Drugi album w dorobku Dissection darzony jest chyba jeszcze większym poważaniem niż ich debiut - "The Somberlain". Zespół w nieco zmienionym składzie - z Johanem Normanem na drugiej gitarze - powrócił w 1995 do studia Unisound i rozpoczął wraz z Danem Swano pracę nad kolejnym materiałem. Płyta ugruntowała pozycję zespołu na szwedzkiej scenie oraz ich unikalny styl, będący melodyjną mieszanką Death oraz Black Metalu. "Storm of the Light's Bane" to album dojrzały i oszlifowany, przemyślany w każdym aspekcie. W porównaniu do swojego poprzednika ma potężniejsze, bardziej dopracowane brzmienie, jest miejscami niemal epicki. Wciąż podbudowany Death Metalem w szwedzkim stylu, aczkolwiek stale rozwijający szerzej Black Metalowe patenty w ścieżkach gitar i atmosferze kompozycji. Złowieszczy, acz pełen patosu klimat i otaczające nas zewsząd molowe roje aż nadto to potwierdzają. Powstało dzieło na tyle pionierskie i znaczące dla sceny, że swoją wartością można je niemal porównywać do "De Mysteriis Dom Sathanas" Mayhem. Dissection wraz z At the Gates byli wtedy pionierami lekko melodyjnego stylu grania; charakterystycznego brzmienia, które potem naśladowało i rozwijało tak wiele zespołów, z Sacramentum oraz Gates of Ishtar na czele.
"Where Dead Angels Lie" oraz "Night's Blood", które znalazły się na płycie, to jedne z czołowych utworów w dorobku Dissection, wizytówki zespołu, ich unikalnej sztuki. Już one świadczą o tym, jak potężna była to wtedy grupa i w jakiej była formie twórczej. Płyta wydana została w prężnie rozwijającej się Nuclear Blast, mającej u siebie takie zespoły jak Pungent Stench, Dismember, Hypocrisy czy Benediction. Album okazał się ogromnym sukcesem i zaowocował wspólnymi trasami Dissection z Dimmu Borgir, Cradle of Filth, Gorgoroth, Satyricon, At the Gates oraz Morbid Angel.
"Storm of the Light's Bane" to bez wątpienia jeden z kamieni milowych nie tylko szwedzkiej sceny, ale też niesamowicie wręcz wpływowy materiał zarówno dla Death, jak i Black Metalu. Klasyk po wsze czasy i nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości!
English translation:
The second album in Dissection's discography is probably even more respected than their debut - "The Somberlain". The band in a slightly changed line-up - with Johan Norman on the second guitar - returned to Unisound in 1995 and started working with Dan Swano on the next material. The album strengthened the position of the band on the Swedish scene and the unique style of the group, which is a melodic mix of Death and Black Metal. "Storm of the Light's Bane" is a mature and polished album, thought out in every aspect. Compared to its predecessor, it has a more powerful, more refined sound, it is almost epic in some places. Still rooted in Death Metal in the Swedish style, although constantly developing Black Metal patents in the guitar tracks and the atmosphere of the composition. The ominous, yet full of pathos, climate and the minor swarms that surround us from everywhere confirm this without a doubt. The work they created was so pioneering and significant for the scene that its value can almost be compared to "De Mysteriis Dom Sathanas" by Mayhem. Dissection and At the Gates were then pioneers of a slightly melodic style of playing, a characteristic sound that was later copied and developed by so many bands, with Sacramentum and Gates of Ishtar at the forefront.
"Where Dead Angels Lie" and "Night's Blood", which are on the album, are one of the leading songs in Dissection's career, the showcase of the band's unique art. They already prove how powerful the group was then and in what creative form they were. The album was released in the dynamically developing Nuclear Blast, the label having such bands as Pungent Stench, Dismember, Hypocrisy and Benediction in their roster. The album was a huge success and resulted in joint tours with Dimmu Borgir, Cradle of Filth, Gorgoroth, Satyricon, At the Gates and Morbid Angel.
"Storm of the Light's Bane" is undoubtedly one of the milestones, not only of the Swedish scene, but also incredibly influential material for both Death and Black Metal. A classic for all time and there is no doubt about it!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2002. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2002. Pokaż wszystkie posty
piątek, 3 stycznia 2020
niedziela, 18 listopada 2018
Reverend Bizarre- In the Rectory of the Bizarre Reverend (Sinister Figure 2002/ Season of Mist 2005)
![]() |
| "Sabat Czarownic", Franciso Goya, 1798 |
"In the Rectory of the Bizarre Reverend" to encyklopedia Doom Metalu, ten styl w pigułce, istny podręcznik jak tworzyć w tym gatunku, jego cała esencja zebrana na jednym krążku i pierwszy tego typu materiał jaki pojawił się na fińskiej scenie. Kompozycje tu zawarte są walcowate posępno-nostalgiczne, gęste niczym smoła w czarcim kotle, o potężnym niskim brzmieniu. Powolnym, monstrualnym riffom podbijanym przez toczącą się miarowo perkusję towarzyszą mocno osadzone, czyste wokale o tęsknym, refleksyjnym wydźwięku. Tylko co jakiś czas ów apokaliptyczne hymny przerywane są chwilowym przyspieszeniem, żeby za moment wrócić do swojej pierwotnej formy. Poza oczywistym hołdem dla brzmień weteranów, a za razem protoplastów Doom Metalu, Reverend Bizarre poszedł jeszcze dalej w ciężarze i brzmieniu, a w tekstach odnosił się nie tylko do mocy piekielnych, okultyzmu, zagłady i śmierci, ale również do twórczości Tolkiena poprzez trwający ponad 20 minut utwór "Cirith Ungol", w którym to pokusili się nawet o skorzystanie ze stworzonej przez autora "Czarnej Mowy". Kolejną ciekawostką i odniesieniem o jakie pokusił się zespół jest sam tytuł płyty, który po chwili zastanowienia prowadzi nas do debiutanckiej płyty King Crimson "In the Court of the Crimson King". Na album składa się 6 kompozycji trwających średnio po 10 minut każda, co ze wspomnianym "Cirith Ungol", daje ponad 70 minut muzyki, która bynajmniej nie nudzi. Mimo pewnej monotonii album wciąga i daje wrażenie jednej, spójnej snującej się powoli historii z okazjonalnymi zwrotami akcji. Jest jak księga, którą należy przeczytać od deski do deski, bo tylko w takiej formie odkrywa przed słuchaczem cały swój potencjał.
"In the Rectory of the Bizarre Reverend" jest niewątpliwie jednym z kamieni milowych Doom Metalu i nie tylko klasykiem swojego czasu, ale myślę, że już ogólnie tego typu grania. Wyznaczył nowe standardy i dał początek, a może bardziej bodziec, do działania dla kolejnych grup ze swojego kraju. To płyta z gatunku tych, których nie można nie znać, a przynajmniej nie kojarzyć. Mimo tego, że zespół nie istnieje już od ładnych paru lat to zostawił po sobie znaczące i inspirujące dziedzictwo.
Poniżej 2-płytowe wznowienie niniejszej płyty popełnione przez Season of Mist w 2005 roku. Jako bonus, na drugim dysku dodana została Epka "Return to the Rectory" zawierająca niepublikowane wcześniej utwory, a która do tej pory dostępna była tylko w wersji winylowej.
https://www.facebook.com/Reverend-Bizarre-15345610646/
sobota, 29 września 2018
Venedae- Siedem Kamiennych Oblicz (Eastside 2002)
Jedna z pierwszych płyt, która tak na dobrą sprawę wprowadziła mnie w Pogańską tematykę i estetykę w metalu. Ten album bytowskiego Venedae towarzyszy mi nieprzerwanie już od jakiś 15-16 lat. Sentyment jaki mam do tego materiału jest niegasnący. Zetknąłem się z nim będąc jeszcze w szkole gimnazjalnej, w momencie kiedy z bardziej ekstremalnymi brzmieniami w metalu czy z podziemiem w ogóle nie miałem styczności, a jeżeli już to bardzo niewielką, wręcz marginalną. W tamtym czasie spotkałem się po raz pierwszy z takimi grupami jak Nokturnal Mortum, Dub Buk, Temnozor, Graveland, ale to jeszcze wtedy nie była moja muza. Musiały minąć jeszcze ze 2 lata zanim ostatecznie zatopiłem się w tych brzmieniach. No, ale na bok te mniej istotne wspominki i do rzeczy. "Siedem Kamiennych Oblicz" (tak, wiem, że tytuł jest z błędem, ale trzymam się już tego co zostało wydrukowane) poznałem dzięki koledze z klasy (dzięki Piotrze!), który przytargał ten cd do szkoły, aby puszczać w radiowęźle (możecie nie wierzyć, ale tak właśnie było, z głośników na korytarzu wydobywał się kawałek "Gniazdo"). Będąc wtedy jeszcze na etapie Black Sabbath, AC/DC, Metalliki, Maidenów nie do końca byłem do tego grania przekonany, no ale ziarno zostało zasiane i później już sam po nią sięgnąłem i katowałem ile wlezie.
Na tej płycie wszystko się zazębia. Świetny klimat, chwytliwe riffy i dające się zapamiętać melodie, akustyczne przerywniki, budujące atmosferę spowolonienia, no i teksty... Tak, wrzynają się w pamięć tak mocno, że po paru odsłuchach zna się je na pamięć. Warto wspomnieć, że na płytce udzielił się Rob Darken z Graveland nagrywając instrumentalną/ samplowo- klawiszową wstawkę w "Na Ośnieżonych Polach Bitewnych...". Nie uwzględniony jest również w trackliście cover Graveland "For Pagan and Heretic's Blood" na którym Wened zabrzmiał wokalnie prawie jak sam Darken.
Dla mnie osobiście "Siedem Kamiennych Oblicz" ma bardzo nostalgiczny charakter, nie dość, że to masa wspomnień to jeszcze jedna z płyt, która otworzyła przede mną niegdyś drzwi podziemnej sceny i przedstawiła Pogańskiemu pierwiastkowi w metalowej sztuce, który to do tej pory jest mi bardzo bliski. Wielu powie pewnie, że w tej płycie nie ma nic specjalnie rewelacyjnego, że muzycznie sporo może jej brakować (obiektywnie rzecz biorąc tak jest), ja natomiast nie potrafię jej ocenić inaczej jak tylko mocno subiektywnie. Podobało mi się to granie kilkanaście lat temu i wciąż się podoba, mimo swojej prostoty. Ten album był, jest i będzie dla mnie dziełem pod wieloma względami wyjątkowym.
Na tej płycie wszystko się zazębia. Świetny klimat, chwytliwe riffy i dające się zapamiętać melodie, akustyczne przerywniki, budujące atmosferę spowolonienia, no i teksty... Tak, wrzynają się w pamięć tak mocno, że po paru odsłuchach zna się je na pamięć. Warto wspomnieć, że na płytce udzielił się Rob Darken z Graveland nagrywając instrumentalną/ samplowo- klawiszową wstawkę w "Na Ośnieżonych Polach Bitewnych...". Nie uwzględniony jest również w trackliście cover Graveland "For Pagan and Heretic's Blood" na którym Wened zabrzmiał wokalnie prawie jak sam Darken.
Dla mnie osobiście "Siedem Kamiennych Oblicz" ma bardzo nostalgiczny charakter, nie dość, że to masa wspomnień to jeszcze jedna z płyt, która otworzyła przede mną niegdyś drzwi podziemnej sceny i przedstawiła Pogańskiemu pierwiastkowi w metalowej sztuce, który to do tej pory jest mi bardzo bliski. Wielu powie pewnie, że w tej płycie nie ma nic specjalnie rewelacyjnego, że muzycznie sporo może jej brakować (obiektywnie rzecz biorąc tak jest), ja natomiast nie potrafię jej ocenić inaczej jak tylko mocno subiektywnie. Podobało mi się to granie kilkanaście lat temu i wciąż się podoba, mimo swojej prostoty. Ten album był, jest i będzie dla mnie dziełem pod wieloma względami wyjątkowym.
piątek, 23 lutego 2018
Besatt- Hellstorm (Undercover Records 2002/ Warheart Records 2018)
Klasyk w dorobku Besatt! Powiem szczerze, że chyba nawet cenię sobie "Hellstorm" wyżej niż kultowy "Hail Lucifer". Dzięki tegorocznej reedycji tej płyty miałem szansę wrócić sobie do tego albumu ponownie po dłuższej przerwie. Cholera, ten piekielnik w ogóle się nie zestarzał i wciąż poniewiera tak samo jak przy pierwszym odsłuchu. Dla mnie osobiście ta płyta ma coś w sobie, coś ewidentnie diabelskiego, bo niemożliwością jest żeby tak po prostu powstały riffy o takiej sile rażenia, przesiąknięte takim klimatem, nasączone taką czernią, wylewającą się z każdym dźwiękiem niczym posoka z rany. Do tego sama atmosfera płyty potęguje te odczucia. Przez cały album przetaczają się odgłosy nocnej burzy, pomruk piorunów i szelest padającego deszczu (no w końcu Hellstorm nie?!). Jest wręcz rytualnie. Do tego wszystkiego dochodzi dynamiczne, mocne, acz obskurne w swojej estetyce brzmienie i upiorny wokal Fulmineusa. Obecne tu gitarowe ściany dźwięku wprost emanują siłą i są bardzo czytelne, wyszło to idealnie. Moimi faworytami na krążku są otwierający płytę "Baphomet", następujący po koncertowym klasyku "Ave Master Lucifer", tytułowy "Hellstrom" oraz zamykający album "Devil's Eyes" (pewnymi swoimi cechami, mam wrażenie, przypominający/ nawiązujący do "Drommer Om Dod" Gorgoroth). Rzecz jasna pozostałe są równie dobre, ale te trzy darzę szczególnym sentymentem. Dla mnie jest to płyta praktycznie bez skazy (chociaż od lat wsłuchany w Besatt mogę być tu nieco mało obiektywny hehe).
Teraz parę słów odnośnie wydanej ostatnio i przedstawionej wam poniżej reedycji. Cóż, nie powiem, jakoś mocno mnie nie powaliła, sprawa stricte subiektywna, bo obiektywnie patrząc jest to dobra robota nie odbiegająca od standardów, ktoś bez wątpienia trochę nad tym posiedział. Mi po prostu nie do końca pasuje, akurat w przypadku tej płyty, kolorowa okładka. Zawsze będę czcić czarno-biały oryginał z Undercover Records. Druga sprawa, to brak jakiś memorabiliów w środku, czegoś do poczytania na temat samej płyty. Z drugiej strony, trudno wymagać żeby w każdym wznowieniu to było, jednym się to podoba, jest oczekiwane, innym takiego zabiegu do szczęścia nie potrzeba. Najzwyczajniej jest to solidna acz prosta forma wydania, bez fajerwerków. Za najważniejsze trzeba uważać jednak fakt, że ten szatański wyziew doczekał się wznowienia i że dzięki Warheart Records znów bez problemu można go dorwać. Każdy zwolennik naszego podziemia BM powinien mieć ten tytuł na półce!
http://www.besatt.net/
https://www.facebook.com/Besatt-1597752340516014/ - nowo powstały, oficjalny profil zespołu
https://www.facebook.com/Warheart-Records-136234336741683/
http://www.warheart.org/
Teraz parę słów odnośnie wydanej ostatnio i przedstawionej wam poniżej reedycji. Cóż, nie powiem, jakoś mocno mnie nie powaliła, sprawa stricte subiektywna, bo obiektywnie patrząc jest to dobra robota nie odbiegająca od standardów, ktoś bez wątpienia trochę nad tym posiedział. Mi po prostu nie do końca pasuje, akurat w przypadku tej płyty, kolorowa okładka. Zawsze będę czcić czarno-biały oryginał z Undercover Records. Druga sprawa, to brak jakiś memorabiliów w środku, czegoś do poczytania na temat samej płyty. Z drugiej strony, trudno wymagać żeby w każdym wznowieniu to było, jednym się to podoba, jest oczekiwane, innym takiego zabiegu do szczęścia nie potrzeba. Najzwyczajniej jest to solidna acz prosta forma wydania, bez fajerwerków. Za najważniejsze trzeba uważać jednak fakt, że ten szatański wyziew doczekał się wznowienia i że dzięki Warheart Records znów bez problemu można go dorwać. Każdy zwolennik naszego podziemia BM powinien mieć ten tytuł na półce!
http://www.besatt.net/
https://www.facebook.com/Besatt-1597752340516014/ - nowo powstały, oficjalny profil zespołu
https://www.facebook.com/Warheart-Records-136234336741683/
http://www.warheart.org/
niedziela, 17 lipca 2016
Behemoth- Grom (Solistitium 1996/ Metal Mind 2002)
Wczesne dokonania Behemoth kwalifikują się do mojej ścisłej czołówki naszego rodzimego Black Metalu obok płyt takich grup jak Graveland, Thirst czy North. "Grom" jest jednym z tych albumów, które darzę szczególnym sentymentem. Dlaczego? Choroba, sam nawet nie wiem dlaczego. Ta płyta ma w sobie coś wyjątkowego. To chyba jedyny album pomorskiej hordy, który tak mocno wyróżnia się na tle ich dyskografii. Jedyny w całości inspirowany pogańską tematyką, jedyny zawierający partie gitar akustycznych (w sumie na "Sventevith" też odrobina ich była, ale ilość dosłownie śladowa), jedyny zawierający teksty napisane w całości po polsku ("Lasy Pomorza" oraz "Grom"), nie licząc oczywiście utworu "Chwała Mordercom Wojciecha" z kolejnej płyty, i jedyny na którym użyto żeńskich wokali nagranych przez Celinę, ówczesną dziewczynę Nergala ("The Dark Forest...", "Grom").Zespół przeżywał wtedy fascynację wierzeniami dawnych Słowian (zwłaszcza Nergal) i płyta bez wątpienia to potwierdza. Kompozycje, w przeciwieństwie do dem i debiutu, to nieco inna bajka. To cały czas kawał dobrego black metalu, ale słyszalne są tu echa thrashu oraz fascynacji zespołami pokroju Enslaved. Jest tutaj pewna folkowa domieszka ukryta między wierszami. Brzmienie jest bardziej intensywne, nieco więcej w nim przejrzystości, ale wciąż bardzo surowe, mieszczące się w kanonach Black Metalowej estetyki tamtych lat. Album jest także czymś naznaczającym przełom w działalności Behemoth. Wydanie "Grom" zaowocowało pierwszymi sztukami, dwoma na terenie naszego kraju oraz kilkoma w Niemczech u boku min. Helheim oraz Christ Agony. Nie muszę wspominać, że już wtedy zespół był na celowniku wielu grup z podziemia dla których stał się zdrajcą ideałów i zbieraniną pozerów. Cóż, niegdysiejsze niesnaski na naszej podziemnej scenie BM to temat już na ogół dobrze znany i na tyle rozległy, że można by napisać o tym oddzielną książkę.
Wróćmy jednak do płyty. Jej najjaśniejsze punkty to otwierający "The Dark Forest (cast me your spell)" ze zwolnieniem i partią akustyków, szarżujący "Spellcraft and Hathendom", charakteryzujący się podniosłym klawiszowym intrem "Dragon's Lair (cosmic flames and four barbaric seasons)" oraz tytułowy, bardzo klimatyczny "Grom". Za kultowymi "Lasami Pomorza" jakoś nigdy specjalnie nie przepadałem, ale ostatnio ten kawałek coraz bardziej w moich oczach zyskuje, ma w sobie coś co przyciąga, mimo odrobinę naiwnego tekstu.
Od wydania "Grom" minęło już ponad 20 lat. Myślę, że pomimo upływu czasu ta płyta się nie starzeje i jest doskonałym świadectwem tego jak świetne albumy rodziła w latach 90-tych nasza scena. Pozycja bezapelacyjnie nietuzinkowa, która świetnie się broni po dziś dzień, no i oczywiście solidny kawał historii polskiego black metalu.
Poniżej pierwsze wydanie "Grom" z niemieckiej Solistitum (wreszcie po latach dorwałem!) oraz teoretycznie nieautoryzowana reedycja Metal Mind z 2002 roku, Jak widać obie wersje mało czym się różnią, jedynym zauważalnym szczegółem, poza lablem itd. jest soczystsza kolorystyka poligrafii pierwszego wydania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









