Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Speed Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Speed Metal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 listopada 2020

Chainbreaker - Relentless Night (Metal on Metal 2020)

31 października można zapisać jako święto zwolenników speed thrashowej hybrydy. Tego dnia swoją premierę miał drugi pełny album austriaków z Chainbreaker. Zespół nagrał płytę, która swą szybkością i dawką energii niejednego zmarłego z grobu by podniosła! Po klimatycznym intrze nie czeka Was już nic innego jak gitarowo perkusyjna kanonada, która u swych podwalin ma takie zespoły jak Exciter, Agent Steel, Iron Angel, a przede wszystkim Razor. Jeżeli lubicie ich kolegów po fachu z Vulture, to też będzie to granie w sam raz dla Was. Panowie nie przebierają w środkach i celem nadrzędnym jest szybkość i ostre, zadziorne riffy. Tylko tyle i aż tyle. Tak, nie ma tu się nad czym rozwodzić. To kolejny materiał w dobrze znanej formie, tyle że zagrany tak, jak to powinno być zrobione. Nie na odwal, nie po łebkach, a sumiennie i z dbałością o te wszystkie smaczki. Zespół nie wnosi nic nowego, bo po prostu nie chce tego robić. To ekipa, która ukochała sobie pewne zespoły, formę, styl i kuje to żelazo, aż iskry lecą. O to w tym wszystkim chodzi, to ich cel. "Relentless Night" to klasyczne granie mocno zakorzenione w metalu lat 80. Tu liczy się przede wszystkim hołd dla starej szkoły, a jest to hołd w bardzo dobrym stylu. Ukłon w stronę tych zespołów, które niegdyś tę muzykę zdefiniowały. Jeżeli takie podejście i takie granie Was satysfakcjonuje, bierzcie w ciemno!

https://www.facebook.com/chainbreakeraustria


English translation:

October 31st can be written as a celebration of speed thrash hybrid fans. On that day, the second full-length album of Austrians from Chainbreaker had its premiere. The band recorded an album that would lift many dead from the grave with its speed and dose of energy! After the atmospheric intro, there is nothing more than a guitar-driven cannonade, which is based on bands such as Exciter, Agent Steel, Iron Angel and, above all, Razor. If you like their colleagues from Vulture, it will be just right for you. These gentlemen don't choose their means and the main goal is speed and sharp, aggressive riffs. No more, no less. Yes, there is nothing to discuss here. This is another material in a well-known form, but played as it should be done. Not the easy way, but conscientiously and with attention to all these important elements. The band doesn't bring anything new because it just doesn't want to do it. These are musicians that admire certain bands, form, style and forge this iron until sparks fly. That's what it's all about, it's their purpose. "Relentless Night" is a classic stuff deeply rooted in 80's metal. What matters here is a tribute to the oldschool, and it is a tribute in a very good style. A tribute to the bands that once defined this music. If this approach and such playing satisfy you, grab the record without hesitation!




środa, 10 kwietnia 2019

Whipstriker- Merciless Artillery (Hells Headbangers 2017)

Mam wrażenie, że brazylijski Whipstriker z płyty na płytę jest coraz lepszy, coraz bardziej nośny i coraz bardziej esencjonalny w swojej oldschoolowej sztuce. Zakładam, że gro z was kojarzy tę ekipę, także ich osadzone w klimatach wczesnego Sodom oraz Venom (przede wszystkim) i okraszone szczyptą Motorhead granie nie jest wam obce (miejscami zahacza o Black 'n' Rollowe rejony, a nawet o wczesną twórczość Voivod, jeszcze bez tych wszystkich mocno połamanych struktur). Chłopaki konsekwentnie trzymają się obranej przed laty drogi, ale odnoszę wrażenie, że ich muzyka, mimo, iż nie przybiera odmiennych form, to z biegiem czasu coraz bardziej zyskuje. Wydany w 2017 roku "Merciless Artillery" to jeden z przykładów tradycyjnego, bezkompromisowego grania, osadzonego w korzeniach gatunku. Mówiąc szczerze to jeden z przepisów na esencję tego czym jest Metal. To konkretne nieprzekombinowane granie, ogromny ładunek energii, agresji i wszelakiej rogacizny. Niemal każdy kawałek mknie do przodu niczym huragan, a wszystkiemu towarzyszą świetne solówki oraz wokal Vika, którzy brzmi niemal jak Cronos w latach swojej świetności. Czego chcieć więcej w takim razie. Tak jak poprzednie płyty Whipstriker były po prostu solidne, tak ta totalnie się wybija, po prostu ma to coś co mnie przyciągnęło i sprawiło, że bez specjalnego wahania nabyłem ten krążek. Niby pół godziny materiału, a kawał niesamowicie dobrej roboty.
Swoje 3 grosze dołożył tu jeszcze sam Rok z Sadistik Exekution, tworząc okładkę do niniejszego albumu. Gość potrafi totalnie wyczuć klimat, poza tym jest chyba specjalistą od takich apokaliptycznych dzieł, gdzie tematem przewodnim jest piekło, śmierć i zniszczenie. Także jednym słowem dopełnił całości.
Dziś było krótko, zwięźle i na temat, bo są takie albumy, które po prostu mówią same za siebie.Także każdemu komu czysty, Metalowy oldschool miły stanowczo polecam!

https://www.facebook.com/whipstriker/
https://whipstriker.bandcamp.com/


piątek, 19 października 2018

Indian Nightmare- Taking Back The Land (Iron Shield Records 2017)


Indian Nightmare to już zespół w miarę dobrze znany w podziemiu, a zwłaszcza w kręgach związanych z Metal-Punk-owym graniem. Niemniej jednak ja odkryłem ich dopiero niedawno za sprawą obszernego wywiadu z ich wokalistą na łamach zaprzyjaźnionego Bestial Desecration fanzine (dzięki Johannes!). Grupa zwróciła na siebie moją uwagę nie tylko swoją energiczną, porywającą mieszanką oldschoolowego Metalu i ekstremalnej odsłony Punk-u, ale również swoim wizerunkiem który jest wypadkową tego obecnego w Black/ Thrashu i dodanych do niego indiańskich elementów. Oryginalne i charakterystyczne posunięcie. Ich granie to oddane sprawie i niesamowicie żywiołowe podejście do takich klasyków jak wczesny Bathory, Venom, Destruction, stary, dobry Wasp, Discharge, Gism czy obecnego oblicza Darkthrone. Jak ktoś słucha takich rzeczy jak chociażby Childern of Technology to już mniej więcej będzie wiedział o co tu biega, z tym, że Indian Nightmare odchylone jest bardziej w stronę Metalowego grania niż Punk-u jak to ma miejsce u wspomnianej uprzednio grupy (rozłożenie jest w moim odczuciu tak 60/40). Każdy utwór na płycie to istna petarda i każdy okraszony jest świetnymi, przestrzennymi solówkami. Absolutnymi killerami są tu "Fire Meets Steel" z wstępem zaczerpniętym z "Conana Barbarzyńcy" oraz wieńczący płytę "Betrayers". Albumu wciąga momentalnie i po jego zakończeniu ma się ochotę na powtórkę z rozrywki. Warto też na moment zatrzymać się przy samej szacie graficznej materiału. Przypomina mi mocno to co zrobił na swoim debiucie Meliah Rage. Tu też mamy łudząco podobnego kościotrupa w pióropuszu wymachującego ostentacyjnie tomahawkiem. Natomiast jakiś specjalnych muzycznych podobieństw do amerykanów już tu niestety nie znajdziecie.
W kwestii podsumowania, jest to ten typ materiałów o których piszę z niezaprzeczalną przyjemnością i chęcią. Indian Nightmare należy do zespołów do których metal i jego granie jest pasją, są niesamowicie zaangażowani w to co robią. W takich ekipach tkwi duch tej muzyki, takie zespoły należy promować. Dla fanów Metalu starej szkoły i mocniejszej odmiany Punk-u mus absolutny!

https://www.facebook.com/Indian-Nightmare-1564014753877177/
https://indiannightmare.bandcamp.com/


piątek, 9 marca 2018

Venom- Welcome to Hell (Neat Records 1981/ Dissonance Productions 2016)

Płyta od której tak naprawdę wszystko się zaczęło, oczywiście mam tu na myśli bardziej ekstremalne granie. "Welcome to Hell" dał poniekąd narodzić się scenie thrashowej, która w połączeniu z Venom właśnie, Bathory, Mercyful Fate, Celtic Frost itd. dała podwaliny pod Death, a później Black Metal. Nikt nigdy przed owym trio z Newcastle tak nie grał, nikt nie przeniósł diabelskiej estetyki na taki poziom, nie było zespołu jednocześnie tak bezkompromisowego, jaskrawego i bluźnierczego, o tak brudnym i surowym brzmieniu, łamiącego do tej pory znane bariery w rocku i stosunkowo młodym jeszcze metalu. No i okładka, nie pomylę się mówiąc, że jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i ikonicznych w temacie. Nawet same piekielne pseudonimy muzyków były nas scenie czymś nowym, nie licząc tych jakże odległych symboliką i estetyką, powziętych w latach 70-tych przez członków Kiss.
Z nagrywaniem "Welcome to Hell" wiąże się dosyć ciekawa historyjka. Po zarejestrowaniu singla "In League with Satan/ Live Like an Angel (Die Like a Devil)" i znaczącym na niego odzewie nowych fanów wytwórnia spytała zespół czy dysponuje jeszcze jakimś utworami. Okazało się, że tak. Tak więc, Cronos, Mantas i Abaddon zarejestrowali w ciągu 3 dni taśmę demo ze wszystkimi napisanymi do tej pory kawałkami. Ku ich zaskoczeniu stała się ich pierwszym pełnym albumem (taką decyzję podjęło Neat Records). Dlatego właśnie brzmi tak, a nie inaczej. Z nie zamierzonego zabiegu powstał najcięższy i najsurowszy album metalowy tamtego czasu. Niby Venom nie stworzył muzycznie niczego wybitnego, dalekie to było od ideału, ale klimat, specyficzne brzmienie, wokale (nie śpiewane, a wykrzykiwane, wręcz wycharczane), szaleńcze, tnące riffy (już wstępniak w postaci "Sons of Satan" jest perfekcyjną zapowiedzią i świadectwem tego co dzieje się na płycie), rzężący bas, potężna perkusja i szatańska estetyka tej płyty sprawiły, że "Welcome to Hell" stał się kamieniem milowym gatunku, kładącym podwaliny pod nowe nurty i dając inspirację kolejnym, nowym zespołom. Jego udział w tym wszystkim co narodziło się na niwie ekstremalnego grania w kolejnych latach jest nie do przecenienia, a takie kompozycje jak tytułowy "Welcome to Hell", często coverowany "Witching Hour", czy "In Laegue with Satan" to już nieśmiertelne klasyki. Tej płyty nie można nie znać i nie doceniać!
Poniżej przedstawiam posiadane prze siebie, pierwsze winylowe wydanie albumu (wersja ze srebrnym labelem), oraz jego najnowszą reedycję popełnioną przez Dissonance Productions w 2016, bazującą totalnie w kwestii setlisty na poprzednim wznowieniu z Castle/ Sanctuary (nie ma tu różnicy). Różnica jest tylko w samej formie wydania (digipak) oraz poligrafii. Tutaj w booklecie dostajemy tylko liryki do utworów (czego wcześniej nie było) oraz niestety te same liner notes co w poprzednim wydaniu. Sam digipak natomiast i jego graficzne wykonanie, może trochę skromniejsze od bogatej w zdjęcia reedycji z Sanctuary, ma znacznie więcej klimatu i widać, że wzorcem było tu wydanie winylowe. W tym przypadku to ogromny plus. Osobiście, mimo dosyć wysokiej ceny, w kwestii cd polecam właśnie to wydanie.




sobota, 9 grudnia 2017

Flotsam and Jetsam- Doomsday for the Deceiver (Metal Blade Records/ Music for Nations, 1986/ 1992)

Rok 1986! Ach co to był za rok dla metalowej sztuki, zwłaszcza dla Thrashu! W Stanach swoje najpotężniejsze albumy wydały Metallica, Megadeth, Nuclear Assault, Dark Angel oraz Slayer. W Europie uderzyły ze swoimi, do dziś sztandarowymi płytami Exumer i Kreator. Thrash metal przeżywał wtedy swój złoty okres. Powstały też inne autentycznie świetne krążki, które zostały przez wspomniane potęgi nieco przyćmione, na co rzecz jasna nie zasługiwały. Można tu wymienić chociażby "Eternal Devastation" Destruction, Metal Church ze swoim "The Dark" czy chociażby debiut Flotsam and Jetsam, czyli "Doomsday for the Deceiver". To o tej ostatniej płycie będzie dziś mowa.
Zespół szerszemu gronu odbiorców znany jest przede wszystkim dzięki osobie Jasona Newsteda, który w 1987 zasilił szeregi Metallici po tragicznej śmierci Cliffa Burtona. Flotsam and Jestsam tworzyli w tamtym czasie dosyć ciekawą formę thrash metalu, nieco mniej zajadłą, mniej ekstremalną od swoich kolegów po fachu, ale moim zdaniem w niczym im nie ustępującą. Na "Doomsday for the Deceiver" ich granie wciąż mocno inspirowane jest Judas Priest, Maidenami czy tuzami speed metalu pokroju Exciter lub Agent Steel. Dodając do tego zapatrzenie w ówczesną Metallicę daje bardzo ciekawy efekt, bardzo oryginalny i dający się zapamiętać. Agresywne, rozpędzone, a jednocześnie chwytliwe riffy takich killerów jak otwierający płytę "Hammerhead", "Iron Tears" czy mój ulubiony "Desecrator" połączone z wysokimi wokalami Erica A.K. oraz wciąż mocno speed/heavy metalizującą sekcją rytmiczną to po prostu najpiękniejszy metalowy sen. Płyta pełna jest kapitalnych zagrywek, nie idzie na jedno kopyto, aż kipi pomysłami, energią i niewyobrażalną pasją. Zastanawiam się czasem co by było gdyby Jason pozostał w swojej macierzystej grupie, gdzie by to Flotsam and Jetsam zaprowadziło, był notabene jednym z kompozytorskich filarów zespołu. W każdym bądź razie ich debiutancka płyta zasługuje na to aby wymieniać ją wśród najważniejszych metalowych wydawnictw 1986 roku oraz ważniejszych thrashowych albumów jakie powstały w USA. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. To bardzo dojrzałe i kompletne dzieło. Mnogość inspiracji na niej zawartych i sposób ich wykorzystania to najlepszy na to dowód. Na zakończenie dodam, że własnie ten album wypchnął dwójkę brytyjskiego Sabbat z mojej prywatnej thrashowej, pierwszej trójki. Ta płytka chyba nigdy mi się nie znudzi. Każdemu kto nie zna polecam po tysiąckroć!


sobota, 5 sierpnia 2017

Blind Guardian- Follow the Blind (No Remorse 1989/ EMI 2007)

Wczesne albumy niemieckiego Blind Guardian to perfekcyjna mieszanka power, speed oraz thrash metalu z nieznacznymi, progresywnymi naleciałościami. Coś jakby wrzucić do jednego kotła takie grupy jak chociażby Testament, Metallica, Fates Warning, Forbidden, Iron Maiden czy Helloween i porządnie zamieszać. Zespołowi w swojej dziedzinie udało się stworzyć coś totalnie oryginalnego i niepodrabialnego, ich stylu i brzmienia nie da się pomylić z nikim innym, przynajmniej ja tak uważam. Ma w tym także spory wkład nietuzinkowa barwa głosu Hansiego Kurscha, oraz osadzona w fantastyce warstwa tekstowa (zwłaszcza w świecie stworzonym przez Tolkiena).
Nagrany w 1989 "Follow the Blind" jest naturalną, ale dojrzalszą i wyraźnie dopracowaną kontynuacją debiutanckiego "Battalions of Fear". Powstał album cięższy, bardziej agresywny (bardziej thrashowy od swojego poprzednika), dopracowany brzmieniowo i co więcej wprowadzający do historii grupy dwa nieśmiertelne klasyki z ich repertuaru, mianowicie "Banish from Sanctuary" oraz potężna "Valhalla" (w której gościnnie wystąpił na gitarze i wokalu sam Kai Hansen), utwory, które zespół grywa na koncertach regularnie po dziś dzień. Uważam, że i podniosły, a jednocześnie bardzo nośny i epicki "Hall of the King", także zasługuje tu na wyróżnienie. Największym atutem "Follow the Blind" jest ewidentnie bardzo solidna, mocna sekcja rytmiczna oraz fenomenalna praca gitar (solówki jak i same riffy takie, że klękajcie narody, po prostu porywające!). Płyta godna polecenia każdemu maniakowi metalowej klasyki lat 80-tych, oraz niemieckiej sceny metalowej tamtych lat. Obok Running Wild, Warlock i Helloween to dla mnie absolutny top.
Tak jak pierwszemu albumowi towarzyszyła konkretna trasa koncertowa, tak promocja "Follow the Blind" o dziwo ograniczała się tylko do regularnych, pojedynczych koncertów. Grupa znacznie więcej czasu poświęcała wtedy na próby i prace nad kolejnym materiałem. Po ukazaniu się winylowej wersji albumu zespół został poproszony o nagranie bonusowych kompozycji na kompaktową wersję płyty. Jako, że nie mieli żadnych utworów pozostałych z sesji, postanowili nagrać dwa covery. Tak oto na krążku znalazły się ich dobrze znane wersje kawałków Demon "Don't Break the Circle" oraz "Barbara Ann" zespołu The Regents.
Teraz kilka słów odnośnie przedstawionej poniżej reedycji. Wszystko byłoby super, serio, gdyby nie zwalony remastering. Czasem takie zabiegi wychodzą dobrze i płyta autentycznie zyskuje nową jakoś, ale w tym przypadku nie udało się tego osiągnąć. Brzmienie jest tu nieco płaskie, pozbawione pewnej głębi i niesamowicie sterylne, aż sztuczne. Oczywiście da się tego słuchać, ja jakoś z braku wybujałej wybredności daję radę, po czasie człowiek przywyka, ale w konfrontacji z oryginałem sprawa wypada naprawdę kiepsko. Jedynymi elementami, które ratują to wydanie to jego forma wizualna oraz ciekawe liner notes, zarówno od dziennikarzy muzycznych, jaki i samego zespołu. Niewiele, no ale zawsze to jakiś pozytyw. Jak jest szansa to zalecam sięganie po starsze wydania, pozwoli to w pełni delektować się tym genialnym materiałem.



sobota, 8 lipca 2017

Venom- At War With Satan (Neat Records, Sanctuary 1984/ 2002)

Od dawien dawna, nawet najstarsi dziadowie nie pamiętają, "Welcome to Hell" był moim faworytem jeżeli chodzi o Venom. Ostatnio jednak coraz bardziej zacząłem w tej kwestii zmieniać kurs na "At War With Satan", sam nie wiem dokładnie dlaczego. Myślę, że chyba w końcu przyszło mi mocno docenić skrywany potencjał tej płyty i jej autentyczną dojrzałość formy i treści.
Rok 84' był szczytowym momentem kariery Venom. Niesieni na fali sukcesów "Welcome to Hell" oraz "Black Metal" grali największe koncerty w swojej karierze wspomagani takimi, wtedy dopiero rozpościerającymi swoje skrzydła, ekipami jak Metallica, Exodus czy Slayer. Wraz z wydaniem czwartego krążka "Possessed" zaczęła się już niestety równia pochyła. No ale nie o tym tu będzie mowa. Wydany wiosną 1984 roku "At War With Satan" zaskoczył zarówno fanów jak i krytykę i podzielił ich zwolenników na dwa obozy. Na szczęście tych którzy wypowiadali się o albumie w pozytywach było znacznie więcej. Bardzo odważnym, ale myślę nad wyraz udanym, przedsięwzięciem była chęć stworzenia poniekąd koncept albumu i zaserwowania fanom aż 20 minutowej suity tytułowej. A tu się dzieje! Już sam basowy pomruk na wstępie kończony razem z gitarą i perkusją momentalnie zapada w pamięć. Potem człowiek już łazi i nuci pod nosem. Pełno w tej kompozycji zmian tempa i klimatu, masa świetnych riffów i przejść, no nie sposób się tu nudzić i te 20 minut zlatuje nie wiadomo kiedy. Pozostała część albumu to już dopełnienie głównego rozkładu jazdy jakim jest tu przede wszystkim utwór tytułowy. Mamy typowo venomowe galopady w postaci "Rip Ride" czy chociażby "Woman, Leather and Hell" oraz mój ulubiony tutaj, obok rzecz jasna "At War...", "Cry Wolf". Pozostałe "Genocide" oraz "Stand Up (And Be Counted)" też wcale nie są złe i sroce spod ogona nie wypadły, zacnie dopełniają komplet. Natomiast zamykający album, żartobliwy "Aaaaaaarrghh" jest moim zdaniem kompletnie nie potrzebny. Ot sterta hałasu i różnych śmichów chichów nie wiadomo po jaką cholerę. Trzeba podkreślić, że "At War With Satan" był nie tylko krokiem naprzód pod względem kompozycyjnym, ale także brzmieniowym. Venom pozbył się odrobiny swojej uprzedniej szeleszczącej surowizny na rzecz odrobiny przejrzystości co zauważalnie uwydatniło walory ich sztuki. Powstało najlepsze pod tym kątem wydawnictwo jakie Venom kiedykolwiek wypluli i piękne podsumowanie klasycznej trylogii tego zespołu. Jako ciekawostkę dodam, że płycie miło towarzyszyć wydanie książki "The Book of Armageddon" w której miała być w pełni opisana historia walki sił piekła i nieba (chyba nie trzeba mówić kto wyszedł zwycięsko) przedstawiona w tytułowej kompozycji płyty. Niestety projekt ten nie doszedł do skutku.
Poniżej zaprezentowana reedycja z 2002 posiada całkiem ciekawe bonusy w postaci kawałków z epek/ singli wydanych w tamtym czasie, min. świetny "The Seven Gates of Hell", zapadający w pamięć i całkiem nośny "Warhead" oraz kultowy "Manitou" (uwielbiam!). Takie bonusy to ja rozumiem, a nie po kilka wersji tego samego kawałka lub live-y. Warto brać jeżeli nie ma się pierwszego wydania, solidna robota.


czwartek, 29 czerwca 2017

Silence- The Last Warrior (demo 1989/ Thrashing Madness 2014)

W latach 1988-89 istniał twór o nazwie Silence. Obecnie chyba kompletnie zapomniany zespół. Grupa w pewnym sensie powstała na zgliszczach Merciless Death (późnej rzecz jasna reaktywowanego) z inicjatywy perkusisty grupy- Gustawa, którego min. wspomógł w tej inicjatywie Żaku, także były muzyk Merciless Death przejmując wokal i bas. Na gitarach cięli Robert Kuraj i Piotr Sawinda. W takim oto składzie nagrali demo "The Last Warrior". Poza dodanym na niniejszej płycie instrumentalnym kawałku z próby to jedyny znany materiał tej załogi.
"Ostatni Wojownik" serwuje nam prostą, surową dawkę speed/ thrash metalu w tradycyjnym stylu. Silence koła tu nie odkryli. Była pasja i chęć do grania to grali, i rzecz jasna robili to dobrze. Problem w tym, że nie było to nic specjalnie wyróżniającego się na tle innych naszych grup parających się wtedy thrashem. No i gdzieś Silence w tym wszystkim przepadło, nie pomógł temu fakt, iż już w drugiej połowie 89' Żaku odchodzi do Egzekuthor, po czym zespół zawiesza działalność. Najciekawszym utworem jest tu moim zdaniem "Dzwon Bije Dla Mnie". Bardzo nośny kawałek, którego warto sobie posłuchać jako próby tego co Silence miało na "The Last Warrior" do zaproponowania.
Co się tyczy samego wydania to już rozpisywać się nie będę, bo nazwa Thrashing Madness mówi już wszystko. Co prawda, tym razem wkładka jest nieco skromniejsza, ale to dlatego, że zapewne nie zachowało się tak wiele materiałów dotyczących grupy. Mamy tu garść fotografii, teksty oraz krótką notkę biograficzną. Całość zdobią wspaniałe i bardzo klimatyczne grafiki namalowane przez samego wydawcę Leszka Wojnicza- Sianożęckiego.
Dla osób mocno zainteresowanych naszym metalowym podziemiem przełomu lat 80-tych i 90-tych, pozycja obowiązkowa i zaiste godna polecenia.


środa, 22 lutego 2017

Burstin Out- Hell Commands... (GFY Productions 2013)

Jakiś czas temu pisałem wam o debiucie Burstin Out, a dziś pragnę przybliżyć wam epkę "Hell Commands...", która go poprzedzała. Cóż, kolejność trochę nie ta, no ale niestety mini album trafił do mnie później niż "Outburst of Blasphemy". Jakoś ciężej go było namierzyć.
Jak nie trudno się domyślić, zespół hołduje starej szkole spod znaku przede wszystkim Venom oraz starego Bathory. Tak mówiąc szczerze, to mam wrażenie, że gdyby trio Cronos, Mantas i Abaddon zaczęło grać, nie w latach 80-tych, a teraz to graliby i brzmieli dokładnie tak jak Burstin Out. Jest z nimi podobnie jak chociażby z retro-rockowym Orchid. Słyszysz ich i myślisz "no żywcem Black Sabbath z czasów "Master of Reality" czy "Vol.4", ale mimo to jest w tym jakaś nowa energia, nowa jakość. Pozornie można by stwierdzić, że to jakaś bezczelna kalkomania, ale tak nie jest. To totalny hołd i autentyczne zamiłowanie do tamtego brzmienia, estetyki, stylu oraz jego struktur. To samo robi Burstin Out w stosunku do pierwszych 4 płyt Venom i wychodzi im to piekielnie dobrze. Potrafią tchnąć w tą sztukę odmłodzonego ducha oraz świeżą i szczerą pasję. Już samo ich wykonanie "Witching Our" to potwierdza, ogromny szacun. Pozostałe kompozycje z epki to kolejny tego przykład. Rzecz jasna nie jest to ślepe i wyłączne zapatrzenie w Venom, jest to ewidentny numer jeden, ale w takim chociażby "Blackened Soul" dostajemy konkretną dawkę wpływów zaczerpniętych z pierwszego albumu Bathory (wstęp sunie "Necromancy" na kilometr) oraz szczyptę Kata (tak właśnie!) z "Metal and Hell". Ta grupa wie jak przypominać stare czasy oraz czcić klasykę gatunku w jak najlepszym stylu. Pochwały należą się także za świetne, dynamiczne brzmienie materiału, które nadaje całości kolorytu i podwaja przyjemność ze słuchania.
Co tu dużo mówić, szczerze zachęcam do sięgnięcia po nagrania tej grupy. Porównując epkę do debiutu widać gołym okiem, że zespół się rozkręca i nie zamierza przestać bombardować nas tym co w oldschoolowym metalu najlepsze. Bierzcie póki jeszcze można to gdzieś dorwać. Klasa!


piątek, 13 stycznia 2017

Burstin Out- Outburst of Blasphemy (Evil Spell 2014)

Po tym jak zawiesił działalność znakomity Cruel Force na obecnym black/ thrash/ speed metalowym podwórku, wielbiącym takie zespoły jak Venom, Mercyful Fate, Destruction, stary Bathory czy Hellhammer/ Celtic Frost, widzę tylko trzy grupy które wybijają się swą energią i potencjałem ponad inne. Mam tu na myśli Nocturnal, Triumphant i właśnie Burstin Out. Ten zespół w moim mniemaniu przeskoczył swoich idoli z Venom (inspiracja tą kultową grupą jest tu aż nadto oczywista) i gra tak jak ich ulubieńcy obecnie powinni, uczeń przerósł mistrza. Jeżeli dla kogoś przesadzam w tej opinii to trudno, ja to właśnie tak widzę.
"Outburst of Blasphemy" to 30 minut skondensowanego, kipiącego energią, emanującego piekielnym ogniem black/ thrash/ speed metalu okraszonego rock 'n' rollowym luzem i chwytliwością. Załoga Burstin Out wzięła z Venom to co najlepsze i poddała konkretnemu tuningowi, podkręciła śrubę i wypluła bestię kipiącą klimatem lat 80-tych, kiedy to wspomniane na początku zespoły święciły swoje największe tryumfy. Poza fenomenalnym wykonaniem "Burstin' Out" z repertuaru Cronosa i spółki, diabelnie dobrze wyszedł utwór tytułowy, szarże w postaci "Speed Hounds from Hell" oraz "Black Witch Sorcery" czy chociażby hołd dla Bathory zatytułowany "Countess of Blood" (mocno przypomina "Countess Bathory", wydaje się być nieco żwawszy, ale klimat ten sam). Tak mówiąc szczerze to mógłbym wymienić także pozostałe kawałki, bo wszystko trzyma ten sam równy poziom, słucha się przednio, od pierwszych dźwięków po sam koniec. Aż ma się ochotę słuchać po raz kolejny i kolejny. O nudzie nie ma tu mowy!
Odważnie stwierdzę, że chłopaki po prostu grają lepiej od Venom, a z pewnością tak, jak by się obecnie od Venom oczekiwało. To ma być moc, atmosfera, ten oldschoolowy bakcyl i Burstin Out to mają. Oby dalej raczyli nas takim graniem, i oby obecna w tym pasja nigdy nie zgasła. Mamy 2017 rok, a oni zabierają nas z powrotem do 1984 kiedy Venom był u szczytu sławy, a Bathory rozpoczynał swą drogą po otchłaniach Hadesu. Tak trzymać!


wtorek, 10 stycznia 2017

Chapel- Satan's Rock 'N' Roll (Spiritual Beast 2012)

O niektórych płytach czasem ciężko jest pisać długie eseje bo najnormalniej w świecie nie ma takiej potrzeby. Mówią same za siebie. Także prosto z mostu i bez owijania w bawełnę, Kanadyjski Chapel to nic innego jak piekielna wersja Motorhead. Czy to źle? A skąd! Panowie świetnie młócą, z mocą, z energią, co z tego, że poniekąd mało oryginalnie. W niczym to nie przeszkadza, bo słucha się tego wybornie. Czasem to właśnie najprostsze formy dają najlepszy efekt. I tak jest w tym przypadku.
Chapel opiera swoje kompozycje o tematy znane zarówno z wcześniejszego jak i późniejszego repertuaru nieodżałowanego Lemmiego i spółki, dodając do tego pierwiastki z twórczości takich grup jak Blasphemy czy Venom. Gdzie nie gdzie wkradają się wpływy thrashowe co dodaje pewnego smaczku. Jednym słowem to rogaty, cuchnący siarką rock 'n' roll. Brzmienie na płycie jest mięsiste, dynamiczne, tak jak przystało na tego typu grańsko.
Zespół zdaje się podchodzić do wykonywanej przez siebie sztuki z kompletnym luzem, nie rozdrabniając się i nie oglądając na nikogo. Totalny żywioł! Kawałkiem tytułowym, czyli "Satan's Rock 'N' Roll" złożyli hołd załodze Venom bazując na kultowym "Black Metal", wyszło kapitalnie. Ta płyta nie daje pola do jakiś recenzenckich analiz, bo to przede wszystkim wynik radości z grania mający dawać radość ze słuchania, tyle w temacie.
Także jeżeli są wśród was zwolennicy oldschoolowego, nieskomplikowanego grania, które da wam kopa swym ładunkiem energii to śmiało sięgajcie po ten szatański rock 'n' roll, który zaserwował ludzkości Chapel. Nie będziecie zawiedzeni!
Poniżej posiadane przeze mnie, japońskie wydanie tego krążka wydane przez Spiritual Beast.


czwartek, 19 maja 2016

Highlow/ Wolfrider- Wolf Riding High & Low split (Defense Records 2015)

Dziś trochę rodzimej sceny. Ostatnio wpadł mi w ręce split lubelskiego Highlow z wrocławskim Wolfrider. Obie grupy oscylują wokół klimatów heavy/power/speed metalowych. Highlow bliżej ma do łojenia opartego na szybkości i galopujących riffach, słychać tu echa takich grup jak Running Wild (zwłaszcza w utworze The Scarecrow), Iron Maiden, Riot czy Exciter, głos wokalisty jest ostry i zadziorny co do tej stylistyki pasuje jak ulał.
Wolfrider jest natomiast bardziej melodyjny, z epickimi ozdobnikami, ale i tu gitary i perkusja potrafią szarżować niczym Maidenowski "The Trooper". Wokalnie jest łagodniej, nieco bardziej podniośle jak to w tego typu klimatach. Bliżej jest tu do grup spod znaku Dio czy Primal Fear.
Tak jak Highlow skłania się ku szybszym obszarom heavy metalowej sztuki, tak Wolfrider czerpie z jej bardziej tradycyjnej formy, nadając nieco bardziej melodyjny sznyt.
Powiem, że całkiem nieźle mi się tego splitu słuchało i uważam, że oba zespoły są bardzo obiecujące i chętnie sięgnę po ich pełne płyty, które mam nadzieję pojawią się w najbliższej przyszłości. Dobrze, że nie brakuje nam grup, które przekuwają swoją muzyczną pasję w czyn czerpiąc przy tym z najlepszych wzorców. Nic tylko polecać rzeczoną płytkę wszystkim fanom tradycyjnego heavy metalu, zacny muzyczny wypiek.