Drugi album w dorobku Dissection darzony jest chyba jeszcze większym poważaniem niż ich debiut - "The Somberlain". Zespół w nieco zmienionym składzie - z Johanem Normanem na drugiej gitarze - powrócił w 1995 do studia Unisound i rozpoczął wraz z Danem Swano pracę nad kolejnym materiałem. Płyta ugruntowała pozycję zespołu na szwedzkiej scenie oraz ich unikalny styl, będący melodyjną mieszanką Death oraz Black Metalu. "Storm of the Light's Bane" to album dojrzały i oszlifowany, przemyślany w każdym aspekcie. W porównaniu do swojego poprzednika ma potężniejsze, bardziej dopracowane brzmienie, jest miejscami niemal epicki. Wciąż podbudowany Death Metalem w szwedzkim stylu, aczkolwiek stale rozwijający szerzej Black Metalowe patenty w ścieżkach gitar i atmosferze kompozycji. Złowieszczy, acz pełen patosu klimat i otaczające nas zewsząd molowe roje aż nadto to potwierdzają. Powstało dzieło na tyle pionierskie i znaczące dla sceny, że swoją wartością można je niemal porównywać do "De Mysteriis Dom Sathanas" Mayhem. Dissection wraz z At the Gates byli wtedy pionierami lekko melodyjnego stylu grania; charakterystycznego brzmienia, które potem naśladowało i rozwijało tak wiele zespołów, z Sacramentum oraz Gates of Ishtar na czele.
"Where Dead Angels Lie" oraz "Night's Blood", które znalazły się na płycie, to jedne z czołowych utworów w dorobku Dissection, wizytówki zespołu, ich unikalnej sztuki. Już one świadczą o tym, jak potężna była to wtedy grupa i w jakiej była formie twórczej. Płyta wydana została w prężnie rozwijającej się Nuclear Blast, mającej u siebie takie zespoły jak Pungent Stench, Dismember, Hypocrisy czy Benediction. Album okazał się ogromnym sukcesem i zaowocował wspólnymi trasami Dissection z Dimmu Borgir, Cradle of Filth, Gorgoroth, Satyricon, At the Gates oraz Morbid Angel.
"Storm of the Light's Bane" to bez wątpienia jeden z kamieni milowych nie tylko szwedzkiej sceny, ale też niesamowicie wręcz wpływowy materiał zarówno dla Death, jak i Black Metalu. Klasyk po wsze czasy i nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości!
English translation:
The second album in Dissection's discography is probably even more respected than their debut - "The Somberlain". The band in a slightly changed line-up - with Johan Norman on the second guitar - returned to Unisound in 1995 and started working with Dan Swano on the next material. The album strengthened the position of the band on the Swedish scene and the unique style of the group, which is a melodic mix of Death and Black Metal. "Storm of the Light's Bane" is a mature and polished album, thought out in every aspect. Compared to its predecessor, it has a more powerful, more refined sound, it is almost epic in some places. Still rooted in Death Metal in the Swedish style, although constantly developing Black Metal patents in the guitar tracks and the atmosphere of the composition. The ominous, yet full of pathos, climate and the minor swarms that surround us from everywhere confirm this without a doubt. The work they created was so pioneering and significant for the scene that its value can almost be compared to "De Mysteriis Dom Sathanas" by Mayhem. Dissection and At the Gates were then pioneers of a slightly melodic style of playing, a characteristic sound that was later copied and developed by so many bands, with Sacramentum and Gates of Ishtar at the forefront.
"Where Dead Angels Lie" and "Night's Blood", which are on the album, are one of the leading songs in Dissection's career, the showcase of the band's unique art. They already prove how powerful the group was then and in what creative form they were. The album was released in the dynamically developing Nuclear Blast, the label having such bands as Pungent Stench, Dismember, Hypocrisy and Benediction in their roster. The album was a huge success and resulted in joint tours with Dimmu Borgir, Cradle of Filth, Gorgoroth, Satyricon, At the Gates and Morbid Angel.
"Storm of the Light's Bane" is undoubtedly one of the milestones, not only of the Swedish scene, but also incredibly influential material for both Death and Black Metal. A classic for all time and there is no doubt about it!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1995. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1995. Pokaż wszystkie posty
piątek, 3 stycznia 2020
piątek, 3 maja 2019
Marhoth- W imieniu Marhoth... (Witches Sabbath/ Eastside 2015)
Ostródzki Marhoth... Grupa o której chyba mało kto już pamięta, a szkoda. Istnieli na scenie w latach 1992-98 i mimo rozmów, planów i prób nie udało im się nagrać pełnego albumu. Ekipę od początku prześladował jakiś pech w tej kwestii. Jednakże zespół zostawił po sobie dwa bardzo dobre, klimatyczne dema- "Wolfmoon" (1995) oraz "Szkarłatna Kropla Rosy" (1996). Te dwa materiały, na trzech nośnikach wznowiło Witches Sabbath cztery lata temu. I tu należy im się szacunek za przypomnienie o Marhoth, bo zespół w żaden sposób nie zasługuje, aby pogrzebała go historia.
Oba dema utrzymane są niemal w bliźniaczym klimacie. Różnią się odrobinę brzmieniem (oba są typowo dla demówek surowe, ale robi to odpowiedni, piwniczny klimat) oraz tym, że dwójeczka jest z polskimi tekstami. Black Metal w wykonaniu Marhoth najbliższy jest temu co zaprezentował Behemoth na "From the Pagan Vastlands" oraz "Sventevith" z domieszkami starego Immortal, naszego Sacrilegium, czy też North. A i lirycznie jest zdecydowanie bardziej pogański, mistyczny, niżeli diabelski. W każdym razie zionie od tego esencja naszego krajowego BM połowy lat 90-tych. Jest to styl i brzmienie totalnie charakterystyczne dla naszej rodzimej sceny tamtych konkretnych lat. Uważam, że Marhoth powinno być wymieniane zaraz obok tych najważniejszych nazw, bo mimo stosunkowo niewielkiego dorobku, totalnie na to zasługuje. Już za sam wkład w budowę tego typowo polskiego Black Metalu.
Zanim zespół się rozpadł wraz z North oraz Grom znalazł się na splicie "Sovereigns of Northernlands" wydanym w 98' przez Astral Wings oraz wziął udział w płycie "Czarne Zastępy w Hołdzie Kat" wypuszczonej przez Pagan Records. Nagrali swoją wersję "Diabelskiego Domu". Po tym słuch o zespole zaginął. Warto na koniec wspomnieć, że Orias (gitarzysta, wokalista i klawiszowiec Marhoth) udzielał się również w Nox Lunaris, a Thoarinus (perkusista), poza wspieraniem na Oriasa we wspomnianym już zespole, w takich ekipach jak Sacrilegium oraz Christ Agony.
Oba dema utrzymane są niemal w bliźniaczym klimacie. Różnią się odrobinę brzmieniem (oba są typowo dla demówek surowe, ale robi to odpowiedni, piwniczny klimat) oraz tym, że dwójeczka jest z polskimi tekstami. Black Metal w wykonaniu Marhoth najbliższy jest temu co zaprezentował Behemoth na "From the Pagan Vastlands" oraz "Sventevith" z domieszkami starego Immortal, naszego Sacrilegium, czy też North. A i lirycznie jest zdecydowanie bardziej pogański, mistyczny, niżeli diabelski. W każdym razie zionie od tego esencja naszego krajowego BM połowy lat 90-tych. Jest to styl i brzmienie totalnie charakterystyczne dla naszej rodzimej sceny tamtych konkretnych lat. Uważam, że Marhoth powinno być wymieniane zaraz obok tych najważniejszych nazw, bo mimo stosunkowo niewielkiego dorobku, totalnie na to zasługuje. Już za sam wkład w budowę tego typowo polskiego Black Metalu.
Zanim zespół się rozpadł wraz z North oraz Grom znalazł się na splicie "Sovereigns of Northernlands" wydanym w 98' przez Astral Wings oraz wziął udział w płycie "Czarne Zastępy w Hołdzie Kat" wypuszczonej przez Pagan Records. Nagrali swoją wersję "Diabelskiego Domu". Po tym słuch o zespole zaginął. Warto na koniec wspomnieć, że Orias (gitarzysta, wokalista i klawiszowiec Marhoth) udzielał się również w Nox Lunaris, a Thoarinus (perkusista), poza wspieraniem na Oriasa we wspomnianym już zespole, w takich ekipach jak Sacrilegium oraz Christ Agony.
sobota, 23 lutego 2019
Burzum- Hvis Lyset Tar Oss (Misanthropy Records, Cymophane Productions 1994/1995)
Trzeci, pełny album w dorobku Burzum to kamień milowy, zarówno w twórczości muzycznej Varga, jak i w Norweskim Black Metalu, czy Black Metalu w ogóle. Wizytówka Burzum i jego stylu z pierwszej połowy lat 90-tych. Varg połączył na tej płycie surowość i charakterystyczne struktury gitar , perkusji oraz maniery wokalnej z dwóch swoich pierwszych krążków z ambientowymi wpływami, które w szeroko rozwinął na albumie "Filosofem". Położył tu również nacisk na jeszcze większy ładunek emocjonalny i atmosferę. "Hvis Lyset Tar Oss" traktuję w pewnym sensie jako zwieńczenie tych pierwszych lat norweskiej sceny, materiał wraz z którym coś się kończy i coś zaczyna.
Mamy tu cztery rozbudowane kawałki, które zasiadają na swych własnych odrębnych tronach. Już sam ambientowy, zamykający płytę "Tomhet" jest kompozycją tak wybitną, nostalgiczną, że już za nią należą się temu wydawnictwu laury. Co się tyczy reszty numerów, "Det Som Engang Var" znakomicie łączy cechy takich klasyków jak "Feeble Screams from the Forest Unknown", czy "Ea, Lord of the Depths" ze wspomnianym ambientowym elementem. Utwór tytułowy to piękny przykład na to jak znaczący wpływ miał Burzum na wczesne brzmienie np. Immortal, płyta "Pure Holocaust" jest tego najlepszym przykładem. "Inn i slottet fra droemmen" to natomiast ubogacone, kompleksowe nawiązanie do poprzedzającej płyty, wydanego w 1992 "Det Som Engang Var".
"Hvis Lyset Tar Oss" to również początki założonej przez Tizianę Stupię Misanthropy Records, wydawnictwa, które dało Vargowi możliwość dystrybucji i wydawania płyt po zabójstwie Euronymousa. Wtedy wydawcy niezbyt palili się do wsparcia jego muzyki bojąc się stracić zespoły ze swojego katalogu. Album został nagrany już w 1992 roku w Grighallen, z Pyttenem rzecz jasna w roli producenta, miesiąc po nagraniu EP "Aske".
Podsumowując, dla mnie trzeci pełniak Burzum to najlepsze dzieło Varga, i podobnie jak debiut oraz "Filosofem" niesamowicie wpływowe i wyznaczające nowe ścieżki w Black Metalowym graniu. Cytując jeden z flyerów towarzyszących tej płycie, "Supreme Nordic Art"!
Poniżej digipakowe wydanie z Misanthropy z 1995 roku. Pierwsze wyszło rok wcześniej w tradycyjnym jewelcase, natomiast pierwsze winylowe (biały LP), również wydane w 1994, pojawiło się w ścisłym limicie 2000 egzemplarzy. Jest to obecnie jeden z najdroższych kolekcjonerskich rarytasów.
Mamy tu cztery rozbudowane kawałki, które zasiadają na swych własnych odrębnych tronach. Już sam ambientowy, zamykający płytę "Tomhet" jest kompozycją tak wybitną, nostalgiczną, że już za nią należą się temu wydawnictwu laury. Co się tyczy reszty numerów, "Det Som Engang Var" znakomicie łączy cechy takich klasyków jak "Feeble Screams from the Forest Unknown", czy "Ea, Lord of the Depths" ze wspomnianym ambientowym elementem. Utwór tytułowy to piękny przykład na to jak znaczący wpływ miał Burzum na wczesne brzmienie np. Immortal, płyta "Pure Holocaust" jest tego najlepszym przykładem. "Inn i slottet fra droemmen" to natomiast ubogacone, kompleksowe nawiązanie do poprzedzającej płyty, wydanego w 1992 "Det Som Engang Var".
"Hvis Lyset Tar Oss" to również początki założonej przez Tizianę Stupię Misanthropy Records, wydawnictwa, które dało Vargowi możliwość dystrybucji i wydawania płyt po zabójstwie Euronymousa. Wtedy wydawcy niezbyt palili się do wsparcia jego muzyki bojąc się stracić zespoły ze swojego katalogu. Album został nagrany już w 1992 roku w Grighallen, z Pyttenem rzecz jasna w roli producenta, miesiąc po nagraniu EP "Aske".
Podsumowując, dla mnie trzeci pełniak Burzum to najlepsze dzieło Varga, i podobnie jak debiut oraz "Filosofem" niesamowicie wpływowe i wyznaczające nowe ścieżki w Black Metalowym graniu. Cytując jeden z flyerów towarzyszących tej płycie, "Supreme Nordic Art"!
Poniżej digipakowe wydanie z Misanthropy z 1995 roku. Pierwsze wyszło rok wcześniej w tradycyjnym jewelcase, natomiast pierwsze winylowe (biały LP), również wydane w 1994, pojawiło się w ścisłym limicie 2000 egzemplarzy. Jest to obecnie jeden z najdroższych kolekcjonerskich rarytasów.
sobota, 12 stycznia 2019
My Infinite Kingdom- Ecstasies Over Dreaming Lady (No Colours Records 1995)
Dziś o nieco zapomnianej już płycie i projekcie naszej sceny BM lat 90-tych. Początków My Infinite Kingdom należy szukać jakoś koło 1993-94 roku kiedy to na próbach North Sirkis oraz Thorn zaczęli nieco dłubać przy klawiszowych brzmieniach, na które nie specjalnie było miejsce w ich macierzystej grupie. Nie chodziło tu już o typową, Black Metalową surowiznę, przede wszystkim o klimat, atmosferę, pewną dozę melancholii. Tak właśnie zrodziła się płyta "Ecstasies Over Dreaming Lady". Album ten łączy w sobie to co w owym czasie reprezentował Mortiis z naleciałościami North oraz takich grup jak chociażby norweskie Helheim czy In the Woods (rzecz jasna chodzi tu o "Heart of the Ages" oraz "Isle of Men") . Dominujące klawiszowe pasaże i melodie podparte były Black Metalową zaprawą i wokalami od chrapliwych skrzeków począwszy za wręcz obłędnym skowycie kończąc. Może daleko temu albumowi do doskonałości i dobrego brzmienia, ale ma niesamowity urok, klimat niosący ze sobą znamię tamtych czasów. W tym właśnie tkwi jego siła i wyjątkowość, i pod takim kątem należy go rozpatrywać. O wyjątkowości "Ecstasies..." świadczy również to, że był to jeden z pierwszych materiałów wydanych przez debiutującą wtedy No Colours Records. My Infinite Kingdom znalazł się w doborowym towarzystwie. W tamtym czasie niemiecka wytwórnia wydała płyty nie tylko naszych Graveland czy Veles, ale również te najbardziej kultowe materiały Dimmu Borgir, Forgotten Woods oraz Falkenbach. Steffen wiedział co dobre.
Reasumując, niniejsza płyta to przede wszystkim ogrom nostalgii i jak przy paru klasykach już wspominałem, kapitalna wycieczka w przeszłość, kiedy nie liczyła się nie wiadomo jaka technika i umiejętności. Chodziło o oddanie muzie, zaangażowanie, tworzenie z pasji, kiedy chęć działania rodziła płyty przepełnione klimatem i autentycznymi emocjami.
Reasumując, niniejsza płyta to przede wszystkim ogrom nostalgii i jak przy paru klasykach już wspominałem, kapitalna wycieczka w przeszłość, kiedy nie liczyła się nie wiadomo jaka technika i umiejętności. Chodziło o oddanie muzie, zaangażowanie, tworzenie z pasji, kiedy chęć działania rodziła płyty przepełnione klimatem i autentycznymi emocjami.
czwartek, 6 grudnia 2018
Gehenna- Seen Through the Veils of Darkness (The Second Spell) (Cacophonous Records 1995)
To co wyczyniała Gehenna na swoich pierwszych płytach to była po prostu magia, jedyna i niepowtarzalna! "Seen Through the Veils of Darkness" uznaję za ich najwybitniejsze dokonanie ze względu na to z jakim kunsztem i wyczuciem połączyli bogactwo kompozycyjne i mroczną melodykę z surowym brzmieniem nadając płycie niezrównanego klimatu. Nie da się ukryć jak duże znaczenie miały tu klawisze Sarcany połączone z siarczystymi, odznaczającymi się swoistym "piachem" w brzmieniu, riffami Dolgara oraz Sanrabba (apropo gitar, podoba mi się też jak wyeksponowany został w miksie bas, cudo!). Obie sekcje potrafiły zespalać się w jeden byt tworząc atmosferyczne, raz melancholijne, raz pełne furii pasaże zachowując stale w swej muzyce odpowiednią dawkę agresji i złowieszczości. W kwestii osiągnięcia tego właśnie efektu, zachowując wciąż czytelne melodie, byli w tamtym czasie na scenie jedyni. Ktoś mógłby zapytać "A Emperor, wczesne Dimmu Borgir?". Tak poniekąd się zgadza, ale w tamtym czasie Emperor był lekko uśpiony twórczo, jako, że Ihsahn został chwilowo sam na posterunku (poza tym Emperor miał tej melodyki mniej, a o wiele więcej, intensywności zmian klimatu i tempa swoich utworów, uderzał w bardziej progresywne rejony), natomiast dla Dimmu Borgir atmosfera, nostalgia, spora dawka melodii były celem samym w sobie, co nie miało w takiej skali miejsca w twórczości Gehenna. Zespół wciąż zostawiał wyraźne pole dla tych czysto Black Metalowych elementów znakomicie przy tym balansując i urozmaicając kompozycje.
Z powstawianiem "Drugiego Zaklęcia" wiąże się dosyć ciekawa historia. Płyta zaczęła powstawać (a chyba nawet była już gotowa) jeszcze przed wydaniem przez Head Not Found epki "First Spell". Przez różnego rodzaju poślizgi została ukończona i wydana dopiero ponad rok później. Pod skrzydła Nihila i jego Cacophonous Records trafili dzięki koncertowi jaki dali w maju 1994 w Lusa Lottes Pub w Oslo (wraz z Enslaved, Marduk oraz Dissection). Tak się złożyło, że właśnie dzięki temu wydarzeniu i zobaczeniu Gehenna na żywo Nihil zainteresował się zespołem na poważnie co zaowocowało kontraktem na dwie kolejne płyty jakie zespół miałby nagrać. Tak oto w 1995 objawiła się pierwsza z nich, a jednocześnie debiutancki długograj, "Seen Through the Veils of Darkness".Warto na koniec wspomnieć o tym, że w utworze "Vinterriket" gościnnie głosu udzielił Garm z Ulver.
Podsumowanie krótkie i zwięzłe, trzeba brać i trzeba słuchać! Mimo odrobiny różnic, mam wrażenie, że gdyby Gehenna powstała wcześniej i spiknęła się z dobrym producentem, tak jak Emperor przy swoim "In the Nightside Eclipse", to mogliby stawać z Cesarzem w szranki jak równy z równym!
Z powstawianiem "Drugiego Zaklęcia" wiąże się dosyć ciekawa historia. Płyta zaczęła powstawać (a chyba nawet była już gotowa) jeszcze przed wydaniem przez Head Not Found epki "First Spell". Przez różnego rodzaju poślizgi została ukończona i wydana dopiero ponad rok później. Pod skrzydła Nihila i jego Cacophonous Records trafili dzięki koncertowi jaki dali w maju 1994 w Lusa Lottes Pub w Oslo (wraz z Enslaved, Marduk oraz Dissection). Tak się złożyło, że właśnie dzięki temu wydarzeniu i zobaczeniu Gehenna na żywo Nihil zainteresował się zespołem na poważnie co zaowocowało kontraktem na dwie kolejne płyty jakie zespół miałby nagrać. Tak oto w 1995 objawiła się pierwsza z nich, a jednocześnie debiutancki długograj, "Seen Through the Veils of Darkness".Warto na koniec wspomnieć o tym, że w utworze "Vinterriket" gościnnie głosu udzielił Garm z Ulver.
Podsumowanie krótkie i zwięzłe, trzeba brać i trzeba słuchać! Mimo odrobiny różnic, mam wrażenie, że gdyby Gehenna powstała wcześniej i spiknęła się z dobrym producentem, tak jak Emperor przy swoim "In the Nightside Eclipse", to mogliby stawać z Cesarzem w szranki jak równy z równym!
niedziela, 2 grudnia 2018
Darkthrone- Panzerfaust (Moonfog Records 1995/ Peaceville 2018)
Obok "Transilvanian Hunger" to najsurowszy album Darkthrone, a i jeden z czterech najsłynniejszych w ich dorobku i definiujących ten gatunek oraz ową muzykę. Jest natomiast jedynym na którym nagrane zostały tak nienawistne, szorstkie, przepełnione chłodem wokale. Nocturno Culto, będący wtedy raczej gościem niż twórcą (w tamtym czasie Darkthrone praktycznie równał się Fenriz), położył tu jedne z najlepszych swoich linii wokalnych. Surowe nieokiełznane, takich nikt nie nagrał ani wcześniej, ani nigdy później. Całość kompozycji oraz nagranie wszystkich ścieżek instrumentów należała tu do Fenriza. Gościnnie, po raz drugi i już ostatni zagościł tu też Varg Vikernes w roli tekściarza. Mowa tu o ponurym, acz majestatycznym "Quintessence". Kolną cechą charakterystyczną "Panzerfaust" jest to, że chyba właśnie tu najbardziej słyszalne jest to jak zawsze ważną rolę w twórczości zespołu odgrywał Hellhammer/ Celtic Frost. Niemal każdy utwór jaki został tu zawarty zawiera pierwiastki i elementy struktur niesamowicie wyraźnie odnoszące się do wczesnych materiałów tej szwajcarskiej ekipy pod dowództwem Toma G. Warriora. Niezaprzeczalnym jest, że "Panzerfaust" wyznaczył wtedy nowe standardy jeżeli chodzi o Black Metal, a Darkthrone po raz kolejny pokazał kto tu rządzi. Swoją surowością, mizantropicznym charakterem i przeszywającym chłodem pokazał starą- nową ścieżkę powstającym wtedy jak grzyby po deszczu kolejnym zespołom. Warto również wspomnieć, że lata 94'-95' były dla Fenriza niesamowicie płodne jeżeli chodzi o jego muzyczne projekty jak i udzielanie się w innych zespołach. Prawdopodobnie dzięki temu "Panzerfaust" okazał się takim strzałem i tak inspirującym albumem. W owym okresie ukazała również druga płyta zarówno Isengard ("Hostmorke") jak i Neptune Towers ("Transmissions from Empire Algol"). Fenriz zagościł również na basie na "Kronet Til Konge" Dodheimsgard oraz zasiadł za garami jako Gribb na debiutanckim krażku Valhall "Moonstoned", o wspólnym projekcie z Satyrem jakim był Storm nie wspominając.
"Panzerfaust" w swojej estetyce pozostaje, moim zdaniem, albumem niedoścignionym jeżeli chodzi o wszechobecną piwnicę w brzmieniu i totalnie bezkompromisowy charakter kompozycji i poszczególnych jej elementów składowych. To kolejna karta księgi o tym czym niegdyś był Black Metal, co było jego pierwotną esencją.
"Panzerfaust" w swojej estetyce pozostaje, moim zdaniem, albumem niedoścignionym jeżeli chodzi o wszechobecną piwnicę w brzmieniu i totalnie bezkompromisowy charakter kompozycji i poszczególnych jej elementów składowych. To kolejna karta księgi o tym czym niegdyś był Black Metal, co było jego pierwotną esencją.
poniedziałek, 26 listopada 2018
Gehennah- Hardrocker (Primitive Art Records 1995/ Critical Mass Recordings 2018)
Zastanawiam się czy takie płyty jak "Hardrocker" szwedów z Gehennah w ogóle można recenzować, gdyż takich materiałów nie należy rozpatrywać stricte pod kątem muzycznym, bo to czego są manifestem wykracza nieco dalej. Także tutaj zdobędę się po prostu na wspominki, refleksje, po prostu co nieco o samym zespole jak i tej płycie.Zawsze uważałem Gehennah za zespół który jest na szczycie góry reprezentantów tego czym jest metal w tej swojej najbardziej surowej, brudnej i bezkompromisowej postaci. Za piewców "metalowego" stylu życia i bycia wypowiadającymi wojnę wszystkiemu co wymuskane, ładne i poprawne, oddanymi czcicielami pierwotnej formy Thrashu i tzw. Pierwszej Fali Black Metalu, a przede wszystkim Venom. Tak, bez Venom chyba nie byłoby Gehennah. Te dwa zespoły mają ze sobą bardzo wiele wspólnego, różnica jest tylko w iście szatańskiej otoczce słynnej trójki z Newcastle, która u Gehennah nie jest celem samym w sobie, a gdzieś tam tylko przemyka sobie w tle. Warto też wspomnieć, że na początku chłopaki planowali być cover-bandem Venom, jednak ostatecznie doszli do wniosku, że będą pisali swoje własne kawałki. Oba zespoły bardzo cenię za to, że w czasach w których przyszło im grać i wydawać swoje najsłynniejsze krążki, pokazali wszystkim wokół środkowy palec i robili swoje siejąc muzyczny (i nie tylko) zamęt i zniszczenie. Na Venom krytyka wieszała psy, Gehennah natomiast odważyła ruszyć ze swoim graniem w scenę zdominowaną przez Norweski Black Metal (którego korzenie mimo wszystko są w ich muzyce nad wyraz mocno słyszalne). Pamiętam, że gdy w czasach studenckich zasłuchiwałem się w praktycznie tylko i wyłącznie metalowy underground, to właśnie tych czterech świrów ze Szwecji było dla mnie wyznacznikiem "jakości" podziemnego grania, wzorcem po których szła dopiero cała reszta. Możecie się śmiać, ale tak właśnie było, a sentyment pozostał. Ich muzyka towarzyszyła mi w trakcie tworzenia swoich pierwszych zinów i montowania ton paczek i listów z wymian z maniakami z różnych krajów. Piękne czasy. Wracając do samego "Hardrocker". Debiut Gehennah to chyba najwścieklejszy z wydanych przez nich materiałów, swoiste przypomnienie tego wszystkiego co napędzało w pierwszych latach istnienia takie grupy jak właśnie Venom, Metallica, Sodom, Destruction, Slayer czy Bathory. Myślę, że już doskonale wiecie o co tu chodzi. Zdaje mi się, że w latach 90-tych nie było albumu, który bardziej dobitnie i ostentacyjnie wywlekł to wszystko z częściowego zapomnienia z powrotem na powierzchnię. Uważam też, że miał sporą zasługę w powstaniu w późniejszych latach całej masy podobnych mu zespołów zasilających szeregi podziemia, był jedną z iskier do ponownego sięgnięcia do oldschoolowej formy grania.
Po 20 latach od pierwszego winylowego wydania "Hardrocker" (w 1995 ukazał się tylko na cd) Critical Mass Recordings wznawia tą szaloną bestię zarówno na kompakcie jak i w kilku wersjach winylowych. Nie tylko warto tu powiedzieć, że reedycja wypada kapitalnie, ale już za sam krok i chęć wznowienia tego tytułu należą się brawa, a jakakolwiek rekomendacja jest tu zbyteczna.
https://www.facebook.com/gehennah.metal/
https://www.criticalmass.se
niedziela, 10 czerwca 2018
Molested- Blod-draum (Effigy records 1995/ Dark Symphonies 2017)
Aż dziw bierze, że taki album wydała niegdyś norweska ziemia znana przede wszystkim ze swojego Black Metalowego dziedzictwa. Death Metalowy Molested, będąc zespołem bardzo charakterystycznym i arcyciekawym jeżeli chodzi o ten gatunek, ginie gdzieś w natłoku bardziej znanych wydawnictw z połowy lat 90-tych będąc dobrze znanym raczej nielicznej grupie metalowych wyjadaczy. Nad "Blod-draum" należy pochylić się nie tylko ze względu na fakt takiej perełki otoczonej Black Metalowymi wydawnictwami, ale również ze względu na to iż w Death Metalu jest dziełem niesamowicie oryginalnym, a w tamtym czasie wręcz pionierskim jeżeli chodzi o swoją estetykę. Z jednej strony jest to płyta bardzo brutalna, wypełniona wszechobecnym chaosem, przypomina chociażby wczesne dokonania Incantation, a z drugiej o bardzo zimnym brzmieniu, gitary swoją barwą przypominają te stricte Black Metalowe, a tną riffy najczystszego Metalu Śmierci. Muszę powiedzieć, że takie połączenie dało piorunujący efekt, bezwzględnie nietuzinkowy. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze zaszczepione w album wpływy folkowe, które raz są mocno ukryte, a raz wyraźnie dają o sobie znać.
Na Molested i ich debiut warto zwrócić uwagę nie tylko na fakt, że są dowodem na to iż Norwegia nie tylko Black Metalem stoi, ale również na to iż lider i założyciel grupy, Oystein Garnes Brun, rok po wydaniu "Blod-draum" powołał do życia Borknagar. W debiutanckiej płycie tego zespołu można się doszukiwać pewnych wpływów i pomysłów, które pojawiły się już w muzyce Molested.
Podsumowując, "Blod-draum" jest wydawnictwem, które warto odkopać i poznać, a tym którzy już je znają mam nadzieję dałem pretekst aby do niej wrócić. Osobiście uważam tę płytę za jedną z najlepszych w gatunku jakie się w owym czasie ukazały. Jest jedyna w swoim rodzaju, warta pamiętania, a jeszcze bardziej docenienia.
Na Molested i ich debiut warto zwrócić uwagę nie tylko na fakt, że są dowodem na to iż Norwegia nie tylko Black Metalem stoi, ale również na to iż lider i założyciel grupy, Oystein Garnes Brun, rok po wydaniu "Blod-draum" powołał do życia Borknagar. W debiutanckiej płycie tego zespołu można się doszukiwać pewnych wpływów i pomysłów, które pojawiły się już w muzyce Molested.
Podsumowując, "Blod-draum" jest wydawnictwem, które warto odkopać i poznać, a tym którzy już je znają mam nadzieję dałem pretekst aby do niej wrócić. Osobiście uważam tę płytę za jedną z najlepszych w gatunku jakie się w owym czasie ukazały. Jest jedyna w swoim rodzaju, warta pamiętania, a jeszcze bardziej docenienia.
czwartek, 27 lipca 2017
Neolith- Primal Sins (GS Productions 2017)
Nie mogę wyjść z podziwu jak wczesne materiały Neolith, wraz z debiutanckim albumem, potrafiły łączyć w sobie death metalowy ciężar, miejscami black metalową złowieszczość oraz posępność doom metalu ze sporą dawką melodii, nietuzinkowej atmosfery, a nawet ambientowych czy w marginalnej ilości folkowych naleciałości (gdzieś tam flecik nieśmiało zanuci). Bardzo bogate materiały, które jak na tak młody wtedy stażem zespół, są jak dla mnie czymś totalnie niesamowitym, zasługującym na spore uznanie i docenienie. Mamy tu nie tylko nietuzinkowy talent w komponowaniu, ale także spore umiejętności wykonawcze. Aż dziw, że Neolith nigdy nie zyskali rozgłosu na jaki zasługiwali, cholernie szkoda.Za tytułem "Primal Sins" kryje się kompilacja dem "Death Comes Slow" (1993), "Trips Through Time and Loneliness" (1995) oraz "Promo '96". Pierwsze z nich jest najbardziej zatopione w death metalowej stylistyce, posępne, ze złowieszczymi wokalami, kolejne dwa to już zauważalne kroki w kierunku materiału nagranego na długograja. Jest wolniej, bardziej klimatycznie, z większą ilością klawiszy, a nawet żeńskich wokali. Mimo tego z wciąż obecnym pazurem i ciężkością z "Death Comes Slow". Co się tyczy brzmienia, to jak się można domyślić, jak to u dem, z tym że w tym przypadku tych bardziej dopracowanych. Wszystko słyszalne, bez zamuleń, także elegancko. Odbiór jest wyborny i utwierdza we wnioskach, które już kiedyś przytaczałem, mianowicie, że nasze rodzime granie mogło śmiało doganiać zachodnie zespoły i w niczym im nie ustępowało, a owe dema Neolith to jeden z wielu niepodważalnych na to dowodów.
Wydanie samo w sobie zrobione porządnie i nie zamierzam się do niczego przyczepiać (no ok, może jakiś booklet by się przydał, tzw. liner notes, no ale to już takie szukanie dziury w całym, można się bez tego obyć). Poza najważniejszą częścią, czyli zgranymi na dwie płyty demami, mamy nieco pamiątek w postaci zdjęć, flyerów itd, także jest i na co się pogapić. Jeżeli ktoś ma ochotę się w to wydawnictwo zaopatrzyć, do czego szczerze zachęcam (warto!!!), to radzę się spieszyć bo wyszło w bardzo małym nakładzie.
środa, 19 kwietnia 2017
Graveland- Thousand Swords (Isengard Distribution 1995/ No Colours Records 2010)
"Thousand Swords" jest w
dorobku Graveland klasykiem. Bardzo wielu fanów uznaje go za swój
ulubiony album w dorobku grupy, a na pewno darzy go szczególnym
szacunkiem i zalicza do wyjątkowych. Jest to ostatni czysto black
metalowy twór w dyskografii Graveland, ale kończy ten etap z
odpowiednim hukiem. Produkcja jest tu surowa podobnie jak przy
wcześniejszej płycie i demach, ale na tym dowcip polega, na tym
opiera się cały jej klimat. Mamy tu do czynienia z typowymi
kompozycjami black metalowymi pierwszej połowy lat 90-tych kiedy
ten gatunek królował na scenie i emanował niesamowitą atmosferą
i mocą. Zauważymy tu wpływy starego Bathory jak i np. wczesnego
Emperor, czyli jednym słowem klasa! Album jest bardzo spójny i nie
ma tu znaczących zmian stylistyki czy tempa, całość jest równa,
zwarta co sprawia, że ma się wrażenie słuchania jednolitej
całości, a nie poszczególnych utworów po kolei. Płyta płynie.
Warto wspomnieć że na "Thousand
Swords" zaczyna się w muzyce Graveland inspiracja folkiem i
muzyką dawną co jest słyszalne w konstrukcji gitarowych riffów na
całej płycie. Takie zabiegi staną się w przyszłości jedną z
charakterystycznych cech kompozycji zespołu. Ta naleciałość w
połączeniu z bardzo surowym brzmieniem daje ciekawy efekt. Ma się
wrażenie zarówno obecności czystego, black metalowego łojenia z
czymś bardzo świeżym, co w rezultacie jest kolejnym kompozytorskim
krokiem do przodu ale i sporym ukłonem w stronę starej szkoły.
Album obraca się wokół tematyki
przebudzenia, żeby nakłonić słuchacza do pewnych przemyśleń, żeby otworzyć oczy na zgubny wpływ sił
które pociągają za sznurki na których wisi nasz świat. Szata graficzna albumu też zahacza o
tzw. kult. Czarno biała grafika, las, członkowie zespołu w typowym
bm-owym rynsztunku i corpse-paint'cie, jest moc..., ale i pewna nostalgia. Jest to swoisty dokument rebelii i bezkompromisowych postaw ówczesnej sceny BM na naszych ziemiach.
Płyta jest też, jak wszystkie starsze
wydawnictwa Graveland, częścią mrocznej i pięknej historii
polskiego black metalu. Na pewno jest jednym z dumnych pomników tamtych lat
i przekazuje to co wtedy działo się w życiu i umysłach twórców. Warto napomknąć, iż album był jednym z niewielu wydawnictw spod szyldu Isengard
Production założonej w tamtych latach przez Darkena. Na cd w 1995 wydało go Lethal Records, ale podobno była to fuszerka i chybiony układ.
Podsumowując jest to dzieło o
wyjątkowej atmosferze i przesłaniu, jest też idealnym przykładem
starego, black metalowego brzmienia i jednym z kamieni milowych w
dorobku Graveland. Takie płyty nie tylko warto, ale i trzeba mieć w
kolekcji!
Poniżej winylowa reedycja tego dzieła
wydana w 2010 roku przez nikogo innego jak niemiecką No Colours
Records. Jak widać wzorcem było stare oryginalne wydanie. W sumie
nie wyobrażam sobie innej opcji przy tego typu materiale. Wykonanie
pierwsza klasa!poniedziałek, 20 marca 2017
Ulver- Bergtatt: Et Eventyr i 5 Capitler (Head Not Found 1995)
Ulver jest bez wątpienia jednym z tych bardziej oryginalnych i nieszablonowych zespołów jakie zrodziła norweska scena w pierwszej połowie lat 90-tych. Nie chcieli być klonami żadnej z grup które ich poniekąd do grania zainspirowały. Stworzyli własną unikatową hybrydę Black Metalu i norweskiego folku, który zdominował także warstwę tekstową ich twórczości."Zabrana Przez Góry: Baśń w 5 Rozdziałach" to debiutancki album Garma i spółki, który wydało w swoich barwach należące do Metaliona (Slayer Mag) Head Not Found. Płyta przepełniona jest folkowymi naleciałościami, które muzycy przenieśli do swojej sztuki inspirując się historią Norwegii, jej poetyckim i muzycznym dziedzictwem oraz folklorem. "Bergtatt..." inspirowany był dawnymi opowieściami o tym jak ludzie wabieni byli w góry przez trolle i duchy ruszali w ich leśne ostępy, aby już nigdy stamtąd nie powrócić. Garm pisząc teksty na niniejszy krążek zainspirował się w sporym stopniu poezją epoki Baroku i na tej bazie stworzył własne, które później na staro-norweski przetłumaczył jego kolega z zespołu Erik.
Muzycznie mamy tu nieustający flirt silnych, folkowych motywów reprezentowanych przez partie akustycznych gitar, fletów, czystych wokali, z typowym norweskim Black Metalem i towarzyszącymi mu ostrymi, chrypliwymi liniami wokalnymi (tutaj Garm pokazał klasę oraz talent dając radę zaśpiewać w dwóch tak odległych od siebie stylach). Tworzy to świetny klimat i balans, przez co płyty słucha się z zaciekawieniem i przyjemnością od pierwszych do ostatnich dźwięków. Najlepszym przykładem współgrania tych dwóch form jest kompozycja "Capitler II: Soelen gaaer bag Aese need", która zaczyna się subtelnym, wręcz romantycznym, folkowym intrem, aby za moment przejść w Black Metalową nawałnicę w najlepszym stylu znaną chociażby z pierwszych albumów Darkthrone. Moimi faworytami są tu natomiast otwierający płytę "Rodział I..." o bardzo majestatycznym i nostalgicznym charakterze (autentycznie oczami wyobraźni zaczyna się widzieć, owe posępne, zalesione góry w których czają się mityczne stwory) oraz "Rozdział IV...", który jest na tej płycie utworem czysto folkowym, ale za to jakim! Całość nasyca mroczna aura wciąż wtedy w muzyce zespołu obecna. Już sama okładka płyty emanuje tymi z pozoru skrytymi elementami.
Na "Bergtatt..." Ulver ruszył swoją własną drogą, mimo wpływu starszych kolegów potrafili stworzyć coś na tamten czas nowatorskiego, co nie szło z falą ogółu. Bywając stałym gościem Helvete, Garm podpatrzył co najlepsze i przeniósł to do własnego zespołu zespalając z swoimi zainteresowaniami i muzyczną wizją wciąż silnie podpartą Black Metalową estetyką. Ciekawostką jest, iż na pierwszej płycie powinien był udzielić się na gitarze Shagrath. Uczęszczał na próby Ulver przez pół roku, ale zrezygnował na rzecz nowo wtedy powstałego Dimmu Borgir.
Zapewne wielu z was już tą płytę słyszało i zna na wylot, ale tym co nie mieli jeszcze okazji się z nią zetknąć, czy przesłuchać w całości, mocno zachęcam. To jeden z tych zespołów norweskiej sceny, które znać się powinno! Dla mnie osobiście, obok poniekąd kontrowersyjnego "Kveldssanger", najwybitniejsze dzieło Ulver!
czwartek, 16 marca 2017
North- Thorns On The Black Rose (wersja winylowa, Heritage Recordings 2017)
Celem niniejszego wpisu jest zaprezentowanie wam tegorocznego, winylowego wznowienia albumu North "Thorns On The Black Rose" (1995), bo po prostu jest co pokazać i do czego zachęcić. O samej płycie oraz o tym jak wczesne dzieła North są dla mnie ważne, a zwłaszcza ten album, miałem wam już okazję pisać i to chyba nie raz. Także nad samą zawartością płyty nie będę się już rozwodził.Przechodząc do rzeczy, Heritage Recordings postarało się jak mało kto i zaserwowało wydawnictwo stworzone z dbałością o każdy szczegół, jestem pewien, że zadowoli każdego zbieracza Black Metalowej sztuki na czarnych krążkach i to bez wyjątku. Do rąk dostajemy wspaniale wykonany, laminowany gatefold z oryginalną okładką oraz masą archiwalnych fotografii wewnątrz oraz tekstami do każdego z utworów. Jako bonus dodany jest także plakat formatu A3 z grafiką wykonaną w tamtych latach przez Sirkisa. O ile pamięć mnie nie myli pojawiła się swego czasu w jakiś starych zinach. Sam winyl rzecz jasna tradycyjny, czarny niczym matka noc, bez silenia się na jakieś kolorki czy splattery. Poniżej macie dokładne fotografie jak to wszystko wygląda.
Także, jak sami widzicie, warto po to wydanie sięgnąć. Uważam, że lepiej nie można było tego zrobić, powstała taka swoista wydawnicza perełka. I co ważne, całość zachowała ten niesamowity klimat jaki niesie ze sobą ten album. Mimo iż wydanie jest nowe, to ma się wrażenie trzymania w dłoniach cząstki tych dni kiedy powstało, to swoista podróż w czasie do lat świetności naszej rodzimej sceny. Jest moc i magia!
Wspomnę jeszcze, że płyta limitowana jest do 255 ręcznie numerowanych kopii, także trzeba się spieszyć bo niebawem będzie nieosiągalna. Polecam i to najszczerzej jak tylko można!
http://www.heritagerex.bigcartel.com/
https://www.facebook.com/Heritagerex/
niedziela, 5 marca 2017
Damnation- Reborn... (Pagan Records 1995/ Witching Hour 2014)
Są takie płyty, zespoły, które są symbolami, ikonami swojego czasu, ich nagrania się pamięta, kojarzy z pewnymi okolicznościami, pewnym konkretnym graniem. Taki jest właśnie sopocki Damnation. Działali w najlepszych czasach naszej sceny, a ich death metal był nasycony tym wszystkim co w jego surowej, brutalnej, bezkompromisowej formie najlepsze, co tu dużo mówić, na ich płytach po prostu się działo!"Reborn..." to ich długogrający debiut wydany w 1995 przez dobrze wszystkim znaną Pagan Records. Załoga Damnation nagrała płytę niesamowicie dojrzałą, pełną ciekawych rozwiązań, aranżacji, budowania klimatu oraz wypełnioną po brzegi kipiącym jadem, diabelskim death metalem najwyższej próby. Wystarczy wspomnieć otwierający płytę konkretnym kopem "Pagan Prayer/ The Antichrist", który z marszu zdolny jest sponiewierać niejednego słuchacza, otwierający riff po prostu wgniata w glebę. Absolutnymi killerami są tu także chociażby "Infestation/ Maldoror Is Dead" czy "Forbidden Spaces" w których pełno jest zmian tempa, drobnych akustycznych wstawek i świetnych solówek okraszonych pogłosem, co dodaje im klimatu. Powstała płyta o czarnej duszy, w której zaklęte zostały wszystkie te pierwiastki, które za każdym razem w tym klasycznym, oldschoolowym death metalu zachwycają i które zawsze chce się słyszeć, no klasa sama w sobie. Jedynym minusem niniejszego krążka może być nieco płaskie brzmienie, ale przy innych jego walorach, nie specjalnie ma to znaczenie. Czy zawsze wszystko musi być idealne? Czasem cały w tym cymes żeby nie było!
Nie ulega wątpliwości, że death metal w wykonaniu Damnation inspirowany jest pionierami gatunku z lat 80-tych, ale nie znaczy to, że zespołowi brak było świeżości i oryginalności, wręcz przeciwnie! Z czystym sumieniem można powiedzieć, że grupa była swojego czasu jednym z ważniejszych death metalowych aktów na naszej scenie, a takie płyty jak właśnie "Reborn..." czy następujący po nim "Rebel Souls" są tego niezbitym dowodem. O tym co stworzył Les i spółka (warto wspomnieć że przez skład grupy przewinęli się min. Jeff z Hell-Born, Nergal, Baal czy Inferno), pod sztandarem Damnation trzeba pamiętać i co jakiś czas odświeżać, bo była to czołówka naszego rodzimego metalowego grania.
W 2014 Witching Hour wypuściło wznowienia prawie całego katalogu Damnation w oparciu o stare wydania tych płyt. Wyszło przednio i jeżeli ktoś nie załapał się na pierwsze ich edycje, to z czystym sumieniem mogę owe wznowienia polecić. Jest prosto, ale solidnie. Nic tylko brać!
środa, 15 lutego 2017
Dimmu Borgir- For All Tid (No Colours 1995)
Jest północ. Delikatny wiatr rozsuwa połacie ciemnych chmur ukazując bladą, świetlistą taflę księżyca. Jego blask pada na ruiny starego zamczyska otulonego zewsząd borem skąpanym w ciemności nocy. Zamek zdaje się być opuszczony pozostawiając jedynie aurę minionych dni, lat dawnej świetności. Jeżeli wytęży się oczy jednocześnie wsłuchując się w szept wiatru, szum drzew, pieśń nocy to dostrzeże się przemykające po nim cienie. Te mury skrywają niejedną tajemnicę, nienazwaną groźbę, mistyczny pierwiastek. Witajcie w Mrocznej Fortecy- Dimmu Borgir!
"For All Tid" ukazał się w lutym 1995 roku nakładem niemieckiej No Colours Records. Black Metal jaki prezentowało Dimmu Borgir był w tamtym czasie bardzo oryginalny i postawił użycie klawiszy na równi z gitarami i perkusją, co wcześniej nie było praktykowane na taką skalę. U zespołów jak Emperor, Gehenna czy Enslaved były one bardziej tłem niż równoważnym, odgrywającym pierwszoplanową rolę instrumentem. Dimmu Borgir o wiele bardziej zależało na wszechobecnej mrocznej, nostalgicznej atmosferze wypełnionej echami średniowiecza, swoistą mistyczną i tajemniczą aurą, niż na konkretnym, ekstremalnym łojeniu jakim scena była już wypełniona. Albumu słucha się z przeogromną przyjemnością, wypełniony jest tak niesamowitymi dziękami, że po przesłuchaniu ma się ochotę powtarzać tą czynność wielokrotnie. W przeciwieństwie do pozostałych płyt za wokale (oraz gitary) był tu odpowiedzialny przede wszystkim Silenoz, Shagrath natomiast zasiadł za perkusją. Tjodalv pełnił rolę drugiego gitarzysty, Tristan śmigał na basie, a Stain nagrał wszystkie ścieżki klawiszy. Ten ostatni tak naprawdę nie był pełnoprawnym członkiem zespołu. Przychodził na próby oraz nagrania i po prostu grał co mu reszta zespołu zleciła. Potem wracał do swoich spraw. Niemniej jednak to co zrobił na pierwszych trzech albumach Dimmu Borgir zasługuje na podziw (no może poza drobnym plagiacikiem ze "Stromblast", ale o tym przy innej okazji). "For All Tid" nagrany został w dwóch terminach, które oddzielała trzy miesięczna przerwa (pierwsza sesja w sierpniu, druga w grudniu 1994). Spowodowane to było brakiem funduszy, aby zrobić wszystko w jednym podejściu, stąd też można dosłuchać się nieznacznych różnic w brzmieniu niektórych utworów. Najwspanialszymi opusami są tu nieco bardziej intensywny w stosunku do reszty "Under Korpens Vinger", który otwiera płytę zaraz po klimatycznym intrze, wizytówka całego materiału, czyli majestatyczny "For All Tid" oraz istna symfonia opustoszałych ruin i posępnych lasów w postaci ""Raabjorn Speiler Draugheimens Skodde". No mistrzostwo, klękajcie narody! Jakakolwiek rekomendacja zbyteczna, bo drugiej takiej płyty po prostu nie ma! W moim osobistym rankingu to jedna z 5 ulubionych płyt w metalu w ogóle i nie sądzę żeby kiedykolwiek miało się to zmienić.Tak na koniec, w ramach ciekawostki, mogę powiedzieć, że fotografie zawarte we wkładce do oryginalnego wydania zostały wykonane latem 1994 w lasie Trandum, gdzie spoczywa sporo ofiar Drugiej Wojny Światowej. Miejsce ma podobnież niesamowitą atmosferę. Zespół pojechał robić fotki w 8-osobowej grupie będąc w pełnym rynsztunku z corpsepaintem na twarzach, umazani sztuczną krwią (może i prawdziwą, kto to wie), wszyscy ściśnięci ze sobą w małym samochodzie, przy tym upał, jednym słowem działo się haha.
środa, 1 lutego 2017
Sigh- Infidel Art (Cacophonous Records 1995/ 2016)
No i mamy kolejną reedycję z katalogu Cacophonous Records. Tym razem padło na znakomity "Infidel Art" japońskiego Sigh. Jak pewnie wiecie, zespół fakt zaistnienia poza granicami swojego kraju zawdzięcza nie tyle wszechobecnemu wtedy tape- tradingowi, ale także samemu Euronymousowi, który w barwach Deathlike Silence wydał ich debiutancki "Scorn Defeat". Nie ma więc zdziwienia, że kolejny w dyskografii, wydany w 1995 "Infidel Art" jest dedykowany właśnie jemu.Na tym albumie Sigh poszli pełną parą w klimaty z których są tak znani, i które czynią ich muzykę oryginalną i wyjątkową (chyba nikt nie może poszczycić się równie teatralną i posępną atmosferą). Mamy tu do czynienia z black metalem połączonym z bardzo wieloma wpływami oraz wszechobecną, klawiszową symfoniką o różnych formach (ma miejsce nawet drobny, niezobowiązujący flirt z folkiem). Uwagę zwraca na siebie także fakt, iż na album składa się tylko 6 kompozycji, za to każda z nich trwa dobrych kilka minut. Mimo trwania prawie godzinę album tak płynie, że sprawia wrażenie krótszego. Wszystko jest tu bardzo zróżnicowane, od szybkich i konkretnych uderzeń, po klimatyczną subtelność. Każdy element ma tu swoje miejsce i konkretną rolę. "Infidel Art" już po pierwszym przesłuchaniu robi wrażenie bardzo spójnego, przemyślanego, a co za tym idzie skończonego dzieła. Jeżeli ktoś nie miał jeszcze do czynienia z tym materiałem to polecam posłuchać sobie takich kawałków jak "Izuna", "The Zombie Terror", a w szczególności "The Last Elegy", który jest wizytówką tej płyty.
Przez wszystkie lata swojego istnienia Sigh zdawał się egzystować na uboczu sceny, nie tylko ze względu na to, że pochodzą z dalekiej Japonii, ale przede wszystkim na pewien muzyczny indywidualizm. Już od samego początki szli własną drogą czerpiąc garściami z przeróżnych gatunków muzycznych. Myślę, że dlatego właśnie swojego czasu zainteresował się nimi najpierw Euronymous, a potem Nihil z Cacophonous. "Infidel Art" jest jedną z tych płyt, które są nieco pomijane w dyskografii Sigh, a uważam, że od tego albumu powinno się zaczynać przygodę z ich sztuką. Nie dość, że to właśnie tu pokazali jak bogatym muzycznie gatunkiem może być Black Metal, to i na tym krążku w pełni rozwinęli skrzydła i zapoczątkowali swój unikalny styl. Z wydaniem tej płyty wiąże się także pierwsza wizyta grupy w Europie i pierwszy koncert poza Japonią (16 września, Dublin).
Co się tyczy samej reedycji, to jestem pod wrażeniem. Z pozoru może wydawać się skromna, ale jest właśnie wspaniała w tej swojej prostocie. Oryginalna grafika autorstwa XIX wiecznego artysty Utagawy Hiroshige przedstawiająca samuraja Tairę No Kiyomori została tu odrobinę odrestaurowana, uwydatniły się jej walory, nabrała głębi. W booklecie zaserwowano nam wszystkie teksty oraz solidną porcję dawnych rycin przedstawiających samurajów i demony z japońskich legend. Tym razem liner-notes'ów brak, ale i bez tego wyszło świetnie. Moim zdaniem rekomendacja jest tu zbyteczna, wydawnictwo broni się samo!
http://cacophonous.bigcartel.com/
https://www.facebook.com/CacophonousRecords/
sobota, 31 grudnia 2016
North- Thorns on the Black Rose (Astral Wings 1995)
Na koniec roku przygotowałem parę słów na temat jednej z najważniejszych dla mnie płyt w zakresie black metalowej sztuki. Chodzi mianowicie o "Thorns on the Black Rose" toruńskiego North. Co prawda pisałem już o tym albumie zaraz po powstaniu bazy na fb, ale wtedy nie było jeszcze niniejszej strony. Zatem poniekąd powtórzę to co napisałem wtedy, ale także nieco rozwinę temat.Rok 1995 to w naszym kraju wciąż czas powstawania black metalowych arcydzieł naszej rodzimej sceny, Behemoth wywoływał Burzę nad Bałtykiem, a Graveland wykuwał Tysiąc Mieczy. Po dziś dzień płyty które wtedy powstawały noszą znamiona tamtych niezwykłych czasów, czasów mroku, rebelii i cienia rzuconego przez Norweską scenę na całe muzyczne podziemie. Przekazują nam klimat tamtych dni oraz szczere poświęcenie sztuce na nich nagranej. Nagrany w listopadzie 1994 roku w słynnym, gdyńskim studiu Warrior "Thorns on the Black Rose" jest bez wątpienia jedną z tych niesamowitych płyt, przynajmniej w moim mniemaniu. Nie chodziło wtedy o to by zabłysnąć muzycznym kunsztem, żeby dopracowywać nagrania (nawet specjalnie nie było jak, workami złota nikt nie dysponował, a i sprzęt nie był nie wiadomo jaki), to była sprawa wtórna, chodziło o szczerość, bezkompromisowość, autentyczną pasję i oddanie ideom black metalu. Liczyła się esencja i klimat jaki miała nieść ze sobą muzyka. North to osiągnął. Niewiele jest płyt tego rodzaju które tak na mnie podziałały. Są tu surowe, tnące niczym brzytwa riffy, które jednak niosą ze sobą garść melodyki sprawiającej że zapadają w pamięć, zaklęta jest w nich jakaś nienazwana moc i cień. Całość okraszona jest pogańskim pierwiastkiem wokół którego oscylowała już większość naszych black metalowych hord z tamtego okresu. Takich pieśni nocy jak "Purity of the Tyrants", "December Thoughts" czy zamykający płytę "In the Circle of the Kings" nie da się doświadczyć na pierwszej lepszej płycie. Jest w tym wszystkim jakaś tęsknota, czas zaklęty w dźwiękach, świadectwo ognia, który rzucał niegdyś łunę na nieboskłon.
Płyty takie jak ta wchodzą w pewien nostalgiczny wymiar, to już nie tylko muzyka, ale i historia, dla wielu zapewne masa wspomnień, które pozostaną na zawsze. Coś co jest nie do przecenienia.
środa, 23 listopada 2016
Mortiis- Keiser av en Dimensjon Ukjent (Cold Meat Industry 1995/ Projekt 2007)
Dziś serwuję wam dosyć obszerny post, no ale jest ku temu okazja. Nie wiem czy już przy jakieś okazji o tym nie wspominałem, ale Mortiis jest dla mnie chyba najważniejszym zespołem/ projektem ze wszystkich jakich słucham. Powodów jest ku temu wiele. Pierwszy to sentyment z dawnych lat kiedy to po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością podczas sesji D&D, kolejny to już kilkuletnia korespondencja z samym Havardem, która trwa do dziś i która zaowocowała współpracą na tle promocyjnym, no i rzecz jasna sama muzyka, która towarzyszy mi nieprzerwanie już od 14 lat. Z tego względu niniejszy post pragnę poświęcić wycinkowi jego twórczości.
Mianowicie, chciałbym przybliżyć wam jeden z albumów z tzw. Ery I (1993-1999) kiedy to Mortiis tworzył muzykę klawiszową oscylującą wokół gatunku nazywanego obecnie dark ambientem lub dungeon synth (sam określił ją niegdyś jako Dark Dungeon Music od czego wzięła nazwę także założona przez Havarda w 1995 wytwórnia). Wydany w 1995 roku nakładem Cold Meat Industry "Keiser av en Dimensjon Ukjent" rozwijał dalej pomysły zawarte na dwóch poprzednich płytach ("Fodt til a Herske" oraz "Anden som Gjorde Oppror"). Podobnie jak to miało miejsce wcześniej, na płytę składają się dwie ponad 20- minutowe kompozycje. Brzmienie nabrało tu nieco więcej kolorytu, pojawiło się więcej ścieżek i pewnych urozmaiceń. Oczywiście nadal była to muzyka nieco monotonna, ponura, mało kompleksowa, ale za to zawierająca w sobie niesamowitą magię, klimat i atmosferę, jakiej próżno szukać gdziekolwiek indziej. Maluje przed słuchaczem pejzaże posępnych ruin i lochów, rozległych górskich jezior i lasów. wprawia w nostalgiczny nastrój. Chyba żaden inny znany mi twórca podobnej sztuki nie zbliżył się do tego co w tej materii osiągnął Mortiis.
W 1996 do utworu otwierającego płytę ("Reisene til Grotter og Odemarker") powstał krótki film/ klip, który nakręcono na obrzeżach Gothenburga, na terenie twierdzy Bohus (wydany w tym samym roku przez CMI w formacie VHS). Powstało bardzo wymowne, choć surowe i dosyć proste dzieło. Niemniej jednak oddawało charakter tej muzyki: https://www.youtube.com/watch?v=wypwd-DxJqk
Kropką nad "i" albumu "Keiser av en Dimensjon Ukjent" jest jego okładka. Mortiis postanowił skorzystać z twórczości szwedzkiego malarza John'a Bauer'a, który inspirował się w swej sztuce skandynawskim folklorem i baśniami (jego obrazy pojawiły się także na winylowych epkach, które złożyły się później na płytę "Crypt of the Wizard"). Trudno tu było o lepszy wybór dopełniający dzieło.
Zdaję sobie sprawę, że muzyka Mortiis nie jest dla każdego słuchacza, jest nie tyle wymagająca co bardzo specyficzna w swej strukturze i estetyce. Niemniej jednak zdobyła sobie wielu fanów na scenie black metalowej nie tylko ze względu na fakt, iż Havard był niegdyś basistą Emperor (teksty z "Wrath of the Tyrant" są jego autorstwa), ale i atmosferycznego i nieco mrocznego charakteru jego twórczości. Myślę, że jeżeli ktoś do tej pory nie miał z muzyką Mortiis stycznośći, a lubi takie zespoły jak Summoning, Ulver, Wongraven czy Neptune Towers to śmiało może po nią sięgnąć i z pewnością się spodoba.
Poniżej dwa kompaktowe wydania przedstawionej płyty z trzech istniejących- wydanie CMI z 1995 oraz reedycja Projekt z 2007 (CMI wydało wersję na zwykłym srebrnym krążku oraz na złotym, posiadam tą pierwszą).
Mianowicie, chciałbym przybliżyć wam jeden z albumów z tzw. Ery I (1993-1999) kiedy to Mortiis tworzył muzykę klawiszową oscylującą wokół gatunku nazywanego obecnie dark ambientem lub dungeon synth (sam określił ją niegdyś jako Dark Dungeon Music od czego wzięła nazwę także założona przez Havarda w 1995 wytwórnia). Wydany w 1995 roku nakładem Cold Meat Industry "Keiser av en Dimensjon Ukjent" rozwijał dalej pomysły zawarte na dwóch poprzednich płytach ("Fodt til a Herske" oraz "Anden som Gjorde Oppror"). Podobnie jak to miało miejsce wcześniej, na płytę składają się dwie ponad 20- minutowe kompozycje. Brzmienie nabrało tu nieco więcej kolorytu, pojawiło się więcej ścieżek i pewnych urozmaiceń. Oczywiście nadal była to muzyka nieco monotonna, ponura, mało kompleksowa, ale za to zawierająca w sobie niesamowitą magię, klimat i atmosferę, jakiej próżno szukać gdziekolwiek indziej. Maluje przed słuchaczem pejzaże posępnych ruin i lochów, rozległych górskich jezior i lasów. wprawia w nostalgiczny nastrój. Chyba żaden inny znany mi twórca podobnej sztuki nie zbliżył się do tego co w tej materii osiągnął Mortiis.
W 1996 do utworu otwierającego płytę ("Reisene til Grotter og Odemarker") powstał krótki film/ klip, który nakręcono na obrzeżach Gothenburga, na terenie twierdzy Bohus (wydany w tym samym roku przez CMI w formacie VHS). Powstało bardzo wymowne, choć surowe i dosyć proste dzieło. Niemniej jednak oddawało charakter tej muzyki: https://www.youtube.com/watch?v=wypwd-DxJqk
![]() |
| Oryginalne fotografie wykonane podczas kręcenia video do "Reisene til Grotter og Odemarker" |
Kropką nad "i" albumu "Keiser av en Dimensjon Ukjent" jest jego okładka. Mortiis postanowił skorzystać z twórczości szwedzkiego malarza John'a Bauer'a, który inspirował się w swej sztuce skandynawskim folklorem i baśniami (jego obrazy pojawiły się także na winylowych epkach, które złożyły się później na płytę "Crypt of the Wizard"). Trudno tu było o lepszy wybór dopełniający dzieło.
Zdaję sobie sprawę, że muzyka Mortiis nie jest dla każdego słuchacza, jest nie tyle wymagająca co bardzo specyficzna w swej strukturze i estetyce. Niemniej jednak zdobyła sobie wielu fanów na scenie black metalowej nie tylko ze względu na fakt, iż Havard był niegdyś basistą Emperor (teksty z "Wrath of the Tyrant" są jego autorstwa), ale i atmosferycznego i nieco mrocznego charakteru jego twórczości. Myślę, że jeżeli ktoś do tej pory nie miał z muzyką Mortiis stycznośći, a lubi takie zespoły jak Summoning, Ulver, Wongraven czy Neptune Towers to śmiało może po nią sięgnąć i z pewnością się spodoba.
Poniżej dwa kompaktowe wydania przedstawionej płyty z trzech istniejących- wydanie CMI z 1995 oraz reedycja Projekt z 2007 (CMI wydało wersję na zwykłym srebrnym krążku oraz na złotym, posiadam tą pierwszą).
poniedziałek, 3 października 2016
Graveland- Thousand Swords (Isengard Distribution 1996/ No Colours 2012)
Thousand Swords jest w dorobku
Graveland klasykiem. Bardzo wielu fanów uznaje go za swój ulubiony
album w dorobku grupy, a na pewno darzy go szczególnym szacunkiem i
zalicza do wyjątkowych. Jest to ostatni czysto black metalowy twór
w dyskografii Graveland, ale kończy ten etap z odpowiednim hukiem.
Produkcja jest tu surowa podobnie jak przy wcześniejszej płycie i
demach, ale na tym dowcip polega, na tym opiera się cały jej
klimat. Mamy tu do czynienia z typowymi kompozycjami black metalowymi
pierwszej połowy lat 90-tych kiedy ten gatunek trzymał się
jeszcze dobrze i był czym z założenia być powinien. Zauważymy tu wpływy
starego Bathory jak i np. wczesnego Emperor, czyli jednym słowem
klasa! Album jest bardzo spójny i nie ma tu znaczących zmian
stylistyki czy tępa, całość jest równa co sprawia że ma się
wrażenie słuchania jednolitej całości a nie poszczególnych
utworów po kolei. Płyta płynie.
Warto wspomnieć że na Thousand Swords
zaczyna się w muzyce Graveland inspiracja folkiem i muzyką dawną
co jest słyszalne w konstrukcji gitarowych riffów na całej płycie.
Takie zabiegi staną się w przyszłości jedną z
charakterystycznych cech kompozycji zespołu. Ta naleciałość w
połączeniu z bardzo surowym brzmieniem daje ciekawy efekt. Ma się
wrażenie zarówno obecności czystego, black metalowego oldschoolu z
czymś bardzo świeżym, co w rezultacie jest kolejnym kompozytorskim
krokiem do przodu ale i sporym ukłonem w stronę starej szkoły.
Album obraca się wokół tematyki
przebudzenia, żeby nakłonić słuchacza do przemyśleń na tle
tożsamości kulturowej, żeby otworzyć oczy na zgubny wpływ sił
które pociągają za sznurki na których wisi nasz świat. Poruszane
są tu też tematy honoru czy heroizmu.
Szata graficzna albumu to hołd tradycyjnej formie. Czarno biała grafika, las, członkowie zespołu w typowym
bm-owym rynsztunku i corpse-paint'cie, kult musi być! Generalnie, pokazane tutaj wznowienie z No Colours jest w bardzo dużym stopniu wierne wydaniu Isengard z 1996, co bardzo się chwali. Oczywiście album ukazał się oryginalnie rok wcześniej nakładem austriackiej Lethal Records, ale zespół nie był zadowolony ani z wydania, ani ze współpracy z wydawcą. Dlatego rok później Darken wydał ten album na cd i mc pod szyldem własnego distro.
Płyta jest też jak wszystkie starsze
wydawnictwa Graveland częścią mrocznej i pięknej historii
polskiego black metalu. Na pewno jest jedną z wizytówek tamtych lat
i przekazuje to co wtedy działo się w życiu i umysłach twórców. Podsumowując jest to album o
wyjątkowej atmosferze i przesłaniu, jest też idealnym przykładem starego, black metalowego brzmienia i jednym z kamieni milowych w
dorobku Graveland. Takie płyty nie tylko warto, ale i trzeba mieć w każdej szanującej się bm-owej kolekcji!
wtorek, 12 lipca 2016
Symbolic Immortality- Zapomniana perła polskiego death metalu
Historia pokazuje, że bardzo wiele było dzieł które zabłysły i raptownie zgasły. Wiele był zespołów jednej płyty, płyt które dopiero po czasie zyskiwały uznanie lub, które z powodu słabej promocji, niewłaściwego czasu, czy po prostu nieszczęśliwego zbiegu okoliczności przepadały bez echa. Taki los spotkał min. nasz rodzimy Symbolic Immortality. Zespół wyjątkowy nie tylko ze względu na wokalistkę (!) Renatę "Miriam" Lebiedzką, która radziła sobie z growlem nie gorzej niż męscy eksperci w tej dziedzinie, ale także na samą muzykę. Zespół zaczynał w 1991 w kompletnie innym składzie instrumentalnym niż ten który zarejestrował debiutancki album. Przetrwał tylko 3 lata i mimo znakomitego przyjęcia rozpadł się, a każdy z muzyków poszedł w swoją stronę. Z tamtego czasu nie ma niestety żadnego materiału demo, a przynajmniej nic mi o takowym nie wiadomo.
Płyta "Decision is Power" z 1995 (jedyny album grupy wydany pierwotnie na taśmie przez nieistniejące już Baron Records) to rasowy, konkretny death metal w którym słychać wpływy takich klasyków jak Bolt Thrower czy Hypocrisy. Mimo to widać, że zespół ma własny pomysł na granie i niespecjalnie ma ochotę odtwarzać utarte schematy, bez wątpienia jest oryginalnie. Ciekawą rzeczą jest fakt, że płytę nagrywali ludzie którym nie było zbytnio po drodze z wykonywaną przez nich muzyką, nie licząc Miriam. Tworzyli tak jakby pod jej wokal. Nic zatem dziwnego, że pomimo dobrych opinii i zainteresowania niedługo po nagraniu albumu zespół rozszedł się bezpowrotnie.
Wielka szkoda, że grupa z takim potencjałem i oryginalnością przepadła. Przyczynił się do tego w znacznej mierze brak szczęścia do zainteresowanych tematem muzyków i prawdopodobnie kulejące zabiegi promocyjne. Ważne jest żeby o takich zespołach pamiętać i co jakiś czas przypominać o ich skromnym, aczkolwiek bardzo wartościowym dorobku. Symbolic Immortality do takich z pewnością należy, to jedna z zapomnianych pereł polskiej sceny metalowej.
Do wznowionej przez Dywizję Kot wersji rzeczonego krążka dodane zostały także wersje demo niektórych utworów, które znalazły się na płycie. Ponad to mamy w booklecie krótką biografię grupy uzupełnioną wspomnieniami Miriam oraz odrobinę archiwalnych fotografii.
Krótka piłka, tą płytę trzeba mieć, a przynajmniej wypada znać. Kawał świetnego grania!
Płyta "Decision is Power" z 1995 (jedyny album grupy wydany pierwotnie na taśmie przez nieistniejące już Baron Records) to rasowy, konkretny death metal w którym słychać wpływy takich klasyków jak Bolt Thrower czy Hypocrisy. Mimo to widać, że zespół ma własny pomysł na granie i niespecjalnie ma ochotę odtwarzać utarte schematy, bez wątpienia jest oryginalnie. Ciekawą rzeczą jest fakt, że płytę nagrywali ludzie którym nie było zbytnio po drodze z wykonywaną przez nich muzyką, nie licząc Miriam. Tworzyli tak jakby pod jej wokal. Nic zatem dziwnego, że pomimo dobrych opinii i zainteresowania niedługo po nagraniu albumu zespół rozszedł się bezpowrotnie.
Wielka szkoda, że grupa z takim potencjałem i oryginalnością przepadła. Przyczynił się do tego w znacznej mierze brak szczęścia do zainteresowanych tematem muzyków i prawdopodobnie kulejące zabiegi promocyjne. Ważne jest żeby o takich zespołach pamiętać i co jakiś czas przypominać o ich skromnym, aczkolwiek bardzo wartościowym dorobku. Symbolic Immortality do takich z pewnością należy, to jedna z zapomnianych pereł polskiej sceny metalowej.
Do wznowionej przez Dywizję Kot wersji rzeczonego krążka dodane zostały także wersje demo niektórych utworów, które znalazły się na płycie. Ponad to mamy w booklecie krótką biografię grupy uzupełnioną wspomnieniami Miriam oraz odrobinę archiwalnych fotografii.
Krótka piłka, tą płytę trzeba mieć, a przynajmniej wypada znać. Kawał świetnego grania!
niedziela, 26 czerwca 2016
At the Gates- Slaughter of the Soul (Earache Records 1996/2002)
At the Gates, zespół niesamowicie ważny zarówno dla szwedzkiej, jak i światowej sceny death metalowej. To za ich sprawą powstało coś takiego takiego jak gothenborskie brzmienie (swoje trzy grosze dorzuciło też In Flames oraz Dark Tranquillity), a nagrana i wydana w 1995 roku przez Earache płyta "Slaughter of the Soul" tchnęła do życia twór zwany melodic death metalem. W późniejszych latach całe rzesze zespołów poszły drogą wyznaczoną przez At the Gates, ale żaden z nich nie zbliżył się do muzycznego geniuszu braci Bjorler. Muzyka zawarta na "Slaughter of the Soul" to synteza thrashowych riffów obdarzonych, niskim, ciężkim, wciąż death metalowym brzmieniem okraszona znakomitymi wokalami Lindeberga. Zachowany jest świetny balans między chwytliwymi melodiami, a siłą i agresją. Słucha się tej płyty wyśmienicie i jest jednym z moich ulubionych krążków zrodzonych na szwedzkiej ziemi. Na płycie gościnnie wystąpił sam Andy LaRocque nagrywając solówkę do utworu "Cold".Okładka zdobiąca płytę wykonana jest z pomysłem i jest dosyć charakterystyczna/ rozpoznawalna. Przypomina coś na wzór prawosławnej ikony. Boska postać w centrum otoczona różnymi narzędziami przemocy, pistoletami, nabojami, łańcuchami. Całość skąpana jest w ognistej poświacie. Tytuł płyty, "Rzeź Duszy" bardzo dobrze współgra z tym obrazem.
Po wydaniu tak znakomicie przyjętej płyty zespół zakończył działalność z przyczyn osobistych. W tym czasie bracia Bjorler powołali do życia znakomity, retro- thrashowy The Haunted, kontynuując w nim pomysły, które wcześniej pojawiły się w At the Gates. Jednak, na nasze szczęście, w 2007 grupa się reaktywowała, a w 2010 na stałe powrócili do nagrywania i koncertowania.
Poniżej moja kopia "Slaughter of the Soul". Jest to reedycja z 2002 roku zawierająca bonusy w postaci dem oraz covery min. Slayer "Captor of Sin".
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































