Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blasphemy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blasphemy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 września 2017

Blasphemy- Gods of War/ Blood Upon the Altar (Osmose Produsctions 1993/ 2016)

Blasphemy ciężko jest zawsze rozpatrywać i oceniać ściśle pod muzycznym kątem. To chaos, zło i najgłębsze piekielne czeluści przekształcone w metalowe dźwięki. Ten zespół to przede wszystkim autentyzm w wykonywanej sztuce, bezkompromisowość i niepodrabialny klimat, którymi w pełni zasłużyli na swój status grupy legendarnej i kultowej.
Wydany w 1993 przez Osmose "Gods of War" to chyba najsłabiej oceniany materiał w ich dorobku, dla wielu asłuchalny, ja natomiast skory jestem twierdzić, że całkiem nieźle sobie radzi jako następca wychwalanego "Fallen Angel of Doom". To wciąż ta sama surowizna, brutalność i agresja gnająca na złamanie karku. Album jest o prawie połowę krótszy od poprzednika i mniej rozbudowany (o ile w przypadku Blasphemy można o czymś takim mówić) oraz może odrobinę mniej dopracowany, ale nadal spuszcza z łańcucha te same rozwścieczone, dźwiękowe bestie mające urwać słuchaczowi łeb. Tym razem pełno tu krótkich budujących atmosferę intr i szybkiego zwartego łojenia. I o to tak naprawdę tu chodzi, ich muzyka z założenia taka jest i taka ma być. Oni nie muszą nikomu niczego udowadniać, czy starać się zaskoczyć czymś nowym, to nie te rejony. Blasphemy ma serwować prostą i bezpośrednią Black/ Death metalową chłostę z piekła rodem i to właśnie robi, niczego więcej tu nie trzeba.
Co się tyczy dema "Blood Upon the Altar", cóż to własnie od tej taśmy wszystko się zaczęło. To był pierwszy materiał w stylu, który Blasphemy zapoczątkowało, mieszanka Black i Death Metalu w swojej najbardziej surowej, chaotycznej i złowieszczej formie. Bez tych nagrań prawdopodobnie nie byłoby takich grup jak Archgoat, Bestial Warlust czy chociażby Beherit, nie wspominając już o całej reszcie im podobnych. I pomimo faktu, że jest to demo, to jakościowo wypada ono świetnie, wszystko jest wyraziste, czytelne i pełne mocy. No i ten klimat, intro otwierające demo po prostu rozwala i w bardzo krótkim czasie buduje klimat całości- wiatr, bijące dzwony, zawodzący chór... Aż ciary idą po plecach. Potem otwierają się już wrota Tartaru i nie ma miejsca na litość. "Blood Upon the Altar" to bez wątpienia najbardziej wyróżniające się wydawnictwo Blasphemy i z pewnością najlepsze jakie nagrali. To klasyk gatunku, którego nie można nie znać!
Poniżej przedstawiam wydaną rok temu przez Osmose, kolejną już reedycję "Gods of War/ Blood Upon the Altar". Przyznać muszę, że jeżeli chodzi o wersję cd (o winyl w sumie też) to jest to najbardziej okazała i dopracowana pod względem wizualnym wersja z tych które się dotychczas ukazały, warto ją mieć na półce. Dobrze brzmi, w booklecie pełno fot, szkoda może, że nie pokuszono się o jakieś liner notes czy coś, ale co tam, nie zawsze można mieć wszystko prawda? W każdym bądź razie polecam!


środa, 25 stycznia 2017

Blasphemy- Fallen Angel of Doom (Wild Rags 1990/ Nuclear War Now! 2015/ Evil Dead 2017)

"Fallen Angel of Doom" zaliczam osobiście do najbardziej ekstremalnych, mrocznych i przesiąkniętych stęchlizną zła albumów jakie kiedykolwiek zrodziła metalowa scena (zaraz obok dwóch pierwszych krążków Abruptum, debiutu Deicide oraz "The Oath of Black Blood" Beherit). Przez ok. 30 lat istnienia, Blasphemy wydało tylko jedno demo i dwa albumy studyjne (koncertówek itd. nie liczę), a mimo to przylgnął do nich status zespołu kultowego. W sumie nie ma zdziwienia, ich bezkompromisowa mieszanka Black i Death Metalu o wyraźnie diabelskim zabarwieniu powiązana z niesławnym Ross Bay Cult zrobiła swoje.
Wydany w 1990 roku "Fallen Angel of Doom" był płytą, która zdobyła sobie rzesze fanów na całej podziemnej scenie metalowej i to praktycznie z marszu. Wg. danych Wild Rags sprzedało kilka tysięcy egzemplarzy płyty w samej Europie! Oczywiście z samą wytwórnią to były przeboje, nie tylko Blasphemy miało z nimi problemy. Najnormalniej w świecie nie płacili zespołom lub wysyłali kwoty nie współmierne do tego co na grupach zarobili. Po niedługim czasie zniknęli z wydawniczego podwórka i tyle ich widziano. No dobra, ale nie o nich teraz mówimy. Zespół zaklął w krążku wściekłe, ciężkie, tnące riffy, galopującą sekcję rytmiczną oraz niskie warczące wokale brzmiące niczym jakaś bestia z samych czeluści podziemnego świata. Dopełnieniem tych potępieńczych dźwięków są piekielne, bluźniercze liryki oraz surowe, zaśniedziałe brzmienie (podobno zespół nie był z niego zadowolony, jako że w studio efekt był z goła inny, jakimś dziwnym cudem wyszło jak wyszło, dla słuchaczy raczej na plus). W tamtym czasie taki materiał to było łupnięcie, i jeszcze ta okładka! Niby minimalistyczna, ale wymowna do bólu. Przedstawiony na niej strzelający z łuku Baphomet stał się niemal tak samo rozpoznawalny jak kozioł z okładki pierwszej płyty Bathory.
Blasphemy swoją pierwszą płytą niewątpliwie stało się wzorcem dla zespołów parających się najbardziej brutalnymi i ekstremalnymi odmianami Death i Black Metalu. Swoim bezkompromisowym podejściem do tematu i niewydumaną acz bijącą w pysk muzyką zaskarbili sobie szacunek sceny po dziś dzień. "Fallen Angel of Doom" to jeden z kamieni milowych mrocznej sztuki i trzeba, a przynajmniej wypada go znać, jakby nie było kawał historii.
W ostatnich latach Nuclear War Now! zapewniło kilka wznowień tej płyty zarówno na winylu jak i cd, każde prezentuje się wybornie z dbałością o każdy szczegół. Wydania na czarnym krążku zaopatrzone były w dodatkowe bonusy w postaci chociażby plakatów. Pod reedycją z NWN znajduje się najnowsze wznowienie na cd z ramienia malezyjskiej Evil Dead Production. Chociaż skromne, to wydane nieco bardziej pomysłowo- z dwiema wersjami okładki i ładną, laminowaną poligrafią. Nic tylko brać i zasilać nimi kolekcję!