Trzeci, pełny album w dorobku Burzum to kamień milowy, zarówno w twórczości muzycznej Varga, jak i w Norweskim Black Metalu, czy Black Metalu w ogóle. Wizytówka Burzum i jego stylu z pierwszej połowy lat 90-tych. Varg połączył na tej płycie surowość i charakterystyczne struktury gitar , perkusji oraz maniery wokalnej z dwóch swoich pierwszych krążków z ambientowymi wpływami, które w szeroko rozwinął na albumie "Filosofem". Położył tu również nacisk na jeszcze większy ładunek emocjonalny i atmosferę. "Hvis Lyset Tar Oss" traktuję w pewnym sensie jako zwieńczenie tych pierwszych lat norweskiej sceny, materiał wraz z którym coś się kończy i coś zaczyna.
Mamy tu cztery rozbudowane kawałki, które zasiadają na swych własnych odrębnych tronach. Już sam ambientowy, zamykający płytę "Tomhet" jest kompozycją tak wybitną, nostalgiczną, że już za nią należą się temu wydawnictwu laury. Co się tyczy reszty numerów, "Det Som Engang Var" znakomicie łączy cechy takich klasyków jak "Feeble Screams from the Forest Unknown", czy "Ea, Lord of the Depths" ze wspomnianym ambientowym elementem. Utwór tytułowy to piękny przykład na to jak znaczący wpływ miał Burzum na wczesne brzmienie np. Immortal, płyta "Pure Holocaust" jest tego najlepszym przykładem. "Inn i slottet fra droemmen" to natomiast ubogacone, kompleksowe nawiązanie do poprzedzającej płyty, wydanego w 1992 "Det Som Engang Var".
"Hvis Lyset Tar Oss" to również początki założonej przez Tizianę Stupię Misanthropy Records, wydawnictwa, które dało Vargowi możliwość dystrybucji i wydawania płyt po zabójstwie Euronymousa. Wtedy wydawcy niezbyt palili się do wsparcia jego muzyki bojąc się stracić zespoły ze swojego katalogu. Album został nagrany już w 1992 roku w Grighallen, z Pyttenem rzecz jasna w roli producenta, miesiąc po nagraniu EP "Aske".
Podsumowując, dla mnie trzeci pełniak Burzum to najlepsze dzieło Varga, i podobnie jak debiut oraz "Filosofem" niesamowicie wpływowe i wyznaczające nowe ścieżki w Black Metalowym graniu. Cytując jeden z flyerów towarzyszących tej płycie, "Supreme Nordic Art"!
Poniżej digipakowe wydanie z Misanthropy z 1995 roku. Pierwsze wyszło rok wcześniej w tradycyjnym jewelcase, natomiast pierwsze winylowe (biały LP), również wydane w 1994, pojawiło się w ścisłym limicie 2000 egzemplarzy. Jest to obecnie jeden z najdroższych kolekcjonerskich rarytasów.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misanthropy Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Misanthropy Records. Pokaż wszystkie posty
sobota, 23 lutego 2019
wtorek, 12 lutego 2019
Burzum- Filosofem (Misanthropy Records/ Cymophane Productions 1996)
"Filosofem" to moim zdaniem, zaraz obok "Hvis Lyset Tar Oss", najwybitniejsze dzieło Burzum i jeden z jakże istotnych albumów dla Black Metalu, rzec można jeden z jego kamieni milowych. Nagrany w Grieghallen w 1993 roku, ale wydany dopiero w 96' przez Misanthropy, "Filosofem" wniósł do gatunku kolejną mocarną dawkę atmosfery i nowe brzmienie. Zapoczątkował flirt Black Metalu z ambientem, budowaniu atmosfery płyt w oparciu o klawisze i nostalgiczne, transowe dźwięki, ogrom repetycji, monotonii, ale tej która nie nudzi, nie denerwuje, a tym bardziej nie nuży. Melodia dobrana jest tak iż mimo powtarzania się przez długi czas, po prostu płynie i tworzy bardzo unikatowy klimat. To samo tyczy się riffów, są na ogół bardzo proste, ale jakże efektowne. Okraszone trzeszczącym, piaskowym brzmieniem które również nadaje płycie wyjątkowości i przede wszystkim rozpoznawalności. W tamtym czasie była to pierwsza płyta na której wykorzystano właśnie takie brzmienie w tym graniu. Jak się potem miało okazać, dzięki wymienionym cechom "Filosofem" był pionierski i inspirujący dla całej rzeszy zespołów i projektów powstałych w późniejszym czasie.
Na "Filosofem" wyróżnić należy przede wszystkim "Dunkelheit" (do którego nagrano jedyny w historii Burzum materiał video, wydany notabene w formacie VHS), "Jesus' Tod" (obie te kompozycje po mistrzowsku przedstawiają świetne acz proste riffy podbite wspomnianym, chropowatym, szumiącym brzmieniem i jakby przesterowanym wokalem) oraz długi, nastrojowy, zanurzony w odmętach ambientu "Rundgang um die transzendentale Saule der Singularitat". Pozostałe to również kawał świetnej sztuki, ale ta trójka to dla mnie absolutne mistrzostwo. Osobiście mogę słuchać tych kawałków w kółko Macieju i nigdy mi się nie znudzą. Ta muza po prostu wciąga i czaruje, nigdy później nie powstał równie dobrym album w podobnym stylu.
Kolejna sprawa, i to już raczej na marginesie, to grafiki zdobiące płytę. Wykorzystana tu twórczość Theodora Kittelsena, norweskiego rysownika i ilustratora, zespala się z twórczością i klimatem muzyki Vikernesa w jedno. Najzwyczajniej w świecie to ze sobą współgra, i to na tyle mocno, że trudno jest sobie wyobrazić, aby jakikolwiek inne ilustracje mogły by mieć tu zastosowanie. Dobór był fenomenalny. Każdy kto siedzi w muzyce metalowej i rzuci mu się hasło "Kittelsen", to idę o zakład, że zaraz pomyśli o płytach Burzum. Mimo, że te rysunki powstały dawno temu, to stały się z tą muzyką niemal tożsame.
Co można powiedzieć na podsumowanie. Na pewno niczego nowego tą krótką recką nie odkryłem, nawet nie chciałem, chodziło tu przede wszystkim o wspomnienie tej płyty, podzielenie się wrażeniami, emocjami. O niej powiedziane było już wszystko i myślę, że nikt z was nie zaprzeczy, iż jest to klasyk, klasyk przez wielkie "K", który koniecznie trzeba znać.
Na "Filosofem" wyróżnić należy przede wszystkim "Dunkelheit" (do którego nagrano jedyny w historii Burzum materiał video, wydany notabene w formacie VHS), "Jesus' Tod" (obie te kompozycje po mistrzowsku przedstawiają świetne acz proste riffy podbite wspomnianym, chropowatym, szumiącym brzmieniem i jakby przesterowanym wokalem) oraz długi, nastrojowy, zanurzony w odmętach ambientu "Rundgang um die transzendentale Saule der Singularitat". Pozostałe to również kawał świetnej sztuki, ale ta trójka to dla mnie absolutne mistrzostwo. Osobiście mogę słuchać tych kawałków w kółko Macieju i nigdy mi się nie znudzą. Ta muza po prostu wciąga i czaruje, nigdy później nie powstał równie dobrym album w podobnym stylu.
Kolejna sprawa, i to już raczej na marginesie, to grafiki zdobiące płytę. Wykorzystana tu twórczość Theodora Kittelsena, norweskiego rysownika i ilustratora, zespala się z twórczością i klimatem muzyki Vikernesa w jedno. Najzwyczajniej w świecie to ze sobą współgra, i to na tyle mocno, że trudno jest sobie wyobrazić, aby jakikolwiek inne ilustracje mogły by mieć tu zastosowanie. Dobór był fenomenalny. Każdy kto siedzi w muzyce metalowej i rzuci mu się hasło "Kittelsen", to idę o zakład, że zaraz pomyśli o płytach Burzum. Mimo, że te rysunki powstały dawno temu, to stały się z tą muzyką niemal tożsame.
Co można powiedzieć na podsumowanie. Na pewno niczego nowego tą krótką recką nie odkryłem, nawet nie chciałem, chodziło tu przede wszystkim o wspomnienie tej płyty, podzielenie się wrażeniami, emocjami. O niej powiedziane było już wszystko i myślę, że nikt z was nie zaprzeczy, iż jest to klasyk, klasyk przez wielkie "K", który koniecznie trzeba znać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





