Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roadrunner Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roadrunner Records. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 sierpnia 2017

King Diamond- Fatal Portrait (Roadrunner Records 1986/1997)

Po rozpadzie Mercyful Fate nie trzeba było długo czekać na to by King Diamond znów dał o sobie znać. Dosyć szybko sformował nowy zespół pod swoim szyldem biorąc na pokład dwóch członków składu Mercyful Fate w osobach Michaela Dennera oraz Timiego Hansena, dopełniając go znakomitym perkusistą Mikkeim Dee i niezwykle utalentowanym, młodym gitarzystą Andym LaRocque. Z taką oto ekipą już w 86' nagrał jakże udany, emanujący świeżością i klimatem debiut. Muzyka Króla, w stosunku do tej z poprzedniego zespołu, stała się bardziej kompleksowa, można powiedzieć teatralna, kładąca nacisk na budowanie atmosfery. Bezpośrednie, mocne numery o klasycznej strukturze przekształciły się w heavy metal o bardziej przemyślanym obliczu, złożonym, wypełnionym finezyjnymi solówkami, melodiami, lecz wciąż zachowującymi konkretny pazur i jeszcze większą dawkę mroku (co można uznać za cechą wspólną obu twórczości). Iście szatańska tematyka Mercyful Fate ustąpiła miejsca opowieściom rodem z najmroczniejszych horrorów, a każdy album stał się jedną odrębną historią. Na "Fatal Portrait" wyjątkowo opowieść budują tylko cztery pierwsze utwory oraz wieńczący płytę "The Haunted", pozostałe żyją swoim własnym życiem. Niniejsza płyta to pierwszy krok, swoista zapowiedź konceptów, które już wraz z nadejściem "Abigail" władać będą każdą płytą grupy. "Fatal Portrait" to jedno z najlepszych dzieł Diamonda, wejście z hukiem w nowy etap twórczości, wypełniony masą pomysłów, a przede wszystkim niezaprzeczalną oryginalnością oraz znakomitym brzmieniem. Na krążku znalazły się takie nieśmiertelne klasyki jak "Halloween" (wydany także jako singiel), "Dressed in White" czy otwierający płytę "The Candle". Wydaniu płyty towarzyszył także drugi singlowy materiał, bardzo dobrze znany każdemu fanowi Kinga-  "No Presents for Christmas". Album odniósł spory sukces, w samych Stanach rozeszło się 100 tys. egzemplarzy płyty, a zespół ruszył w swoją pierwszą trasę, promując swoje dzieło u boku Megadeth.
"Fatal Portrait" to dla mnie jeden z niezaprzeczalnych, wyróżniających się klasyków sceny metalowej lat 80-tych i obok "Abigail" oraz "Them" najjaśniejszy punkt w twórczości zespołu, który wypełnia niesamowita energia i pasja. To jedna z tych płyt, których przynajmniej raz w życiu trzeba posłuchać! Król jest tylko jeden!


czwartek, 2 lutego 2017

Satyricon- Satyricon (Kaleidoscope/ Roadrunner Records 2013)

Od pewnego czasu biję się w pierś, że nie zainteresowałem się tą płytą wtedy jak się ukazała. Po prostu wstyd. No ale przyznaję się do błędu i staram teraz nadrabiać zaległości. Satyricon niesamowicie mnie zaskoczył, nagrał płytę nieszablonową, bardzo emocjonalną, z naciskiem na atmosferę. Niemniej jednak został zachowany balans pomiędzy intensywnością, odpowiednią dawką siarki, a subtelnością oraz mistyczną aurą. Uważam, że jest to album na miarę dojrzałego, doświadczonego, w pełni świadomego siebie zespołu, który nie boi się eksperymentów i nie przejmuje się opinią innych.
W klimat "Satyricon" wprowadza nas marszowe, podniosłe intro "Voice of Shadows", po nim otwierają się przed słuchaczem wrota do osobnego, powiedziałbym refleksyjnego świata jakim jest owa płyta. Motywem przewodnim tego materiału są przede wszystkim klimatyczne utwory o średnich tempach nacechowane nostalgiczną melodyką i nieco nieszablonową aranżacją. Najlepszym przykładem są tu "Nocturnal Flare", płynący, miejscami nastrojowy "The Infinity of Time and Space" i znakomity, nietypowy jak na Satyricon "Phoenix" (jak wchodzi refren to autentycznie mam ciary haha, a jak niesamowicie brzmi w wykonaniu z Norweskim Chórem Narodowym!) do którego tekst napisał oraz głosu użyczył Sivert Hoyem, jeden z bardziej znanych norweskich muzyków rockowych (znany zarówno z własnego projektu solowego jaki i zespołu Madrugada). Nie brakuje tu też szybszych i mocniejszych akcentów, typowo satyriconowych jak "Tro Og Kraft" (spokojnie mógłby znaleźć sobie miejsce na którymś ze starszych wydawnictw grupy), "Walker Upon the Wind", czy "Ageless Northern Spirit". Jest jeszcze "Nekrohaven", które z marszu posądziłem o pokrewieństwo z "King", głównie ze względu na pewną przebojowość, chwytliwość i podobną strukturę.
Bez wątpienia jest to płyta, która obudziła we mnie spore pokłady emocji, nic ostatnio tak na mnie nie podziałało jak właśnie "Satyricon", zapewne w najbliższym czasie jeszcze kilka razy ją przesłucham, bo apetyt nie został w pełni zaspokojony. Żywię niesamowity szacunek do twórców którzy potrafią nagrywać dzieła, które docierają do wnętrza człowieka, które samoczynnie stymulują pewną wrażliwość. I tak właśnie jest w tym przypadku.
Z tego co zdążyłem się zorientować to album wzbudził dosyć skrajne emocje wśród fanów, był oceniany zarówno bardzo negatywnie (widziałem nawet opinie sugerujące, że nie jest godzien nazwy "Satyricon"!) jak i pozytywnie, ale to chyba działa na plus, potwierdza fakt, że materiał nie jest mdły i nijaki, że czymś się wyróżnia, że ma moc oddziaływania, a to w sztuce jest najważniejsze! Moja osobista ocena jest oczywista, polecam po tysiąckroć!