Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warlock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warlock. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 września 2017

Warlock- Burning the Witches (Vertigo/ Phonogram 1984)

Chyba mało kto zaprzeczy, że najlepszy heavy metal lat 80-tych to ten wywodzący się z Niemiec. Helloween, Warlock, Running Wild, Accept, Blind Guardian, Grave Digger, Stormwitch czy właśnie Warlock to chyba najbardziej trafione tego przykłady. Chyba nikt wtedy nie miał sceny tak płodnej w ten gatunek. I w tym heavy metalowym kotle zrodził się Warlock, najprawdopodobniej pierwsza z grup parających się ciężkim graniem z wokalistką na pokładzie, która odniosła znaczący sukces. Rok 1984 to ich pierwszy album, najbardziej surowy i agresywny wśród tych które nagrali- "Burning the Wiches". Owa płyta w przeciwieństwie do kolejnych trzech utrzymana jest w klimacie bliskim pierwszym dwóm longplay'om Running Wild. Jest pazur, chropowate, surowe brzmienie, chwytliwe riffy i przemykający tu i tam diabelski akcent. Nie jest to co prawda moment w którym Doro pokazała w pełni swą wokalną klasę, ale już dała znać, że będzie rywalką niemal nie do przegonienia dla pozostałych Pań w temacie. Jak przystało na generalnie wszystkie płyty z logiem Warlock mamy tu zarówno konkretne, szybkie i ciężkie numery, ale także szczyptę ballad, w których Królowa Metalu może pokazać się z odrobinę innej, bardziej subtelnej strony. Nie ma tu słabego kawałka i dla mnie jest to płyta-klasyk, na miarę "Restless and Wild" Accept czy "Heavy Metal Breakdown" Grave Digger. Po prostu ścisła czołówka klasycznego heavy metalowego grania. Niektórych może odrobinę bawić na wpół bajkowa okładka płyty, ale jak to mówią "don't be fooled by the name" (w tym przypadku "cover"), bo skrywa ona dynamiczne, pełne mocy granie, które przenigdy się nie zestarzeje. Ma w sobie to wszystko co w heavy metalu najważniejsze, pasję i oddanie!
Nie będę owijał w bawełnę i powiem, że Warlock jest dla mnie osobiście jednym z najważniejszych zespołów jakich słucham, szczerze uwielbiam każdą płytę bez wyjątku, przez to może jestem mało obiektywny, ale przynajmniej szczery. Jeżeli ktoś jeszcze nie miał okazji sięgnąć po Warlock lub potraktował ich materiały po macoszemu, niech raz dwa nadrabia temat i sięga po "Burning the Witches" jak i pozostałe płyty tego zespołu. Tak zaczynała Doro i był to jej najlepszy czas!

czwartek, 23 lutego 2017

Doro- Force Majeure (Mercury/ PolyGram 1989)

Z założenia miał to być ostatni album Warlock, jednak z przyczyn takich jak rozpad składu i problemy z prawami autorskimi do nazwy zespołu Doro zmuszona była do realizacji tego materiału na własną rękę i pod własnym nazwiskiem. W nagraniach wziął udział Tommy Henriksen, były basista Warlock oraz dwóch nowych muzyków w osobach Jona Levina (gitara) oraz Bobbiego Rondinelli (perkusja). "Force Majeure" (w kontekście okoliczności towarzyszących tej płytce tytuł jest jak najbardziej adekwatny) to wciąż kawał dobrego, klasycznego heavy metalu, którego najważniejszym elementem są niesamowicie nośne riffy i wspaniały wokal Doro Pesch.
Może album nie eksploduje już takimi pomysłami i mocą jak poprzednie płyty, jest nieco łagodniejszy i nastawiony na szerszą publikę, ale wciąż trzyma poziom. Nadal są tu takie petardy jak "World Gone Wild" (najlepszy popis wokalny z całego albumu), singlowy "Hard Times", skrzący się ogniem "Under the Gun" czy krótki zadziorny, aczkolwiek konkretny "I Am What I Am" (ach ten perkusyjny wstęp!). Pewnym minusem, rzecz jasna można to również potraktować jako plus zależnie od odbiorcy, albumu może być spora dawka ballad, lub utworów o takowym zabarwieniu (np. ckliwe "Beyond the Trees" lub kompletnie niepotrzebna miniaturka "Bis Aufs Blut"). Przez to mamy co chwila przeplatające się ze sobą utwory wolniejsze, nastrojowe oraz te kipiące energią, co zakłóca spójność płyty. Za niebyt trafiony pomysł uważam też, rozpoczęcie albumu właśnie balladowym "A Whiter Shade of Pale" z repertuaru Procol Harum. To bardzo dobry kawałek, ale na koniec płyty, lub gdzieś w środku, w żadnym wypadku na początek, odbiera to materiałowi tak ważne pierwsze wrażenie. W przypadku starego dobrego heavy metalu z jakim mamy tu do czynienia powinno to być konkretne mocarne uderzenie, swoiste zaproszenie do dalszego obcowania z tym krążkiem, a byłoby tu z czego wybierać. Mimo tej garści uwag, uważam "Force Majeure" za przednie wydawnictwo i bez wątpienia najlepsze ze wszystkich, które ukazały się później pod szyldem Doro. Album niestety nie odniósł jakiegoś spektakularnego sukcesu i poza obszarem Niemiec przeszedł bez specjalnego echa, to był już 1989 rok i tego typu brzmienia były już nieco w odwrocie, oddając pole bardziej ekstremalnym odmianom metalu. Moim zdaniem zasługiwał na nieco więcej uwagi, ale cóż, nie trafił w swój czas.
Zarówno dyskografia Warlock jak i niniejsza płyta bez wątpienia należą do klasyki niemieckiego metalu i to raczej tego mniej oklepanego, niszowego. Tych, którzy do tej pory nie mieli okazji zapoznać się z wczesnymi dokonaniami Doro i jej zespołu szczerze zachęcam do sięgnięcia po "Force Majeure" oraz wcześniejsze wydawnictwa wydane pod szyldem Warlock. Fani starego, nieprzekombinowanego, hm-owego łojenia nie będą zawiedzeni.


czwartek, 3 listopada 2016

Warlock- True As Steel (Vertigo 1985/ Southworld 2012)

Jako, że ostatnio uzupełniam sobie dyskografię Warlock to postanowiłem dalej drążyć temat. Tym razem na tapecie trzecia z kolei płyta grupy, czyli "True As Steel".

Czy ten album jest jakiś szczególnie wyjątkowy to nie powiem, następca w postaci "Triumph and Agony" bije go na głowę. Mimo wszystko mamy tu jednak dwa wyjątkowe killery w postaci utworu tytułowego oraz hymnowego "Fight for Rock". Dla tego kawałka warto tą płytkę mieć. Tak poza tym album jest stosunkowo równy i nic innego nie wychodzi przed szereg, typowe, chwytliwe, heavy metalowe granie niemieckiej sceny lat 80-tych, wyróżnieniem jest tu oczywiście głos Doro i  spora melodyjność materiału.
Co się tyczy okładki, przyznać trzeba, że to najsłabsze ogniowo tego wydawnictwa. Jest fajne logo zespołu, stalowe tło i, no właśnie, wypalone na środku serduszko. Niby typowo metalowa estetyka, a tu takie wykończenie. Wszystko fajnie, iskry lecą, ale czemu akurat serce, że niby prawdziwe jak stal? Hmm, no może, ale to dopiero po krótkiej refleksji, pierwsza reakcja jest jaka jest.

Teraz kwestia poniższej reedycji, którą ostatnio kupiłem. No jak na wznowienie to jest słabo, wręcz fatalnie, no ale przynajmniej cena bardzo niska, także nie ma co oczekiwać cudów i fajerwerków jak na Sylwestra. Wznowienie jest w 90% odwzorowaniem starego, vertigowskiego wydania tyle, że o gorszej jakości. Na cd mamy nadruk z okładką bez żadnych dodatków, jakoś grafiki jest gorsza (mniej ostra), papier użyty do poligrafii też nie najwyższych lotów. Nie ma też bonusów, niczego do poczytania, ani fotek poza dwiema które były już w pierwszym wydaniu.
Reasumując, materiał mogę polecić każdemu wielbicielowi heavy metalowej klasyki, natomiast od tego wydania radzę trzymać się z daleka, szukajcie starszego.



poniedziałek, 31 października 2016

Warlock- Triumph and Agony (Mercury/ Phonogram 1987)

Ach ta niemiecka scena metalowa lat 80-tych, zagłębie świetnych zespołów i genialnych płyt. Tak jak nie lubi się niemieckiego języka, tak ich zespołów z tamtego czasu po prostu nie da się nie lubić. Wystarczy wspomnieć takie grupy jak Accept, Helloween czy Running Wild, a i na tym wyliczanka się nie kończy. Jedną z autentycznie rewelacyjnych kapel był Warlock z Panią Doro Pesch na wokalu. Chyba, żadna inna metalowa wokalistka nie była w stanie oczarować mnie swym głosem i charyzmą tak jak ona. Solowo, względem samej muzyki, już tak mocno mnie nie zachwyca, ale to co nagrała pod szyldem Warlock to po prostu poezja.


"Triumph and Agony" to czwarty i zdaje się najsłynniejszy krążek zespołu (nie wiem czy w sumie też nie najbardziej udany). To tu znajdują się sztandarowe utwory takie jak "All We Are" i "I Rule the Ruins" (ten ostatnio mocno siedzi mi w głowie). To nic innego jak porywająca heavy metalowa jazda w najlepszym wykonaniu. Wpadające w ucho gitary, świetne wokale Doro i zapadające w pamięć refreny to esencja tej płyty. Brylują tu nie tylko dwa wspomniane wcześniej klasyki, ale także takie kompozycje jak "East Meets West", "Kiss of Death" czy bardzo nośne "Metal Tango". Trochę szkoda, że drogi zespołu i Doro się rozeszły, no ale cóż, przynajmniej ten układ zostawił po sobie 4 bardzo dobre albumy, którymi stale można się delektować. Uważam, że dorobek Warlock zasługiwał i nadal zasługuje na o wiele większą uwagę i uznanie niż to miało miejsce.
Ogromny plus należy się za okładkę "Triumph and Agony". Moim zdaniem taka stylizacja na starą fantastykę bardzo tu pasuje, niektórym może wydawać się iż jest to bliższe power metalowej estetyce, ale tutaj pasuje równie dobrze. Udowodniły to już takie zespoły jak chociażby Cirith Ungol czy Manilla Road.
Cóż tu więcej mówić, tą konkretną płytę jak i resztę z dyskografii Warlock szczerze polecam wszystkim miłośnikom klasycznego heavy metalu. Tym co jeszcze nie mieli przyjemności z płytami tej grupy zalecam zacząć własnie od tego krążka.