Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Combat Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Combat Records. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Nocturnus- The Key (Combat/ Earache 1990)

Ta płyta to istna kopalnia geniuszu kompozytorskiego, oryginalności i zróżnicowania jeżeli chodzi o death metalową sztukę. Zespołowi, a przede wszystkim, Mike'owi Browning'owi udało się stworzyć jeden z pomników tego gatunku, a zwłaszcza jego technicznego oblicza.
Album nadźgany jest wszystkim tym co w death metalu najlepsze poszerzonym o partie klawiszy (jak na tamten czas krok nowatorski) nadające całości futurystycznego zabarwienia oraz mrocznej, astralnej atmosfery. Mamy tu nie tylko konkretną, siarczystą młóckę, ale także sporo zmian tempa, różnych zawijasów (no jest tu trochę progresywnie, nie da się ukryć) oraz ogrom genialnych, gitarowych solówek najwyższej próby (Mike Davis odwalił tu kawał roboty, widać, że sroce spod ogona nie wypadł i zna się na swoim rzemiośle). Już na sam dźwięk takich bestii jak otwierający krążek "Lake of Fire" czy miażdżący i chyba najlepszy na płycie "Neolithic" ciary lecą po skórze, a pot spływa po plecach! Dodatkowym smaczkiem jest tu nietypowy, charczący wokal Mike'a, który wprowadza swoisty, złowieszczy nastrój do klimatu płyty.
Ciekawym posunięciem jest też koncept albumu umieszczony w klimatach okultyzmu oraz science- fiction, opowiadający historię cyborga, który w pewnym momencie cofa się w czasie do roku 0, przyczyniając się do zniszczenia religii chrześcijańskiej w jej zarodku, dając początek nowemu imperium. Jak widać dobrych pomysłów chłopakom nie brakowało, co się chwali, i jak sami widzicie elementów odróżniających tą płytę na tle innych death metalowych albumów jest sporo, zespół jak i płyta jedyna w swoim rodzaju, można powiedzieć niepodrabialna. Nie dziwię się, że ta grupa miała tak znaczący wpływ na Darkthrone w ich wczesnym, death metalowym wcieleniu.
Można pokusić się o stwierdzenie, że Nocturnus nagrywając w 1990 taki album wyprzedzili swój czas, podobnie jak to na niwie black metalu było z Emperor. Moim zdaniem udało im się nagrać materiał, który nie tylko był pionierski i autentycznie wybitny, ale, któremu nijak nie szkodzi upływający czas. "The Key" mimo swoich lat się nie starzeje się ani trochę i nie traci na swojej świeżości. Wciąż wciąga, zachwyca swą złożonością i myślę, iż stale inspiruje do tworzenia sztuki wyjątkowej, nie tylko w ramach death metalu, która łączy kunszt z brutalnością i konkretną, niegasnącą dawką energii i nieustającą siłą rażenia. Rekomendacja zbyteczna, bo ten album po prostu rządzi, koniec, kropka!



piątek, 3 marca 2017

Slayer- Hell Awaits (Combat/ Metal Blade 1985)

Nie da się ukryć, że "Hell Awaits" było dla Salyer'a wyzwaniem. Po bardzo dobrze przyjętym "Show No Mercy" istniała potrzeba wykazania się i udowodnienia swojej wartości. Slayer sprostał temu zadaniu (choć do ideału trochę brakowało), stworzył płytę pełną gębą osadzoną w thrashu, bardziej dojrzałą, pozbawioną już pewnej młodzieńczej naiwności obecnej na debiucie.
Album rozpoczynają jęki potępionych dusz, które w pewnym momencie zaczynają wspólnie skandować jakąś bliżej nieokreśloną frazę (jak się okazuje jest to "Join us!" puszczone od tyłu, wykrzykiwane do mikrofonu przez ekipę zgromadzoną w studiu), a za chwilę słyszymy odpowiednio zmodyfikowany, stylizowany na piekielną bestię głoś Toma oznajmiający "Welcome back!". Wchodzi ciężki riff  podbijany mocarną miarową perkusją. Jest moc! Trudno o lepszy wstęp! Tak właśnie zaczyna się tytułowa kompozycja "Hell Awaits", która jest bez wątpienia jedną z najlepszych na krążku. Z marszu podkreślona zostaje złowieszczość i diabelski charakter płyty. Kolejnym bardzo udanym utworem jest "At Dawn They Sleep" obracający się wampirycznej tematyce. Jest to kawał thrashowego mięcha wypełnionego zagrywkami które aż proszą się o konkretny headbanging. Na wyszczególnienie zasługuje także typowo slayerowski "Necrophiliac". Kanonada rozpędzonych gitar, opętańczy wokal Arai oraz bardzo chwytliwe zwolnienie pod koniec. Mamy tu zalążek tego co można zaobserwować na "Reign in Blood" w takich klasykach jak "Angel of Death" czy "Raining Blood". Pozostałe 4 kompozycje z krążka nie mają już tak wiele do zaoferowania, ale jak najbardziej trzymają poziom i wciąż są sporym kompozytorskim krokiem na przód w stosunku do prostolinijnego (oczywiście nie traktuję tego na minus, w żadnym wypadku), wciąż u podstaw inspirowanego tradycyjnym heavy metalem spod znaku Judas Priest i skupionego przede wszystkim na emanowaniu energią "Show No Mercy".
Teraz czas na kilka słów w kwestii okładki zdobiącej album. Po raz kolejny stworzył ją Albert Cueller, odpowiedzialny za wizualną oprawę "Live Undead". Pejzaż piekielnej otchłani zdobią rogate stwory rozrywające na strzępy jakiś potępionych nieszczęśników. Nad wszystkim góruje charakterystyczny pentagram z logo zespołu. Projekt tej okładki, a była to wyklejanka w zinowskim stylu, prawdopodobnie wciąż jest w posiadaniu Toma. Czy można było zrobić to lepiej? Nie sądzę! Dzieło skończone i na właściwym miejscu!
"Hell Awiats" ukazał Slayer'a jako zespół dojrzały, świadomy swojej drogi i stylu, ale jeszcze nie do końca ogarnięty w kwestii jak to dobrze przekuć w czyn. Płyta jest autentycznie świetna, ale brakuje jej takiej swoistej kropki nad "i", pewnego kopa, większego dynamizmu, brzmienie także trochę kuleje. Niedługo po jej wydaniu rozważano poddanie jej ponownemu masteringowi, ale Araya stwierdził, że zepsuło by to jej charakter, że album powinien być swoistym dokumentem swojego czasu, w przeciwnym razie straci swoją wyjątkowość. Całkowita racja i trudno się z tym nie zgodzić. Mam wrażenie, że drugi album Slayera wciąż siedzi nieco w cieniu debiutu oraz "Reign in Blood" co nie powinno mieć miejsca, choćby ze względu na to jak przełomowy charakter miała ta płyta dla samego zespołu jak i rosnącej w siłę sceny thrashowej, zwłaszcza w USA. To tutaj wyklarował się ich charakterystyczny styl. To jeden z klasyków, które trzeba znać, których wartość należy dostrzegać i doceniać.


środa, 6 lipca 2016

Megadeth- Peace Sells But Who's Buying? (Capitol Records 1986)

Przez długi czas nie lubiłem Megadeth, zespół Mustaine'a nijak do mnie nie przemawiał. Sprawy uległy zmianie jakoś w ubiegłym roku. Sięgnąłem po nich bo akurat szukałem czegoś "nowego" do posłuchania, więc pomyślałem, a niech, zabiorę się za nich raz jeszcze. No i jakimś cudem zaskoczyło. Wcześniej wydawali mi się nudni, muzyka nieszczególna, a tu raptem jakimś magicznym sposobem zmiana o 180 stopni. Cóż, bywa.


Na tapetę postanowiłem wziąć drugi pełny album Megadeth, chyba z resztą najsłynniejszy i pierwszy, z którym się niegdyś zetknąłem. W 37 minutach zespół skondensował 8 utworów. Najciekawszymi kawałkami w mojej opinii są tytułowy i istotnie znakomity "Peace Sells But Who's Buying" z charakterystycznym basem na początku, "Devil's Island" z wpadającym w ucho rozpędzonym riffem oraz zamykający album "My Last Words" ze świetną solówką i fajnym, chwytliwym motywem prowadzącym. Pozostała część niczym specjalnym się nie wyróżnia i niespecjalnie wchodzi w pamięć, jest raczej przeciętna. Oczywiście nie jest to słaby album, jest solidny i dobrze się go słucha, ale zwyczajnie są w dyskografii Megadeth krążki lepsze od tego. Dave po opuszczeniu Metallici miał sporą konkurencję i to nie tylko w postaci swojego byłego zespołu. Dwie, a może nawet i trzy pierwsze albumy były swoistym nabieraniem rozpędu i dopiero "Rust in Peace" nadgonił czołówkę na stałe. Już sam fakt, że "Peace Sells..." został wydany w 1986 jest dla niego niefortunny. Tego roku ukazały się płyty Metallica "Master of Puppets" oraz Salyer "Reign in Blood", a z tymi wydawnictwami w zakresie thrashowej sztuki nikt nie da rady się mierzyć.
Zespołowi należą się gratulacje za koncept na okładki albumów, pomysł może już nie tak oryginalny bo zainspirowany przez Iron Maiden, ale się wpasował. Postać Rattlehead'a, która przewija się na prawie wszystkich wydawnictwach grupy, zainicjowana już w pełnej formie na wspomnianej płycie, daje to sporą rozpoznawalność i na stałe zapisuje się w annałach metalowych artworków.
Podsumowując, album nie jest jakiś specjalnie rewelacyjny, ale z chęcią się do niego wraca, bo to jedna z wizytówek thrashu lat 80-tych, bądź co bądź klasyka. Mimo faktu, że nie porywa mnie tak jak "So Far, So Good, So What" czy "Countdown to Extinction" to stawiam go w swoim zestawieniu krążków Megadeth na 3 pozycji. Choroba, ma coś w sobie mimo wszystko.
Poniżej moja kopia płyty w starym, kanadyjskim wydaniu z Combat Records na licencji Capitol.