Na wstępie przyznam się, że nie czekałem na kolejny album Priestów przystępując z nogi na nogę, miałem do tego stosunek dosyć neutralny, będzie to się zapoznam, ale bez pośpiechu i nie wiadomo jakich oczekiwań. Do tego, że kupiłem "Firepower" i, że dziś o nim piszę to poniekąd zasługa jednego z moich dobrych przyjaciół, który stale podsuwał mi tę płytę pod nos i zachęcał do posłuchania, no i w końcu odniósł w tym sukces. Podziękowania się z tego miejsca należą. Nie dość, że album zasilił kolekcję, to i autentycznie mi się spodobał. Po kilku odsłuchach doszedłem do wniosku, że zespół nie był od dawna w tak dobrej formie wykonawczej jak i kompozytorskiej. Na "Firepower" znalazło się w cholerę świetnych riffów, ogrom świeżej energii, którą potęguje znakomite brzmienie krążka (pełna rehabilitacja to "Redeemer of Souls"). Pokuszę się też o stwierdzenie, oczywiście to moja osobista opinia, jest to ich najlepszy album od czasów "Angel of Retribution", a nawet "Ram It Down" (tak, owszem, nie należę to zagorzałych fanów "Painkiller"), co się tyczy okładki, która od zawsze jest ważnym elementem wydawnictw Judas Priest, to ostatnią tak udaną grafikę ma dopiero wspomniany już wcześniej "Painkiller". Przechodząc do rozkładu jazdy, na dobrą sprawę nie ma na płycie słabego numeru, jest bardzo spójna i równa, każdy utwór to rasowy kawał Heavy Metalu w najlepszym stylu. Mi najbardziej spodobały się i zapadły w pamięć otwierający album "Firepower", singlowy "Lightning Strike", następujący po nim "Evil Never Dies" (riff główny to czysta klasyka w temacie!), nieco nostalgiczny i posiadający ciekawy motyw przewodni "Never the Heroes" oraz "Rising from Ruins", który poprzedza kapitalna instrumentalna miniatura "Guardians". Jedyną rzeczą na którą krytyczniej łypnąłem okiem to umieszczenie ballady "Sea of Red" na końcu płyty. Umiejscowienie jej w takiej pozycji, po przewinięciu się tych wszystkich killerów, stawia ją w nieco bledszym świetle, powinna być raczej fajnym przerywnikiem między którymiś z poprzedzających ją dynamitów, niż daniem na finał krążka.
Cóż, podsumowanie może być tylko jedno, mimo tylu lat na scenie Judas Priest udowadnia, że wciąż potrafi przyłoić z hukiem i pokazać, że muzyka którą tak wiernie tworzy od niemal pół wieku wciąż ma się dobrze i nie zamierza odejść w cień. Czuje się, że w zespole wciąż tli się energia, determinacja i pasja, ta która niegdyś pchnęła ich do grania. Oby Halford i spółka serwowali nam swoją muzykę jak najdłużej, bo wciąż jest tu czego słuchać. Polecam "Firepower" z całą stanowczością!
Poniżej limitowane wydanie płyty w wersji digibook. Nie różni się niczym od zwykłego w jewel case, nie ma żadnych bonusów, tyle, że forma wydania inna. Dla detalistów jakimś tam marginalnym smaczkiem może być tłoczona na digibooku grafika i logo, i to tyle. Nie warto za niego przepłacać, no chyba, że znajdzie się gdzieś w niemal tej samej cenie co zwykłe wydanie, jak to było w moim przypadku.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sony Music. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sony Music. Pokaż wszystkie posty
sobota, 24 marca 2018
niedziela, 16 października 2016
Scorpions- Return to Forever (Sony Music/ RCA 2015)
Jedno z moich ostatnich rozczarowań. Sięgnąłem po ten album z czystej ciekawości żeby posłuchać jak to sobie Scorpions obecnie poczynają i z faktu, że bardzo lubię i szanuję ich dawne osiągnięcia z lat 70-tych i 80-tych. Na ale niestety. Był to w pewnym sensie chlust zimnej wody, po dawnych Scorpions nie ma tu praktycznie śladu, to już inny zespół. Wypłukany z dawnej mocy i przebojowości, z wyłagodzonym brzmieniem i radiowymi tendencjami. W utworze "Rollin' Home" zawiało nawet popem. Może jest to nazbyt surowa ocena z mojej strony, ale po prostu tak to widzę. Nie będę też specjalnie analizował i wybierał jakiś utworów jak zwykłem to robić, po prostu nie znajduję na płycie żadnego kawałka o którym mógłbym powiedzieć, że mi się podoba, albo mi nie podchodzą, albo są mi kompletnie obojętne. Nie potrafię niczego polecić. Już na dzień dobry w "Going out with a Bang" mamy zawód bo po obiecującej zwrotce dostajemy refren, który rozwala całość. "We Built this House" ma tendencje na jakiś hymn niosący nostalgię, ale najnormalniej zawodzi przez brak pewnej iskry. Tyle dla przykładu. Jedynym plusem jest fakt, że głoś Klausa Maine nadal jest w całkiem niezłej formie jak na te 50 lat śpiewania. Tu należy się szacun.
Scorpions przeszli już trochę na system odcinania kuponów, na koncerty wabią setlistami wypełnionymi dawnymi hitami, nowsze rzeczy obecne są w niewielkiej ilości. To w sumie o czymś świadczy. Nowsze utwory nie jest w stanie przebić starych hitów i tak samo przyciągnąć publiki. Ostatnio pojawiła się iskierka nadziei na nieco bardziej podkręcony materiał, o ile będzie kolejna płyta, jako że dołączył na stałe w szeregi Scorpions Mikkey Dee (Dokken, King Diamond, Motorhead). Może ten zastrzyk napędzi trochę zespół, a kompozycje nabiorą siły. Przyszłość pokaże.
Z tego co zdążyłem się zorientować opinie na temat "Return to Forever" są generalnie dobre lub bardzo dobre, cóż ja ich nie podzielam. Płytę cechuje brak nowych pomysłów i spora przeciętność, jest taka nijaka, no ale najwierniejszym fanom grupy zapewne się spodoba. Scorpions mieli zakończyć karierę w 2010 roku, co się jednak nie stało. Wydali wtedy całkiem przyzwoity "Sting in the Tail", który mógłby dobrze zwieńczyć karierę. Postanowili jednak kontynuować. Życzę im szczerze żeby czymś nas jeszcze zaskoczyli i dali dowód, że ich decyzja nie była błędem. Czekam na kolejny album z Panem Dee za garami.
Scorpions przeszli już trochę na system odcinania kuponów, na koncerty wabią setlistami wypełnionymi dawnymi hitami, nowsze rzeczy obecne są w niewielkiej ilości. To w sumie o czymś świadczy. Nowsze utwory nie jest w stanie przebić starych hitów i tak samo przyciągnąć publiki. Ostatnio pojawiła się iskierka nadziei na nieco bardziej podkręcony materiał, o ile będzie kolejna płyta, jako że dołączył na stałe w szeregi Scorpions Mikkey Dee (Dokken, King Diamond, Motorhead). Może ten zastrzyk napędzi trochę zespół, a kompozycje nabiorą siły. Przyszłość pokaże.
Z tego co zdążyłem się zorientować opinie na temat "Return to Forever" są generalnie dobre lub bardzo dobre, cóż ja ich nie podzielam. Płytę cechuje brak nowych pomysłów i spora przeciętność, jest taka nijaka, no ale najwierniejszym fanom grupy zapewne się spodoba. Scorpions mieli zakończyć karierę w 2010 roku, co się jednak nie stało. Wydali wtedy całkiem przyzwoity "Sting in the Tail", który mógłby dobrze zwieńczyć karierę. Postanowili jednak kontynuować. Życzę im szczerze żeby czymś nas jeszcze zaskoczyli i dali dowód, że ich decyzja nie była błędem. Czekam na kolejny album z Panem Dee za garami.
środa, 5 października 2016
Judas Priest- Screaming for Vengeance 30th Anniversary Edition (Sony Music 2012)
Judas Priest to jedni z niekwestionowanych liderów jeżeli chodzi o klasyczny heavy metal. Nazwani niegdyś Bogami Metalu tak naprawdę zdefiniowali brzmienie tego gatunku na całe lata 80-te i nie tylko. Takie albumy jak "British Steel", "Defenders of the Faith" czy właśnie "Screaming for Vengeance" z 1982 to nie starzejące się krążki, które dowodzą, że status jaki zespół otrzymał wcale nie jest taki przesadzony jak co niektórzy mogliby sądzić.
Niniejszy album to istna wizytówka brzmienia i stylu Judas Priest. Mocarna sekcja rytmiczna, ściana rozpędzonych gitar i niesamowity głos Roba Halforda to mieszanka z którą w tamtym czasie na niwie heavy metalu mogli konkurować tylko Iron Maiden. Zdawać by się mogło, że po sukcesie "British Steel" i nieco łagodniejszym "Point of Entry" Prieści nie są w stanie przebić tego co już osiągnęli. Nic bardziej mylnego. Zespół szykował dla metalowego podwórka album, który otworzył im wrota do światowej sławy i zaowocował występami w największych halach koncertowych i na najbardziej prestiżowych festiwalach. Krótko po wydaniu płyta osiągnęła status złotej, a później platynowej. "Screaming for Vengeance" to skondensowany dynamit o globalnej sile rażenia. Płytą łączy ze sobą całą tą moc i silę jaką niesie ze sobą heavy metal pozostając jednocześnie dziełem niesamowicie chwytliwym i nośnym.
Co ważne płyta nie jest jednostajna przez co się nie nudzi i łyka się ją jednym tchem. Mamy tu słynny instrumentalny "otwieracz" w postaci "The Hellion", pędzące niczym strzała klasyki takie jak "Electric Eye", "Riding on the Wind", niosący się echem "Bloodstone", czy koncertowy pewniak "You've Got Another Thing Comin". Jest też nieco stonowanych kompozycji- balladowy "Fever" oraz utrzymany w wolniejszych tempach "Pain and Pleasure".
Jak mówi sam tytuł recki, w kwestii wydania chcę wam przybliżyć edycję jubileuszową tej płytki wydaną przez Sony w 2012 roku. Mamy tutaj dwa krążki. Pierwszy to oryginalny album + bonusy live i niepublikowany kawałek studyjny, znany już z wcześniejszej reedycji, "Prisoner of your Eyes". Drugi to płyta dvd z zapisem koncertu z US Festival z 29 maja 1983, gdzie Judas Priest zagrali przed podajże 300 tysięczną publicznością. Okładka, jak widać, poddana została drobnej rewitalizacji co moim zdaniem wyszło jej na dobre. We wkładce mamy trochę tradycyjnych liner-notesów oraz garść fotografii zespołu zrobionych na wspomnianym powyżej koncercie. Achów i ochów nie ma, ale w skali 1-6 dałbym solidne 4, nawet z plusem.
Podsumowując, "Screaming for Vengeance" to jazda obowiązkowa dla każdego fana klasycznych heavy metalowych brzmień, to poniekąd dekalog gatunku w pigułce gdzie Judas Priest jasno przekazują jak należy tą muzykę grać. Amen!
Niniejszy album to istna wizytówka brzmienia i stylu Judas Priest. Mocarna sekcja rytmiczna, ściana rozpędzonych gitar i niesamowity głos Roba Halforda to mieszanka z którą w tamtym czasie na niwie heavy metalu mogli konkurować tylko Iron Maiden. Zdawać by się mogło, że po sukcesie "British Steel" i nieco łagodniejszym "Point of Entry" Prieści nie są w stanie przebić tego co już osiągnęli. Nic bardziej mylnego. Zespół szykował dla metalowego podwórka album, który otworzył im wrota do światowej sławy i zaowocował występami w największych halach koncertowych i na najbardziej prestiżowych festiwalach. Krótko po wydaniu płyta osiągnęła status złotej, a później platynowej. "Screaming for Vengeance" to skondensowany dynamit o globalnej sile rażenia. Płytą łączy ze sobą całą tą moc i silę jaką niesie ze sobą heavy metal pozostając jednocześnie dziełem niesamowicie chwytliwym i nośnym.
Co ważne płyta nie jest jednostajna przez co się nie nudzi i łyka się ją jednym tchem. Mamy tu słynny instrumentalny "otwieracz" w postaci "The Hellion", pędzące niczym strzała klasyki takie jak "Electric Eye", "Riding on the Wind", niosący się echem "Bloodstone", czy koncertowy pewniak "You've Got Another Thing Comin". Jest też nieco stonowanych kompozycji- balladowy "Fever" oraz utrzymany w wolniejszych tempach "Pain and Pleasure".
Jak mówi sam tytuł recki, w kwestii wydania chcę wam przybliżyć edycję jubileuszową tej płytki wydaną przez Sony w 2012 roku. Mamy tutaj dwa krążki. Pierwszy to oryginalny album + bonusy live i niepublikowany kawałek studyjny, znany już z wcześniejszej reedycji, "Prisoner of your Eyes". Drugi to płyta dvd z zapisem koncertu z US Festival z 29 maja 1983, gdzie Judas Priest zagrali przed podajże 300 tysięczną publicznością. Okładka, jak widać, poddana została drobnej rewitalizacji co moim zdaniem wyszło jej na dobre. We wkładce mamy trochę tradycyjnych liner-notesów oraz garść fotografii zespołu zrobionych na wspomnianym powyżej koncercie. Achów i ochów nie ma, ale w skali 1-6 dałbym solidne 4, nawet z plusem.
Podsumowując, "Screaming for Vengeance" to jazda obowiązkowa dla każdego fana klasycznych heavy metalowych brzmień, to poniekąd dekalog gatunku w pigułce gdzie Judas Priest jasno przekazują jak należy tą muzykę grać. Amen!
sobota, 13 sierpnia 2016
Judas Priest- Angel of Retribution (Sony Music 2005)
Wczoraj i dziś zastanawiałem się o jakiej by tu płycie napisać. "Iron Times" Vader jest dopiero w drodze do mnie z Warszawy, a nie uchodzi czekać kolejny dzień z wpisem. Wybór (poniekąd związany z Vader jako, że Peter jest ogromnym fanem tej grupy) padł na jedną z płyt bogów heavy metalu, zespołu, który jako pierwszy uraczył świat tymże gatunkiem muzyki (sorry, ale Black Sabbath lat 70-tych to dla mnie nie jest jeszcze heavy metal, nie mniej jednak oni wykrzesali pierwsze iskry). Panie i panowie, przed wami nie kto inny jak Judas Priest oraz ich "Angel of Retribution"!
Wydany w 2005 roku, jest pierwszą płytą Priest po powrocie Halforda w szeregi zespołu. Z marszu dostaliśmy skondensowany dynamit, moim zdaniem płyta na miarę wielkiego "Painkiller". Dostajemy tutaj 110% metalu w metalu oraz wszystko to co w Judas Priest najlepsze. Album otwiera potężny "Judas Rising", nie można wyobrazić sobie lepszej zapowiedzi tego co rozpęta się później. Z podobnym wykopem zaczynał się "British Steel" czy właśnie wsławiony "Painkiller". Takie utwory jak następujący później "Deal With the Devil", walcowaty "Revolution", lekko nastrojowy "Worth Fighting For", czy chociażby szarżujący "Hellrider" to dowód na to, że zespół jest w świetnej formie i na naszych oczach odradza się niczym feniks z popiołów. Bezapelacyjnie moja pierwsza trójka w dyskografii Priestów. Można słuchać tego materiału w kółko macieju i się nie nudzi. Jedynym słabym punktem jest tutaj kończący płytę "Lochness", na dobrą sprawę mogłoby go tu nie być. Przy reszcie wypada blado i nazbyt kojarzy się twórczością takich grup jak Candlemass, niż z tym co reprezentują sobą Judas Priest.
Okładka płyty w pewien sposób odnosi się do tego o czym przed chwilą wspomniałem, z samej grafiki emanuje majestat i siła. Szkoda tylko, że jest tak zimna i plastikowa. Komputerowy projekt zrobiony jest z dbałością o każdy szczegół, co owocuje sterylnością, brakuje mu głębi. Gdyby ten sam wzór wykonany został ręcznie tak jak okładka do "Painkiller" byłoby to mistrzostwo. A tak jest tylko poprawnie. Nie wiem jak Wy byście się do tego odnieśli, ale ja to tak odbieram.
Reasumując, rok 2005 dał nam powrót Judas Priest na należny im tron, szkoda tylko, że kolejne krążki nie były już tak wspaniałe. Mimo wszystko "Angel of Retribution" pokazał, że Priest potrafią jeszcze przyłoić z pełną siłą i, że status bogów heavy metalu słusznie im się należy.
Wydany w 2005 roku, jest pierwszą płytą Priest po powrocie Halforda w szeregi zespołu. Z marszu dostaliśmy skondensowany dynamit, moim zdaniem płyta na miarę wielkiego "Painkiller". Dostajemy tutaj 110% metalu w metalu oraz wszystko to co w Judas Priest najlepsze. Album otwiera potężny "Judas Rising", nie można wyobrazić sobie lepszej zapowiedzi tego co rozpęta się później. Z podobnym wykopem zaczynał się "British Steel" czy właśnie wsławiony "Painkiller". Takie utwory jak następujący później "Deal With the Devil", walcowaty "Revolution", lekko nastrojowy "Worth Fighting For", czy chociażby szarżujący "Hellrider" to dowód na to, że zespół jest w świetnej formie i na naszych oczach odradza się niczym feniks z popiołów. Bezapelacyjnie moja pierwsza trójka w dyskografii Priestów. Można słuchać tego materiału w kółko macieju i się nie nudzi. Jedynym słabym punktem jest tutaj kończący płytę "Lochness", na dobrą sprawę mogłoby go tu nie być. Przy reszcie wypada blado i nazbyt kojarzy się twórczością takich grup jak Candlemass, niż z tym co reprezentują sobą Judas Priest.
Okładka płyty w pewien sposób odnosi się do tego o czym przed chwilą wspomniałem, z samej grafiki emanuje majestat i siła. Szkoda tylko, że jest tak zimna i plastikowa. Komputerowy projekt zrobiony jest z dbałością o każdy szczegół, co owocuje sterylnością, brakuje mu głębi. Gdyby ten sam wzór wykonany został ręcznie tak jak okładka do "Painkiller" byłoby to mistrzostwo. A tak jest tylko poprawnie. Nie wiem jak Wy byście się do tego odnieśli, ale ja to tak odbieram.
Reasumując, rok 2005 dał nam powrót Judas Priest na należny im tron, szkoda tylko, że kolejne krążki nie były już tak wspaniałe. Mimo wszystko "Angel of Retribution" pokazał, że Priest potrafią jeszcze przyłoić z pełną siłą i, że status bogów heavy metalu słusznie im się należy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









