Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1997. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 listopada 2019

Ahret Dev - Hellish (Vox Mortiis 1997 / Godz Ov War 2019)

Jedna z legend polskiego Death Metalu. Radomski Ahret Dev to jeden z zespołów, który zasługiwał na znacznie więcej, a na pewno nie na to, aby tak szybko zniknąć ze sceny. Zarówno ich dema (nawet to pod szyldem Wenetis), jak i jedyny, pełny album "Hellish", to światowy poziom wykonawczy. Spotkała się tu brutalność Deicide, energia i solówki Vader oraz odrobina technicznego zacięcia Violent Dirge. Może kulało to trochę pod względem brzmienia, produkcji, ale nie zawsze wszystko dało się dociągnąć do perfekcji, trzeba sobie z tego zdawać sprawę. Warunki i możliwości były, jakie były. Mimo to zespół grał na wyżej wspomnianym albumie jak natchniony. Co z tego, że to tylko niespełna 30 minut materiału, gdy bije na głowę sporo dłuższych i okazalszych dzieł. "Hellish" to taki swoisty nieoszlifowany diament. Ich granie to nie był już nawet wynik autentycznej pasji w temacie, ale faktycznych umiejętności, kreatywności i świadomości granej muzyki. Gdyby czasy były wtedy bardziej sprzyjające, a chłopakom starczyło determinacji, to myślę, że mieliby szansę zajść tak daleko, jak na przykład Decapitated. To im się należało. Zespół zostawił po sobie 2 dema, pełen album, trochę rehów i to, co stworzyli jeszcze jako Wenetis. To wszystko znajdziecie na tegorocznym wznowieniu z ramienia Godz Ov War. Mamy tu nie tylko samą płytę, ale właśnie wszystkie te pozostałe materiały dodane na oddzielnym dysku. Gregowi należy się szacun za ponowne tego wydanie i formę, jaką tu przyjął. O takich zespołach i płytach, jak dzieło Ahret Dev, trzeba pamiętać, trzeba o nich przypominać, bo na to zasługują. Polecać nie będę, bo dla każdego fana naszej sceny i Death Metalu brak tej pozycji na półce to zbrodnia niewybaczalna! Amen!

https://www.facebook.com/ahretdevofficial/
https://www.instagram.com/ahret_dev_official/
http://godzovwar.com/shop/pl/

English translation:

One of the legends of Polish Death Metal. Ahret Dev from Radom (Poland) is one of the bands that deserved much more, and certainly not to disappear from the scene so quickly. Both their demos (even the one under the name Wenetis) and the only full album "Hellish" are a world-class performance level. Deicide's brutality, Vader's energy and guitar solos met here, as well as a bit of technical stuff of Violent Dirge. Maybe it was a bit lame in terms of sound and production, but not everything could be perfect, you have to be aware of it. Conditions and possibilities were what they were. Despite this, the band played on the above mentioned album as inspired. The fact that it is only less than 30 minutes of material does not change the conclusion that it was better than many longer and more complex works in the field. "Hellish" is a kind of rough diamond. Band's playing was not even the result of a real passion in the subject, but the actual skills, creativity and awareness of the music they performed. If the times were more favorable then, and the boys had enough determination, I think they would have a chance to get as far as, for example, Decapitated. It was their due. The band left 2 demos, a full-length album, some rehearsals and what they created as Wenetis. You'll find it all on this year's reissue by Godz Ov War. We have here not only the album itself, but all those other materials added on a separate disc. Greg deserves respect for this release and the way he has done it. You have to remember about bands and records like the work of Ahret Dev, they deserve it. I will not recommend it, because for every fan of Polish scene and Death Metal, the lack of this album on the shelf is an unforgivable crime! Amen!


poniedziałek, 4 marca 2019

Cintecele Diavolui- The Devil's Songs (Dark Dungeon Music 1997)

Dziś odjeżdżamy w trochę nie metalowe rejony muzyczne, aczkolwiek klimatem i swoim twórcą z metalem mimo wszystko powiązane. Zapewne znajdą się tacy którzy Cintecele Diavolui znają, a przynajmniej kojarzą. Jest to jeden z pobocznych projektów muzycznych Havarda Ellefsena vel Mortiis. Poza swoim głównym dziełem o tej samej nazwie i szarpaniem basu w Emperor, stworzył również nieco mrocznej, niesamowicie atmosferycznej muzyki pod szyldami Vond, Fata Morgana oraz właśnie Cintecele Diavouli. Ten projekt wydaje się najbardziej nietuzinkowy w całym dorobku. Havard stworzył na tej płycie nowe, miniaturowe uniwersum skupione wokół wampirycznej postaci o imieniu Vukodlak (słychać jego głos w co poniektórych kompozycjach na płycie). W zawartej tu muzyce jest równie wiele mroku, co pewnej groteski, niemego humoru zabarwionego czernią. Łączy ona pewne elementy pozostałych projektów z wyraźnymi. moim zdaniem, inspiracjami zaczerpniętymi z bardzo starych horrorów, nawet tych w których poza samą muzyką nie było żadnego innego dźwięku. Album ma pewne szczególne momenty, które kreują dosyć niepowtarzalny nastrój niepokoju podszytego dreszczem ("Dungeon of Horror" oraz "One Soul Less for the Devil"). Jest to dzieło zaiste eksperymentalne i nowatorskie w swojej niszowej estetyce i, co trzeba przyznać, ma swój unikatowy klimacik. Nie spodziewam się, że wielu z was, którzy z Cintecele Diavolui do czynienia jeszcze nie mieli, z marszu spodoba się ten twór. Jest to sztuka dosyć wymagająca, mi osobiście zajęło nieco czasu zanim pochłonęły mnie te dźwięki i w pełni je doceniłem. Niemniej jednak wszystkim entuzjastom tzw. Dungeon Synth szczerze polecam!
Materiał pierwotnie ukazał się w skróconej wersji w 1996 jako 10'' winylowa Epka, potem natomiast już w pełnej formie na CD. W 1997 sumptem Dark Dungeon Music, a w 1998 Cold Meat Industry. W ubiegłym roku natomiast album po raz pierwszy doczekał się edycji kasetowej (ściśle limitowanej) wydanej przez sojusz Omipresence, Children of the Night oraz Foreign Sounds.

https://www.facebook.com/officialmortiis/
https://downloadmusic.mortiis.com/
https://mortiiswebstore.com/


środa, 22 sierpnia 2018

Gorgoroth- Under the Sign of Hell (Malicious Records 1997/ Soulseller Records 2017)

Jak stworzyć płytę niesamowicie surową, pełną furii i wszechobecnego diabelstwa, a jednocześnie potężnie brzmiącą? W 1997 Gorgoroth odpowiedział na to pytanie nagrywając "Under the Sign of Hell". Nie znajduję żadnej lepszej Black Metalowej płyty, która spełniałaby powyższe kryteria w sposób tak zadowalający jak ta. Jak wspomniał sam Pest w książce "Black Metal: Evolution of the Cult", trzecia w dorobku płyta Gorgoroth była dla zespołu tym samym co dla Metalliki "Master of Puppets", a dla Slayer "Reign in Blood". Totalnie się z tym stwierdzeniem zgadzam. Mimo tego, że zespół nagrał jeszcze parę autentycznie świetnych płyt, to właśnie "Under the Sign of Hell" pozostaje tym, tak zwanym, opus magnum. Ale do rzeczy. Album został złożony do kupy na początku 1996 w studiu Grieghallen pod czujnym okiem zaprawionego już w Black Metalowych bojach Pyttena. W nagraniach brali udział Infernus (gitary i bas), Pest oraz nieżyjący już Grim (znany min. z bębnienia w Immortal, Arvas czy Borknagar). W "Revelation of Doom" ścieżkę basu położył natomiast Ares (Aeternus) grający z Gorgoroth na żywo. Powstał materiał o niesamowicie złowieszczym i surowym charakterze, wręcz ociekający bluźnierstwem i furią. Do tego wszystkiego posiada, mimo swojej surowości, bardzo mocarne brzmienie. Słuchając płyty na dobrze podkręconych głośnikach te kawałki najpierw wgniatają w glebę, a potem zdmuchują słuchacza niczym drzewko podczas huraganu.
No i te riffy Infernusa... Takich hymnów jak wspomniany już, wściekły "Revelation of Doom", "Funeral Procession", potężny "Profetens Apenbaring" czy wreszcie odrobinę Black/Thrashowy "The Rite of Infernal Invocation" (solówka w tym kawałku to totalny odjazd proszę was, jedyneczka Bathory kłania się z marszu) nie da się zapomnieć. Raz usłyszysz i pamiętasz oraz nucisz pod nosem do końca swych dni. Płytę wydało w październiku 1997 Malicious Records, które wypuściło w swych barwach dwa poprzednie krążki Gorogoroth. Aż dziw bierze, że dopiero niemal po dwóch latach od jej nagrania. Materiał zaowocował również pierwszą trasą grupy w roli headlinera, wspomagani byli przez Aura Noir oraz Mystic Circle.
W kwestii końcowej, takich płyt jak "Under the Sign of Hell" ta nie wolno ruszać żadnym remasteringiem itd. (piję tu do wydanej w 2016, również przez Soulseller, wersji z drobnymi retuszami tej surowości)! To dzieło absolutnie skończone, które tylko w dokładnie takiej formie jak zostało nagrane sieje spustoszenie jak, za przeproszeniem, Szatan przykazał. Kto płytki nie zna, a siedzi w BM, to niech w te pędy nadrabia temat, a Ci którzy znają... Cóż, chyba dobrze wiecie o czym mówię i w pełni zgadzacie się z tym wszystkim co tu napisałem. Aż nie boję się użyć tego słowa- Kult! I to jak cholera!

wtorek, 6 lutego 2018

Behemoth- And the Forests Dream Eternally/ Damnation- Forbidden Spaces split (Last Epitaph 1997)

Dwa arcypotężne materiały dwóch hord, które w latach 90-tych stanowiły trzon naszej sceny Death i Black Metalu. EP "And the Forests Dream Eternally, nagrany w lipcu 1994 (a wydany rok później przez włoską Entropy) w gdyńskim Warrior Studio (w ciągu dwóch dni) jest dla wielu fanów najlepszym z materiałów "starego" Behemoth, a i zespół bardzo go ceni. Sam Nergal przyznał, że to najważniejszy materiał jaki nagrał z Baalem, swoiste podsumowanie pierwszego etapu w historii zespołu. Na ów materiał składa się pięć kompozycji. Jest tu min.  poniewierający swą agresją i atmosferą "Transylvanian Forest", klimatyczny i ponury "Moonspell Rites" (notabene, pierwotnie, taki właśnie tytuł miał nosić niniejszy EP), "Pure Evil and Hate" (z początku wiele osób uważało go za cover jakiegoś mało znanego kawałka Bathory), który był chęcią złożenia hołdu wczesnym dokonaniom Quorthona, czy "Forgotten Empire of Dark Witchcraft"- nagrany przez Nergala samodzielnie od początku do końca, będący podobno eksperymentalną kompozycją. Mimo tego, że był to chwilowo dosyć ciężki okres dla zespołu spowodowany problemami ze składem jak i wewnątrz grupy, zrodziły się nagrania o dosyć niepowtarzalnym brzmieniu, surowym, prymitywnym, ale oddziałującym przede wszystkim na obszar klimatu "And the Forests Dream Eternally". Dosyć zaskakując historię ma też okładka Epki, a może wręcz do bólu prozaiczną. Zdjęcie lasu najzwyczajniej w świecie wzięte zostało z jakiegoś atlasu lasów polskich, wkomponowane w dodatkowe elementy i ot cała filozofia. Na podsumowanie pozwolę sobie przytoczyć słowa mojego przyjaciela Thorn'a (ex North, Neasit)- "Ten materiał idealnie odzwierciedla klimat najlepszych lat w krajowym Black Metalu!". Nic dodać, nic ująć!
Teraz pora na część splitu należącą do Damantion. "Forbidden Spaces" (1994) to drugie demo tej pomorskiej hordy prowadzonej przez Lesa i Barta. Cholera, jak mi tej grupy brakuje na naszej scenie. Niby doszły mnie pogłoski jakoby wznowili w ostatnich latach działalność, ale póki co cisza w temacie. "Forbidden Spaces" to, podobnie jak to się ma w przypadku "Reborn...", kwintesencja sztuki Damnation. Piekielna Death Metalowa łaźnia dopełniona świetnymi, złowieszczymi klawiszowymi intrami i outrami (chociażby to ponad 5-minutowe, wieńczące demo), które niesamowicie budują atmosferę dema, bardzo niepokojącą, niczym ze starych filmów grozy. Pomimo swojej surowości, szorstkości brzmienia ten materiał ma w sobie coś niezwykłego i wciągającego. Nie jest to podręcznikowy Metal Śmierci, a coś znacznie więcej. Niby to tylko cztery kompozycje, a geniusz i diabelska aura jaka się nad nim unosi jest nie do opisania i nie do powtórzenia. No i te riffy urywające łeb. Chyba tylko na naszej scenie napierdalało się w tak natchniony sposób. To niezaprzeczalnie jeden z najlepszych materiałów jakie wydało na świat Damnation.


poniedziałek, 20 listopada 2017

Graveland- Following the Voice of Blood (No Colours Records 1997/ Warheart Records 2017)

Gdy ładnych parę lat temu zaczynałem swoją przygodę z twórczością Graveland myślałem, że Thousand Swords jest tym albumem który zajmuje najwyższe miejsce w dyskografii grupy, to prawda, ale Following the Voice of Blood wyprzedza go o ten jeden mały kroczek. Jest to płyta która coś kończy i coś zaczyna, dzieło przełomowe, dzięki czemu tak ważne. Wraz z tą płytą w pewnym stopniu zanikają tu patenty stricte black metalowe, a z całą okazałością objawiają się cechy pagan metalu z tą jakże charakterystyczną dla Graveland nutą epickości z majaczącymi w tle echami folku. Możemy jeszcze usłyszeć tutaj wokal typowy dla dwóch poprzednich albumów, ale muzyka jak już wspomniałem zaczyna wkraczać w inne rejony, które z kolejnymi albumami przerodzą się w to z czego Graveland słynie brzmieniowo i aranżacyjnie już od kilku ładnych lat, jest to także ostatnia płyta na której mamy typowo szybkie bm-owe partie gitar i perkusji.
Przejdźmy teraz do konkretów. Following the Voice of Blood jest albumem który wciąż cechuje surowa produkcja i w przypadku Graveland jest to olbrzymia, nadająca charakteru i klimatu zaleta. Miks płyty został wykonany perfekcyjnie, pełen profesjonalizm i wyczucie. Muzyka okraszona jest klawiszowym tłem, które świetnie podkreśla melodykę i nadaje całości tego całego epickiego sznytu. Utwory są tu odpowiednio długie, z ciekawymi przejściami melodii co sprawia że się nie dłużą i nie wieją nudą, można je porównać do snującej się opowieści która zabarwiona jest odpowiednimi emocjami i zwrotami akcji. Ambientowe oraz neoklasyczne pasaże obecne na płycie nadają całości drugiego dna, zespalają muzykę i tworzą jedną całość. W niektórych utworach są swoistą ciszą przed jeszcze obecną tu black metalową burzą. Na szczególne z mojej strony wyróżnienie zasługują utwory Thurisaz (tu jest wszystko- świetne intro, bm-owa szarża i zapadające w pamięć melodyjne przejścia), Following The Voice of Blood (fajne folkujące intro) oraz majestatyczny And the Horn was Sounding far Away (aż mi się przypomniał Twilight of the Gods Bathory, klasa!). Zapewne może was zdziwić brak jakiejkolwiek krytyki z mojej strony, ale po prostu nie mam się tu do czego przyczepić. W moim odbiorze album jest od A do Z kawałkiem wspaniałej i dobrze wykonanej muzyki, koniec i kropka.
Pomysłowe kompozycje, niesamowita atmosfera, swoista świeżość i wyobraźnia twórcza Darkena stworzyła album który moim skromnym zdaniem jest perłą w koronie polskiej sceny black/ pagan metalowej, jak dzieła Emperor, Bathory oraz Burzum (których wpływ na twórczość Graveland jest raczej ogólnie wiadomy) czy Ulver dla sceny norweskiej.
Co się tyczy oprawy graficznej płyty, to co tu dużo ukrywać, cieszy oko i zachęca do słuchania- rydwan wojów podążający za stadami kruków majaczącymi na tle szarego, pochmurnego nieba. Wchodzi w klimat płyty jak ulał! W przedstawionej poniżej reedycji tego albumu za ramienia Warheart Records mamy nową okładkę, równie dobrą, aczkolwiek gubiącą już atmosferę swojej oryginalnej poprzedniczki. Niemniej jednak wewnątrz wydawnictwa znajdziemy także oddzielną reprodukcję okładki pierwszego wydania, także każdy będzie usatysfakcjonowany. Tak jak w przypadku niedawnych wznowień "In the Glare of Burning Churches" oraz "The Celtic Winter", te reedycje jeszcze nieco kulały, tak tutaj wszystkie niedopracowane mankamenty zostały poprawione przez co w pełni i z czystym sumieniem mogę je polecić. Warto wspomnieć, że wewnątrz dostajemy garść memorabiliów z tamtego okresu, trochę archiwalnych zdjęć z sesji do albumu oraz nieco liner notes do poczytania. Reasumując jest dobrze, a nawet bardzo dobrze!



środa, 16 listopada 2016

Immortal- Blizzard Beasts (Osmose Productions 1997)

No i po raz kolejny Immortal gości na łamach "Welcome to the Morbid Blog". Natchniony nieco zimową pogodą ostatnich dni sięgnąłem po album, który w ich dorobku otrzymuje chyba najbardziej skrajne opinie. Mowa tu o wydanym w 1997 roku "Blizzard Beasts".


Ta płyta to nic innego jak pół godziny black metalowej zamieci złagodzonej odrobinę majestatycznym, sześcio- minutowym "Mountains of Might", który moim zdaniem jest jedną z najlepszych kompozycji jakie Immortal stworzył. Reszta płyty to brutalne, pełne mocy kawałki, które dzięki lepszej aranżacji i bardziej czytelnej, nawet i chwytliwej, pracy gitar (solówki pierwsza klasa!) zyskały na sile. Warto zwrócić uwagę na "Battlefields" w którym słychać echa "One by One" z późniejszej płyty "Sons of Northern Darkness", oraz "Frostdemonstorm" za wręcz heavy metalowy riff pod koniec utworu. Widać tutaj, że Abbath i spółka podciągnęli się trochę w swoim rzemiośle i zmierzają ze swoją muzyką w nowe rejony co potwierdzi kolejna płyta, genialny "At the Heart of Winter". Produkcyjnie natomiast wydawnictwo kuleje. Brzmienie perkusji woła tutaj o pomstę do nieba. Jest wycofana, płaska i nie potrafi zrównać się z kanonadą gitar, które wiodą tutaj prym. Słychać oczywiście, że Horgh sroce spod ogona nie wypadł i zna się na swojej robocie, tylko po prostu ktoś za konsoletą trochę odjechał i zawalił swoją część roboty.
Sporo fanów uważa ten album za najgorszy w dorobku grupy, ale znajdą się i tacy, dla których jest faworytem. U mnie zajmuje solidną pozycję w pierwszej trójce. Ma świetną atmosferę, wszystko ze sobą współgra i nawet kiepskie brzmienie nie jest w stanie tego zepsuć. Faktycznie ma się wrażenie bycia w samym sercu zimowej nawałnicy. Szczerze tą płytę polecam, zwłaszcza gdy za oknem noc, wiatr i śnieg!


środa, 9 listopada 2016

Hammerfall- Glory to the Brave (Nuclear Blast 1997/ 2017)

Jak już kiedyś wspominałem, apropos płyty "Legacy of Kings", Hammerfall był pierwszym zespołem, który odkryłem samodzielnie gdy zaczynałem stawiać swoje pierwsze kroki w świecie metalu. Nikt mi ich nie podsunął, nigdzie wcześniej ich nie słyszałem, po płytę sięgnąłem, przyznając się, za sprawą okładki. Opłaciło się i wybór był jak najbardziej trafiony, jako że od tamtego czasu ta heavy/ power metalowa grupa ze Szwecji to ścisła czołówka moich ulubionych zespołów ze wspomnianych styli/ gatunków.
No ale do rzeczy. "Glory to the Brave" to, jak zapewne większość z was wie, debiutancki krążek Hammerfall. W 1997 roku kiedy został wydany był swoistym manifestem faktu, że tradycyjne heavy metalowe granie, okraszone pewną dozą melodyjności, wciąż ma się dobrze i zmierza ku odrodzeniu. Szwedzi czerpali w swej muzyce z najlepszych wzorców takich jak Rainbow, Judas Priest, Stormwitch, Loudness, Accept czy Helloween, tworząc swój własny, charakterystyczny styl. Nie tylko ich muzykę łatwo można rozpoznać, czysty, mocny głos Joakima Cansa jest jedyny w swoim rodzaju. Album zbierał bardzo dobre recenzje przez co rosły oczekiwania wobec zespołu, któremu wg. niektórych entuzjastów ciężkich brzmień nie sprostali. Cóż, nad gustami dyskutować nie należy. Bądź co bądź, w czasie gdy ukazała się płytka byli jednym z objawień Heavy Metalu, który w latach 90-tych był nieco w odwrocie
Na "Glory to the Brave" składa się dziewięć wyśmienitych kompozycji. Płyta jest bardzo spójna, świeża, pełna enrgii i świetnie brzmiąca. Takie klasyki jak "The Dragon Lies Bleeding", "Hammerfall" czy "Steel Meets Steel", mówią same za siebie i grane są przez zespół na koncertach po dziś dzień. Mamy tu także miejsce na ballady, lekko ckliwe "I Believe", którego na dobrą sprawę mogłoby tu nie być, oraz dobrze znany, tytułowy "Glory to the Brave" (podobno gdy zespół wykonuje go na żywo poza zamkniętymi salami koncertowymi prawie zawsze zaczyna wtedy padać deszcz, przypadek?). Obecne są i bezpośrednie odniesienia do heavy metalowych brzmień lat 80-tych- cover Warlord "Child of the Damned" oraz marszowy "Stone Cold". Połączenie tradycyjnych heavy metalowych struktur z wpadającymi w ucho melodiami dało naprawdę zacny efekt i płyty słucha się jednym tchem z ochotą na powtórkę.
W późniejszych latach i wraz z kolejnymi płytami Hammerfall zyskiwał sobie zarówno fanów jaki i przeciwników. Zarzucano im przeróżne rzeczy, wyśmiewano, hejtowano, robiono anty-Hammerfallowe koszulki, no stek bzdur, dziecinada i poziom poniżej poziomu. No ale cóż, zespołu to nie zraziło i dalej robili i robią swoje, wciąż moim zdaniem trzymając formę i racząc swoich zwolenników dobrymi, a nawet bardzo dobrymi płytami. Wiadomo, nie każdy lubi heavy/ power metalową estetykę i teksty bazujące na świecie fantastyki gdzie pełno bitew, smoków, magii i wszelkiego rycerstwa, ale debiut Szwedów to naprawdę klasa sama w sobie i warto po tą płytę sięgnąć. Kto nie miał jeszcze okazji posłuchać to szczerze zachęcam.
Poniżej przedstawiam zarówno 1-wsze kompaktowe wydanie tego albumu, jak i jego rocznicowe wznowienie poszerzone o całe mnóstwo bonusów live, całe DVD "The First Crusade", obszerny wywiad z muzykami przeprowadzony specjalnie na okazję tego wydawnictwa oraz cały koncert z Dynamo Festival 98'. Nie zabrakło też opasłej książeczki z całą historią powstawania płyty, losami zespołu z tamtego okresu oraz mnóstwem archiwalnych zdjęć i pamiątek. Nuclear Blast uczcił tę płytę tak jak należy, na bogato i wyczerpująco, nie ma do czego się przyczepić. Box ewidentnie wart jest swojej i tak niewygórowanej ceny (65zł), także polecam mocno.









niedziela, 25 września 2016

Kat- Szydercze Zwierciadło (Silverton 1997/ Metal Mind 2016)

Powstała w 1997, w rok po genialnych "Różach", "Szydercze Zwierciadło" jest chyba tą najmniej docenianą płytą w dorobku Kat. Na pierwszy rzut oka (a raczej ucha) zdaje się być w zakresie brzmienia i szkieletu kompozycji kontynuacją swojej poprzedniczki. Jest to niestety mylne odczucie. Im dłużej się jej słucha tym bardziej zaczyna się zauważać istotne różnice. Potwierdza się też fakt, że każda płyta Kat jest inna, wyjątkowa, tak jest też w tym przypadku.
"Szydercze Zwierciadło" jest albumem bardziej wymagającym. Kompozycje są tu nieco bardziej złożone, a teksty oscylują wokół określonego konceptu. Czas w którym powstawał album nie był dla zespołu najlepszy, coś zaczynało się psuć, zachwiało się w grupie wzajemne porozumienie i spójność we współpracy przez co płyta jest przede wszystkim dziełem Jacka Regulskiego i Romana Kostrzewskiego. Piotr Luczyk napisał tylko trzy utwory. Doszło do tego, że w wyniku spięć zespół musiał zorganizować nowego gitarzystę aby odbyć trasę. No ale zostawmy ten temat i wróćmy do samej muzyki. Album został nagrany w nowym studiu Alkatraz, które założył Jacek dając upust swojej pasji realizatorskiej. Brzmienie "Zwierciadła" jest zbliżone do poprzedniej płyty, aczkolwiek słychać, że jest w nim nieco mniej mocy i klarowności, ale wiadomo, to były początki produkcji we własnym zakresie, czas prób i błędów, a biorąc to pod uwagę i tak jest naprawdę nieźle. Co się tyczy samych kompozycji, są może trochę mniej "przebojowe", mniej wpadające w ucho niż wcześniejszy repertuar, jakby lżejsze, ale mam wrażenie, że nieco bardziej refleksyjne, z większym naciskiem na znakomitą warstwę liryczną. Na szczególną uwagę zasługują utwory "Cmok, Cmok, Mlask, Mlask" traktujący o pazerności kleru, "Spojrzenie"- znakomity kawałek instrumentalny autorstwa Jacka, "Czemu Mistrze Krzyż w Tornistrze", który odbieram jako wytknięcie duchowieństwu ich hipokryzji i obłudy (notabene ze świetną partią gitar), oraz rozpędzone "Oczy Słońc", jedyny, najczęściej grany na żywo utwór z tej płyty.
Okładka albumu to kolejny dowód na kunszt naszego słynnego rysownika okładek Jerzego Kurczaka. Artwork przedstawiający biskupa w dosyć dwuznacznej sytuacji przyglądającego się swojemu szyderczemu, diabelskiemu odbiciu to doskonałe odzwierciedlenie stylistyki tekstów materiału zawartego na krążku. Perfekcja w każdym calu!
Co się tyczy samej reedycji i formy jej wydania. Jest podobnie jak w przypadku poprzednich, tegorocznych wznowień Kat o których już wam pisałem. Jest tradycyjnie, skromnie, acz solidnie. Metal Mind postarał się aby wznowienia były możliwie jak najbardziej wierne pierwotnemu wydaniu. Szkoda, że nie uświadczymy żadnych fotografii grupy z tamtego okresu, no ale przy fakcie, że w końcu dostępna jest cała dyskografia Kat, na dodatek wydana w bardzo przyzwoitej formie, można to wybaczyć. Wydawnictwo te nie wymaga specjalnego zachwalania, dobrze o tym wiecie. Trzeba to mieć i tyle.


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Dimmu Borgir- Enthrone Darkness Triumphant (Nuclear Blast 1997)

Nie dość, że "Enthrone Darkness Triumphant" uważam za najwybitniejsze dokonanie Dimmu Borgir, to jeszcze zaliczam ją do moich ulubionych płyt black metalowych. Podejrzewam, że niektórym może być to nie w smak, ale cóż, taka jest moja opinia. Jest to album bardzo ambitny, to też olbrzymi krok naprzód w twórczości w stosunku do ich dwóch poprzednich wydawnictw. Wielu siedziało by i rok i nie wymyśliło tego co jest na tym krążku. Mamy tu dzieło dojrzałe, przepełnione symfoniką, wpadającymi w ucho melodiami oraz harmonią gitar i klawiszy (notabene odgrywających tu bardzo znaczącą rolę). Bynajmniej płyta nie traci przez to na mocy i odpowiedniej dawce mroku, tyle, że w bardziej subtelnej postaci. Kompozycjom nie brak też patosu, a Shagrath jest tu w swojej szczytowej formie, smagając demonicznymi wokalami niczym batem. Na uwagę zasługuje też praca perkusji. Tjodalv udowadnia, że nie jest pierwszym lepszym wyrobnikiem.


Co się tyczy samych kompozycji, bezapelacyjnie tryumfy świecą tu otwierający płytę "Morning Palace", mój osobisty faworyt "In Death's Embrace" (od kiedy znam ten album to nie mam tego kawałka dosyć), majestatyczny "Entrance" oraz zamykający płytę "A Succubus in Rapture" (nobel za intro!). Ciekawym smaczkiem może być zagrana w heavy metalowym stylu wstawka wewnątrz "Master of Disharmony". Zespół daje tu upust swojemu uwielbieniu dla klasycznej metalowej sztuki spod znaku chociażby Accept.
Płytę uwieczniła dosyć słynna trasa u boku Cradle of Filth oraz Dissection- "Gods of Darkness tour" (niebawem wrzucę na fb jakąś ciekawą fotkę z tej trasy). Fragmenty występów Dimmu Borgir i Dissection z tej trasy okraszone krótkimi wywiadami ukazały się jako split video "Live & Plugged vol.2" w 1997 roku.
Wątpliwości nie ulega fakt, że wczesna twórczość Dimmu Borgir ma coś w sobie. Ma niesamowitą atmosferę, pełna jest pomysłów, wizerunek grupy też był wtedy odpowiedni (wiecie o czym mowa), no może wykluczając "Pana Cylindra". Nie powiem, mam do ich muzyki słabość, a zwłaszcza do pierwszych 3 albumów, nigdy mi się nie znudzą, cały czas odkrywam je na nowo. Tym co nie znają (wątpię czy znajdą się jeszcze takie osoby) szczerze polecam! To po prostu trzeba znać i koniec.


piątek, 8 lipca 2016

Pentagram- Anatolia (Century Media 1997)

Dziwna płyta. Nie da się nijak zaszufladkować na potrzeby tej recenzji. Na tym krążku turecki Pentargam (znany też pod nazwą Mazarkabul) stworzył totalny miszmasz. Mamy tutaj sporo wpływów z ich rodzimego folku (jak słucham takiego "Gunduz Gece" to przypomina mi się obiad w greckiej knajpie, pełno tu wstawek rodem z bliskiego wschodu), klasycznych heavy metalowych zagrywek oraz dosyć dużo thrashowych motywów, progresywne wstawki też by się znalazły tu i tam. Jednym słowem ciężko jest ją wrzucić na jakiś jeden konkretny tor. To po prostu metal, ale metal z typu tych nieprzewidywalnych. Jeżeli wcześniej nie znało się zespołu i zobaczyłoby się okładkę tej płyty to pierwsze co przychodzi na myśl to to, że będzie to coś w stylu Moonspell czy Samael. A tu nic z tych rzeczy, chociaż może jakieś drobne podobieństwa do Moonspell są, ale znikome. Jednym słowem w takiej sytuacji osoba kupująca byłby mocno zaskoczona, czy pozytywnie, czy negatywnie to już kwestia gustu. Za chiny nie rozumiem też po co umieścili na płycie dwa razy utwór tytułowy, może chcieli podkreślić jaki jest świetny. Ale czy istotnie jest? Cóż, ocenę pozostawiam wam. Najciekawszymi kawałkami do próbnego odsłuchu są "1000 In the East" posiadający ciekawy, nośny riff, "Stand to Fall", instrumentalny "Time" oraz pseudo ballada "Give me Something to Kill the Pain". Pomyłką jest natomiast chaotyczny"On the Run", który nie pasuje do reszty i burzy układ albumu, stylistycznie mocno odstaje.
Z całą pewnością nie jest to płyta dla każdego. Stanowczo odradzam tym którzy przede wszystkim trzymają się tradycyjnego metalu i nie mają ochoty na eksperymenty. Niemniej jednak jest to album nietuzinkowy, oryginalny, aczkolwiek specyficzny i nie dla każdego odbiorcy. Myślę, że mógłby spodobać się fanom Dream Theatre. Ja osobiście nie specjalnie szaleję za tą płytką, ale od czasu do czasu ją sobie odpalam, uszy nie bolą, a urozmaicenie czasem się przyda.


poniedziałek, 4 lipca 2016

Mork Gryning- Return Fire (No Fashion 1997)

Bardzo nie lubię pisać niepochlebnych opinii, ale chyba musi być wreszcie ten pierwszy raz. Do sięgnięcia po twórczość black metalowego Mork Gryning zachęcił mnie ich debiutancki krążek "Tusen Ar Har Gatt". Dosyć obiecujący album, trochę w stylu starego Dimmu Borgir, z fajnymi gitarowymi melodiami i oszczędną dawką klawiszy. Szału nie ma bo w tej kwestii miejsca na podium zostały już zajęte, ale dobrze się słuchało. Drugi ich krążek to już nieco inna bajka i kompletnie mnie nie przekonał. Osobiście uważam, że zespół zamiast pójść naprzód i konsekwentnie w to co zaczął to się cofnął. Na "Return Fire" jest już bardziej agresywnie (poszli trochę w utarte black metalowe schematy), tych gitarowych harmonii jest mniej, a płyta zlewa się w jedną masę. Włączasz i już od pierwszych dźwięków wiesz co będzie dalej. Nic tu szczególnie nie zapada w pamięć, brak jest tej oryginalności debiutu. Szkoda bo potencjał był. Pewną renomą było wystąpienie w barwach House of Kicks/ No Fashion, ale kto nie zna to niech nie spodziewa się rewelacji. Chociaż z drugiej strony, co fan to inny gust, wiem po sobie. Tak więc może komuś się to spodoba, trzeba posłuchać i samemu ocenić. Ja osobiści nie mogę powiedzieć że polecam, w najlepszym razie jest to materiał w swoim gatunku mocno przeciętny. W sumie to by było na tyle. Nie da rady się tu rozpisywać bo po prostu nie ma o czym.