Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manowar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Manowar. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 lutego 2019

Manowar- Battle Hymns (EMI/ Electrola 1982)

Manowar to jeden z niezaprzeczalnych klasyków tradycyjnego Heavy Metalu, jeden z tych zespołów który od samego początku po czas obecny pozostał wierny obranej drodze, formule i któremu po dziś dzień udaje się nagrywać porywające albumy. Każdy krążek jest pełen mocy, chwytliwości, metalowych hymnów, drugiej takiej ekipy nie ma. Ich koncerty to najgłośniejsze metalowe misteria w historii sceny, zapisali się nawet w tej kwestii w księdze rekordów Guinnessa jako najgłośniej grający zespół. Dzięki ich stylistyce i wizerunkowi opartemu na etosie wojownika, na patosie i epickości, ale też uwielbieniu motorów i stylu życia metalowca, zyskali sobie zarówno rzeszę fanów, jak i prześmiewców wytykających im zbytnie nadęcie i przesadę w obranym wizerunku. Osobiście uważam, że bez tego wszystkiego nie byłby to ten sam zespół, nie byłby tak niezwykły i dający się zapamiętać. Gdy zabraknie ich na scenie z pewnością metalowa brać będzie ich pamiętać, a kolejne pokolenia zasłuchiwać się będą w ich granie. Na zawsze pozostaną wśród niedoścignionej klasyki. Mówiąc szczerze oni już są legendą.
Zastanawiałem się jaki album wybrać na przypomnienie ich twórczości i padło na debiut. Kompozycje z wydanego w 1982 roku "Battle Hymns" towarzyszyły zespołowi w większości zagranych przez nich koncertów. Mowa tu o sztandarowym "Manowar", rozbudowanym, pełnym ognia i popisów wokalnych Erica Adamsa "Dark Avenger" (w którym notabene swojego głosu dla potrzeb narracji użyczył aktor i reżyser Orson Welles) oraz epicki "Battle Hymn", w którym również możemy posłuchać jakie możliwości wokalne ma Eric, a i umiejętności gitarowych Rossa. Kolejna sprawa to bas Joey'a DeMaio, Trochę tak jak to miało miejsce w Motorhead, pełni tu rolę jednocześnie swoją standardową, jak i jakby drugiej gitary, jest wyraźnie słyszalny i nie ogranicza się tylko do podbijania wiosła prowadzącego. We wstępie do wspomnianego "Battle Hymn" pięknie wprowadza nas w ten kawałek, a solowo ma swoje pięć minut w "William's Tale". Pozostałe cztery kompozycje to typowe, pełne energii i dynamizmu, metalowe killery, które dosyć szybko zaczyna się nucić pod nosem. Nie ma tej płytce, absolutnie żadnego zbędnego elementu.
Album, który rozpoczął ich drogę do miana Królów Metalu, nie przyniósł im na początku rozgłosu, ani uwagi, w czasie kiedy był wydany jakimś cudem przeszedł bez echa, przez co zespół był na granicy zawieszenia działalności już niemal na początku istnienia. Niemniej jednak nie poddali się i już w rok później, ich trzeci krążek "Hail to England" zdobył im całą rzeszę fanów na Starym Kontynencie. No i się potoczyło. W końcu debiut Manowar doczekał się ogromnego uznania i jest jednym z ich sztandarowych wydawnictw po dziś dzień. Dla mnie, "Battle Hymns", jak i praktycznie każdy z ich materiałów to kawał niesamowitego Heavy Metalu, pełnego wszystkiego tego co w tym graniu najważniejsze- mocy, energii, chwytliwości i tego konkretnego uderzenia. Jak to mówią Angole, cream of the crop!


sobota, 3 września 2016

Manowar- Into Glory Ride (Megaforce Records 1983)

Manowar, zespół, który na ogół się hejtuje, wyśmiewa lub autentycznie lubi i szanuje. Ja szczerze przyznam się do bycia w tej drugiej grupie. Niewątpliwie są grupą oryginalną, z pomysłem na siebie już od samych początków, zespołem konsekwentnym i szczerym w swoim heavy metalowym rzemiośle.
"Into Glory Ride" z 1983 to płyta należąca do tzw. klasyki w ich dorobku. Zasłynęła dzięki temu, że kontrakt na jej wydanie został podpisany ich własną krwią. Zespół chciał tym gestem podkreślić swoje zaangażowanie i oddanie sprawie. Album był ponowną próbą zaistnienia po nieudanym odezwie na mimo wszystko całkiem niezły debiut. Zespół postawił wszystko na jedną kartę i tym razem się udało.


Płytę otwiera chwytliwy, ale odrobinę płasko brzmiący "Warlord", za nim następuje epicki "Secrets of Steel". Nie dość, że Eric daje tu popis swoich możliwości wokalnych to i swoje pięć minut ma tu każdy z pozostałych muzyków. Ross wychodzi z bardzo ciekawym, dając się zapamiętać riffem, Joey popisuje się fajnym basowym pseudo solo na początku utworu, a Scott udowadnia, że opowiadania o jego mocarnym uderzeniu nie są tak całkiem wyssane z palca. Potem następuję mój faworyt czyli "Gloves of Metal". Co z tego, że tekst nieco prościacki i naiwny. Jest mocny, przebojowy refren, świetna solówka Rossa i rozpoznawalny motyw przewodni. Do tego kawałka nakręcony był też teledysk, mocno kiczowaty, ale ma swój klimacik. Wiadomym jest, że image zespołu inspirowany był poniekąd "Conanem Barbarzyńcą" i członkowie grupy kreowali się na wojowników metalu, odzianych w skóry zwierząt, ćwieki, wymachujący orężem. W tym video, ów wizerunek okazał się w pełnej krasie.


Co dalej na płycie, czwartą kompozycją jest "Gates of Valhalla". Nastrojowy początek, a potem rozpędzona końcówka. Dobry kawałek, ale szału nie ma. No i teraz zaczyna się słabsza część płyty. "Hatred" w ogóle do mnie nie przemawia. "Revelation (Death's Angel)" to taka sobie szybsza kompozycja, która nie daje się zapamiętać na dłużej, a zamykający "March for Revenge (By the Soldiers of Death)" to taki mniejszy i słabszy braciszek tytułowego utworu z debiutanckiej płyty. Może i nie byłby taki zły gdyby nie refren, no nie podszedł mi niestety.
Reasumując płyta ma swoje bardzo dobre, wyróżniające ją momenty, ale i te słabe, jest stosunkowo nierówna. Niemniej jednak nie jest pozbawiona pewnego klimatu i otoczki kojarzącej się ze starą fantastyką. Nic tylko sięgnąć po książkę Howarda czy Moorcocka, a w tle odpalić sobie niniejszy album.
Poniżej posiadane przeze mnie wydanko tejże płyty we wznowieniu z Geffen, jakoś z początku lat 90-tych.