Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cradle of Filth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cradle of Filth. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Cradle of Filth- Cryptoriana: The Seductiveness of Decay (Nuclear Blast 2017)

Zwlekałem z napisaniem czegokolwiek o tej płycie głównie z tego powodu, że jest multum naprawdę ciekawszych albumów o których warto napisać, a i dla tego, że chyba zmęczyło mnie już to ich granie. Najnormalniej nie chce mi się już tego słuchać. Mimo takich odruchów czułem się w obowiązku napisać wreszcie o "Cryptoriana: The Seductiveness of Decay" jako, że "Hammer of the Witches" był jakimś tam pozytywnym zaskoczeniem i rodził nadzieje (dlatego też w ciemno kupiłem najnowszy album). Tak, "Cryptoriana..." to obiektywnie rzecz biorąc dobry album, w porównaniu z tymi po "Cruelty...", a przed "Hammer..." to nawet bardzo dobry. Kontynuuje dokładnie to co zaczęła poprzedniczka, kropka w kropkę, czyli powrót do staroci, tutaj może z nieco większą symfoniką i naciskiem na chóry, ale z drugiej strony wciąż wyłażą tu na wierzch patenty znane z trzech pierwszych płyt tych Brytyjczyków. Zespół pokazał konsekwencję i formę w rewitalizacji swojego grania i powrotu do tych najlepszych rozwiązań, niemniej jednak dał też odczuć, że to raczej wszystko na co ich jeszcze stać. Kolejnych odkryć, czy ewentualnych niespodzianek nie ma co się spodziewać. Odnoszę nieodparte wrażenie, że Cradle of Filth napisał już początek i koniec swojej historii. Co z tego, że kompozycyjnie i instrumentalnie jest świetnie, jeżeli czuć w tym brak tamtej energii i pasji. Im bardziej się w to granie zagłębić to odnosi się wrażenie, że czegoś tu brakuje, taka emocjonalna płycizna. Ktoś może powiedzieć, że niby klimacik jest, no ale nie łapmy się już za wszystko co można na siłę. Mam wrażenie, że Cradle of Filth mają podobny problem co Paradise Lost. Cofnęli się w przeszłości żeby odbudować podupadającą pozycję, cofnąć się do lat świetności, i ok, na bank do kogoś to trafiło i się podoba, coś w tym widzi co ja przestałem dostrzegać, bo na poprzedniej płycie było dosyć przekonująco. Niestety "Cryptoriana..." ocuciła mnie z letargu, a CoF ostatecznie odkładam na półkę i zapisuję już do przeszłości. Radykalnie, ale serio, już nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Wydaje mi się, że to album przede wszystkim dla oddanych fanów Daniego i spółki. Reszta spokojnie przeżyje bez niego. Tyle ode mnie.


sobota, 3 grudnia 2016

Cradle of Filth- Hammer of the Witches (Nuclear Blast 2015)

Natchniony dziś poniekąd przez swoją drugą połówkę udałem się na lokalne stoisko płytowe i kompletnie tego wcześniej nie planując zakupiłem ostatnie dzieło Cradle of Filth. No traf chciał, że z pośród innych, które brałem pod uwagę padło akurat na nią. Niby przymierzałem się do tego albumu już w ubiegłym roku, ale jakoś rozeszło się po kościach. Od tamtego czasu słyszałem tu i ówdzie bardzo pochlebne opinie na jego temat, że wrócili tą płytą do dawnych czasów, generalnie cud, miód i orzeszki. Cóż, po przesłuchaniu wiem, że nie było w tym nic na wyrost, a zakupu nie żałuję ani trochę. Cradle of Filth faktycznie nawiązali na krążku "Hammer of the Witches" do najlepszych lat swojej twórczości. Kto nie pamięta jak w latach 90-tych magazyny muzyczne wychwalały pod niebiosa debiut, "Dusk..." oraz epkę "Vempire" i jak wielu ludzi autentycznie zasłuchiwało się w te wydawnictwa. Na niniejszej płycie znów dała się usłyszeć ta niegdyś utracona chwała.


Po diametralnej zmianie składu (obecnie jedynym oryginalnym członkiem jest sam Dani) w zespół wstąpiły nowe siły, nowa iskra, która zaowocowała najlepszym ich albumem od wielu lat. W dużym stopniu powróciła dawna magia obecna na pierwszych płytach grupy. Mamy tu elementy wściekłości i mroku z "Principle of Evil Made Flesh" oraz niesamowitą atmosferę, gotycki klimat i symfonikę obecną na "Dusk and Her Embrace". Dani znów sięgnął do swoich niegdyś charakterystycznych wysokich wrzasków, przeplatanych złowieszczymi, niżej osadzonymi wokalami. Co się tyczy samych utworów. Naprawdę ciężko jest wybierać tu jakieś kawałki wiodące. Płyta jest bardzo równa i praktycznie rzecz biorąc nie ma tu słabych numerów. Aczkolwiek z pewnością po pierwszym przesłuchaniu zapadają w pamięć takie kompozycje jak rozpoczynający płytę"Yours Immortally" (następujący po posępnym intrze niczym z filmu osadzonego w mrokach Transylwanii), rozbudowany (od razu zaznaczę, że nużących i niepotrzebnych dłużyzn na tej płycie nie ma), bogaty w zmiany tempa i klimatu "Deflowering The Maidenhead. Displeasuring the Goddess", czy wręcz przebojowy "Blackest Magick in Practice". Płyta autentycznie mnie wciągnęła i nieprzerwanie słuchałem jej do końca z rozdziawioną japą. Może ktoś pomyśli, że przesadzam, ale dla mnie "Hammer of the Witches" udowodnił, że Cradle of Filth nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i są w stanie wykrzesać z siebie ten ogień, który wydawał się już przeszłością.
Rzecz jasna grupa ma tak samo wielu entuzjastów, jak i tych którzy wieszają na nich psy. Cóż, nie każdemu musi się podobać, ale jedno jest pewne, czy się lubi czy nie, nie można im odmówić kunsztu instrumentalnego i oryginalności, nawet biorąc pod uwagę te słabsze i mało udane albumy z poprzednich lat. Po tym co zaserwował mi "Hammer of the Witches" z ciekawością spoglądam na poczynania Cradle of Filth i czekam na kolejną płytę. Mam nadzieję, że ten przypływ nowej energii nie zgaśnie, zespół ponownie uraczy nas przynajmniej równie udanym dziełem, a obecny tu powrót do korzeni nie będzie tylko chwilową zajawką. Szczerze polecam!


środa, 15 czerwca 2016

Wampiryczne opus magnum

Cradle of Filth to jeden z tych zespołów, które, jak to się mówi, kocha się lub nienawidzi. Opinie na temat ich muzyki są skrajnie odmienne. Jedno jest pewne, oryginalności i muzycznego warsztatu nie można im odmówić. Był to jeden z pierwszych zespołów, który w ramach black metalu poruszył gotycko- wampiryczną tematykę, dodając do tego symfoniczne naleciałości. Na rok 1994 przypadł ich debiut "The Principle of Evil Made Flesh" wydany w barwach Cacophonous Records (wytwórnia która wydawała min. Dimmu Borgir, Gehenna czy Bal Sagoth). Wydanie albumu poprzedziła dosyć słynna trasa po Anglii razem z Emperor (1993). Na tej płycie jeszcze nie w pełni rozpostarli skrzydła swego obecnego brzmienia i estetyki. Na albumie obecne były brzmienia nie tylko black metalowe, ale także death metalowe oraz zaczątki wspomnianej symfoniki. Podane to było w już nieco melodyjnej formie. Cała ta mikstura doprawiona była niesamowitymi, obłąkanymi wokalami Dani'ego Filth'a. Na wyróżnienie zasługują kawałki "The Forests Whispers my Name" (późnej świetnie przearanżowany na epce "Vempire"), "The Black Goddess Rises" oraz "Summer Dying Fast".


Płyta ma niesamowitą atmosferę i od bardzo dawna jest moją ulubioną jeżeli chodzi o Cradle of Filth (zaraz obok równie genialnego "Dusk and Her Embrace", na którym mamy już transylwańską otchłań w pełnej krasie). Nie wiem czy obecnie jest jakieś lepsze granie w tego typu klimatach, nie ma drugiego zespołu który osiągnął by na tej niwie to co Kredki. Można co najwyżej wspomnieć takie grupy jak Siebenburgen, Ancient, wczesny Mystic Circle czy mało znany, włoski Theatres des Vampires. Jeżeli ktoś nie zna to warto się z nimi zapoznać jeżeli lubi się takie klimaty.
Kolejną cechą charakterystyczną zespołu były obecne w warstwie graficznej elementy mrocznej erotyki, które towarzyszyły zespołowi już od debiutanckiego krążka. Taki zabieg zapewnił świetną kompozycję tego co słyszymy z tym co widzimy, jednym słowem spójną całość.
Tak na marginesie, entuzjastów kolejnej po "The Principle of Evil Made Flesh" płyty powinien zainteresować fakt, że 8 lipca ma ukazać się remasterowana, pierwsza wersja płyty (wypuści ją reaktywowane nie tak dawno Cacophonous Records), która z powodu różnych przeszkód wylądowała swego czasu na półce. Dograne zostaną wokale, w dwóch utworach głosów gościnnie udzielą Cronos (Venom) oraz Steve Grimmett (Grim Reaper). Także jest na co czekać.