przez tą roszadę na gitarach, Kasparek był zmuszony zarejestrować wszystkie ścieżki wioseł samodzielnie, zostawiając Morganowi tylko solówki. Nowy członek zespołu najnormalniej w świecie nie zdążyłby opanować całości materiału na tyle dobrze aby wziąć pod tym kątem udział w sesji. Płyta idąc w ślady "Death or Glory" okazała się sukcesem. Może zespół nie był tak rozchwytywany jak poprzednio, ale na pewno ich koncerty stały się wtedy jeszcze bardziej widowiskowe, pełne pirotechniki i pirackiego klimatu. Osobiście uważam ten album za płytę, która dała bodziec i była iskrą dającą początek temu czego można doświadczyć na "Pile of Skulls". Połączenia epickości oraz klimatu"Death or Glory" z niebywałą energią i dynamizmem obecnym na omawianym krążku. Dla fanów Running Wild to czysty kult, dla pozostałych pozycja obowiązkowa na Heavy Metalowym szlaku. Nie można i nie wolno przejść koło niej obojętnie!
niedziela, 29 października 2017
Running Wild- Port Royal (Noise Records 1988/ 2017)
"Port Royal" z 1988 to jedna z trzech, lub nawet ta najważniejsza z płyt w dorobku Running Wild. Przełomowa, ugruntowująca nowo obraną drogę, wg. Kasparka najlepsza jaką wtedy byli w stanie nagrać. Album zostawił za sobą poprzednie bardziej surowe oblicze zespołu, brzmienie i kompozycje grupy stały się bardziej dopracowane (to co wyczynia tu na basie Jens Becker to coś niebywałego, nie tak często ma się do czynienia z albumami na których ten instrument gra tak istotną rolę), bardzo dojrzałe, nieco bardziej melodyjne, ale nie mniej energetyczne i porywające. Podobnie stało się z samymi tekstami. Zaczęły poruszać poważniejszą tematykę ("Uaschitschun" opowiadający o zagładzie Indian i świata w którym żyli, "Warchild" poruszający kwestię dzieci wysyłanych do walki, czy bardzo dobrze znany "Conquistadores"), a same liryki o tematyce pirackiej zaczęły bazować na literaturze, a nie tylko i wyłącznie filmach, jak to było w przypadku "Under Jolly Roger", wystarczy wsłuchać się w tytułowy "Port Royal" czy zamykający płytę "Calico Jack", to klasa sama w sobie. Sama muzyka Running Wild może zatraciła gdzieś tego pazura i surowość pierwszych wydawnictw, stając się bardziej dopracowaną, ale jednocześnie jeszcze bardziej chwytliwą, dynamiczną i tak niesamowicie charakterystyczną (nawet nie czuję jak rymuję haha!). To właśnie na "Port Royal" Running Wild wypracował swój niepowtarzalny styl z którego zasłynął i który uczynił ich sztukę niepowtarzalną. Udało im się stworzyć dzieło, które stale broni się przed upływem czasu i któremu wciąż udaje się czarować kolejne rzesze metalowych maniaków. Moim zdaniem tylko wydanemu przez nich rok później "Death or Glory" udało się prześcignąć fenomen omawianej tutaj płyty.
Ciekawostką dotyczącą tego albumu jest jego okładka (nobel dla Stefana Krugera w dziedzinie cover- artu!). Jak wiadomo na grafice z jej frontu, która powstała zanim nagrany został album, widnieje w składzie Stefan Schwarzmann, który nagrał na "Port Royal" ścieżki perkusji. Natomiast na jej tylnej części mamy zdjęcie Iana Finlay'a pozornie sugerujące, iż to jego robota. Stało się tak ponieważ Stefan zaraz po odwaleniu swojej części roboty opuścił Running Wild zasilając szeregi U.D.O., a na jego miejsce wskoczył wtedy Ian. Zespół postanowił, mimo wszystko, uhonorować go miejscem w składzie już na "Port Royal" mimo, że nie miał tutaj swojego wkładu.
Podsumowując niniejszy album jest jednym z najjaśniejszych i najbardziej istotnych punktów w dyskografii Running Wild i powiedziałbym, że jednym z najlepszych materiałów jakie spłodziła niemiecka scena lat 80-tych. Każdy fan klasycznego Heavy Metalu powinien ją znać, bo to bez wątpienia jeden z kamieni milowych tego typu grania. Klasyk już wtedy i klasyk do tej pory!
Poniżej tegoroczna reedycja owej płytki. Jakość tych wznowień omawiałem już przy okazji recenzji "Death or Glory", także nie będę się powtarzał. Mam co do nich neutralny stosunek, ani nie piętnuję, ani specjalnie nie wychwalam. Wszyscy wiemy, że fakt faktem można było to zrobić lepiej. Cóż, ważne, że brzmieniowo naprawdę dają radę.
Ciekawostką dotyczącą tego albumu jest jego okładka (nobel dla Stefana Krugera w dziedzinie cover- artu!). Jak wiadomo na grafice z jej frontu, która powstała zanim nagrany został album, widnieje w składzie Stefan Schwarzmann, który nagrał na "Port Royal" ścieżki perkusji. Natomiast na jej tylnej części mamy zdjęcie Iana Finlay'a pozornie sugerujące, iż to jego robota. Stało się tak ponieważ Stefan zaraz po odwaleniu swojej części roboty opuścił Running Wild zasilając szeregi U.D.O., a na jego miejsce wskoczył wtedy Ian. Zespół postanowił, mimo wszystko, uhonorować go miejscem w składzie już na "Port Royal" mimo, że nie miał tutaj swojego wkładu.
Podsumowując niniejszy album jest jednym z najjaśniejszych i najbardziej istotnych punktów w dyskografii Running Wild i powiedziałbym, że jednym z najlepszych materiałów jakie spłodziła niemiecka scena lat 80-tych. Każdy fan klasycznego Heavy Metalu powinien ją znać, bo to bez wątpienia jeden z kamieni milowych tego typu grania. Klasyk już wtedy i klasyk do tej pory!
Poniżej tegoroczna reedycja owej płytki. Jakość tych wznowień omawiałem już przy okazji recenzji "Death or Glory", także nie będę się powtarzał. Mam co do nich neutralny stosunek, ani nie piętnuję, ani specjalnie nie wychwalam. Wszyscy wiemy, że fakt faktem można było to zrobić lepiej. Cóż, ważne, że brzmieniowo naprawdę dają radę.
piątek, 22 września 2017
Running Wild- Pile of Skulls (1992/ 2000 Noise/ Nems Eterprises)
Od tej płyty zacząłem niegdyś swoją przygodę z Running Wild, i choć moim numerem jeden jest u nich "Death or Glory", to do "Pile of Skulls" mam największy sentyment. Wciąż, nieprzerwanie słucham jej z wypiekami na twarzy, ani jednego słabego utworu, ani jednego zbytecznego dźwięku, dzieło kompletne i tak niesamowicie nośne, że nie sposób po przesłuchaniu nie nucić pod nosem tych numerów, czy nawet śpiewać je razem z zespołem podczas słuchania.Po genialnym "Blazon Stone" (czy właściwie Running Wild nagrał jakąś kiepską płytę między swoim powstaniem, a 2000 rokiem?) nastąpiła drobna zmiana w składzie, nie tyle co odszedł AC (zmieniony przez znanego już dobrze Schwarzmanna), ale na stanowisku basisty w miejsce Jensa Beckera pojawił się Thomas Smuszyński. I wpasował się znakomicie. Zawsze uważałem Beckera za jeden z filarów Running Wild- jego partie basu to istna poezja na każdej z nagranych z nim płyt, ale Thomas okazał się godnym następcą i też pokazał klasę.
"Pile of Skulls" jest kolejnym krokiem naprzód w brzmieniu Running Wild, mamy tu większy nacisk na sekcję rytmiczną, mocarniej, zadziorniej, ale i bardziej melodyjnie za jednym zamachem. Wszystko sprawia, że mamy tu same metalowe hiciory oraz olbrzymi klasyk w postaci "Treasure Island". Niesamowity, bardzo klimatyczny (cała płyta mogła by być ścieżką dźwiękową do jakieś dobrego filmu o korsarzach, a sama okładka autorstwa Marshalla wieńczy temat, atmosfera jest tu nie do podrobienia) drugi po "Battle of Waterloo" tak rozbudowany utwór w repertuarze zespołu. Jest to także ich najbardziej naszpikowane piracką tematyką dzieło. Czego można chcieć więcej? Grupa pokazała, że w zdominowanych Death i Black Metalem latach 90-tych wciąż powstawały potężne heavy metalowe dzieła, a niestety docenione dopiero po latach. Dla mnie bezapelacyjnie pierwsza trójka Running Wild i płyta na której zespół jest w szczytowej formie!
Poniżej reedycja "Pile of Skulls" wydana przez argentyńską Nems Eterprises w 2000. Poza bardzo smacznymi bonusami min. z singla "Lead or Gold" na plus działa fakt, że ów wznowienie w niczym nie odbiega jakościowo od wydań europejskich, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że biorąc pod uwagę reedycje wyszło lepiej (a cena niższa). Także jeżeli ktoś napotka wydania Nems chcąc skompletować sobie dyskografię Running Wild, to bardzo polecam sięgnąć właśnie po nie.
piątek, 18 sierpnia 2017
Running Wild- Death or Glory (Noise Records 1989/ 2017)
Bez wątpienia jest to najlepszy album niemieckich prekursorów tzw. pirate metalu, spierać się nie ma sensu bo to arcydzieło nie tylko, nowo powstałego wtedy "gatunku", ale po prostu ogólnie pojętego heavy metalu. Album wypełniony jest po brzegi niesamowitymi riffami, masą wspaniałych, zapadających w pamięć melodii i świetnych tekstów. W swoim czasie było to niewątpliwie oryginalne i wyróżniające się granie. Klimat jaki tworzą "Evilution", "Running Blood" i "Battle of Waterloo" (konkurować z nim może tylko "Treasure Island" z płyty "Pile of Skulls") to kolejna cecha na plus. Jest podniosły, majestatyczny, a jednocześnie pełen mocy. Pamiętam jak kiedyś wracając skądś pks-em słuchałem tej płyty, a za oknem zachodziło słońce, niebo skąpane było w czerwonej poświacie, powoli nastawał mrok. Soundtrackiem do tego zjawiska było intro do "Evilution". Wciąż gdy słyszę ten utwór mam przed oczami ten obraz, coś niesamowitego. Kompozycje takie jak nieśmiertelny, koncertowy hymn "Riding the Storm", "Marooned", "Tortuga Bay" czy "Bad to the Bone" to już konkretne, szybkie i melodyjne galopady w których nie sposób nie śpiewać razem z zespołem, klasyka w ich dorobku. Alubum pomimo tylu już lat od nagrania nie starzeje się ani trochę.
Rok w którym ukazał się "Death or Glory" to szczyt popularności Running Wild i najlepszy skład, którym dysponował Rolf, na basie był wciąż Jens Becker (obecnie od dawna w Grave Digger), na drugiej gitarze Majk Moti, a za garami Iain Finlay. Wtedy też dawali najlepsze koncerty. Drobną tego namiastką jest nagranie jednego z występów w niemieckim klubie, które był niejako rozgrzewką przed pełną trasą. Materiał ten ukazał się na kasecie VHS ("Death or Glory Tour"), a w chwili obecnej krąży też na dvd jako bootleg. Dziwi mnie bardzo, że pomimo swojej popularności na przełomie lat 80-tych i 90-tych nigdy nie koncertowali poza Europą. Płyta "Death or Glory" nie tylko ponowiła sukces "Port Royal", ale przerosła go dwukrotnie osiągając 100 tys. sprzedanych egzemplarzy albumu w samych Niemczech, a 2 mln. na całym świecie stając się running-wildowym bestsellerem.Jak sami widzicie, wyrażam się o tej płycie w samych superlatywach. Inaczej być nie może, bo po prostu uwielbiam ten album, nie powiem i nie dam powiedzieć o nim złego słowa. Młodym słuchaczom, którzy dopiero przymierzają się do Running Wild polecam zacząć właśnie tutaj, "Under Jolly Roger", chociaż przełomowy i równie udany, zostawcie sobie na potem.
Przedstawiona poniżej, tegoroczna reedycja, tak oczekiwana, niestety w moich oczach nie do końca sprostała wyzwaniu. Poza naprawdę bardzo dobrym brzmieniem, co jest głównym powodem dla którego warto to mieć, oraz bonusowym dyskiem z epką "Wild Animal" i dwoma podrasowanymi oryginałami z 2003 roku (po co to było to nie wiem) niespecjalnie ma się czym pochwalić. W porównaniu z tym jak Noise wydał reedycje Kreator (pomijam tu okładki o które wszyscy mają ból dupy) i Celtic Frost, Running Wild wypada nieco blado. Co prawda są ciekawe liner notes, jest co poczytać, ale poza tym cieniutko, tekstów utworów brak jakby się ktoś pytał. Zdjęcia zawarte w booklecie to nic ponad to co można znaleźć w internecie lub wersji winylowej albumu. Sam digipak (bo nie digibook) też jakiś biednawy i mało solidny. W skali szkolnej dałbym temu wydaniu 4/6, jest po prostu dobrze i nic ponadto, a zgodzicie się, że płyty Running Wild, zwłaszcza te klasyczne zasługują na wyjątkowe potraktowanie. Ani nie odradzam zakupu, ani specjalnie nie polecam owego wznowienia. Pewnym jest, że nie są adekwatne do swojej wysokiej ceny.
piątek, 5 sierpnia 2016
Running Wild- The First Years of Piracy (Noise 1991)
Tak jak wcześniej zapowiadałem, serwuję kolejny post dotyczący jednej z płyt Running Wild. "The First Years of Piracy" wydana niedługo po "Blazon Stone" to jednocześnie kompilacja jak i pełny album. Zespół postanowił odświeżyć i nagrać ponownie 10 wybranych utworów z 3 pierwszych płyt. Zabiegi typu "nagrajmy coś starego na nowo" nie zawsze wychodzą zespołom na dobre. Robił to już min. Manowar, Flotsam and Jetsam, Gorgoroth, Moonspell, planuje zrobić Vader. Czasem efekt jest świetny i płyta nabiera nowej jakości (jak na przykład "Battle Hymns" Manowar), a czasem jest to bądź co bądź porażka i zabieg tak naprawdę niepotrzebny. Co się tyczy Running Wild to w ich przypadku jest to jak najbardziej udane wydawnictwo. Takie klasyki jak "Under Jolly Roger", Raw Ride", "Diamonds of the Black Chest" czy "Prisoner of Our Time" nabrały mocy i dynamiki.
Wszystkie wybrane utwory zagrane zostały nieco szybciej, podrasowane zostało ich brzmienie dzięki czemu brzmią mocarniej i dojrzalej. Słychać też, że wokale Rolfa z biegiem czasu zyskały na jakości, są pewniejsze i bardziej klarowne, jest tu w szczycie formy. Cóż, praktyka czyni mistrza.
Gdyby "The First Years of Piracy" poprzedzał "Blazon Stone" to można by było pomyśleć, że został zastosowany zabieg podobny do tego, o który pokusiła się Metallica wypuszczając "Garage Days Re- Revisited". Płytka miała być poniekąd wprowadzeniem w zespół i przedstawieniem fanom nowego basisty w postaci Jasona Newsteda. W ten sam sposób Running Wild mogło wprowadzić do grupy Axela Morgana i AC, ale jak widać zamierzenie był w tym przypadku inne i chodziło konkretnie o odświeżenie staroci.
Podsumowując płyta wyszła genialnie i nie ma co się czaić do zakupu (jeżeli znalazłyby się osoby, które nie są do tego przekonane) jak goły do pokrzyw, a brać jak leci. Proces rewitalizacji wypadł tu przednio, i w tym przypadku lepsze nie było wrogiem dobrego. Zespół gra tutaj jakby miało nie być jutra! Pierwyj sort!
Wszystkie wybrane utwory zagrane zostały nieco szybciej, podrasowane zostało ich brzmienie dzięki czemu brzmią mocarniej i dojrzalej. Słychać też, że wokale Rolfa z biegiem czasu zyskały na jakości, są pewniejsze i bardziej klarowne, jest tu w szczycie formy. Cóż, praktyka czyni mistrza.
Gdyby "The First Years of Piracy" poprzedzał "Blazon Stone" to można by było pomyśleć, że został zastosowany zabieg podobny do tego, o który pokusiła się Metallica wypuszczając "Garage Days Re- Revisited". Płytka miała być poniekąd wprowadzeniem w zespół i przedstawieniem fanom nowego basisty w postaci Jasona Newsteda. W ten sam sposób Running Wild mogło wprowadzić do grupy Axela Morgana i AC, ale jak widać zamierzenie był w tym przypadku inne i chodziło konkretnie o odświeżenie staroci.
Podsumowując płyta wyszła genialnie i nie ma co się czaić do zakupu (jeżeli znalazłyby się osoby, które nie są do tego przekonane) jak goły do pokrzyw, a brać jak leci. Proces rewitalizacji wypadł tu przednio, i w tym przypadku lepsze nie było wrogiem dobrego. Zespół gra tutaj jakby miało nie być jutra! Pierwyj sort!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























