Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1990. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1990. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lipca 2020

Root - Zjeveni (Zeras 1990 / Witching Hour 2020)


Root jest drugim po Master's Hammer wiodącym zespołem z Czech (niegdyś Czechsłowacji), który przyczynił się do rozwoju tamtejszej sceny ekstremalnego grania i zaznaczenia ich kraju na black metalowej mapie świata. Ten zespół to już niemal legenda. Można ich postawić obok nie tylko Master's Hammer, ale również takich grup jak Tormentor czy nasz rodzimy Kat. Root, podobnie jak wymienione przeze mnie zespoły, nie grał Black Metalu w stylu, jaki jest nam dobrze znany i jaki został zdefiniowany w latach 90. Był oryginalny, stawiający na wyjątkową atmosferę i mieszanie w tym diabelskim kotle wielu wpływów, m.in wywodzących się z Thrashu, Heavy czy bardzo wczesnej formy Death Metalu. Tę cechę dzielą poniekąd z rodakami z Master's Hammer.
"Zjeveni" jest debiutem tej grupy, debiutem, który z marszu wyrobił ich charakterystyczny styl i wizerunek (Bigboss był na scenie niemal niczym King Diamond), przynajmniej ten początkowy, który później ewoluował w kierunku bardziej epickiego grania. Na tym albumie grali jeszcze muzykę prostszą, uboższą aranżacyjnie, bardziej surową, ale wciąż niepozbawioną klimatu. Tematyką utworów rządzi szatan i okultyzm, a teksty są śpiewane w języku czeskim. Utwory co jakiś czas zmieniają tempo, występują recytacje, także atmosfera się zmienia, dzięki czemu nie wieje na płycie nudą. Rzecz jasna nie ujmuje to niczego ze spójności materiału. Bezapelacyjnie jest to jeden z klasyków wczesnego Black Metalu, jaki zrodził się za niegdysiejszą Żelazną Kurtyną.
Poniżej przedstawiam najnowszą reedycję tego materiału wydaną w tym roku przez Witching Hour Productions. Mamy tu do czynienia z dwupłytowym digipakiem ze sporą ilością archiwalnych zdjęć oraz bonusową płytą z nagraniami live z 1999 roku. Pod względem wizualnym jest to najlepsze jak dotąd wznowienie "Zjeveni", jakie się ukazało. Dostępne jest również w trzech wersjach winylowych i na kasecie.

http://rootan.net/
https://www.facebook.com/ROOT-Official-396971113678944/
https://store.witchinghour.pl/

English translation:

Root is the second leading band from the Czech Republic (once Czechslovakia) after Master's Hammer, which contributed to the development of the local scene of extreme playing and marking their country on the black metal map of the world. This band is almost a legend. You can put them next to not only Master's Hammer, but also such groups as Tormentor or our Polish Kat. Root, like the bands I mentioned, did't play Black Metal in a style that is well known to us and was defined in the 90s. It was original, putting on a unique atmosphere and mixing many influences in this devil's cauldron, including those derived from Thrash, Heavy or very early Death Metal. They share this feature with their compatriots from Master's Hammer.
"Zjeveni" is the debut of this group, the debut that created their characteristic style and image instantly (Bigboss was almost like King Diamond on stage), at least the initial one, which later evolved towards more epic stuff. On this album, they played even simpler, poorer arranged music, more raw, but still with a climate. The theme of the songs is ruled by Satan and occultism, and the lyrics are sung in Czech. The songs change the tempo from time to time, there are recitations, and the atmosphere changes, so you don't get bored listening to it. Of course, this doesn't take anything from the consistency of the material. Undoubtedly, it is one of the classics of early Black Metal that was born behind the former Iron Curtain.
Below is the latest reissue of this material released this year by Witching Hour Productions. We are dealing here with a double-disc digipack with a large number of archive photos and a bonus disc with live recordings from 1999. Visually, this is the best reissue of "Zjeveni" to date. It is also available in three vinyl versions and on cassette.





piątek, 26 czerwca 2020

Hellhammer - Apocalyptic Raids (Noise Records 1984/ BMG 2020)

Materiał historyczny, jedna z niezaprzeczalnych podwalin Black Metalu, inspiracja dla tylu zespołów, że ciężko zliczyć. Sam zespół jest też przykładem grupy, przy której tak ostatnio nadużywane słowo jak "kult" znajduje swoje pełne uzasadnienie. Bo to, cholera, jest kult! Hellhammer, pomijając już same demówki, i ich nagrany w 1984 roku "Apocalyptic Raids", był wtedy istnym diamentem podziemnej sceny, który już za chwilę miał stać się brylantem w postaci Celtic Frost. Venom rządzili w kwestii brutalności, szybkości, natomiast Hellhammer miażdżył surowością, ciężarem i mrokiem swoich kompozycji. To było miejscami tak piwniczne i złowieszcze, że deklasowało wszelkie materiały, które w tamtym czasie mogły pretendować do miana najbardziej ekstremalnych. Co prawda w 1984 mamy do czynienia z debiutem Bathory, lecz ten, podszyty punkiem, oscylował wokół szybszych i bardziej prostolinijnych kompozycji, bliżej mu było do Venom. Hellhammer zwolnił trochę obroty, postawił szczególnie na brud brzmienia, przygniatającą atmosferę i ciężkie riffy, posępny klimat podszyty śmiercią, makabrą i apokaliptycznymi wizjami. "Apocalyptic Raids" to pierwszy materiał z Martinem (jako Salyed Necros) na basie i ostatni zespołu pod szyldem Hellhammer (pomijając kompilację "Death Metal"). Można zauważyć na tej EPce, jak znacząco - będąc wciąż piwnicznym truchłem - wzrosła jakość materiałów grupy w stosunku do dem. Materiał ten niósł nową energię i pomysły nie tylko do samej muzyki, ale i również do tekstów. To tutaj możemy znaleźć m.in. słynny coverowany przez masę zespołów (np. Behemoth) "Horus/Aggressor" oraz niemal 10-minutowy "Triumph of Death", w którym znajdziecie jedne z najbardziej szaleńczych wokali swojego czasu. Niestety, krytyka nie pozostawiła na "Apocalyptic Raids" suchej nitki, a Hellhammer zaczął ginąć przytłoczony nowymi materiałami Slayera, Metalliki, Mercyful Fate, czy Metal Church. Ich umiejętności rosły, ale było to wciąż strawne tylko dla niewielkiej ilości osób, zwłaszcza brzmieniowo. Zespół, bojąc się o utratę możliwości wydania albumu, porzucił szyld Hellhammer, przeistaczając się w Celtic Frost i proponując wydawcy nowy koncept działania. Udało się, dzięki czemu jeszcze w tym samym roku powstał dobrze znany "Morbid Tales". Reszta to już historia, ale o Hellhammer nikt nie zapomina i nigdy nie zapomni! Bez tej nazwy ekstremalna scena nie wyglądałaby tak samo, nie byłoby Celtic Frost czy chociażby Darkthrone, jaki obecnie znamy. To zespół i materiał o niesamowitym znaczeniu!
Poniżej najnowsze wznowienie "Apocalyptic Raids", powstałe przy udziale Toma Warriora. Płyta wydana jest w gustownym digibooku z mnóstwem archiwalnych zdjęć i wspomnieniami spisanymi przez Toma. Wydawnictwo dostępne jest zarówno na CD, jak i na winylu.


English translation:

Historical material, one of the undeniable foundations of Black Metal, an inspiration for so many bands that it's hard to count. The band itself is also an example of a group where so recently abused word as "cult" finds its full justification. Because it is a damn cult! Hellhammer, apart from the demos themselves, and their "Apocalyptic Raids" recorded in 1984, was then a real diamond of the underground scene, which was about to become a brilliant in the form of Celtic Frost. Venom ruled in terms of brutality and speed, while Hellhammer crushed with rawness, weight and darkness of their compositions. It was so basement-like and in some parts ominous that it outclassed all materials that at that time could claim to be the most extreme. It is true that in 1984 we deal with the debut of Bathory, but this new band, filled with punk, oscillated around faster and more straightforward compositions, it was closer to Venom. Hellhammer slowed down a bit, focused especially on the dirt of the sound, the overwhelming atmosphere and heavy riffs, the bleak climate lined with death, macabre and apocalyptic visions. "Apocalyptic Raids" is the first material with Martin (as Salyed Necros) on bass and the last one under the Hellhammer banner (apart from the "Death Metal" compilation). On this EP it can be seen how significantly, being still in underground, the quality of the group's materials increased in relation to the demos. It brought new energy and ideas not only to the music itself, but also to the lyrics. Here we can find the famous "Horus/Aggressor" covered by a lot of bands (eg. Behemoth) and the almost 10-minute "Triumph of Death", in which you'll find one of the craziest vocals of your time. Unfortunately, the critics hammered "Apocalyptic Raids", and Hellhammer began to die, overwhelmed by new materials from Slayer, Metallica, Mercyful Fate or Metal Church. Their skills grew, but it was still digestible only to a small number of people, especially in terms of sound. The band, afraid of losing the opportunity to release the album, abandoned the Hellhammer sign, transforming into Celtic Frost and proposing a new concept to the publisher. It worked, thanks to which the well-known "Morbid Tales" was created the same year. The rest is history, but nobody forgets about Hellhammer and will never forget! Without this name, the extreme scene wouldn't look the same, there wouldn't be Celtic Frost, or even Darkthrone as we now know it. This is a band and material of incredible importance!
Below is the latest reissue of "Apocalyptic Raids", made with the participation of Tom Gabriel Fisher. The album is released in a beautiful digibook with lots of archive photos and memories written by Tom. The issue is available on both CD and vinyl.








czwartek, 25 kwietnia 2019

Mayhem- Live in Sarpsborg (Peaceville Records 2017/2019)

Kolejny kawał historii Mayhem zaserwowany przez Peaceville. Jest to jeden z dwóch zarejestrowanych koncertów zespołu jakie odbyły się w Norwegii w 1990 roku. Niniejszy z Sarpsborg, z sali o nazwie Furuheim, miał  miejsce 28 lutego, i jest to dokładnie ten który zasłynął już na scenie pod tytułem "Dawn of the Black Hearts". Głównie za sprawą okładki na której wylądowało jedno ze zdjęć post mortem Dead'a. Tym razem dokopano się do nagrań o lepszej jakości i wreszcie można tego całkiem przyzwoicie posłuchać.
Koncert zorganizował Metalion, aby zebrać trochę kasy na kolejne numery Slayer Mag. Tamtego wieczora przed Mayhem zagrał jeszcze Cadaver, Equinox, So Much Hate oraz Buttocks. Grupy zgodziły się zagrać niemal za darmo, za symboliczną kasę i piwo. Jak wspomina Metalion cała impreza wyszła fenomenalnie i zdołał zgromadzić konkretną sumę na kolejne numery Slayer'a. Sam koncert Mayhem był magiczny. Zespół zagrał w półmroku. Dead i Euronymous pojawili się w tzw. corpsepaincie. Aura występu była podobno niesamowita, zagrany materiał perfekcyjny. Poza nowymi wtedy kawałkami, czyli "Funeral Fog", "Freezing Moon" oraz "Buried By Time and Dust", zagrali niemal cały set ze swojej epki: "Deathcrush", "Necrolust", "Chainsaw Gutsfuck", "Pure Fucking Armageddom" i w bonusie "Carnage". Nie brzmi to tak jak obecne koncertówki, oj daleko do tego, ale mimo niedomagającej, acz i tak lepszej od poprzedniej, jakości chłonie się te dźwięki. Każdy żył wtedy chwilą, nikt nie myślał, że doświadcza pierwszych, a za razem ostatnich koncertów Mayhem w tym legendarnym, prawilnym składzie. Dla mnie i pewnie dla wielu z was to więcej niż tylko płyta z zapisem koncertu, to historia, nostalgia, dźwięki wielbionej muzy w chwili kiedy miała swój najlepszy czas. To coś totalnie bezcennego, zwłaszcza dla oddanego fana Mayhem.
Peaceville dało nam pierwsze w historii, oficjalne wydanie tego materiału, w lepszej jakości i formie. Samemu audio towarzyszy materiał na DVD zgrany z taśmy VHS- cały występ Mayhem z tamtego dnia. Jakość podła, ale klimat niepowtarzalny. Całości towarzyszy opasły booklet z masą starych zdjęć, wspomnieniami Metaliona, wywiadami z min. Manheimem, Messiahem oraz członkami Buttocks oraz Equinox. Wydawnictwo wyszło wspaniale i godnie oddało hołd tamtym czasom i tamtemu Mayhem. Mus!










sobota, 1 września 2018

Entombed- Left Hand Path (Earache Records 1990/2008)

W dziedzinie Death Metalu "Left Hand Path" stoi ponad wszelkimi zestawieniami czy listami najlepszych albumów w temacie. Mimo swojego prywatnego uwielbienia dla "Like an Everflowing Stream" Dismember, debiut Entombed uważam obiektywnie za najwybitniejsze dzieło zrodzone przez Szwedzki Death Metal. To przykład płyty bez najmniejszej skazy, dlatego w tej chwili robienie tu jakieś typowej recenzji trochę nie uchodzi. Nicke i reszta chłopaków stworzyli album pionierski, który otworzył przed światem szwedzką scenę, przestała być już wtedy tylko undergroundowym tworem. "Left Hand Path" to nie tylko wyśmienita dawka Death Metalowego rzemiosła, wypełniona masą ciekawych smaczków, przejść, zwolnień (jak chociażby słynna klawiszowa pauza w utworze tytułowym), ale przede wszystkim materiał definiujący brzmienie Szwedzkiego Death Metalu (min. historia o rozkręconej na maks kostce Boss Heavy Metal). Nawet LG Petrov nie pozostał przy samym tylko growlu dodając do linii wokalnych różnego typu, okazjonalne potępieńcze wrzaski. Kropkę nad "i" postawił rzecz jasna Tomas Skogsberg okraszając muzykę zespołu najlepszą możliwą produkcją, która wpłynęła na tak znamienite oblicze "Left Hand Path". To na tej płycie wszystko zostało powiedziane, a Entombed stali się guru za którym marsz rozpoczęły rzesze pilnych uczniów.
Ciekawostką jest same uzyskanie przez Entombed kontraktu na wydanie płyty. Już po samych demówkach Nihilist, Digby Pearson, właściciel Earache Records, palił się do podpisania umowy z zespołem i sam się z nimi skontaktował. Jak wspomina sam Nicke, jego telefon w tej sprawie poprzedził sam David Vincent dając ujście swojemu uwielbieniu dla materiałów Entombed/ Nihilist. Zespół otrzymał również propozycję od rodzącej się Nuclear Blast, niemniej jednak wtedy na scenie liczył się przede wszystkim Earache (czas miał później zweryfikować te opinie za sprawą rosnącej grupy zespołów wydojonych finansowo przez wspomnianą wytwórnię). Swoją drogą ciekaw jestem co by było gdyby Nicke wybrał jednak niemieckiego wydawcę, który niebawem wziął pod swoje skrzydła min. Dismember.
Cóż można rzec na koniec? "Left Hand Path" to po prostu jeden ze znaczniejszych kamieni milowych w metalu, począwszy od wybitnej zawartości muzycznej, po wieńczącą wizualnie dzieło okładkę Dana Seagrave'a. Klasyk i wzór!


poniedziałek, 30 lipca 2018

Blind Guardian- Tales from the Twilight World (No Remorse Records 1990/ Nuclear Blast 2017)

Mój ulubiony album Blind Guardian, od zawsze na zawsze! Płyta, która zdefiniowała ich styl, pozwoliła się wybić i przerosła swoje dwie poprzedniczki i to o niemal przysłowiowe lata świetlne. Album kipi od energii, pomysłów, miejscami niemal queenowskich aranżacji (co już konkretnie da o sobie znać na "Somewhere Far Bayond") i nietuzinkowej atmosfery. Co ciekawe, utwory na album powstawały podczas tzw. jam sessions, one po prostu samoistnie rodziły się z pasji ich zaangażowania w granie. Jak na czas w którym ukazał się "Tales from the Twilight World" nie znajduję zespołu w podobnych klimatach, który stworzyłby tak natchniony i świdrujący mózgownicę materiał. Miesza się tu zarówno Power i Thrash metal, jak i elementy klasycznego Heavy oraz odrobiny Metalu Progresywnego. No i te solówki, Andre i Marcusa po prostu wymiatają aż drzazgi lecą! Całość podpiera mocarna perkusja Thomasa, a wieńczy charakterystyczny, silny wokal Hansiego. Nie tak znowu wiele jest zespołów w których zaistniał tak zgrany i świetnie uzupełniający się skład, była chemia.
Na albumie znalazło się sporo klasyków, które zespół od tamtego czasu niemal zawsze grywa na swoich koncertach. Mamy tu otwierający płytę "Traveller in Time", kultowy "Welcome to Dying", pierwsza klasyczna ballada w repertuarze grupy "Lord of the Rings" (za każdym razem wzbudza te same nostalgiczne emocje, ech...) oraz "Lost in the Twilight Hall" z gościnnym udziałem Kai Hansena (ex Helloween, Gamma Ray). Warto też zwrócić uwagę na tu i ówdzie flirtujący swoimi galopadami z konkretnym Speed Metalem "Tommyknockers". Także pojawia nam się tu kolejny rodzaj metalowej sztuki, której elementów możemy doszukać się na "Tales from the Twilight World". To wszystko świadczy o wielkości tego dzieła, a może przede wszystkim jego bogactwa brzmieniowego. Dla samego zespołu jest równie ważne i znaczy koniec pewnego okresu działalności, a początek nowego. Muzycznie był to niesamowity krok naprzód. Wydanie albumu zwieńczyła trasa razem z Iced Earth, którzy w tamtym momencie debiutowali wydając swój pierwszy długograj. Warto też wspomnieć, tak już na marginesie, że jest to pierwsza płyta z okładką autorstwa Andreasa Marschalla, którego dzieła będą przez dłuższy czas wieńczyły krążki Blind Guardian i które, poniekąd staną się jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu. Na koniec powiem tylko jedno, niemiecka scena metalowa może być dumna z takich dzieł, a nawet powinna!


poniedziałek, 6 listopada 2017

Mayhem- Live in Leipzig (Obscure Plasma 1993/ Peaceville 2015)

"When it's cold and when it's dark, freezing moon can obsess you!" No kto zadurzony w metalowych wyziewach nie zna tego zawołania? Chyba tylko ktoś kompletnie nie zapędzający się w ekstremalne oblicze tej sztuki. Słowa te rozbrzmiewają na najsłynniejszej koncertówce w dziejach Mayhem- "Live in Leipzig", poświęconej nieodżałowanemu wokaliście z którego ust niegdyś padły. Zatem do rzeczy proszę Państwa.
Złoty okres w historii Mayhem przypada na lata 1989-1991. Wtedy na pokładzie był właśnie Dead, którego wkład w zespół był moim zdaniem nieoceniony, wręcz kluczowy. Chodzi mi tu o pewną aurę którą ze sobą wniósł, której to zespół nie miał wcześniej, ani nigdy później. Miał niesamowitą charyzmę sceniczną, pisał genialne teksty inspirowane jego obsesją w temacie śmierci, Transylwanii i wampirów. To on dał początek wizerunkowi, który towarzyszy Mayhem do dziś.
Wydana oryginalnie w 1993 przez Obscure Plasma "Live in Leipzig" (zapis pochodzi z 1990) jeszcze do niedawna był jedynym oficjalnym materiałem na którym mogliśmy usłyszeć osławionego wokalistę. Oczywiście istniała i nadal istnieje cała masa bootlegów takich jak chociażby niesławny "Dawn of the Black Hearts" do którego wykorzystano fotografię Dead'a, zrobioną przez Euronymousa niedługo po samobójstwie Pelle'go. W chwili obecnej Peceville postarał się o oficjalne wydanie prawie wszystkich zarejestrowanych koncertów Mayhem, które miały miejsca podczas ich krótkiej trasy w 1990 roku (wyszły kapitalnie, z resztą zerknijcie na zdjęcia). Jakiś tłumów na gigach Mayhem w tamtym czasie nie było, ludziska nie walili drzwiami i oknami, ale były to niewątpliwie wyjątkowe wydarzenia. Strój Dead'a cuchnął rozkładem, a on sam ciął się w trakcie koncertu nożem, czy stłuczonymi butelkami, lub też dźgał nim świńskie łby przytargane przed koncertem z jakieś ubojni. Obaj z Euronymousem nosili tzw, corpsepaint, byli jednymi z pierwszych na ekstremalnej scenie, którzy zaczęli to praktykować, za ich przykładem niebawem poszło niemal całe grono muzyków którzy formowali Black Metalową scenę. Klimat występów Mayhem z tamtego czasu można przynajmniej w części poczuć na tej właśnie koncertówce. To właśnie tu możemy podziwiać w pełnej krasie osobliwe wokale jakimi władał Dead, miały w sobie coś totalnie niezwykłego i obłąkańczego. Jakość tego nagrania może jakoś specjalnie nie powala (chociaż i tak jak na warunki w których powstało i było rejestrowane jest naprawdę dobrze), ale przecież nie o to tu chodzi. Jest to zapis historyczny, ma głęboki poza muzyczny wymiar, to pomnik tamtych czasów oraz świadectwo fenomenu jakim było wtedy i jest obecnie Mayhem.
"Liepzig! Come on, join us! Pure fucking armageddon!"





sobota, 22 lipca 2017

Lastwar- Skazani na Zagładę (demo 1990/ Thrashing Madness 2010)

Lastwar, kolejna świetnie łojąca grupa, która w połowie lat 90-tych przepadła w głębinach naszego metalowego podziemia. Ta wągrowiecka załoga grała bardzo spójną, energetyczną i nafaszerowaną dobrymi riffami dawkę thrash metalu w stylu starego Slayer'a, i robili to pieruńsko dobrze. Słucha się tego kapitalnie i z przeogromną ochotą na powtórkę. Demo "Skazani na Zagładę", które dziś przypominam, zostało zarejestrowane w 1990 (dopiero trzy lata po założeniu zespołu) w szczecińskim studiu ARP. Jak na taśmę demo charakteryzowało się zauważalnie dopracowanym, i jak na dostępne warunki, klarownym brzmieniem. Cóż się dziwić, pieczę nad materiałem powierzono doświadczonemu realizatorowi, Arturowi Bursakowskiemu, który profesjonalnie ogarnął temat. Grupa mimo braku doświadczenia w ciągu dwóch dni wykroiła naprawdę solidny kawał thrash metalowej sztuki (warto napomknąć z jaką pasją odegrali kawałek Death "Evil Dead", szacun Panowie ogromny!). Dzięki tym nagraniom zespół zaistniał na undergroundowej scenie i miał szansę grywać sztuki u boku takich tuzów jak Vader, Pandemonium, Christ Agony, Betrayer czy Turbo. Min. dzięki owemu demu i następującej po niej promówce 91' (zawartej tu jako jeden z bonusów, zaiste dobry materiał, ale strasznie zamulony jakościowo, jakby zespół grał w zamkniętym pomieszczeniu, a rejestracja odbywała się spoza niego) zespołem zainteresowało się Carnage Records, które wydało później ich kolejne demo "Darkness in Eden".
Bez owijania w bawełnę powiem, że zaliczam Lastwar do jednej z naszych lepszych, a niestety zapomnianych już nieco, thrashowych załóg jakie kiedykolwiek powstały. Zespół bardzo obiecujący, grający co prawda wg. utartej przez klasyków gatunku formy, ale z niesamowitą pasją do tematu oraz wyczuciem, chłopaki wiedzieli co robią i w czym są najlepsi. Było w tym "to coś", które w niewytłumaczalny do końca sposób przyciąga i zdobywa uwagę. Wielka szkoda, że ta grupa z różnych powodów, zarówno dotyczących braku wydawcy, zwykłego pecha, który tak chętnie towarzyszył wtedy wielu zespołom, oraz spraw natury prywatnej nie kontynuowała działalności. Niemniej jednak zostawili po sobie konkretne dziedzictwo, z którego dzięki nie tylko starym wydawnictwom, ale i reedycjom jakie popełnia Thrashing Madness, możemy w pełni korzystać i zasłuchiwać się w tej znakomitej, dźwiękowej chłoście.



czwartek, 20 lipca 2017

Holy Battalion- Cosmic War/ Breaking the Face (Thrashing Madness 2010)

Kolejna zapomniana już ekipa z naszego podziemia przełomu lat 80-tych i 90-tych. Holy Battalion ze Sławna, bo o nich tu będzie mowa, wykonywał bardzo poprawny, chociaż nieco chaotyczny, thrash. Zespół miał na koncie tylko 3 materiały demo, pełnego albumu niestety się nie doczekali. Dwa pierwsze demka, które są tu głównym rozkładem jazdy, czyli "Cosmic War" oraz "Breaking the Face" są względem brzmienia praktycznie bliźniacze lub przynajmniej takiemu faktowi bliskie. Nie słychać tu w tej kwestii znaczącego progresu. W obu przypadkach mamy brzmienie dosyć toporne, dalekie od doskonałości, surowe, szorstkie (jak na demo przystało) i w tym przypadku śmiem twierdzić, iż nie do końca działające na korzyść samych kompozycji. Materiał z obu dem jest nieco połamany, sporo się tu dzieje, ale wisi nad tym wszystkim jakiś nieokreślony chaos, podczas słuchania mam wrażenie, że zagrany jest na ogromnym spontanie, ale czasem aż za bardzo, przez co można mieć wrażenie pewnych wykonawczych niedociągnięć/ bałaganu. No, ale może w tym jest metoda, taki urok i zero dyskusji. Zdaję sobie sprawę, że spokojnie znalazły by się osoby, które nie podzieliłyby tego zdania, cóż, takie moje subiektywne odczucia. Niemniej jednak udało mi się wyłapać w dwóch utworach bardzo ciekawe, czy świadome- nie wiem, odnośniki do poza thrashowej, metalowej klasyki w postaci NWOBHMowego Blitzkrieg ("March") czy Celtic Frost (początek "The Temple") wplecione w thrashowe metalowe łojenie w bardzo misterny sposób. Zamieszczone tu jako bonus demo "Mr. Dolly" z 1994 to już widoczny krok naprzód zarówno w brzmieniu jak i samych utworach, o wiele więcej tu świeżości i bardziej dojrzałego technicznie grania, ale wciąż nie do końca porywającego.
Podsumowując, jakoś specjalnie Holy Battalion mnie nie zauroczył. Nie są to złe materiały, skąd, daleki jestem od takiej opinii, ale giną momentalnie w natłoku innych znacznie lepszych i bardziej oryginalnych (chociażby wplatające już w swą sztukę death metal, grające po sąsiedzku Slaughter z Koszalina, czy, jeszcze wtedy, słupski Betrayer). To po prostu dobre, żywiołowe, thrashowe granie bez specjalnych fajerwerków. Dla miłośników takiego właśnie grania jak i naszego undergroundu będzie to z pewnością niezła gratka i kolejny interesujący element historii naszej sceny. Co się tyczy samego wydania, to jak to już zwykłem mawiać, logo Thrashing Madness to wystarczająca rekomendacja, jednak płyta pochodzi z czasów kiedy owe krakowskie wydawnictwo wypuszczało cd jeszcze nieco skromniejsze, ale już wieszczące przyszły patos. Dla fanów tematu, pozycja warta polecenia.


niedziela, 2 lipca 2017

Pascal- Agonia/ Bad Omen (Thrashing Madness 2017)

Kolejna perła z naszego metalowego podziemia, i kolejny, ogromny potencjał który przeszedł bez należytego uznania i echa. Mowa tu o warszawskim, thrash metalowym Pascal. Ostatnio Thrashing Madness wznowiło wszystkie materiały demo oraz debiut tej grupy wzbogacając je o bonusowe materiały oraz opasłe booklety z ogromem fotek i konkretną ilością czytadła. Dziś na pierwszy ogień pójdą "Bad Omen" (1989) oraz "Agonia" (1990), niby nagrania zawierające w połowie te same utwory, a zasadniczo się od siebie różniące.
"Bad Omen" jest surowy, szorstki w brzmieniu, okraszony bardziej złowieszczymi, nienawistnymi wokalami gitarzysty grupy, wtedy także wokalisty, Roberta Wieczorka. Jest w tym więcej żywiołu, bardziej prostolinijnego podejścia wykonawczego. Pascal serwują nam thrash najwyższej próby i na bardzo wysokim poziomie. Słychać, że panowie zasłuchiwali się w takich grupach jak Sodom, Metallica czy Destruction, dodając do tego nieco technicznego sznytu, który w pełni rozpostarł swoje skrzydła na "Agonii". No właśnie, "Agonia". Debiutancki materiał popchnął wszystko naprzód. Wydaje się, że to właśnie tu Pascal określi własne "ja". Nagrał płytę, moim zdaniem, o doskonałym jak na tamte czasy i możliwości brzmieniu, w znanych już kompozycjach uwydatniła się ich energia i lekko zawiła struktura, urozmaicona zmianami temp i melodii. Muzycy pokazali kunszt i autentyczny progres, już sam utwór "Egzystencja" może o tym świadczyć, czy też nowe propozycje w postaci "Pascal" i dwu częściowego, instrumentalnego "Agonia". Mamy tu mnóstwo świetnych pomysłów i przede wszystkim znakomitego gitarowego łojenia. Istotną zmianą był też nowy wokalista w osobie Artura Stepniewskiego, którego wokal bardzo podobny jest do tego którym dysponuje Grzegorz Kupczyk z Turbo. Apropo Turbo, to co muzycznie, a i wokalnie zawarł Pascal na "Agonii" ma pewne wspólne mianowniki z "Ostatnim Wojownikiem" Turbo czy chociażby debiutem Wilczego Pająka, co daje pewien obraz jak ta warszawska załoga brzmiała.
Bez wątpienia oba nagrania pokazały klasę zespołu, a z pewnością jego oryginalny charakter i talent w wykonywanej muzyce. To kolejny przykład jak świetną mieliśmy scenę, a jak mało szans aby te wszystkie autentycznie znakomite zespoły mogły konkretnie zaistnieć i dać się poznać szerszemu gronu metalowych maniaków. Jak najbardziej polecam każdemu kto jeszcze nie miał styczności z twórczością Pascal, a fanom thrashu zalecam z marszu sięgnąć po płytę, nie będziecie zawiedzeni, gwarantuję!



poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Nocturnus- The Key (Combat/ Earache 1990)

Ta płyta to istna kopalnia geniuszu kompozytorskiego, oryginalności i zróżnicowania jeżeli chodzi o death metalową sztukę. Zespołowi, a przede wszystkim, Mike'owi Browning'owi udało się stworzyć jeden z pomników tego gatunku, a zwłaszcza jego technicznego oblicza.
Album nadźgany jest wszystkim tym co w death metalu najlepsze poszerzonym o partie klawiszy (jak na tamten czas krok nowatorski) nadające całości futurystycznego zabarwienia oraz mrocznej, astralnej atmosfery. Mamy tu nie tylko konkretną, siarczystą młóckę, ale także sporo zmian tempa, różnych zawijasów (no jest tu trochę progresywnie, nie da się ukryć) oraz ogrom genialnych, gitarowych solówek najwyższej próby (Mike Davis odwalił tu kawał roboty, widać, że sroce spod ogona nie wypadł i zna się na swoim rzemiośle). Już na sam dźwięk takich bestii jak otwierający krążek "Lake of Fire" czy miażdżący i chyba najlepszy na płycie "Neolithic" ciary lecą po skórze, a pot spływa po plecach! Dodatkowym smaczkiem jest tu nietypowy, charczący wokal Mike'a, który wprowadza swoisty, złowieszczy nastrój do klimatu płyty.
Ciekawym posunięciem jest też koncept albumu umieszczony w klimatach okultyzmu oraz science- fiction, opowiadający historię cyborga, który w pewnym momencie cofa się w czasie do roku 0, przyczyniając się do zniszczenia religii chrześcijańskiej w jej zarodku, dając początek nowemu imperium. Jak widać dobrych pomysłów chłopakom nie brakowało, co się chwali, i jak sami widzicie elementów odróżniających tą płytę na tle innych death metalowych albumów jest sporo, zespół jak i płyta jedyna w swoim rodzaju, można powiedzieć niepodrabialna. Nie dziwię się, że ta grupa miała tak znaczący wpływ na Darkthrone w ich wczesnym, death metalowym wcieleniu.
Można pokusić się o stwierdzenie, że Nocturnus nagrywając w 1990 taki album wyprzedzili swój czas, podobnie jak to na niwie black metalu było z Emperor. Moim zdaniem udało im się nagrać materiał, który nie tylko był pionierski i autentycznie wybitny, ale, któremu nijak nie szkodzi upływający czas. "The Key" mimo swoich lat się nie starzeje się ani trochę i nie traci na swojej świeżości. Wciąż wciąga, zachwyca swą złożonością i myślę, iż stale inspiruje do tworzenia sztuki wyjątkowej, nie tylko w ramach death metalu, która łączy kunszt z brutalnością i konkretną, niegasnącą dawką energii i nieustającą siłą rażenia. Rekomendacja zbyteczna, bo ten album po prostu rządzi, koniec, kropka!



piątek, 10 marca 2017

Mayhem- Live in Zeitz (Peaceville 2017)

Zdjęcie ze zbiorów "The True Mayhem Collection"
Wiadomym jest, że wszelakie nagrania Mayhem w klasycznym składzie z Deadem i Euronymousem to kult absolutny, każde jest na wagę złota, nie tylko ze względu na te dwie jakże ważne persony, których nie ma już wśród żywych, ale także znakomitą muzykę pełną niesamowitej atmosfery i ducha tamtych dni. Ostatnio Peaceville wzięło się za wznowienia oraz pierwsze oficjalne wydania, na razie 3 z 4 nagranych, koncertów Mayhem jakie zespół zagrał w 1990 roku (Leipzig, Zeitz, Sarpsborg oraz Jessheim). Na razie na winylu i cd ukazały się reedycje dwóch pierwszych ("Live in Zeitz" było do tej pory dostępne tylko jako bootleg), natomiast Sarpsborg jest w przygotowaniu. Znaczenie tamtych kilku występów miało niesamowity wpływ na rodzącą się scenę Black Metalową oraz estetykę związaną z tą sztuką. Corpsepaint, świńskie łby, krew na scenie, muzyczny chaos i totalnie bezkompromisowa postawa było tym co Mayhem zaserwowało muzyce metalowej na zawsze zapisując się na kartach jej historii.
Co mogę powiedzieć o nagraniu z Zeitz? Jest odrobinę gorszej jakości od tego z Leipzig (lecz nieznacznie, trochę czepiam się szczegółów hehe), ale wciąż zachowuje ten unikalny klimat i autentycznie przenosi słuchacza do tamtego miejsca i czasu, a coś takiego jest absolutnie bezcenne i w tym przypadku najważniejsze. Warto wspomnieć, że owe nagranie nie pochodzi z dotychczas dostępnego bootlegu, a z nowego źródła i znacząco lepszej jakości. Setlista jest ta sama, z jednym wyjątkiem. W Zeitz nie zagrali "Pure Fucking Armageddon", a przynajmniej nagranie tego nie uwzględnia. Poza tymi dwoma drobiazgami to tak samo dobry gig, niosący te same wyjątkowe przeżycia. Zespół zagrał z pasją i furią, jakby miało nie być jutra! Jest mrok, chaos i zniszczenie, które nie przybrało już nigdy takiej formy jaką Mayhem emanował w tym składzie.
W kwestii samego wydania to muszę przyznać, że Peaceville odwalił kawał dobrej roboty. Z pozoru skromny digipak skrywa, nie tylko genialną płytę, ale także opasły booklet z mnóstwem archiwalnych fotografii z tamtego czasu oraz kilkoma świetnymi, wspomnieniowymi wywiadami dotyczącymi Mayhem. Przepytani zostali min. Samoth, Faust, Hellhammer oraz Anders Ohlin (brat Deada). Także jest co czytać i co oglądać (wystarczy zerknąć na przykładowe zdjęcia poniżej, mówią same za siebie)!
W kwestii podsumowania nie ma co się specjalnie produkować. Polecam to wydawnictwo każdemu fanowi Mayhem i nie tylko, po prostu każdemu entuzjaście black metalowej sztuki!



środa, 25 stycznia 2017

Blasphemy- Fallen Angel of Doom (Wild Rags 1990/ Nuclear War Now! 2015/ Evil Dead 2017)

"Fallen Angel of Doom" zaliczam osobiście do najbardziej ekstremalnych, mrocznych i przesiąkniętych stęchlizną zła albumów jakie kiedykolwiek zrodziła metalowa scena (zaraz obok dwóch pierwszych krążków Abruptum, debiutu Deicide oraz "The Oath of Black Blood" Beherit). Przez ok. 30 lat istnienia, Blasphemy wydało tylko jedno demo i dwa albumy studyjne (koncertówek itd. nie liczę), a mimo to przylgnął do nich status zespołu kultowego. W sumie nie ma zdziwienia, ich bezkompromisowa mieszanka Black i Death Metalu o wyraźnie diabelskim zabarwieniu powiązana z niesławnym Ross Bay Cult zrobiła swoje.
Wydany w 1990 roku "Fallen Angel of Doom" był płytą, która zdobyła sobie rzesze fanów na całej podziemnej scenie metalowej i to praktycznie z marszu. Wg. danych Wild Rags sprzedało kilka tysięcy egzemplarzy płyty w samej Europie! Oczywiście z samą wytwórnią to były przeboje, nie tylko Blasphemy miało z nimi problemy. Najnormalniej w świecie nie płacili zespołom lub wysyłali kwoty nie współmierne do tego co na grupach zarobili. Po niedługim czasie zniknęli z wydawniczego podwórka i tyle ich widziano. No dobra, ale nie o nich teraz mówimy. Zespół zaklął w krążku wściekłe, ciężkie, tnące riffy, galopującą sekcję rytmiczną oraz niskie warczące wokale brzmiące niczym jakaś bestia z samych czeluści podziemnego świata. Dopełnieniem tych potępieńczych dźwięków są piekielne, bluźniercze liryki oraz surowe, zaśniedziałe brzmienie (podobno zespół nie był z niego zadowolony, jako że w studio efekt był z goła inny, jakimś dziwnym cudem wyszło jak wyszło, dla słuchaczy raczej na plus). W tamtym czasie taki materiał to było łupnięcie, i jeszcze ta okładka! Niby minimalistyczna, ale wymowna do bólu. Przedstawiony na niej strzelający z łuku Baphomet stał się niemal tak samo rozpoznawalny jak kozioł z okładki pierwszej płyty Bathory.
Blasphemy swoją pierwszą płytą niewątpliwie stało się wzorcem dla zespołów parających się najbardziej brutalnymi i ekstremalnymi odmianami Death i Black Metalu. Swoim bezkompromisowym podejściem do tematu i niewydumaną acz bijącą w pysk muzyką zaskarbili sobie szacunek sceny po dziś dzień. "Fallen Angel of Doom" to jeden z kamieni milowych mrocznej sztuki i trzeba, a przynajmniej wypada go znać, jakby nie było kawał historii.
W ostatnich latach Nuclear War Now! zapewniło kilka wznowień tej płyty zarówno na winylu jak i cd, każde prezentuje się wybornie z dbałością o każdy szczegół. Wydania na czarnym krążku zaopatrzone były w dodatkowe bonusy w postaci chociażby plakatów. Pod reedycją z NWN znajduje się najnowsze wznowienie na cd z ramienia malezyjskiej Evil Dead Production. Chociaż skromne, to wydane nieco bardziej pomysłowo- z dwiema wersjami okładki i ładną, laminowaną poligrafią. Nic tylko brać i zasilać nimi kolekcję!