Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noise Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noise Records. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2020

Hellhammer - Apocalyptic Raids (Noise Records 1984/ BMG 2020)

Materiał historyczny, jedna z niezaprzeczalnych podwalin Black Metalu, inspiracja dla tylu zespołów, że ciężko zliczyć. Sam zespół jest też przykładem grupy, przy której tak ostatnio nadużywane słowo jak "kult" znajduje swoje pełne uzasadnienie. Bo to, cholera, jest kult! Hellhammer, pomijając już same demówki, i ich nagrany w 1984 roku "Apocalyptic Raids", był wtedy istnym diamentem podziemnej sceny, który już za chwilę miał stać się brylantem w postaci Celtic Frost. Venom rządzili w kwestii brutalności, szybkości, natomiast Hellhammer miażdżył surowością, ciężarem i mrokiem swoich kompozycji. To było miejscami tak piwniczne i złowieszcze, że deklasowało wszelkie materiały, które w tamtym czasie mogły pretendować do miana najbardziej ekstremalnych. Co prawda w 1984 mamy do czynienia z debiutem Bathory, lecz ten, podszyty punkiem, oscylował wokół szybszych i bardziej prostolinijnych kompozycji, bliżej mu było do Venom. Hellhammer zwolnił trochę obroty, postawił szczególnie na brud brzmienia, przygniatającą atmosferę i ciężkie riffy, posępny klimat podszyty śmiercią, makabrą i apokaliptycznymi wizjami. "Apocalyptic Raids" to pierwszy materiał z Martinem (jako Salyed Necros) na basie i ostatni zespołu pod szyldem Hellhammer (pomijając kompilację "Death Metal"). Można zauważyć na tej EPce, jak znacząco - będąc wciąż piwnicznym truchłem - wzrosła jakość materiałów grupy w stosunku do dem. Materiał ten niósł nową energię i pomysły nie tylko do samej muzyki, ale i również do tekstów. To tutaj możemy znaleźć m.in. słynny coverowany przez masę zespołów (np. Behemoth) "Horus/Aggressor" oraz niemal 10-minutowy "Triumph of Death", w którym znajdziecie jedne z najbardziej szaleńczych wokali swojego czasu. Niestety, krytyka nie pozostawiła na "Apocalyptic Raids" suchej nitki, a Hellhammer zaczął ginąć przytłoczony nowymi materiałami Slayera, Metalliki, Mercyful Fate, czy Metal Church. Ich umiejętności rosły, ale było to wciąż strawne tylko dla niewielkiej ilości osób, zwłaszcza brzmieniowo. Zespół, bojąc się o utratę możliwości wydania albumu, porzucił szyld Hellhammer, przeistaczając się w Celtic Frost i proponując wydawcy nowy koncept działania. Udało się, dzięki czemu jeszcze w tym samym roku powstał dobrze znany "Morbid Tales". Reszta to już historia, ale o Hellhammer nikt nie zapomina i nigdy nie zapomni! Bez tej nazwy ekstremalna scena nie wyglądałaby tak samo, nie byłoby Celtic Frost czy chociażby Darkthrone, jaki obecnie znamy. To zespół i materiał o niesamowitym znaczeniu!
Poniżej najnowsze wznowienie "Apocalyptic Raids", powstałe przy udziale Toma Warriora. Płyta wydana jest w gustownym digibooku z mnóstwem archiwalnych zdjęć i wspomnieniami spisanymi przez Toma. Wydawnictwo dostępne jest zarówno na CD, jak i na winylu.


English translation:

Historical material, one of the undeniable foundations of Black Metal, an inspiration for so many bands that it's hard to count. The band itself is also an example of a group where so recently abused word as "cult" finds its full justification. Because it is a damn cult! Hellhammer, apart from the demos themselves, and their "Apocalyptic Raids" recorded in 1984, was then a real diamond of the underground scene, which was about to become a brilliant in the form of Celtic Frost. Venom ruled in terms of brutality and speed, while Hellhammer crushed with rawness, weight and darkness of their compositions. It was so basement-like and in some parts ominous that it outclassed all materials that at that time could claim to be the most extreme. It is true that in 1984 we deal with the debut of Bathory, but this new band, filled with punk, oscillated around faster and more straightforward compositions, it was closer to Venom. Hellhammer slowed down a bit, focused especially on the dirt of the sound, the overwhelming atmosphere and heavy riffs, the bleak climate lined with death, macabre and apocalyptic visions. "Apocalyptic Raids" is the first material with Martin (as Salyed Necros) on bass and the last one under the Hellhammer banner (apart from the "Death Metal" compilation). On this EP it can be seen how significantly, being still in underground, the quality of the group's materials increased in relation to the demos. It brought new energy and ideas not only to the music itself, but also to the lyrics. Here we can find the famous "Horus/Aggressor" covered by a lot of bands (eg. Behemoth) and the almost 10-minute "Triumph of Death", in which you'll find one of the craziest vocals of your time. Unfortunately, the critics hammered "Apocalyptic Raids", and Hellhammer began to die, overwhelmed by new materials from Slayer, Metallica, Mercyful Fate or Metal Church. Their skills grew, but it was still digestible only to a small number of people, especially in terms of sound. The band, afraid of losing the opportunity to release the album, abandoned the Hellhammer sign, transforming into Celtic Frost and proposing a new concept to the publisher. It worked, thanks to which the well-known "Morbid Tales" was created the same year. The rest is history, but nobody forgets about Hellhammer and will never forget! Without this name, the extreme scene wouldn't look the same, there wouldn't be Celtic Frost, or even Darkthrone as we now know it. This is a band and material of incredible importance!
Below is the latest reissue of "Apocalyptic Raids", made with the participation of Tom Gabriel Fisher. The album is released in a beautiful digibook with lots of archive photos and memories written by Tom. The issue is available on both CD and vinyl.








środa, 8 kwietnia 2020

Celtic Frost - Into the Pandemonium (Nosie Records 1987/2017)

Dziwna, jak na swoje czasy bardzo eksperymentalna, aczkolwiek intrygująca płyta. Z pewnością fani grupy po płytach „Morbid Tales” i „To Mega Therion” nie spodziewali się usłyszeć czegoś takiego. To była swoista rewolucja! Niemniej jednak świadczy to o tym, iż Celtic Frost nie bali się próbować nowych rzeczy, nowych rozwiązań, generalnie rzecz biorąc muzycznych eksploracji. Po sporym sukcesie „To Mega Therion” i trasach towarzyszących promowaniu tego materiału, można było oczekiwać pozostania na tej drodze, jakiejś zachowawczości, ale nie. Tom i Martin mieli już inne plany. 
Wydany w 1987 roku „Into the Pandemonium” jest płytą bardzo zróżnicowaną, która jednocześnie może zachęcać swoją „innością” i bogactwem lub wręcz przeciwnie, odstręczać za odstępstwo od poprzednio obranej drogi. Mamy tu utwory będące mieszanką Hard Rocka i Thrashu, jak na przykład „I Won't Dance” czy otwierający album „Mexican Radio” z repertuaru Wall of Voodoo, trochę typowo celtic frostowych klimatów z poprzednich płyt („Inner Sanctum” czy świetny „Babylon Fell”) oraz sporo symfoniczno-elektronicznych wycieczek z budzącymi mieszane uczucia „One in Their Pride” oraz „Tristesses de la Luna” (metalowych brzmień brak!) na czele. To po prostu istna kopalnia różności!
„Into the Pandemonium” była płytą, która (w czasie, gdy się ukazała) była dziełem pionierskim, przetarciem pewnych szlaków. Wtedy jeszcze nikt nie łączył z muzyką metalową elementów symfonicznych, żaden zespół nie zatrudniał orkiestry do pracy przy albumie (w '88. zrobił to Manowar). Było to niewątpliwie ryzykowne, acz ambitne przedsięwzięcie. Noise Records nie było zadowolone z planów zespołu i nie obyło się bez poważnych spięć, no ale nic to specjalnie nie zmieniło.
Z pewnością niniejszy album miał spory wpływ na wiele zespołów, chociażby takich jak japoński Sigh, który elementy zawarte na "Into the Pandemonium" przerzucił na szerszy grunt, wyeksploatował w taki sposób, że z ozdobnika, dodatku stały się stałym, ważnym elementem kompozycji.
Na kilka słów zasługuje również okładka płyty, która także odbiegała od uprzednio obranej estetyki i konceptów. Zdobi ją część dzieła Hieronima Boscha (a konkretnie ta odzwierciedlająca jego wizję piekła), holenderskiego szesnastowiecznego malarza, pt. „Ogród Rozkoszy Ziemskich”. Gdy spojrzycie w prawy górny róg obrazu, to zobaczycie część użytą na „Into the Pandemonium”. Po raz pierwszy nie było to nic typowo bluźnierczego czy tak bezsprzecznie diabelskiego, jak miało to miejsce na poprzednich albumach i w Hellhammer.
Przyznam, że „Into the Pandemonium” stało się po czasie moim ulubionym materiałem w dorobku Celtic Frost; co jakiś czas mam ochotę ponownie go zgłębiać i poznawać. Tego typu płyty z czasem bardzo zyskują; okazuje się jak ważna była i jest ich rola, są dziełami, którym zawsze należy się ogromny szacunek. Czy polecam? Jak najbardziej! Dla tych, którzy owego albumu jeszcze nie znają (no nie wiem, czy znajdą się takie osoby, ale możliwe, że tak) może wydać się wymagający, trochę nieprzystępny, ale ma naprawdę wiele do zaoferowania.
Poniżej przedstawiłem kapitalnie przygotowaną przez Noise/BMG reedycję tegoż albumu, jaka ukazała się w 2017 roku. Poza samym albumem dostajemy solidny digibook z obszerną książeczką zawierającą liner notes oraz sporo niepublikowanych wcześniej fotografii. Z dotychczasowych edycji na CD tę uważam za najlepiej wydaną.


English translation:

Strange, for its time, and very experimental, but intriguing album. Certainly the fans of the group after the albums "Morbid Tales" and "To Mega Therion" did not expect to hear such a thing. It was a kind of revolution! Nevertheless, this proves that Celtic Frost was not afraid to try new things, new solutions, generally speaking musical explorations. After the considerable success of "To Mega Therion" and the tours accompanying the promotion of this material, one could expect they would stay on this road, but it didn't happen. Tom and Martin had other plans.
Released in 1987, "Into the Pandaemonium" is a very diverse album, which at the same time can encourage with its "otherness" and richness, or on the contrary, discourage because of the departure from the previously chosen path. Here we have songs that are a mixture of Hard Rock and Thrash, such as "I Won't Dance" or the opening "Mexican Radio" from the repertoire of Wall of Voodoo, some typical Celtic Frost stuff from previous albums ("Inner Sanctum" or the great "Babylon Fell") and a lot of symphonic-electronic attempts with "One in Their Pride" and "Tristesses de la Luna" (no metal sounds at all!) at the forefront. It's just a real mine of variety!
"Into the Pandaemonium" was an album that (at the time it was released) was a pioneering work, pathing the way for certain concepts. At that time, nobody combined symphonic elements with metal music, no band employed an orchestra to work on the album (Manowar did in the '88). It was undoubtedly a risky but ambitious undertaking. Noise Records was not satisfied with the band's plans and it was not without serious tensions, but it didn't change that much.
Certainly, this album had a significant impact on many bands, such as the Japanese Sigh. They threw the elements contained on "Into the Pandemonium" onto a broader ground, exploited it in such a way that those additions became a permanent, important element of the compositions.
The cover of the album also deserves a few words, as it also differed from the previously chosen aesthetics and concepts. It is decorated with a part of the work of Hieronimous Bosch (specifically the one reflecting his vision of hell), a Dutch sixteenth-century painter, entitled "Garden of Earthly Delights". When you look at the upper right corner of the image, you will see the part used on "Into the Pandaemonium". For the first time, it was nothing typically blasphemous or unquestionably devilish, as it was on previous albums and in Hellhammer.
I admit that "Into the Pandaemonium", after a while, became my favorite material among the achievements of Celtic Frost; from time to time I want to rediscover and explore it again. These type of records gain a lot over time; it turns out that their role was and is important, they are works that always deserve enormous respect. Do I recommend it? Of course! For those who do not know this album yet (I don't know if there will be such people, but it is possible) it may seem demanding, a bit inaccessible, but it really has a lot to offer.
Below I present a really great reissue of this album prepared by Noise/BMG, which was released in 2017. In addition to the album itself, we get a solid digibook with an extensive booklet containing liner notes and a lot of previously unpublished photographs. I consider this edition to be the best one from the ones already issued on CD.




piątek, 5 października 2018

Running Wild- Pieces of Eight (ltd. box, Noise Records 2018)

Tak oto mamy kolejne wydawnictwo, po części wznowienie, od Noise Records dotyczące Running Wild. Po całym zestawie reedycji wszystkich albumów RW z katalogu wytwórni przyszedł czas na propozycję już dla konkretnych zbieraczy materiałów Rolfa i spółki. Oto co składa się na box "Pieces of Eight". Pierwsza rzecz to sześć singli wydanych od czasów debiutu po album "Black Hand Inn". Wszystkie w wersji cd i opakowane w proste, kartonikowe koperty z reprodukcją okładki i spisem utworów z tyłu. Szału nie ma i nie będzie, ale w gruncie rzeczy nie jest też najgorzej. Mamy tu również reedycję kompilacji z ponownie nagranymi wczesnymi kompozycjami grupy wydaną w czasach "Blazon Stone", czyli "The First Years of Piracy" (jej recenzję znajdzie u mnie na blogu w oddzielnym poście). Brzmienie dobre, w książeczce całkiem przyzwoita dawka archiwalnych fotografii, jest ok. Kolejny element ów pudła to pamiątkowa, wydaje mi się oksydowana, moneta z wygrawerowanym Adrianem na obu stronach. Ot, taki przyjemny kolekcjonerski gadżet. Wisienką na torcie jest natomiast podwójny winyl "Ready for Boarding". Pierwszy krążek to wspomniana koncertówka, natomiast drugi to zapis audio dobrze znanego z VHS i bootlega DVD koncertu z Dusseldorfu (1989), jednego z kilku rozgrzewek klubowych przed trasą promującą płytę "Death or Glory". Wewnątrz gatefoldu mamy kolaż ze starych fotografii i grafik oraz komentarze do każdego z utworów na "Ready for Boarding". Jeszcze jedną rzeczą jaką znajdziemy w tym zestawie jest ogromny plakat formatu A1 ze składem z czasów "Death or Glory" na jednej stronie, i okładką box'u na drugiej. W sam raz do ramy i na ścianę.
Podsumowując, jest to solidne wydawnictwo dla kolekcjonerów adekwatne do swojej ceny. Jakość wykonania jest niemal idealna, chociaż w przypadku singli bardzo skromna. Chciałby się aby były w nieco bardziej rozwiniętej formie wydawniczej, ale cóż jest jak jest. Gdyby były to digipaki z bookletami, czy winylowe 7'', to trzeba byłoby liczyć się ze znacznie większą ceną, a tak sprawa została zoptymalizowana. Ja osobiście jestem jak najbardziej zadowolony z zakupu. Nie jest to może jakiś "must have" czy nie wiadomo jaka wydawnicza bomba, ale jest solidnie, nie na odwal i każdemu kolekcjonerowi Running Wild przysporzy nieco radochy i będzie fajnym dodatkiem do kolekcji. Ze swojej strony jak najbardziej polecam!















sobota, 2 grudnia 2017

Running Wild- Black Hand Inn (Noise Records 1994/ 2017)

"Black Hand Inn" jest bez wątpienia jednym z najbardziej intrygujących punktów w dyskografii Running Wild. Kasparek zalicza ów krążek do największych osiągnięć grupy, a mimo to w tamtym czasie, ku rozczarowaniu zespołu jak i wytwórni, okazał się najgorzej sprzedającą się płytą w ich dorobku. Dopiero po latach została ona w pełni doceniona przez fanów. "Black Hand Inn" otwierał poniekąd kolejny rozdział w twórczości Running Wild, nastąpiła tu następna zauważalna zmiana nie tylko w brzmieniu, ale i samych kompozycjach. Położony został jeszcze większy nacisk na dynamizm oraz chwytliwość- pewną charakterystyczną motorykę, zwłaszcza jeżeli chodzi o sekcję rytmiczną. W takich utworach jak "Black Hand Inn", The Privateer" czy "The Phantom of Black Hand Hill" słychać to najlepiej. Tak jak za czasów Jensa Beckera, bas wygrywał swoje własne, złożone linie, tak tutaj, w rękach Thomasa Smuszyńskiego nastawiony jest bardziej na podbijanie partii gitar i galopadę razem z perkusją. Pamiętam jak przy pierwszym zetknięciu z tym albumem nie mogłem przywyknąć to pewnego swoistego "dudnienia" tych kawałków. Kolejnym krokiem, który wyróżniał to dzieło był jego koncepcyjny charakter jeżeli chodzi o teksty. Każdy z nich jest odrębną historią pochodzącą z przeszłości, teraźniejszości czy też przyszłości, którą pod dachem "Tawerny pod Czarną Ręką" opowiada stary, piracki kapitan. Pomysł bardzo ciekawy i w pełni się obronił. Wspomniałem też wcześniej o brzmieniu. Jest dosyć sterylne i bardzo dopracowane. Stało się tak za sprawą skorzystania z nowinki jaką były wtedy Pro Tools. Zespół nagrywał przy pomocy najnowszego dostępnego im sprzętu i sprawił iż "Black Hand Inn" stał się najdroższą płytą, jaką przyszło im kiedykolwiek wydać.
Kolejna sprawa o której watro wspomnieć omawiając ten album to wieńczący ją utwór "Genesis (The Making and the Fall of Man), najdłuższa (ponad 15 minut) i najbardziej złożona kompozycja w historii Running Wild. Jak na ich twórczość bardzo eksperymentalna i najdłużej powstająca (z przerwami 18 miesięcy).Był to jak najbardziej odważny i bez wątpienia ambitny krok, ale mam wrażenie, że przeładował płytę i stanął swym rozmachem w drobnym kontraście do reszty albumu. Może lepiej by się sprawdził jako np. oddzielna, limitowana epka "dla chętnych"? Cóż, tego nigdy się już nie dowiemy. Mimo to, i tak można powiedzieć, że "Black Hand Inn" charakteryzuje niesamowita spójność, zarówno muzyczna, tekstowa, jak i graficzna. No właśnie, okładka. Praca Andreasa Marshalla precyzyjnie odzwierciedla to co na tym wydawnictwie zawarł zespół. Mamy tu nie tylko snującego opowieści kapitana, ale też personifikację wspomnianej rozpiętości czasowej opowiadań poprzez przedstawienie Rolfa z jego lat dzieciństwa, czasu kiedy nagrywana była płyta, oraz domniemanego okresu starości (rzeczony kapitan). Strzał w dziesiątkę!
Podsumowując, mimo faktu, że rzeczony album nie zalicza się do mojej ścisłej czołówki RW, to bardzo go lubię, a jeszcze bardziej szanuję za oryginalność i niesamowity wkład pracy jaki został w niego włożony. Dzięki temu jest wyraźnym, jaśniejącym punktem na mapie materiałów jakie stworzył przez lata zespół.
Poniżej tegoroczna reedycja "Black Hand Inn" wydana przez Nosie. Nie będę kolejny raz wypowiadał się w tym temacie, bo co było do napisania zostało już napisane. Dodam tylko, że powinni byli to wydać w takiej formie jak zostało to zrobione w chociażby w przypadku Celtic Frost. Te płyty w pełni na to zasługują!


środa, 1 listopada 2017

Running Wild- Blazon Stone (Noise Records 1991/ 2017)

Płyta, która po wielkim "Death or Glory" udowodniła, że Running Wild nie zabłysnął tak jasno tylko na chwilę. Choć pozbawiona patosu i pewnej dozy kompleksowości swojej poprzedniczki pokazała zespół we wciąż znakomitej formie prezentujący na "Blazon Stone" pierwszy w swojej twórczości tak dynamiczny, galopujący, mocarny, a jednocześnie melodyjny materiał. I co ważne, nie ma tu ani jednego utworu o piratach. Mamy za to Dziki Zachód, brytyjską marynarkę, czy Wojnę Dwóch Róż. Płyta jest bardzo spójna i po brzegi wypełniona hiciorami od których reszta materiału praktycznie w ogóle nie odstaje. Znajdzie się potężny, tytułowy "Blazon Stone" z pierwszym tak konkretnym w historii zespołu intrem, chwytliwe i zapierające dech w piersiach "Lonewolf" oraz "White Masque", marszowy "Heads or Tails" no i rzecz jasna singlowy "Little Big Horn". Klasa!
Kolejna sprawa to zmiany personalne na pokładzie RW. Wraz z końcem trasy promującej "Death or Glory" nastąpiła zmiana za perkusją. W miejsce Iana Finlay'a wskoczył AC, a na dwa tygodnie przed rozpoczęciem nagrywania "Blazon Stone" Majka Motiego zastąpił Axel Morgan. Przez tą roszadę na gitarach, Kasparek był zmuszony zarejestrować wszystkie ścieżki wioseł samodzielnie, zostawiając Morganowi tylko solówki. Nowy członek zespołu najnormalniej w świecie nie zdążyłby opanować całości materiału na tyle dobrze aby wziąć pod tym kątem udział w sesji. Płyta idąc w ślady "Death or Glory" okazała się sukcesem. Może zespół nie był tak rozchwytywany jak poprzednio, ale na pewno ich koncerty stały się wtedy jeszcze bardziej widowiskowe, pełne pirotechniki i pirackiego klimatu. Osobiście uważam ten album za płytę, która dała bodziec i była iskrą dającą początek temu czego można doświadczyć na "Pile of Skulls". Połączenia epickości oraz klimatu"Death or Glory" z niebywałą energią i dynamizmem obecnym na omawianym krążku. Dla fanów Running Wild to czysty kult, dla pozostałych pozycja obowiązkowa na Heavy Metalowym szlaku. Nie można i nie wolno przejść koło niej obojętnie!


niedziela, 29 października 2017

Running Wild- Port Royal (Noise Records 1988/ 2017)

"Port Royal" z 1988 to jedna z trzech, lub nawet ta najważniejsza z płyt w dorobku Running Wild. Przełomowa, ugruntowująca nowo obraną drogę, wg. Kasparka najlepsza jaką wtedy byli w stanie nagrać. Album zostawił za sobą poprzednie bardziej surowe oblicze zespołu, brzmienie i kompozycje grupy stały się bardziej dopracowane (to co wyczynia tu na basie Jens Becker to coś niebywałego, nie tak często ma się do czynienia z albumami na których ten instrument gra tak istotną rolę), bardzo dojrzałe, nieco bardziej melodyjne, ale nie mniej energetyczne i porywające. Podobnie stało się z samymi tekstami. Zaczęły poruszać poważniejszą tematykę ("Uaschitschun" opowiadający o zagładzie Indian i świata w którym żyli, "Warchild" poruszający kwestię dzieci wysyłanych do walki, czy bardzo dobrze znany "Conquistadores"), a same liryki o tematyce pirackiej zaczęły bazować na literaturze, a nie tylko i wyłącznie filmach, jak to było w przypadku "Under Jolly Roger", wystarczy wsłuchać się w tytułowy "Port Royal" czy zamykający płytę "Calico Jack", to klasa sama w sobie. Sama muzyka Running Wild może zatraciła gdzieś tego pazura i surowość pierwszych wydawnictw, stając się bardziej dopracowaną, ale jednocześnie jeszcze bardziej chwytliwą, dynamiczną i tak niesamowicie charakterystyczną (nawet nie czuję jak rymuję haha!). To właśnie na "Port Royal" Running Wild wypracował swój niepowtarzalny styl z którego zasłynął i który uczynił ich sztukę niepowtarzalną. Udało im się stworzyć dzieło, które stale broni się przed upływem czasu i któremu wciąż udaje się czarować kolejne rzesze metalowych maniaków. Moim zdaniem tylko wydanemu przez nich rok później "Death or Glory" udało się prześcignąć fenomen omawianej tutaj płyty.
Ciekawostką dotyczącą tego albumu jest jego okładka (nobel dla Stefana Krugera w dziedzinie cover- artu!). Jak wiadomo na grafice z jej frontu, która powstała zanim nagrany został album, widnieje w składzie Stefan Schwarzmann, który nagrał na "Port Royal" ścieżki perkusji. Natomiast na jej tylnej części mamy zdjęcie Iana Finlay'a pozornie sugerujące, iż to jego robota. Stało się tak ponieważ Stefan zaraz po odwaleniu swojej części roboty opuścił Running Wild zasilając szeregi U.D.O., a na jego miejsce wskoczył wtedy Ian. Zespół postanowił, mimo wszystko, uhonorować go miejscem w składzie już na "Port Royal" mimo, że nie miał tutaj swojego wkładu.
Podsumowując niniejszy album jest jednym z najjaśniejszych i najbardziej istotnych punktów w dyskografii Running Wild i powiedziałbym, że jednym z najlepszych materiałów jakie spłodziła niemiecka scena lat 80-tych. Każdy fan klasycznego Heavy Metalu powinien ją znać, bo to bez wątpienia jeden z kamieni milowych tego typu grania. Klasyk już wtedy i klasyk do tej pory!
Poniżej tegoroczna reedycja owej płytki. Jakość tych wznowień omawiałem już przy okazji recenzji "Death or Glory", także nie będę się powtarzał. Mam co do nich neutralny stosunek, ani nie piętnuję, ani specjalnie nie wychwalam. Wszyscy wiemy, że fakt faktem można było to zrobić lepiej. Cóż, ważne, że brzmieniowo naprawdę dają radę.


piątek, 22 września 2017

Running Wild- Pile of Skulls (1992/ 2000 Noise/ Nems Eterprises)

Od tej płyty zacząłem niegdyś swoją przygodę z Running Wild, i choć moim numerem jeden jest u nich "Death or Glory", to do "Pile of Skulls" mam największy sentyment. Wciąż, nieprzerwanie słucham jej z wypiekami na twarzy, ani jednego słabego utworu, ani jednego zbytecznego dźwięku, dzieło kompletne i tak niesamowicie nośne, że nie sposób po przesłuchaniu nie nucić pod nosem tych numerów, czy nawet śpiewać je razem z zespołem podczas słuchania.
Po genialnym "Blazon Stone" (czy właściwie Running Wild nagrał jakąś kiepską płytę między swoim powstaniem, a 2000 rokiem?) nastąpiła drobna zmiana w składzie, nie tyle co odszedł AC (zmieniony przez znanego już dobrze Schwarzmanna), ale na stanowisku basisty w miejsce Jensa Beckera pojawił się Thomas Smuszyński. I wpasował się znakomicie. Zawsze uważałem Beckera za jeden z filarów Running Wild- jego partie basu to istna poezja na każdej z nagranych z nim płyt, ale Thomas okazał się godnym następcą i też pokazał klasę.
"Pile of Skulls" jest kolejnym krokiem naprzód w brzmieniu Running Wild, mamy tu większy nacisk na sekcję rytmiczną, mocarniej, zadziorniej, ale i bardziej melodyjnie za jednym zamachem. Wszystko sprawia, że mamy tu same metalowe hiciory oraz olbrzymi klasyk w postaci "Treasure Island". Niesamowity, bardzo klimatyczny (cała płyta mogła by być ścieżką dźwiękową do jakieś dobrego filmu o korsarzach, a sama okładka autorstwa Marshalla wieńczy temat, atmosfera jest tu nie do podrobienia) drugi po "Battle of Waterloo" tak rozbudowany utwór w repertuarze zespołu. Jest to także ich najbardziej naszpikowane piracką tematyką dzieło. Czego można chcieć więcej? Grupa pokazała, że w zdominowanych Death i Black Metalem latach 90-tych wciąż powstawały potężne heavy metalowe dzieła, a niestety docenione dopiero po latach. Dla mnie bezapelacyjnie pierwsza trójka Running Wild i płyta na której zespół jest w szczytowej formie!
Poniżej reedycja "Pile of Skulls" wydana przez argentyńską Nems Eterprises w 2000. Poza bardzo smacznymi bonusami min. z singla "Lead or Gold" na plus działa fakt, że ów wznowienie w niczym nie odbiega jakościowo od wydań europejskich, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że biorąc pod uwagę reedycje wyszło lepiej (a cena niższa). Także jeżeli ktoś napotka wydania Nems chcąc skompletować sobie dyskografię Running Wild, to bardzo polecam sięgnąć właśnie po nie.


piątek, 18 sierpnia 2017

Running Wild- Death or Glory (Noise Records 1989/ 2017)

Bez wątpienia jest to najlepszy album niemieckich prekursorów tzw. pirate metalu, spierać się nie ma sensu bo to arcydzieło nie tylko, nowo powstałego wtedy "gatunku", ale po prostu ogólnie pojętego heavy metalu. Album wypełniony jest po brzegi niesamowitymi riffami, masą wspaniałych, zapadających w pamięć melodii i świetnych tekstów. W swoim czasie było to niewątpliwie oryginalne i wyróżniające się granie. Klimat jaki tworzą "Evilution", "Running Blood" i "Battle of Waterloo" (konkurować z nim może tylko "Treasure Island" z płyty "Pile of Skulls") to kolejna cecha na plus. Jest podniosły, majestatyczny, a jednocześnie pełen mocy. Pamiętam jak kiedyś wracając skądś pks-em słuchałem tej płyty, a za oknem zachodziło słońce, niebo skąpane było w czerwonej poświacie, powoli nastawał mrok. Soundtrackiem do tego zjawiska było intro do "Evilution". Wciąż gdy słyszę ten utwór mam przed oczami ten obraz, coś niesamowitego. Kompozycje takie jak nieśmiertelny, koncertowy hymn "Riding the Storm", "Marooned", "Tortuga Bay" czy "Bad to the Bone" to już konkretne, szybkie i melodyjne galopady w których nie sposób nie śpiewać razem z zespołem, klasyka w ich dorobku. Alubum pomimo tylu już lat od nagrania nie starzeje się ani trochę.
Rok w którym ukazał się "Death or Glory" to szczyt popularności Running Wild i najlepszy skład, którym dysponował Rolf, na basie był wciąż Jens Becker (obecnie od dawna w Grave Digger), na drugiej gitarze Majk Moti, a za garami Iain Finlay. Wtedy też dawali najlepsze koncerty. Drobną tego namiastką jest nagranie jednego z występów w niemieckim klubie, które był niejako rozgrzewką przed pełną trasą. Materiał ten ukazał się na kasecie VHS ("Death or Glory Tour"), a w chwili obecnej krąży też na dvd jako bootleg. Dziwi mnie bardzo, że pomimo swojej popularności na przełomie lat 80-tych i 90-tych nigdy nie koncertowali poza Europą. Płyta "Death or Glory" nie tylko ponowiła sukces "Port Royal", ale przerosła go dwukrotnie osiągając 100 tys. sprzedanych egzemplarzy albumu w samych Niemczech, a 2 mln. na całym świecie stając się running-wildowym bestsellerem.
Jak sami widzicie, wyrażam się o tej płycie w samych superlatywach. Inaczej być nie może, bo po prostu uwielbiam ten album, nie powiem i nie dam powiedzieć o nim złego słowa. Młodym słuchaczom, którzy dopiero przymierzają się do Running Wild polecam zacząć właśnie tutaj, "Under Jolly Roger", chociaż przełomowy i równie udany, zostawcie sobie na potem.
Przedstawiona poniżej, tegoroczna reedycja, tak oczekiwana, niestety w moich oczach nie do końca sprostała wyzwaniu. Poza naprawdę bardzo dobrym brzmieniem, co jest głównym powodem dla którego warto to mieć, oraz bonusowym dyskiem z epką "Wild Animal" i dwoma podrasowanymi oryginałami z 2003 roku (po co to było to nie wiem) niespecjalnie ma się czym pochwalić. W porównaniu z tym jak Noise wydał reedycje Kreator (pomijam tu okładki o które wszyscy mają ból dupy) i Celtic Frost, Running Wild wypada nieco blado. Co prawda są ciekawe liner notes, jest co poczytać, ale poza tym cieniutko, tekstów utworów brak jakby się ktoś pytał. Zdjęcia zawarte w booklecie to nic ponad to co można znaleźć w internecie lub wersji winylowej albumu. Sam digipak (bo nie digibook) też jakiś biednawy i mało solidny. W skali szkolnej dałbym temu wydaniu 4/6, jest po prostu dobrze i nic ponadto, a zgodzicie się, że płyty Running Wild, zwłaszcza te klasyczne zasługują na wyjątkowe potraktowanie. Ani nie odradzam zakupu, ani specjalnie nie polecam owego wznowienia. Pewnym jest, że nie są adekwatne do swojej wysokiej ceny.


niedziela, 18 czerwca 2017

Helloween- Keeper of the Seven Keys pt. I (Noise Records 1987/ Castle Music, Sanctuary 2006)

Pierwsza piątka moich płyt wszech czasów, album który nigdy nie przestanie mnie wciągać, zachwycać i co tam jeszcze chcecie. Sentyment, masa wspomnień i niezmierzona wręcz frajda ze słuchania, tyle lat i płyta nie potrafi sobą zanudzić, choćbym nie wiem ile ją katował.
Helloween to, obok takich potęg jak Accept, Running Wild czy Grave Digger, niezaprzeczalnie piedestał niemieckiego heavy metalu. Ich pierwsze trzy płyty to ścisła klasyka zarówno dla wspomnianego, tradycyjnego heavy metalu, jak i podwaliny dla tworu zwanego powszechnie power metalem. "Keeper of the Seven Keys pt.I" to dla mnie swoiste opus magnum całego ich dorobku (rzecz jasna szacun dla II-ki i "Walls of Jericho" bo to także wybitne dzieła). Ten album jest pięknym przykładem sztuki skończonej, która nie zawiera ani jednego zbędnego elementu i która bez jakiegokolwiek z nich nie byłaby tym samym. Pierwotnie album miał być materiałem dwupłytowym, bez podziału wydawniczego na cz. I i II. Niestety wytwórnia nie wyraziła na to zgody, przez co pierwszego z Keeperów świat ujrzał w 1987, a drugiego rok później. Album jest wręcz kopalnią różnego typu kompozycji, mamy świetne, budujące klimat oraz atmosferę intro i outro, które znakomicie otwierają i zamykają owe dzieło, wypełnione świetnymi melodiami i riffami galopady w postaci "I'm Alive", "A Little Time" czy, po dziś dzień jednego z największych hitów Helloween, "Future World". Mamy majestatyczny, prawie epicki "Twilight of the Gods", niemal prog metalowy, skomponowany w całości przez Hansena "Helloween" oraz jedną z lepszych ballad w gatunku jakie do tej pory słyszałem czyli "A Tale That Wasn't Right". Owa płyta to także zmiana na pozycji wokalisty. Kai Hansen, który do tamtej pory musiał obsługiwać zarówno wokal jak i gitarę, został w tej pierwszej kwestii odciążony przez młodego i niesamowicie utalentowanego Michaela Kiske, obdarzonego bardzo charakterystyczną barwą głosu i prawie halfordowskimi "górami". Wpasował się w grupę z marszu i już na pierwszym albumie w jej barwach pokazał niesamowitą klasę. No i czego tu chcieć więcej? Takie dzieła łyka się bez popitki i zapamiętuje na całe życie, i nie trzeba ich polecać, jest to absolutnie zbędne!
Poniżej przedstawiałem posiadaną przez siebie reedycję Keepera I, wydaną w 2006 roku. Poza oryginalnym rozkładem jazdy posiada parę bonusów z których najciekawszym jest nagrany ponownie, tym razem z Kiske na wokalu, "Victim of Fate" (śmiem twierdzić, że wyszedł równie dobrze jak wersja z EP "Helloween") oraz "Starlight", który znalazł się oryginalnie na singlu "Future World".


środa, 14 września 2016

Gamma Ray- Sigh No More (Noise 1991)

Po raz kolejny trafia na warsztat recenzencki heavy/ power metalowy Gamma Ray. Tym razem omówię płytę z tzw, okresu z Scheepersem na wokalu.
"Sigh No More" to drugi, wydany w 1991, pełny album zespołu Hansena, i jeden ze słabiej ocenianych i często bagatelizowanych. Tymczasem to kolejna płyta, która na przekór większemu zainteresowaniu ekstremalnymi brzmieniami w latach 90-tych dawała znać, że muzyka, którą zespół reprezentował ma się dobrze i potrafi przetrwać niekorzystny dla siebie czas.


Dwójeczka Gamma Ray to autentycznie świetny krążek. Ma fajne, mocne, przejrzyste brzmienie. Ralf Scheepers pokazuje na nim wokalnie, iż późniejsze nie przyjęcie go w szeregi Judas Priest po odejściu Halforda było ogromnym błędem. Kompozycyjnie album też jest naprawdę niczego sobie. Utwory nie zlewają się, są rozpoznawalne, bardzo nośne, ze sporą dawką energii. Każdy komu Gamma Ray nie jest obcy powinien kojarzyć takie kawałki jak chociażby "Rich and Famous" z chwytliwym refrenem czy potężny "Dream Healer". Warto wyróżnić tu jeszcze "One with the World" do którego notabene nakręcono teledysk oraz "Countdown" widniejący na trackliście jako bonus (nie rozumiem tego zabiegu skoro znalazł się na każdym wydaniu płyty).
Mamy tu dość widoczne zmiany w stosunku do "Heading for Tomorrow". Płyta jest jakby bardziej melodyjna, bardziej przebojowa i dopracowana produkcyjnie, aż dziw bierze, że nie odniosła przynajmniej takiego sukcesu jak jej poprzedniczka. Wydaje mi się, że wykonawczo zespół podkręcił nieco śrubę na tej płytce, czuję w tym więcej pasji i ognia.
Czas pierwszych trzech płyt Gamma Ray ma swój smaczek, to trochę inne granie od tego które zespół wypracował wraz z "Somwhere out in Space". Mniej jest śmigających gitar, mniej rozmachu, a więcej typowo heavy metalowych struktur. "Sigh no More jest taką niedocenianą perełką, z którą warto się zapoznać, ja osobiście szczerze ją polecam.


wtorek, 6 września 2016

Gamma Ray- Power Plant (Noise 1999)

Jedna z ciekawszych płyt w dorobku Gamma Ray, sporo fajnych chwytliwych melodii i riffów. Godny następca znakomitego "Somewhere Out in Space". Płytka ma niesamowicie pozytywny wydźwięk, jak się tego słucha to od razu humor się poprawia i wstępuje w człowieka potężna dawka energii.


Dla niektórych z was, wydany w 1999 "Power Plant", może wydać się zbyt lekki, może nazbyt przystępny, ale w pewnym sensie to jest jego atut, cecha charakterystyczna. Powstała płyta bardzo nośna, momentalnie łapiąca uwagę słuchacza. Świetny przykład to "Send me a Sign" oraz "Short as Hell" z bardzo fajnym, marszowym motywem przewodnim. Są też kawałki z kopem i lekko epickim sznytem jak "Gardens of the Sinner", "Anywhere in the Galaxy" czy kończący płytę "Armageddon". Warto jeszcze wspomnieć o coverze Pet Shop Boys "It's a Sin" który zagościł zarówno na singlu jak i na płycie. Metalowy zespół nagrywający cover popowego hiciora, to może z pozoru budzić niesmak. Niepotrzebnie, takie zabiegi for fun całkiem dobrze wychodzą, robił to już min. Blind Guardian. I co źle było? Nie, wyszło genialnie, nowa jakość. Co się tyczy wokalu Kai'a to brak mi zastrzeżeń. Bardzo podoba mi się jego barwa głosu, i mimo że zdania co do jego wokali są podzielone, jak dla mnie powinien nas raczyć swoim głosem możliwie jak najdłużej. Jeden z bardziej rozpoznawalnych i oryginalnych głosów w heavy metalu.
Co się tyczy okładki do płyty. W jakimś stopniu przekazuje zawartą na niej muzykę i podobnie jak i inne artworki zespołu zdradza pewne power-metalowe naleciałości, czy może bardziej estetykę obecną w muzyce Gamma Ray, jak chociażby inspiracje czerpane głównie z fantastyki i science-fiction. W każdym razie jest rozpoznawalna. Po raz trzeci pojawia się na niej zakapturzony stwór obecny w grafikach zespołu po dzień dzisiejszy (gościł też na starych wydawnictwach Helloween).
Generalnie Gamma Ray deklasował w moim odbiorze to co poprzedni zespół Hansena nagrywał w latach 90-tych. "Power Plant" jest tego doskonałym dowodem. Kai znalazł sobie świetnych muzyków i swoim nowym projektem udowadniał w tamtym czasie, że heavy metal ma jeszcze coś do powiedzenia.





piątek, 5 sierpnia 2016

Running Wild- The First Years of Piracy (Noise 1991)

Tak jak wcześniej zapowiadałem, serwuję kolejny post dotyczący jednej z płyt Running Wild. "The First Years of Piracy" wydana niedługo po "Blazon Stone" to jednocześnie kompilacja jak i pełny album. Zespół postanowił odświeżyć i nagrać ponownie 10 wybranych utworów z 3 pierwszych płyt. Zabiegi typu "nagrajmy coś starego na nowo" nie zawsze wychodzą zespołom na dobre. Robił to już min. Manowar, Flotsam and Jetsam, Gorgoroth, Moonspell, planuje zrobić Vader. Czasem efekt jest świetny i płyta nabiera nowej jakości (jak na przykład "Battle Hymns" Manowar), a czasem jest to bądź co bądź porażka i zabieg tak naprawdę niepotrzebny. Co się tyczy Running Wild to w ich przypadku jest to jak najbardziej udane wydawnictwo. Takie klasyki jak "Under Jolly Roger", Raw Ride", "Diamonds of the Black Chest" czy "Prisoner of Our Time" nabrały mocy i dynamiki.


Wszystkie wybrane utwory zagrane zostały nieco szybciej, podrasowane zostało ich brzmienie dzięki czemu brzmią mocarniej i dojrzalej. Słychać też, że wokale Rolfa z biegiem czasu zyskały na jakości, są pewniejsze i bardziej klarowne, jest tu w szczycie formy. Cóż, praktyka czyni mistrza.
Gdyby "The First Years of Piracy" poprzedzał "Blazon Stone" to można by było pomyśleć, że został zastosowany zabieg podobny do tego, o który pokusiła się Metallica wypuszczając "Garage Days Re- Revisited". Płytka miała być poniekąd wprowadzeniem w zespół i przedstawieniem fanom nowego basisty w postaci Jasona Newsteda. W ten sam sposób Running Wild mogło wprowadzić do grupy Axela Morgana i AC, ale jak widać zamierzenie był w tym przypadku inne i chodziło konkretnie o odświeżenie staroci.
Podsumowując płyta wyszła genialnie i nie ma co się czaić do zakupu (jeżeli znalazłyby się osoby, które nie są do tego przekonane) jak goły do pokrzyw, a brać jak leci. Proces rewitalizacji wypadł tu przednio, i w tym przypadku lepsze nie było wrogiem dobrego. Zespół gra tutaj jakby miało nie być jutra! Pierwyj sort!