Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Season of Mist. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Season of Mist. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2019

1349 - The Infernal Pathway (Season of Mist 2019)


Dla mnie numer jeden, jeżeli chodzi o tegoroczne wydawnictwa Black Metalowe! 1349 może nie są jakoś mocno rozchwytywani, powszechnie znani, ale są zespołem o silnej i niegasnącej pozycji, nie tylko na scenie norweskiej/europejskiej, ale i ogólnoświatowej. Ta ekipa jest, moim zdaniem, symbolem trwałości i niezłomności w tej muzyce. Od lat idą swoją własną ścieżką, nie oglądając się na nikogo, na żadne trendy. Zespołem, który wciąż wierny jest swoim korzeniom i temu, co niegdyś sobie postanowili - grać Black Metal bez upiększeń, wierny tej bezkompromisowej, bezpośredniej formie, z nawiązaniem do początków stylu i tego jakim oni chcą aby był.
"The Infernal Pathway" jest jakby zwieńczeniem ich dotychczasowych dzieł, materiałem łączącym dawniejsze osiągnięcia grupy z tym nowszymi. Coś jakby wypadkowa "Beyond the Apocalypse", "Demonoir" (ponowne wykorzystanie i nawiązanie do konceptu Tuneli Seta) oraz "Massive Cauldron of Chaos". Jest ta zauważalna miejscami Thrashowa domieszka (w sumie była ona obecna już od samych początków 1349, co wciąż odróżnia ich od większości zespołów z tego gatunku), jest sporo klimatu, budowania atmosfery, elementy melodii, nośne, tnące riffy i ogień, który zawsze ich płytom towarzyszy. Nie brakuje tu też tego potrzebnego, mocarnego uderzenia, chaosu, i bynajmniej nie chodzi mi tu o nieład. Kolejną cechą "The Infernal Pathway" jest jego niezwykła dojrzałość, spójność. Albumowi nie brakuje absolutnie niczego. Jest namacalnym, słyszalnym dowodem na to, że Black Metal w swojej surowości, ekstremalnej formie nie musi brzmieć źle, brudno. Tutaj, właśnie dzięki bardzo dopracowanemu brzmieniu, misternej produkcji, powstała płyta esencjonalna, przepełniona zarówno formą, jak i treścią. Takie albumy predysponują w swoim czasie do miana klasyków i dzieł, śmiem twierdzić, mogących inspirować innych. Co ważne, i co zawsze sobie cenię, to natychmiastowa chęć powrotu do danego materiału. "The Infernal Pathway" może się poszczycić tym, że emanuje syndromem "play again". Płyta wciąga, i fakt tego, że nie ma tu dłużyzn - jest dynamicznie przez całe ponad 40 minut jej trwania - z marszu kusi do odpalenia jej ponownie. Posłuchajcie otwierającego "Abyssos Antithesis", następującego po nim "Through Eyes of Stone", singlowego "Dodskamp" czy gnającego na złamanie karku "Striding the Chasm", a wszystko stanie się oczywiste i płytka tak samo Wami zawładnie, jak mną.
W kwestii podsumowania powiem jedno: 7., album w dorobku 1349 to dzieło, do którego nie ma startu wiele powstałych w tym roku materiałów, i to nawet zespołów o jeszcze większej od nich renomie. Absolutne opus magnum w ich dorobku i najprawdopodobniej moja płyta roku!
Poniżej przedstawiłem limitowany box (z alternatywną okładką, również autorstwa Jordana Barlowa), w którym, poza samą płytą (digipak w formie odwróconego krzyża), dostajemy jeszcze ogromną flagę z grafiką płyty oraz naszywkę.

https://www.facebook.com/1349official/
https://legion1349.wdex.siteman.no/

English translation:

For me, number one when it comes to this year's Black Metal releases! 1349 may not be well-sought after, widely known, but they are a band with a strong and indelible position, not only on the Norwegian/European scene, but also on the global one. This band is, in my opinion, a symbol of durability and steadfastness in this music. For years, they have been following their own path, not looking at anyone, any trends. A band that is still true to their roots and what they once decided - to play Black Metal without embellishments, faithful to this uncompromising, direct form, referring to the beginnings of style and the way they want it to be.
"The Infernal Pathway" is like the culmination of their previous works, a material combining the group's past achievements with the newer ones. Something like the mixture of "Beyond the Apocalypse", "Demonoir" (reusing and referring to the concept of Tunnels of Set) and "Massive Cauldron of Chaos". There is this noticeable admixture of Thrash (well, it was present from the very beginning of 1349, which still distinguishes them from most bands of this genre), there is a lot of climate, building the atmosphere, melody elements, carrying, cutting riffs and fire, which always present in their works. There is no lack of this needed, powerful blow, chaos, and I do not mean disorder here. Another feature of "The Infernal Pathway" is its remarkable maturity and coherence. The album has absolutely nothing missing. It is tangible, audible proof that Black Metal in its rawness, extreme form does not have to sound bad, dirty. Here, thanks to a very refined sound, intricate production, an essential album was created, filled with both form and content. Such albums predispose in their time to the name of classics and works, I dare say, that could inspire others. What is important and what I always value, is an immediate desire to return to a given material. "The Infernal Pathway" can be proud to possess the "play again" syndrome. The record draws, and the fact that there are no longueurs here - it is dynamic throughout the entire 40 minutes of its duration - tempts you to play it again. Listen to the opening "Abyssos Antithesis", its follower "Through Eyes of Stone", the single one "Dodskamp" or "Striding the Chasm" rushing hell-bent, and everything will become obvious and you will love this album as much as I do.
Regarding the summary, I will say one thing: the 7th album of 1349 is a work to which many of the materials created this year, and even bands with an even greater reputation than them, have no start. An absolute magnum opus in their achievements and, most likely, my album of the year!
Below is a limited box (with an alternative cover, also by Jordan Barlow), in which, apart from the CD itself (digipak in the form of an inverted cross), we get a huge flag with the album artwork and a patch.



sobota, 31 sierpnia 2019

Enslaved - Frost (Osmose Productions 1994/ Season of Mist 2014)

Po niezwykle udanym "Vikingligr Veldi", wydanym w barwach Deathlike Silence (niestety, Euronymous nie usłyszał już efektu nagrań grupy, a byłby dumny), po niespełna pół roku Enslaved uderzyli z kolejnym długograjem. Tym razem zrezygnowali z elementów symfonicznych, artyzmu, jakim odznaczał się poprzednik, na rzecz płyty bardziej surowej i mroźnej, bardziej gitarowej, szorstkiej. "Frost" to istotnie klimatyczny i brzmieniowy mróz, skuta lodem i smagana wichrem dźwiękowa połać. Płyta - poza konkretnie Black Metalowym sznytem w kwestii struktury kompozycji - może poszczycić się również niebanalną atmosferą, okazjonalnymi klawiszami, które przecinają co jakiś czas muzyczną nawałnicę oraz nieszablonowymi, nieco połamanymi riffami. "Frost" jest dziełem niepowtarzalnym, biorąc pod uwagę całą dyskografię Enslaved. Nigdy potem już takiej typowo "norweskiej" płyty nie nagrali, chociaż jej cechy obecne były już na "Hordanes Land", a potem na jeszcze na "Eld", jednak nie było to dokładnie to, co podali nam wraz z "Frost". Tematyka nordyckiej mitologii, jakiej hołduje w swoich tekstach zespół, została tu zapakowana w bardzo intensywną formę, to jakby połączenie Bathory z czasów "Twilight of the Gods" oraz "Hammerheart" z typowym brzmieniem Norweskiego Black Metalu, jaki reprezentowały wtedy chociażby Immortal, Mayhem, Gorgoroth czy Satyricon. Ale to, rzecz jasna, tylko przykładowe porównania. Enslaved stworzyli swój własny charakterystyczny styl i ta płyta jest jednym z elementów jego szlifowania i jedną z najbardziej odznaczających się materiałów Black Metalu pierwszej połowy lat 90-tych.
"Frost" był też pierwszą płytą Enslaved w barwach Osmose Productions, z którą współpracowali również przy kilku kolejnych płytach. Wydany z końcem 1994 roku album zwieńczyła wspólna trasa ze Szwedami z Marduk - "Winter War Tour", trwająca przez cały luty 1995 i składająca się z 20 koncertów na terenie całej Europy.

English version:

After the extremely successful "Vikingligr Veldi", released by Deathlike Silence (unfortunately, Euronymous did not have a chance to hear the effect of the group's recordings, and he would have been proud of what they achieved), in less than half a year Enslaved hit the scene with another full-length. This time they gave up the symphonic elements, the artistry of their predecessor, in favor of a more raw and frosty, more guitar-oriented and rough record. "Frost" has indeed a freezing climate and sound, creates a soundscape chilled with ice and windswept. The album, apart from specifically Black Metal finish in terms of the composition structure, can also boast an original atmosphere, occasional keys that cut the musical storm from time to time, and unconventional, slightly broken riffs. "Frost" is a unique work when taking into account the entire discography of Enslaved. They never recorded such a typical "Norwegian" album, although its features were already present on "Hordanes Land" and then on "Eld", but it was not exactly what they gave us with "Frost". The subject of Norse mythology, which the band adheres to in their lyrics, has been packed here in a very intense form, it is like the combination of Bathory from the period of "Twilight of the Gods" and "Hammerheart" with the typical sound of Norwegian Black Metal which was represented at that time by Immortal, Mayhem, Gorgoroth or Satyricon. But these are, of course, only comparisons. Enslaved created their own distinctive style and this record is one of the elements of its polishing, one of the most distinguishing Black Metal materials of the first half of the 90s.
"Frost" was also the first Enslaved album in the Osmose Productions catalogue, with whom they also collaborated on several subsequent albums. Released at the end of 1994, the album culminated in a joint tour with the Swedes from Marduk - "Winter War Tour", lasting throughout February 1995 and consisting of 20 concerts throughout Europe.


środa, 27 marca 2019

Mystifier- Protogoni Mavri Magiki Dynasteia (Season of Mist 2019)

Czekałem na tę płytę czekałem, aż się wreszcie doczekałem! No i jest to druga konkretna petarda wydawnicza do spółki z najnowszym Abusiveness. Nigdy jakoś żadna z płyt Mystifier nie robiła na mnie jakiegoś nie wiadomo jakiego wrażenia, ale mimo to bardzo lubię i cenię tą ekipę. Natomiast to co usłyszałem na "Protogoni Mavri Magiki Dynasteia" przerosło moje najśmielsze oczekiwania co do tego zespołu. Próbki dwa miesiące temu zwiastowały, że będzie dobrze, a finał mamy fenomenalny. Śmiem twierdzić, że to najbardziej klimatyczny, mistyczny i tak czarująco (!) diabelski wyziew tej załogi. Aura płyty jest wyjątkowa, pełna złowieszczości, mroku w ktorym jarzą się tylko samotne świece. Mamy tu oczywiście nieco agresywnej nawałnicy garów i gitar, ale jest tego znacznie mniej niż tych wolniejszych, atmosferycznych części, miejscami podrasowanych klawiszami. Dzięki tej mieszance album nie jest do końca przewidywalny i każdy z numerów ma coś do zaoferowania. Rzecz jasna nie ujmuje to niczego ze spójności materiału. Wszystko co tu znajdziecie zespala mocne, klarowne brzmienie. Na płycie da się zauważyć sporo wspólnych elementów z takimi zespołami jak Sarcofago, Vulcano, Blasphemy, wczesny Melechesh (skojarzyli mi się od razu ze względu na pewne "wschodnie" naleciałości w niektórych obecnych tu kompozycjach) czy Archgoat, jednak zaznaczam, że są to tylko elementy i to w materii klimatu, piekielnego pierwiastka, pewnego brzmienia, niż stricte samej muzyki. Mystifier na "Protogoni Mavri Magiki Dynasteia" naprawdę genialnie zbalansowali i połączyli ze sobą w jedną całość agresję oraz atmosferę, co zrodziło, uważam, najlepszą płytę w ich dorobku. Tu wszystko współgra i nie ma niczego, do czego obiektywnie można by się przyczepić, to dzieło ewidentnie skończone, natchnione i przemyślane. No i jeszcze na koniec płyty ten totalnie bezpardonowy cios w pysk kleru i kościoła w postaci "Chiesa Dei Bambini Molestati", bezcenne! Bierzcie tę płytę w ciemno! Polecam każdemu maniakowi metalu, bez wyjątku!

https://www.facebook.com/mystifier666/
https://www.mystifier.com.br/





piątek, 8 lutego 2019

Nocturnal Graves- Titan (Season of Mist 2018)

Ubiegły rok przyniósł trzeci pełny album w dorobku tej australijskiej ekipy. I jest lekki zaskok. Nocturnal Graves znani do tej pory ze wściekłego Black/ Thrashu odjechali sobie trochę w inne rejony, co z resztą wisiało w powietrzu już od ostatniej płyty. Wraz z "Titan" ich granie ustawia się gdzieś pomiędzy Black/ Death Metalem, a Death/ Thrashem, bliżej im w tej chwili to zespołów pokroju Vomitor, starszego Destroyer 666, może Nifelhiem (trochę tu naciągam) a dalej do takiego Nocturnal lub Gospel of the Horns, czyli stylistyki do której tak jakby nas przyzwyczaili. Nie mówię, że to źle, nie jest wskazane żeby grupa stała w miejscu i cały czas tłukła to samo co na debiucie, ale gdzieś mi u Nocturnal Graves zgubiła się ta dawna furia, energia, zaciekłość, która jeszcze była na poprzednim, już miejscami odrobinę innym krążku. Płytę przesłuchałem z przyjemnością, ale jakoś nie mogę się przestawić na to ich "nowe" granie, cały czas po łbie kołacze mi się ich "Satan's Cross" i zanim przywyknę, że ostatecznie to zamknięty rozdział, to chwila może minąć. Jest jeszcze jedna rzecz, mimo, że jest na płycie parę niezłych riffów, bardzo dobry otwieracz, to gdzieś już w połowie materiału trochę się to wszystko zlewa i raptem płyta nam się kończy, a my za specjalnie nie pamiętamy z niej nic poza pierwszymi 2-3 numerami. Nie wiem, może trzeba tu czasu, może więcej uwagi. Zobaczymy, co jakiś czas będę do "Titan" powracał i może ten album rozgryzę, odkryję i zmienię to pierwsze, nie do końca entuzjastyczne wrażenie. Tym bardziej, że w listopadzie zawitają do nas z tym materiałem w towarzystwie tak genialnych załóg jak Dead Congregation i Destroyer 666 i będzie okazja posłuchać ich na żywca. Mam szczerą nadzieję, że ten album będzie jak dobre wino i nabierze pełni smaku z czasem. Na pewno go nie odradzam, ale też palę się do nadmiernego polecania. Musicie tu podjąć decyzję sami.
Poniżej wersja kompaktowa płytki i limitowany do 200 kopii czerwony winyl w wydaniu gatefold. Bądź co bądź jestem sporym fanem Nocturnal Graves i nie mogłem sobie odmówić więcej niż jednego wydania tej płyty, mimo iż nie rozpływam się nad nią w zachwytach. Fani i kolekcjonerzy rozumieją ;)

https://nocturnalgravessom.bandcamp.com/album/titan
https://www.facebook.com/nocturnalgraves





sobota, 22 grudnia 2018

Shining- X: Varg Utan Flock (Season of Mist 2018)

11 miesięcy od wydania, a ja dopiero biorę się za ten album... Ale cieszę się, że zdążyłem z nim jeszcze w tym roku. Dlaczego? Bo ten album to cholerne arcydzieło! Cały czas jestem pod jego wrażeniem, a to co na nim usłyszałem wciąż świdruje mi głowę. Tu się po prostu dzieje! Nie dość, że Shining wykazuje się absolutną konsekwencją w obranym stylu już od wielu lat i serwuje nam ten charakterystyczny dla siebie, depresyjny Black Metal, to jeszcze potrafi swoją muzykę urozmaicić w taki sposób, że mamy tu sporo intensywnego, siarczystego grania z nieznacznymi domieszkami industrialu, ale i różnych smaczków, nastroju, klimatu, a przede wszystkim emocji. "X: Varg Utan Flock" jest tym wszystkim przepełniony, to materiał tak esencjonalny i pełny, że z pewnością nie zostawi obojętnym nikogo kto się z nim zetknął, czy dopiero zetknie.
Wszystko zaczyna się od pełnego ognia "Svart Ostoppbar Eld", który lekko po dwóch minutach przechodzi w nastrojowe akustyczne spowolnienie zwieńczone genialną solówką Hussa. Potem krótka zagrywka basu i powrót do energii z początku, tylko po to aby za moment ponownie było nastrojowo. Idealny otwieracz na koncerty i zapowiedź tego co usłyszymy na płycie. Dalsza część albumu przynosi podobne, bogate kompozycje, które przeplatają pełną złości i furii dynamikę, świetne riffy, swoistą Black Metalową siarkę z klimatycznymi zwolnieniami w które wplatane są tęskne, nostalgiczne zagrywki i znakomite sola gitarowe (potężny, znany już z singla "Jag Ar Din Fiende" to aż nadto dobry tego przykład). To wszystko buduje serce i duszę płyty. Warto wspomnieć również o adaptacji "Nocturnu" Chopina pod postacią "Tolvtusenfyrtioett", liczącego niecałe 3 minuty utworu zagranego tradycyjnie w stosunku do oryginału, wyłącznie na fortepianie. Ciekawy i ambitny zabieg, który dodaje materiałowi bonusowego uroku. Całość albumu wieńczy "Mot Aokigahara", kompozycja poświęcona niesławnemu lasowi u podnóży góry Fuji będącemu drugim na świecie miejscem w którym popełniane jest najwięcej samobójstw. W dawnych czasach był też obszarem związanym z duchami, miejscem rytualnym. "Mot Aokigahara" ma w sobie nieskończone pokłady mroku, smutku, niepokoju, nasączonej dreszczem i groźbą atmosfery. Istna emocjonalna bomba! To swoista ścieżka dźwiękowa do opisanego w tej kompozycji miejsca przepełnionego cieniem śmierci i wszechobecną ciszą. Dawno nie słyszałem czegoś równie poruszającego.
Co tu dużo mówić. Jednym słowem mamy do czynienia z kolejnym, doskonałym albumem Kvarfortha i jego zespołu, śmiem twierdzić, że najlepszym od czasów "Halmstad". Kończąc tą reckę wciąż siedzę zamyślony nad tym co właśnie usłyszałem mając przy okazji niedosyt tego, że być może nie w pełni przekazałem wam to co muzycznie ma do zaoferowania "X: Varg Utan Flock", lecz z pewnością mogę dodać na koniec jedno. Już w tej chwili wiem, że ten materiał będzie dla mnie jednym z absolutnych evergreenów, do których regularnie będę wracał i to bez dwóch zdań.


niedziela, 18 listopada 2018

Reverend Bizarre- In the Rectory of the Bizarre Reverend (Sinister Figure 2002/ Season of Mist 2005)

"Sabat Czarownic", Franciso Goya, 1798
Ostatnio staram się poświęcając nieco więcej uwagi starym, mniej znanym grupom z zakresu Rocka lat 70-tych, Heavy Metalu 80-tych i... o dziwo Doom Metalowi! Wreszcie przestał przeprawiać mnie o ból głowy po więcej niż 20 minutach obcowania z nim, dzięki czemu (wyjątkiem był zawsze Candlemass, który wielbię całym sercem) zagłębiłem się w to granie ochoczo zaczynając od sceny fińskiej. Reverend Bizarre, bo od nich trzeba tu zacząć, to klasyk i ojcowie chrzestni tamtejszej sceny tego grania, to po ich fenomenalnym debiucie, który chcę tu przybliżyć, zaczęły masowo powstawać w Finlandii grupy pragnące podążyć ścieżką wytyczoną niegdyś przez takich tuzów jak Black Sabbath, Candlemass, Pentagram/ Death Row, Trouble, Witchfinder General, czy Saint Vitus.
"In the Rectory of the Bizarre Reverend" to encyklopedia Doom Metalu, ten styl w pigułce, istny podręcznik jak tworzyć w tym gatunku, jego cała esencja zebrana na jednym krążku i pierwszy tego typu materiał jaki pojawił się na fińskiej scenie. Kompozycje tu zawarte są walcowate posępno-nostalgiczne, gęste niczym smoła w czarcim kotle, o potężnym niskim brzmieniu. Powolnym, monstrualnym riffom podbijanym przez toczącą się miarowo perkusję towarzyszą mocno osadzone, czyste wokale o tęsknym, refleksyjnym wydźwięku. Tylko co jakiś czas ów apokaliptyczne hymny przerywane są chwilowym przyspieszeniem, żeby za moment wrócić do swojej pierwotnej formy. Poza oczywistym hołdem dla brzmień weteranów, a za razem protoplastów Doom Metalu, Reverend Bizarre poszedł jeszcze dalej w ciężarze i brzmieniu, a w tekstach odnosił się nie tylko do mocy piekielnych, okultyzmu, zagłady i śmierci, ale również do twórczości Tolkiena poprzez trwający ponad 20 minut utwór "Cirith Ungol", w którym to pokusili się nawet o skorzystanie ze stworzonej przez autora "Czarnej Mowy". Kolejną ciekawostką i odniesieniem o jakie pokusił się zespół jest sam tytuł płyty, który po chwili zastanowienia prowadzi nas do debiutanckiej płyty King Crimson "In the Court of the Crimson King". Na album składa się 6 kompozycji trwających średnio po 10 minut każda, co ze wspomnianym "Cirith Ungol", daje ponad 70 minut muzyki, która bynajmniej nie nudzi. Mimo pewnej monotonii album wciąga i daje wrażenie jednej, spójnej snującej się powoli historii z okazjonalnymi zwrotami akcji. Jest jak księga, którą należy przeczytać od deski do deski, bo tylko w takiej formie odkrywa przed słuchaczem cały swój potencjał.
"In the Rectory of the Bizarre Reverend" jest niewątpliwie jednym z kamieni milowych Doom Metalu i nie tylko klasykiem swojego czasu, ale myślę, że już ogólnie tego typu grania. Wyznaczył nowe standardy i dał początek, a może bardziej bodziec, do działania dla kolejnych grup ze swojego kraju. To płyta z gatunku tych, których nie można nie znać, a przynajmniej nie kojarzyć. Mimo tego, że zespół nie istnieje już od ładnych paru lat to zostawił po sobie znaczące i inspirujące dziedzictwo.
Poniżej 2-płytowe wznowienie niniejszej płyty popełnione przez Season of Mist w 2005 roku. Jako bonus, na drugim dysku dodana została Epka "Return to the Rectory" zawierająca niepublikowane wcześniej utwory, a która do tej pory dostępna była tylko w wersji winylowej.

https://www.facebook.com/Reverend-Bizarre-15345610646/


czwartek, 15 czerwca 2017

Grave Desecrator- Dust to Lust (Season of Mist 2017)

Naklejka na pudełku płyty mówi dokładnie z czym mamy do czynienia. Grave Desecrator to grupa, która bez reszty hołduje dawnej szkole mrocznej sztuki. Na "Dust to Lust" mamy łojenie spod znaku grup takich jak  ich rodzima klasyka w postaci Sarcofago oraz starej Sepultury, tzw. war metalu reprezentowanego przez chociażby Blasphemy czy jak sugeruje "reklama" Bestial Warlust oraz takich black metalowych wyziewów jak Beherit czy właśnie Archgoat. Jak się uprzeć to i starego Slayera i Morbid Angel można się w tym doszukać. No jest tego wszystkiego w ich graniu, i co ważne wychodzi im to świetnie! Niewiele jest zespołów, które czerpią garściami od dawnych mistrzów nie popadając tym w bezczelne zrzynanie z cudzego dorobku. Dostrzega się sporo podobieństw w wielu aspektach, ale mimo to ma się wrażenie pewnej świeżości, przekucia starego w nowe, przejściu w nową świetność starej, zasłużonej klasyki gatunku. Tak właśnie mają się sprawy w odniesieniu do tej brazylijskiej hordy. Można by zarzucić im, że tego typu klimaty powinny być zagrane w nico krótszej formie niż ponad 50 minut piekła i zniszczenia. Tego typu sztuka w nieco krótszym i bardziej skondensowanym wydaniu wypada o niebo (a raczej piekło!) lepiej. Ale cóż, to tylko taki drobny mankament, który nie burzy ogólnego odbioru i faktu, że to niesamowicie dobry i dopracowany materiał, nawet brzmieniowo. Z pewnością prześcigają tu swoje dotychczasowe nagrania, przynajmniej ja tak to widzę. Oddali ducha dawnych lat z niebywałą precyzją co nie jest z pozoru tak łatwe do zrobienia, czuć tu klimacik wszystkich tych zespołów, które Grave Desecrator wielbi w swojej sztuce. Jeżeli chociaż jeden kawałek z "Dust to Lust" przypadnie wam do gustu to jestem na 100% pewien, że polubicie całą resztę. Może i nie odkrywają tu niczego nowego, idą udeptanym już od wielu lat szlakiem, ale z podniesioną głową i siejąc przy okazji totalne zniszczenie. I o to tu chodzi! Jeżeli chcecie sprawdzić sobie "co w trawie piszczy" to polecam takie kawałki jak "A Witching Whore" czy "Anathema Bloodlust" i wszystko będzie jasne. Mus dla wszystkich czcicieli oldschoolowego grania!


piątek, 9 września 2016

Abbath- Abbath (Season of Mist 2016)

Jak powszechnie wiadomo w 2015 roku nastąpił rozłam w ekipie Immortal. W zespole zostali Horgh i Demonaz, natomiast Abbath, dotychczasowy lider grupy odszedł i postanowił kontynuować swoją muzyczną pasję solowo. Byłem bardzo ciekaw jego pierwszego krążka pod nowym- starym szyldem jako, że materiał na nim zawarty przeznaczony był poniekąd na kolejny album Immortal. Projek Abbath'a zasili King (bas, znany min. z Gorgoroth, Ov Hell oraz God Seed) oraz Kevin "Creature" Foley (perkusja). Znając dotychczasową spuściznę muzyczną Olve Eikemo, poprzeczka była podniesiona stosunkowo wysoko, i mieli przed sobą konkretne wyzwanie.
Do rzeczy. Po zapoznaniu się z materiałem z płyty powalony na łopatki co prawda nie zostałem, nadal trzymam się mocno na nogach, choć przyznam, momentami mocno wiało. Może mnie nie zachwycili, ale sprawili, że nabrałem apetytu i zainteresowania co z tego dalej będzie, z pewnością będę wyczekiwał kolejnego krążka, który podobno już powstaje.
Co się tyczy samej muzyki. Fajny, zróżnicowany materiał. Mamy kawałki mocno nacechowane stylem Immortal, z fajnymi riffami i skutą lodem atmosferą jak chociażby "Winterbane", "Ashes of the Damned" czy "Root of the Mountain". Są i kompozycje odbiegające od tradycyjnej struktury utworów jakie do tej pory pisał Abbath, mianowicie "Fenrir Hunts" czy też "Endless", którym jest bliżej do ogólnie już znanych black metalowych tworów.
Całość albumu zespala pewna motoryka oraz cechy muzyki, pod której wpływem Abbath był chyba zawsze. Chodzi mi tu o wpływy chociażby Accept, Motorhead czy Bathory. Wzorce jakby nie było szlachetne i fajnie się je wyłuskuje podczas słuchania.
Na deser (nie wiem czemu nie uwzględnione w trackliście) otrzymujemy cover "Riding on the Wind" Judas Priest, wyszło dosyć nietuzinkowo z wokalem Abbath'a, oraz "Nebular Ravens Winter" Immortal. Nagrania tego drugiego szczerze nie rozumiem, po co i na co. Cóż, nie mi to oceniać, może były ku temu jakieś pobudki i potrzeba. Chcieli to nagrali.
Podsumowując, generalnie płytka na plus, podoba mi się, ale oczarowany nie jestem. Czekam na ich kolejne wydawnictwo bo ciekawi mnie w jakim to kierunku pójdzie. Na chwilę obecną jest to coś mocno obiecującego. Mając teraz porównanie z najnowszym dziełem duetu Horgh/ Demonaz pod szyldem Immortal można mieć pewne porównanie. Mi osobiście nasuwa się jeden wniosek. Starzy koledzy Abbath'a idą w kierunku odgrzebywania starego Immortal, natomiast Abbath idzie dalej, kontynuując to z czym zostawił dawny zespół na "All Shall Fall". Z tego względu nieco ciężko to ze sobą zestawiać, bo to dwie odmienne ścieżki, i każda ze swą własną jakością, także pozostają tu już kwestie gustu. Obie drogi i ich efekt jest moim zdaniem kapitalny przez co kibicuję mocno obu ekipom.
Poniżej standardowe wydanie płyty w digipaku oraz w limitowany boksie z przypinką, frotką i naszywką.






wtorek, 28 czerwca 2016

Morbid Angel- Illud Divinum Insanus (Season of Mist 2011)

Jedna z najbardziej zjechanych przez fanów płyt ostatnich lat. Płyta zmieszana z błotem na którą wylała się cała masa niepotrzebnego hejtu. I to dlaczego? Dlatego że jest inna, że komuś nie wlazła w gust? Come on... Morbid Angel to jakby nie było ikona death metalu. Uważam, że naprawdę pokazali klasę mając odwagę nagrać album kompletnie inny niż ich dotychczasowy dorobek, tym bardziej znając reakcje na odbieganie od utartych, "kultowych" schematów. Chcieli nagrać coś innego, spróbować pójść inną drogą. Ich wola i trzeba podejść do tego z szacunkiem i wyważeniem. Jednym mogło się to spodobać, innym nie, koniec tematu.
"Illud Divinum Insanus" został nagrany po 8 letniej przerwie od ostatniej płyty i w nowym składzie, wrócił min. David Vincent. Za garami miał pojawić się Sandoval ale ostatecznie zastąpił go Tim Yeung. Oczekiwania fanów w stosunku do zespołu były spore, każdy czekał na kolejną dawkę klasycznego death metalu w stylu jakim zespół raczył nas przez wszystkie lata. Na nieszczęście większości zespół postanowił realizować swoje własne pomysły nie patrząc na innych. Moim zdaniem to jak najbardziej zdrowe podejście. Wielu słuchając tej płyty powiedziałoby, że to komercha, że zespół zdradził swoje korzenie. Jest dokładnie odwrotnie. Płyta nagrana na przekór wymaganiom innych świadczy o tym, że Morbid Angel nie interesuje to czego chcą inni, robią to czego sami chcą. Sztuka nie ma szukać jak największej liczby odbiorców, to odbiorcy mają szukać sztuki, która trafi w ich gust. Dobra, dosyć tych wywodów. Wracajmy do samej płyty. No nie da się ukryć, że mamy tu dosyć wybuchową mieszankę. Utwory takie jak "Too Extreme", "I Am Morbid", "Destructos vs The Earth/ Attack" czy kończący płytę "Profundis- Mea Culpa"noszą znamiona elektroniki, może techno/ trance, może trochę industriala, zmieszaną z death metalowymi naleciałościami. Ten właśnie odjazd od "normy" większości się nie spodobał, ale to i tak łagodne stwierdzenie. Mnie osobiście te utwory tak nie rażą, można tego słuchać i może się to podobać, ja nie miałem z nimi większego problemu, ale mogłyby być odrobinę krótsze. Jeżeli w utworze dominuje pewien określony beat to po 6-7 minutach można przejść w fazę lekkiej irytacji. Żeby nie było, na płycie są też kąski nie odbiegające od standardów gatunku jak chociażby "Blades for Baal"czy "Nevermore". W "Beauty Meets Beast" mamy bardzo udaną solówkę Azagtoth'a. Reasumując album jest takim pół na pół, część to eksperymenty i inne wynalazki, a druga połowa to death metalowe łojenie bez ingerencji tworów trzecich.
Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób album ten może być wysoce niestrawny, może być zawodem, ale trzeba do ocen podejść na poziomie, a nie wylewać na zespół hektolitry popłuczyn. Mnie osobiście płyta zaskoczyła i była wyzwaniem jeżeli chodzi o odsłuch, bez wątpienia jest nietuzinkowa. Czy mi się podobała? Skoro co jakiś czas do niej wracam to chyba tak, ale bez specjalnego szału. Sporo elementów mi podchodzi, ale są i takie które mi nie leżą. Jeżeli miałbym oceniać w skali 1-5 to dałbym solidne 4, w głównej mierze za odważną inwencję.
Obecnie w zespole jest już tylko Azagtoth i Steve Tucker który ponownie zasilił grupę po odejściu Vincenta. Prace nad nową płytą są w toku i myślę, że obecny skład nie będzie miał specjalnej ochoty na eksperymentowanie jakie miało miejsce na "Illud Divinum Insanus".