Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1988. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1988. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 października 2017

Running Wild- Port Royal (Noise Records 1988/ 2017)

"Port Royal" z 1988 to jedna z trzech, lub nawet ta najważniejsza z płyt w dorobku Running Wild. Przełomowa, ugruntowująca nowo obraną drogę, wg. Kasparka najlepsza jaką wtedy byli w stanie nagrać. Album zostawił za sobą poprzednie bardziej surowe oblicze zespołu, brzmienie i kompozycje grupy stały się bardziej dopracowane (to co wyczynia tu na basie Jens Becker to coś niebywałego, nie tak często ma się do czynienia z albumami na których ten instrument gra tak istotną rolę), bardzo dojrzałe, nieco bardziej melodyjne, ale nie mniej energetyczne i porywające. Podobnie stało się z samymi tekstami. Zaczęły poruszać poważniejszą tematykę ("Uaschitschun" opowiadający o zagładzie Indian i świata w którym żyli, "Warchild" poruszający kwestię dzieci wysyłanych do walki, czy bardzo dobrze znany "Conquistadores"), a same liryki o tematyce pirackiej zaczęły bazować na literaturze, a nie tylko i wyłącznie filmach, jak to było w przypadku "Under Jolly Roger", wystarczy wsłuchać się w tytułowy "Port Royal" czy zamykający płytę "Calico Jack", to klasa sama w sobie. Sama muzyka Running Wild może zatraciła gdzieś tego pazura i surowość pierwszych wydawnictw, stając się bardziej dopracowaną, ale jednocześnie jeszcze bardziej chwytliwą, dynamiczną i tak niesamowicie charakterystyczną (nawet nie czuję jak rymuję haha!). To właśnie na "Port Royal" Running Wild wypracował swój niepowtarzalny styl z którego zasłynął i który uczynił ich sztukę niepowtarzalną. Udało im się stworzyć dzieło, które stale broni się przed upływem czasu i któremu wciąż udaje się czarować kolejne rzesze metalowych maniaków. Moim zdaniem tylko wydanemu przez nich rok później "Death or Glory" udało się prześcignąć fenomen omawianej tutaj płyty.
Ciekawostką dotyczącą tego albumu jest jego okładka (nobel dla Stefana Krugera w dziedzinie cover- artu!). Jak wiadomo na grafice z jej frontu, która powstała zanim nagrany został album, widnieje w składzie Stefan Schwarzmann, który nagrał na "Port Royal" ścieżki perkusji. Natomiast na jej tylnej części mamy zdjęcie Iana Finlay'a pozornie sugerujące, iż to jego robota. Stało się tak ponieważ Stefan zaraz po odwaleniu swojej części roboty opuścił Running Wild zasilając szeregi U.D.O., a na jego miejsce wskoczył wtedy Ian. Zespół postanowił, mimo wszystko, uhonorować go miejscem w składzie już na "Port Royal" mimo, że nie miał tutaj swojego wkładu.
Podsumowując niniejszy album jest jednym z najjaśniejszych i najbardziej istotnych punktów w dyskografii Running Wild i powiedziałbym, że jednym z najlepszych materiałów jakie spłodziła niemiecka scena lat 80-tych. Każdy fan klasycznego Heavy Metalu powinien ją znać, bo to bez wątpienia jeden z kamieni milowych tego typu grania. Klasyk już wtedy i klasyk do tej pory!
Poniżej tegoroczna reedycja owej płytki. Jakość tych wznowień omawiałem już przy okazji recenzji "Death or Glory", także nie będę się powtarzał. Mam co do nich neutralny stosunek, ani nie piętnuję, ani specjalnie nie wychwalam. Wszyscy wiemy, że fakt faktem można było to zrobić lepiej. Cóż, ważne, że brzmieniowo naprawdę dają radę.


piątek, 19 maja 2017

Hellias- Closed in a Fate Coffin/ Noc Potępienia (Thrashing Madness Productions 2015)

Mówisz Thrashing Madness i już wiesz, że będzie dobrze i z dbałością o każdy szczegół. Jak wiadomo wydawnictwo słynie z przypominania starych, autentycznie świetnych, a niestety odrobinę zapomnianych, dem oraz albumów naszego rodzimego, metalowego podziemia przełomu lat 80-tych i 90-tych. I rzecz jasna robi to diabelnie dobrze. Dwa lata temu wypuścili na światło dzienne debiut, oraz poprzedzającą ten materiał EPkę, krakowskiego Hellias (niby materiał był już wznawiany jakoś w 2004, ale bez bonusów i nie w tak wypasionej formie). Są to materiały, które z pewnością warto było odkopać i przypomnieć wszystkim metalowym maniakom, zarówno tym którzy zdążyli odrobinę o nich zapomnieć, jak i tym którzy jeszcze się z nimi nie zetknęli.
Jak najbardziej trafionym pomysłem było zestawianie ze sobą na jednym cd EPki oraz pełnego albumu. Dzięki temu mamy tu szansę usłyszeć jak kształtowała się thrash metalowa sztuka jaką para się Hellias. "Noc Potępienia" (1988) to surowy, obskurny materiał, ale za to jak niesamowicie kipiący energią, nieokiełznaną dzikością i pasją do grania. Każdy z kawałków to istna thrashowa chłosta wypluwająca rozwścieczone riffy wraz z każdym smagnięciem gitarowego bata! Przebija się z owych dźwięków przede wszystkim niemiecka szkoła spod znaku Destruction czy Kreator. Słychać w tym nawet echa naszego Kata z okresu debiutu (kluczowa jest tu zwłaszcza "Wyrocznia") oraz "Oddechu Wymarłych Światów". Z kolei debiutancki, wydany trzy lata później, "Closed in a Fate Coffin" odrobinę hamuje na rzecz bogatszych kompozycji, instrumentalnych dodatków czy nawet ballad ("Sentence of..."). Mimo wszystko to i tak kawał solidnego thrashu, tyle, że bardziej wysublimowanego i nieco lepiej brzmiącego niż ten z "Nocy Potępienia". Widać tu, iż zespół zaczynał szukać na tym albumie swojego własnego charakterystycznego stylu. Na finał, jako bonus, dostajemy nagrania koncertowe z 88'. Mają one, jakby nie patrzeć, przeogromną wartość historyczną, pełne różnorakich niedoskonałości, słabo brzmiące, ale zachowujące magię tamtych dni i niepowtarzalny klimat, a to coś absolutnie bezcennego.
Co się tyczy samej formy wydania, to powodów do narzekań brak, jak z resztą sugeruje sam początek tej recenzji, a do zachwytów całe mnóstwo. Dostajemy bowiem booklet wypełniony całą masą archiwalnych fotografii zespołu oraz obszerny wywiad przeprowadzony przez Wojciecha Lisa specjalnie na potrzeby tego wydawnictwa. Całość poligrafii jest laminowana i wydrukowana w najwyższej jakości i na grubym papierze. Mistrzostwo świata, chyba nikt u nas w kraju nie wydaje płyt z taką dbałością o każdy aspekt danego wydawnictwa.
Podsumowanie będzie krótkie, polecam z całą stanowczością bo to kawał historii naszej sceny, granie, mimo tylu lat, wciąż niosące masę energii, inspiracji, a dla wielu niezliczone pokłady wspomnień. Tak właśnie wykuwał się metal w naszej ojczyźnie!


niedziela, 16 kwietnia 2017

Samael- Medieval Prophecy (Necrosound 1988/ 2008)

To wydawnictwo to pełne, dźwiękowe udokumentowanie początków Samael. Mamy tu nie tylko zremasterowane EP "Medieval Prophecy" z 1988, ale także takie materiały demo z prób jak "Into the Infernal Storm of Evil" oraz "Macabre Operatta". Znajduje się tu też zawartość taśmy promo "From Dark to Black" (1989). Jednym słowem zaserwowano nam wszystko to co powstało przed wydaniem kultowego "Worship Him". Mamy tutaj totalną brzmieniową surowiznę, dźwięki proste, ale jakże bogate w unikatową atmosferę wszechobecnego mroku i zła. Ponowny mastering wspomaga trochę odsłuch i wyłapywanie pewnych smaczków, ale w ogóle nie niszczy niezwykłego klimatu tych nagrań. Słychać tu jeszcze wyraźne wpływy Hellhammer/ Celtic Frost, nie tylko w strukturze riffów, ale też wokali Vorphalacka (chociaż jest bardziej upiorny niż ten którym dysponował Tom Warrior). Nie mniej jednak Samael popchnęli tą sztukę jeszcze dalej, w rejony jeszcze bardziej złowieszcze i przesycone mistycyzmem, okalając ją płaszczem czerni, piętnem nocy, przechodząc czasem w coś o charakterze wręcz rytualnym. Z głośników sączy się powoli niczym smoła, najczystszy, piekielny kult. Tutaj dopiero kształtował się ich charakterystyczny styl, który w pełni rozwinął się wraz z debiutancką płytą. Można usłyszeć wszystko to czym inspirowały się powstające na początku lat 90-tych black metalowe hordy. To jeden z korzeni chaosu, który rozpętał się niedługo potem. Jednym słowem kawał historii Black Metalowej sztuki i początki jednego z najznamienitszych jej prekursorów.
Przedstawione poniżej wydawnictwo wydał sam zespół z okazji 20- lecia "Medieval Prophecy". Tak jak stało się to pierwotnie, płyta limitowana jest do 1200 egzemplarzy (nakład epki liczył sobie 1000 sztuk, oraz 200 dotłoczonych później z inną okładką). Całość podaną mamy w 3- panelowym digipaku z dodatkową książeczką zawierającą materiały z tamtego okresu, dodatkowe grafiki oraz garść wspomnień dotyczących powstawania zawartych tu nagrań, oraz wczesnej historii zespołu. Wydanko jak najbardziej godne polecenia, i ze względu na zawartość, jak i formę (wciąż dostępne na stronie zespołu)!



czwartek, 19 stycznia 2017

Iron Maiden- Seventh Son of the Seventh Son (EMI 1988/ Parlophone 2014)

Niezaprzeczalnie jedno z najwybitniejszych dzieł w dorobku Iron Maiden. Płyta niesamowicie bogata, kompleksowa i intrygująca, pierwszy i jak na razie jedyny koncept album w ich dorobku (oparty w znacznej mierze o książkę Orsona Scotta Carda "Siódmy Syn"). Nie ma więc zaskoczenia co do wyjątkowości tego krążka. Gdy płyta ukazała się na rynku muzycznym w 1988 roku odniosła niesamowity sukces, a aż 4 single ją promujące uzyskały bardzo wysokie notowania, nie wiem czy nie najwyższe jakie na tamtą chwilę zespół osiągnął. Wtedy Maideni byli niewątpliwie u szczytu kariery i popularności na, wydaje mi się, nie tylko stricte metalowym podwórku.
Rozkład jazdy "Seventh Son of the Seventh Son" to, podobnie jak to miało miejsce chociażby w przypadku "The Number of the Beast", praktycznie same evergreeny, które goszczą na koncertach Żelaznej Dziewicy po dziś dzień. Mamy tu tak ponadczasowe numery jak "Can I Play With Madness", "The Evil That Man Do" czy też "The Clairvoyant". Każdy z nich cechuje niesamowita i nieprzeciętna melodyka, która już z pierwszym zetknięciem zapada słuchaczowi mocno w pamięć, a przy każdym kolejnym obcowaniu z tymi kompozycjami, chcąc czy nie, zaczyna się wyśpiewywać ich tekst razem z zespołem. Na równie dużo uwagi zasługują tu rozkołysany, chwilami subtelny "Infinite Dreams", któremu w odpowiednich momentach, rzecz jasna, nie brakuje solidnego kopa, tytułowy, potężny i podniosły "Seventh Son of the Seventh Son" z epickim wręcz motywem przewodnim, oraz wieńczący całość, rozpędzony "Only the Good Die Young".
Rzeczony album serwuje fanom bardzo szerokie spectrum metalowych doznań. Znajdziemy tu nie tylko typowo Midenowskie brzmienia z poprzednich płyt, nie tylko rasowy heavy metal, ale także sporą melodyjność, kompozycyjne bogactwo, które znaczy sporo progresywnych naleciałości.
Osobną sprawą jest tu grafika zdobiąca płytę. Tym Razem Eddie odsłania przed nami swoje "wnętrze" oraz budzącą się w nim formę życia. Wszystko okala arktyczny pejzaż i wykute w lodzie wcześniejsze wcielenia Edwarda. Od zawsze miałem wrażenie, że odbiór muzyki Iron Maiden nie byłby taki sam bez dzieł zdobiących ich płyty, to jest jakaś nieodzowna całość, która nie tylko zaprasza do obcowania z ich sztuką, ale także towarzyszy przy jej słuchaniu tworząc spójną całość. Tak jest i w tym przypadku, bez wyjątku.
Podsumowując, "Seventh Son of the Seventh Son" jest płytą, która zasiada na swoim własnym tronie, dziełem wyróżniającym się swoim nietypowym charakterem na tle pozostałych płyt w dyskografii zespołu. Ten album bezapelacyjnie każdy szanujący się fan metalowych brzmień powinien znać.


czwartek, 17 listopada 2016

Betsy- Betsy (Metal Blade 1988)

Po twórczość Betsy Weiss (znana przede wszystkim z zespołu Bitch z którym nagrała dwie pełne płyty) sięgnąłem nie do końca przypadkiem. Zawsze gdzieś tam była rekomendowana dla wielbicieli klimatów typu Warlock, czyli stary, dobry heavy metal z żeńskim wokalem. W końcu się skusiłem. Uczucia mam jednak mieszane. Zarzutów nie mam co do Betsy i jej śpiewu, jest mocny, charakterystyczny, świetnie wybrzmiewający, nie najlepsze są natomiast same kompozycje. Płytka pod tym względem jest mocno przeciętna, nie wybija się tu nic poza otwierającym krążek "You Want It You Get It" oraz "Turn You Inside Out" o faktyczne chwytliwym refrenie. Cała reszta jest tylko i wyłącznie poprawna, szału brak. Lekko speed metalowe zapędy w "The Devil Made You Do It" czy "Stand Up for Rock" są moim zdaniem nie trafione i nie pasujące do reszty.
Bardzo ciekawie można porównać ten album solowy z dokonaniami w szeregach Bitch. Tam wokalnie było słabiej, a muzyka dawała radę, tak tutaj śpiew Betsy o niebo lepszy, widać w nim spory potencjał, natomiast kuleje warstwa instrumentalna. Kolejną różnicą jest tu brzmienie. Płytka "Betsy" (tak na marginesie, wydana w 1988) jest pod tym względem naprawdę przyzwoita (klarowne, mocne), natomiast to co znam z Bitch nie jest najwyższych lotów i trąci surowizną, która nie specjalnie tam pasuje. Wystąpił między tym wszystkim ciekawy balans.
Zatem czy warto sięgnąć po płytkę "Bitch"? Cóż, zagorzałym fanom klasycznych heavy metalowych brzmień będzie to pasowało, tym bardziej lubiącym scenę amerykańską, a jeszcze bardziej fanom chociażby Hellion. U mnie ten album przeszedł bez echa, nie był jakiś specjalnie dobry, ale i nie ocenię go źle. Jest zwyczajnie średni, przeciętny. Po czasie wrócę do niego tylko ze względu na wokal. Posłuchajcie i sami oceńcie.




poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Candlemass- Ancient Dreams (Active Records 1988/ Peaceville 2001)

Nie wyobrażam sobie szwedzkiej sceny metalowej bez Candlemass. W jakimś stopniu zespół miał znaczenie porównywalne do tego, które wywarła na młodych metali w USA Metallica. Podobnie jak Bathory, Candlemass sprawiło, że wielu szwedzkich fanatyków ciężkiego grania postanowiło grać i zakładać zespoły. To oni byli jednym z pierwszych fenomenów tamtejszej sceny, i to oni zapoczątkowali w pełni zjawisko nazwane doom metalem.
Ciężko jest mi wybrać jakiś sztandarowy album tego zespołu bo debiut oraz wszystkie z Marcolinem w składzie są świetne. Pozornie wybór powinien paść na "Epicus Doomicus Metalicus", jako obecnie najsłynniejszy krążek grupy, ale ja jednak nie skłonię się ku takiemu rozwiązaniu. Postanowiłem wyszczególnić trzeci w kolejności "Ancient Dreams" wydany w 1988 przez Active Records. W tamtym czasie Candlemass było u szczytu swej popularności.
Jest to album nieco mniej mroczny ale i nieco mniej wygładzony niż "Nightfall". Zawiera drobną dawkę nieco żywszych utworów reprezentowanych tu przez "Mirror Mirror" (tutaj Marcolin dał niesamowity popis swoich możliwości wokalnych) oraz "The Bells of Acheron", nadal są to raczej średnie tempa, ale wprowadzają trochę urozmaicenia w ogólnie majestatyczną, wolną oraz epicką stylistykę. Bardzo fajnie wyszedł także medley kawałków Black Sabbath wrzucony na koniec płyty. Klasyczne utwory Toniego i spółki wyszły tu jakby były autorstwa Candlemass. Z utworów w typowej dla grupy stylistyce wyróżniłbym tu tytułowy "Ancient Dreams" oraz "Darkness in Paradise" (Leif Edling wielkim kompozytorem jest!). Płytę zdobi znakomita, oddająca klimat muzyki okładka zapożyczona z twórczości Thomasa Cole'a, konkretnie z dzieła "Journey of Life: Youth".
Podobno zespół nie był zadowolony z miksów, będąc pod presją ograniczeń czasowych nałożonych przez wytwórnię (w związku z amerykańską trasą) zabrakło nieco więcej przestrzeni nad pracę przy produkcji albumu. Ciężko jest w tej kwestii wystawić jakąś ocenę, mi podoba się to co zrobili. Ciekaw jestem jakby było to brzmiało po tych poprawkach, których album rzekomo wymagał.
Poniżej moja dwupłytowa reedycja "Ancient Dreams" wydana w 2001 przez Peaceville. Zawiera dodatkowy dysk z nagraniami live, wywiadem i video. Fajna i solidna reedycja.


środa, 10 sierpnia 2016

Pantera- Power Metal (Metal Magic 1988)

Nie da się ukryć, że w swoim czasie Pantera sporo namieszała na metalowej scenie. Takie płyty jak "Cowboys from Hell" czy "Wulgar Display of Power" na stałe zapisały się w annałach metalu. Wielką stratą była tragiczna śmierć Darrella Abbotta, był to niesamowicie utalentowany gitarzysta. Pantera stała się wtedy częścią historii, ale jakże ważną.
W tym poście pragnę przybliżyć wam co nieco z ich dokonań z lat 80-tych, których zespół swojego czasu otwarcie się wstydził (za cholerę nie pojmuję dlaczego). W owym czasie Pantera parała się klasycznym heavy metalem, z naleciałościami hard rocka i glamu. Tworzyli mocną, pełną energii muzę wypełnioną cała masą chwytliwych i niesamowicie nośnych riffów. Już wtedy Darrell udowadniał, że sroce spod ogona nie wypadł.


Album "Power Metal", który poniżej przedstawiłem to czwarty z kolei i najmocniejszy wśród tych wydanych w latach 80-tych krążek Pantery, na którym w roli wokalisty pojawił się już Phil Anselmo. Pierwszy krążek z jego udziałem, a on już daje popis swoich możliwości, tego co tu zaprezentował raczej próżno szukać na późniejszych ich płytach. Muzycznie, to już siarczysty speed/ heavy metal, nieco łagodniejszy styl z "Projects in the Jungle" czy "I am the Night" jakby wyparował . Płyta nie jest jakoś specjalnie powalająca, ot bardzo dobry, równy speed/ heavy metal w amerykańskim stylu. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że ma w sobie coś z "Ride the Lightning" Metallici. Wizerunkowo wciąż jeszcze skóry, pieszczochy, natapirowane fryzury. Aż ciężko jest uwierzyć, że w ciągu dwóch lat zespół diametralnie zmieni stylistykę i wizerunek przekształcając się w groove metalową bestię.
Uważam, że nie tylko fani Pantery, ale też entuzjaści ogólnie pojętego, klasycznego heavy metalu powinni się zapoznać zarówno z "Power Metal" jak i z wcześniejszymi albumami grupy ( o ile nie są one im już znane, a raczej powinny). Nie dość, że to kawał naprawdę solidnego grania, ale i kawał historii świetnego zespołu.
Obecnie wspomniane płyty można dorwać na cd tylko w postaci bootlegów, nigdy oficjalnie nie zostały wznowione co moim zdaniem woła o pomstę!


czwartek, 14 lipca 2016

Metallica- And Justice for All (Vertigo 1988)

Kto z nas nie stawiał pierwszych kroków w świecie metalowej muzyki bez towarzyszących mu płyt Metallica? Chyba nie ma takich przypadków, a jeżeli nawet to są to wyjątki potwierdzające regułę. Metallica była, jest, i będzie zespołem ponadczasowym o nieocenionym wprost wkładzie w metalową sztukę. Kto z nas w trakcie dorastania nie był pod wrażeniem ich dokonań z lat 80-tych, dla kogo nie był to w swoim czasie szczyt ekstremy? Masa wspomnień, godziny spędzone przy muzyce. To wszystko niesie ze sobą ten zespół.


"And Justice for All" to czwarty album w dorobku grupy, a za razem kończący pewien okres w ich karierze. Po nagraniu w 1986 "Master of Puppets", oraz tragicznej śmierci Cliffa Burtona Metallica stała przed trudnym zadaniem. Musieli na nowo zebrać siły, znaleźć kogoś kto zastąpiłby Cliffa (o ile w ogóle można było go zastąpić) oraz nagrać album, który sprostałby wysoko postawionej przez poprzednika poprzeczce. Powstała płyta nietuzinkowa. Thrash metal otwarcie flirtuje tu z metalem progresywnym. Kompozycje są długie, rozbudowane, spotykamy się ze zmianami tępa, ciekawymi gitarowymi pasażami. Znakomitym przykładem jest tu utwór tytułowy, "The Frayed Ends of Sanity", czy genialny, instrumentalny "To Live is to Die" w którym wykorzystano partie skomponowane jeszcze przez Butrona. Nie brak tu też mocnych thrashowych petard jak otwierający "Blackened" czy zamykający album, gwałtowny "Dyers Eve". Perłami, a jednocześnie moimi faworytami są tu singlowe, "Harvester of Sorrow", "Eye of the Beholder" (z niesamowicie chwytliwą partią gitar) oraz znakomity, balladowy "One" do którego zespół nagrał swój pierwszy teledysk.
Niestety, płyta ma jeden zasadniczy i myślę, że słyszalny minus. Chodzi mianowicie o brzmienie, a konkretnie o perkusję i bas. Perkusja brzmi tutaj jak za przeproszeniem puszki, czy inne wiadra. Wyszło to bardzo kiepsko, ciekawe, mocne partie zostały totalnie znokautowane przez producenta. Wyobrażam sobie jakby potężnie album mógł zabrzmieć z garami z "Master of Puppets". Partii basu też się oberwało i to nawet bardziej. Praktycznie jej nie słychać, a niektórym może wydać się, że basu tam po prostu nie ma. Cóż, później Jason Newsted sam przyznał, że ścieżki przez niego nagrane były wycinane, ktoś przy nich grzebał itd. Efekt takich działań nie był specjalnie trudny do przewidzenia.
Niemniej jednak, pomimo swoich produkcyjnych niedociągnięć ta płyta to istna kopalnia świetnych kompozycji na najwyższym poziomie. Moim skromnym zdaniem "And Justice for All" może z dumą stać obok "Master of Puppets", choć w pewnym sensie tak inny, ale równie wybitny. Metallica pokazała wtedy światu, że nie ma na nią mocnych.