Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Power Metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Power Metal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 lipca 2021

Helloween - Helloween (Nuclear Blast 2021)


Zespół dla mnie legendarny, jeden z ulubionych i bardzo ważny w historii oraz rozwoju muzyki metalowej (dali początek europejskiej odnodze power metalu). Nawet nie śmiałem marzyć, że ponownie zobaczę w jego szeregach Hansena i Kiske, którzy poszli własną muzyczną drogą już wiele lat temu. Jakim było dla mnie zaskoczeniem, gdy obaj panowie zasili zespół na trasie "Pumpkins United", a szokiem i radością, gdy dołączyli do zespołu na stałe i przypieczętowali to jakże wymownie zatytułowaną płytą - "Helloween". Tak, cała rodzina jest wreszcie w komplecie! "Helloween" jest albumem ociekającym melodyjnością, dzięki dwóm, a nawet trzem wokalistom (bo i Kai coś tam czasem dorzuci drobnego od siebie) przepełnionym różnorodnymi wokalami oraz bardzo rozbudowaną, pełną pomysłów muzyczną paletą. Gitary, jak przystało na ten zespół, wiodą prym, a solówki przypieczętowują znakomite riffy. Mamy tu utwory bardziej wymagające, rozbudowane, a i krótkie strzały pełne energii. Może nie jest to dzieło na miarę "Keeperów" czy "Master of the Rings", ale ten album trochę przynosi na myśl te trzy klasyczne materiały i to nie tylko swoją szatą graficzną. Najlepiej określa to utwór "Best Time", który nie tylko pokazuje jak dobrze dzieje się w kapeli, ale też nawiązuje do hitu "I Want Out". Brzmienie jest nowoczesne, kompozycje łączą Heloween lat 80. i tych późniejszych, gdy za mikrofonem stał tylko Andi Deris. Niewiele jest takich "powrotów" klasycznych zespołów, tak udanych i tak scenie potrzebnych. Helloween pokazał światu, że wciąż reprezentują wysoki poziom, a powrót Michaela Kiske i Kaia Hansena tylko ten stan rzeczy polepszył, uwydatnił wciąż pulsujący potencjał grupy. Zespół po raz kolejny zawojował listy najlepszych wydawnictw, ponownie zrobiło się o nich głośno i niech to żelazo dalej będzie kute, a feniks odradza się z popiołów. Siedem kluczy, siedmiu muzyków, jedno dziedzictwo!



English translation:

A legendary band for me, one of my favorites and very important in the history and development of metal music (they gave rise to the European leg of power metal). I didn't even dare to dream that I would see Hansen and Kiske again in its ranks, who went their own musical path many years ago. What a surprise it was for me when both men joined the band on the "Pumpkins United" tour, and a shock and joy when they joined the band permanently, and the band sealed it with an eloquently titled album - "Helloween". Yes, the whole family is finally together! "Helloween" is an album dripping with melody, thanks to two or even three vocalists (because Kai here and there adds something from himself) filled with various vocals and a very extensive musical palette full of ideas. The guitars, as befits this band, lead the way, and the solos seal the excellent riffs. Here we have more demanding, complex songs, and also short shots full of energy. It may not be a work equal to "Keepers" or "Master of the Rings", but this album brings to mind those three classic materials, and not only with its graphic design. It is best described by the song "Best Time", which not only shows how well the band is doing, but also refers to the hit "I Want Out". The sound is modern, the compositions combine Heloween of the 1980s and those later, when only Andi Deris was behind the microphone. There are not many "returns" of classic bands, so successful and so necessary for the scene. Helloween showed the world that they still represent a high level, and the return of Michael Kiske and Kai Hansen only improved this status, highlighted the still pulsating potential of the group. The band once again conquered the lists of the best releases, made people talk about the band. Let this iron be forged and phoenix ​​reborn from the ashes. Seven keys, seven musicians, one legacy!


sobota, 3 sierpnia 2019

Hammerfall - Legacy of Kings: 20-Year Anniversary Edition (Nuclear Blast 2018)

Wydany w 1998, drugi, pełny album Hammerfall to jedna z płyt, które zostaną ze mną po grób, a nawet dłużej. Album, który nigdy mi się nie znudzi, którego nigdy nie przestanę słuchać. Taki mój osobisty klasyk, z którym wiąże się mnóstwo wspomnień i nostalgii. "Legacy of Kings" był jedną z trzech pierwszych płyt z Metalem, jakiej kupiłem będąc jeszcze dzieciakiem, a Hammerfall pierwszym zespołem, który odkryłem samodzielnie. Pamiętam jak dziś (a było to 15-16 lat temu), jak zaintrygowała mnie jej okładka wyróżniająca się na tle innych na ekspozycji lokalnego stoiska muzycznego. Na tyle mocno przykuła mój wzrok, że kompletnie w ciemno kupiłem płytę (było to jeszcze licencyjne wydanie naszego Metal Mind). Był to strzał w dziesiątkę! Już pierwsze dźwięki otwierającego ją "Heading the Call" zawładnęły mną na dobre, a potem pochłonąłem już cały album. W grudniu ubiegłego roku Nuclear Blast wydał specjalną jego edycję z okazji 20-lecia wydania płyty. Nie było opcji, żebym po nią nie sięgnął. To właśnie wydanie jest pretekstem do tego, aby przypomnieć ten Heavy Metalowy monument, przytoczyć trochę wspomnień i historii z nim związanej, opowiedzieć o płycie, która pojawiła się niczym grom w czasie, gdy mało kto już tak grał.
"Legacy of Kings" to starszy brat debiutanckiego "Glory to the Brave" - płyty, która tak rozsławiła Hammerfall i z marszu wyniosła zespół na największe europejskie sceny Metalowej muzyki. Album jest nieco mniej surowy niż jego poprzednik, brzmi znacznie lepiej, potężniej, czyściej i wnosi kolejną porcję znakomitych, nośnych melodii, kapitalnych riffów i znakomitych wokali Joacima Cansa. Kawał świetnej roboty odwalił również Patrik Rafling. Rzadko kiedy można w klasycznym Heavy Metalu posłuchać tak świetnej pracy perkusji, tak kipiącej energią i wyczuciem.
Kompozycje na "Legacy of Kings" są dziełem przede wszystkim Oscara Dronjaka, Joakima Cansa oraz... Jespera Stromblada! Gitarzysta In Flames był już w praktyce poza zespołem, lecz wciąż jeszcze pomagał przy powstawaniu tego materiału zanim podjął ostateczną decyzję o poświęceniu całej swojej uwagi wspomnianemu In Flames. Na albumie znalazła się również kompozycja stworzona przez Andiego Mucka oraz Martina Albrechta ze Stormwitch - "At the End of the Rainbow" (pierwotnie z niedokończonym tytułem "At the End of?"). Andy odezwał się swojego czasu do Oscara z informacją, że ma dla nich numer, który będzie bardzo pasował do ich twórczości. Była to ogromna nobilitacja, tym bardziej, że Stormwitch był jedną z najważniejszych inspiracji w twórczości Hammerfall. Zespół postanowił oddać też hołd innej ważnej dla nich grupie, dodając do płyty cover "Back to Back" Pretty Maids. Chcieli tym krokiem przybliżyć ten klasyczny już zespół młodszej grupie fanów i przypomnieć ich debiut "Red Hot & Heavy".


Produkcją płyty, podobnie jak to miało miejsce w przypadku "Glory to the Brave", zajął się Fredrik Nordstrom (Studio Fredman, Gothenburg). Swoją pracą i oddaniem przyczynił się w sporej części do zbudowania charakterystycznego brzmienia Hammerfall. Na "Legacy of Kings" udzielił się również grając na pianinie w zamykającej płytę balladzie "Fallen One". Tak jak debiut powstawał w pośpiechu (grupa miała tylko 17 dni w studio, aby ukończyć cały proces nagrywania, miksów i masteringu), tak w przypadku "Legacy of Kings" mieli na to całe 2 miesiące, można było wszystko dopracować. I efekt jest słyszalny!
Przy okazji nagrywania płyty powstały również tak świetnie odegrane covery jak "Man on the Silver Mountain" Rainbow, "Eternal Dark" Picture oraz "I Want Out" Helloween (z gościnnym udziałem Kai Hansena). Zawsze darzyłem w tej kwestii Hammerfall ogromnym szacunkiem. Potrafili zagrać nieswoje numery w taki sposób, że totalnie pasowały do ich repertuaru, a jednocześnie były bardzo wierne oryginałom, to nie lada sztuka.
"Legacy of Kings" okazał się jeszcze większym sukcesem niż "Glory to the Brave" i zaowocował trasami u boku takich grup jak Gamma Ray, Jag Panzer, Raven i Tank oraz dał im pierwszą headlinerską trasę z Primal Fear, Labirynth oraz Pegazus w roli supportu.
Accept, wspomniane wcześniej Stormwitch czy Picture, Helloween, Warlord, Heavy Load, Judas Priest - echa wszystkich tych zespołów składają się na muzykę Hammerfall, ich styl i estetykę, której hołdowali wtedy i której cześć oddają po dziś dzień. Omawiana tu płyta to opus magnum ich twórczości, a osobiście jeden z moich ulubionych krążków wszech czasów. To symbol ścieżki, którą zespół niegdyś obrał i z której do tej pory nie schodzi!
Poniżej możecie zobaczyć wspomniane rocznicowe wydanie "Legacy of Kings". Składają się na nie 2 płyty cd z albumem, coverami oraz materiałem live, oraz DVD z ekskluzywnym wywiadem z całym składem tworzącym album i wybranymi nagraniami z video "The First Crusade" oraz "Templar Renegade Crusades". Do tego dochodzi jeszcze opasły booklet ze wspomnieniami, mnóstwem zdjęć i memorabiliów oraz tekstami utworów. Dla fanów mus absolutny!


English version:

Released in 1998, the second, full-length Hammerfall album is one of the records that will stay with me for til death, or even longer. An album that I will never get bored with, which I will never stop listening to. My personal classic, which is associated with a lot of memories and nostalgia. "Legacy of Kings" was one of the first three Metal albums, which I bought while I was still a kid, and Hammerfall was the first band I discovered myself. I remember like it was today (and in reality 15-16 years ago), how intriguing its cover was, which stands out from the others at the local music stand exhibition. It caught my eye so much that I bought the record without hesitation (it was a license issue of our Metal Mind). It was a hit! Already the first sounds of the opening "Heading the Call" took me over for good, and then I absorbed the whole album. In December last year, Nuclear Blast released a special edition for the 20th anniversary of the release of the album. There was no option that I would not reach for it. This edition is a pretext to recall this Heavy Metal monument, bring back some memories and stories associated with it, tell about the album, which appeared like thunder at a time when hardly anyone played like that anymore.
"Legacy of Kings" is the older brother of the debut album "Glory to the Brave" - ​​a record that made Hammerfall so famous and took the band out on the march to the largest European Metal music scenes. The album is a bit less raw than its predecessor, sounds much better, more powerful, cleaner and brings another portion of great, powerful tunes, outstanding riffs and excellent vocals of Joacim Cans. Patrik Rafling also did a great job. It is rarely possible to listen to such a great work of percussion in a classic Heavy Metal, one so full of energy and sense.
The compositions for "Legacy of Kings" are the work of, above all, Oscar Dronjak, Joakim Cans and ... Jesper Stromblad! In Flames guitarist, he was already in practice no longer in the band, but he was still helping with the creation of this material before he made the final decision to devote all his attention to the mentioned In Flames. The album also includes a composition created by Andy Muck and Martin Albrecht of Stormwitch - "At the End of the Rainbow" (originally with an unfinished title "At the End of?"). Andy called Oscar once, telling him that he had a composition for them that would suit their work. It was a huge ennoblement, the more that Stormwitch was one of the most significant inspirations for Hammerfall. The band decided to pay homage to one more group important for them, by adding a cover of "Back to Back" by Pretty Maids. They wanted to introduce this classic band to a younger group of fans and recall their debut "Red Hot & Heavy".
The production of the album, as it was with "Glory to the Brave", was conducted by Fredrik Nordstrom (Studio Fredman, Gothenburg). Through his work and devotion, he contributed a lot to building the characteristic Hammerfall sound. On "Legacy of Kings" he also played the piano on the "Fallen One" ballad. Just like the debut was created in a hurry (the group had only 17 days in the studio to complete the whole process of recording, mixing and mastering), in the case of "Legacy of Kings" they had whole 2 months - they could focus on everything. And the effect can be heard!
During the recording of the album also such well-performed covers were made - Rainbow's "Man on the Silver Mountain", "Eternal Dark" by Picture and "I Want Out" by Helloween (with guest participation by Kai Hansen). I have always had great respect in this matter towards Hammerfall. They could play other bands stuff in such a way that they totally matched their repertoire, and at the same time they were very faithful to the originals, it's not an easy art to do so.
"Legacy of Kings" turned out to be even more successful than "Glory to the Brave" and resulted in tours alongside such groups like Gamma Ray, Jag Panzer, Raven and Tank, and gave them the first headlining tour with Primal Fear, Labirynth and Pegazus as support .
Accept, the previously mentioned Stormwitch or Picture, Helloween, Warlord, Heavy Load, Judas Priest - the echoes of all these bands can be heard in Hammerfall's music, in their style and aesthetics, all of which they worshiped at that time and which they honor to this day. Record discussed here is their opus magnum, and personally one of my favorite albums of all time. It is a symbol of the path that the band once chose and which they did not left!
Below you can see the mentioned anniversary edition of "Legacy of Kings". It consist of two CD's with an original album, covers and live material, and a DVD with an exclusive interview with the line-up responsible for creating the album, and selected recordings from the video "The First Crusade" and "Templar Renegade Crusades". A thick booklet with memories, lots of photos and memorabilia, and song lyrics is also added here. Absolute must for the fans!









wtorek, 30 kwietnia 2019

Blind Guardian- Nightfall In Middle-Earth (Virgin 1998/ Nuclear Blast 2018)

Może nie jest to mój ulubiony album Blind Guardian, ale mam do niego spory sentyment i co jakiś czas z ogromną chęcią do niego wracam. Napisać o nim postanowiłem, jako, że dorwałem ostatnio ubiegłoroczne, dwupłytowe wznowienie z Nuclear Blast i jakoś tak ten sentyment się uruchomił ponownie. Bądź co bądź, był to pierwszy album tej niemieckiej ekipy jaki niegdyś usłyszałem.
"Nightfall In Middle-Earth" to pierwszy koncept album w dorobku Blind Guardian, a po "Imaginations From the Other Side" najbardziej kompleksowy i bogaty jaki udało im się nagrać (przynajmniej moim zdaniem). Płyta poświęcona jest jednemu z wątków "Silmarillion" J.R.R. Tolkiena, i co ciekawe, zadedykowanie albumu tej książce nie pojawiło się od razu. Początkowo w planach był "Pierścień Nibelungów", powstały nawet teksty do tego własnie konceptu, które potem zostały zmienione. Rozważana była również saga o Merlinie, lecz ostatecznie uwielbienie Hansiego dla świata stworzonego przez Tolkiena zwyciężyło. W sumie bardzo dobrze się stało, bo dzięki temu powstało oryginalne dzieło. Tematykę "Pierścienia Nibelungów" wykorzystał już chociażby Grave Digger, czy Mystic Circle. I co warto jeszcze zaznaczyć, Hansi uważa, że to najlepsza płyta w ich dorobku.
Album powstawał zarówno przed wejściem zespołu do studia, jak i w trakcie nagrań, prace trwały niemal do ostatniej możliwej do wykorzystania chwili. Koncept okazał się być bardzo wymagający. Nie tylko ze względu na sporą ilość kompozycji, ale również umieszczonych między nimi narracyjnych przerywników. Nie zapominajmy również o presji jaką zostawił poprzedni album- "Imaginations From the Other Side". Poprzeczka była podniesiona bardzo wysoko.
Uważam, że zespół sprostał wyzwaniu. Może nie przebija to "Imaginations..." (to opinia subiektywna), ale forma jest utrzymana, a materiał, chodź inny, wciąż jest równie dobry. Mamy tu takie klasyki jak "Into the Storm", "Mirror Mirror", "Nightfall", czy niesamowicie nastrojowy i emocjonalny "Blood Tears". Zresztą cała płyta jest wypełniona tymi właśnie cechami, acz ten utwór jest ich najlepszym przykładem. Każdy z tych numerów, jak i większość pozostałych, sprostał próbie czasu i cały czas świetnie się broni. Mamy zatem do czynienia z dziełem, mówiąc szczerze, ponadczasowym i wyróżniającym się w historii muzyki Metalowej, a i sceny lat 90-tych. Pozwolę sobie nawet stwierdzić, że dzięki "Imaginations..." oraz "Nightfall In Middle Earth" Blind Guardian może poszczycić się posiadaniem na koncie jednych z najlepszych albumów Metalowych jakie powstały w ostatnim dziesięcioleciu XX wieku. Nie dość, że płyta jest ambitna, to i bogata w wiele inspiracji i totalnie niepodległa jeżeli chodzi o jakąś szufladkę w Metalowym rzemiośle. Miesza się tu ze sobą Power Metal, Thrash, elementy progresywnego grania, a nawet folku. Jest to przykład płyty, którą wypada znać. Może nie od razu lubić, bo gusta są różne, ale z pewnością szanować.
Z tą płytą wiąże się też pewna ciekawostka, może nie z samą muzyką, a jej promocją. Wytwórnia stwierdziła, że ciekawym posunięciem byłoby gdyby zespół zaprezentował się na zdjęciach w jakiś średniowiecznych ciuchach, czego do tej pory nie praktykowali i nie chcieli praktykować. Mieli swój styl, którego trzymali się od samego początku. Niemniej jednak zgodzili się na ten jeden wyjątek. I tak oto w czasie gdy ukazała się płyta można było ich oglądać w takiej właśnie stylizacji fantasy,która szybko została porzucona.
Poniżej wspomniana na początku tekstu najnowsza reedycja niniejszej płyty. Poza oryginalną wersją płyty zawiera również jej poddaną remiksowi wersję oraz szczyptę bonusów. Mówiąc szczerze te ponowne miksy nie wyszły najlepiej. Niby uwypuklone zostały pewne uprzednio bardziej schowane w tle elementy, ale odbyło się to kosztem dynamiki i samego brzmienia, które moim zdaniem uległo spłaszczeniu, co niestety w przypadku Blind Guardian nie działa na plus. Przecież gro ich kompozycji czerpie swoją dodatkową siłę właśnie z mocnego, wyrazistego brzmienia. Całe szczęście, na drugim dysku dostajemy oryginał. Poza tym, reedycja jest udana. Ciekawym zabiegiem było zachowanie oryginalnych grafik zdobiących album poszerzając je w środku o nowe. Co prawda w innym stylu, ale klimat zachowany. W środku trochę wspomnień każdego z członków zespołu, także i poczytać jest co. Co prawda znajdziemy tu niemal dokładnie to samo co w poprzednich wznowieniach, zmienił się tylko wydawca, ale jest to bardziej dopracowane i już warte swojej ceny. Jak ktoś ma pierwsze wydanie, to nie namawiam tu do zakupu, ale jeżeli nie, a lubi te wszystkie wspomniane smaczki, to warto sięgnąć.





poniedziałek, 30 lipca 2018

Blind Guardian- Tales from the Twilight World (No Remorse Records 1990/ Nuclear Blast 2017)

Mój ulubiony album Blind Guardian, od zawsze na zawsze! Płyta, która zdefiniowała ich styl, pozwoliła się wybić i przerosła swoje dwie poprzedniczki i to o niemal przysłowiowe lata świetlne. Album kipi od energii, pomysłów, miejscami niemal queenowskich aranżacji (co już konkretnie da o sobie znać na "Somewhere Far Bayond") i nietuzinkowej atmosfery. Co ciekawe, utwory na album powstawały podczas tzw. jam sessions, one po prostu samoistnie rodziły się z pasji ich zaangażowania w granie. Jak na czas w którym ukazał się "Tales from the Twilight World" nie znajduję zespołu w podobnych klimatach, który stworzyłby tak natchniony i świdrujący mózgownicę materiał. Miesza się tu zarówno Power i Thrash metal, jak i elementy klasycznego Heavy oraz odrobiny Metalu Progresywnego. No i te solówki, Andre i Marcusa po prostu wymiatają aż drzazgi lecą! Całość podpiera mocarna perkusja Thomasa, a wieńczy charakterystyczny, silny wokal Hansiego. Nie tak znowu wiele jest zespołów w których zaistniał tak zgrany i świetnie uzupełniający się skład, była chemia.
Na albumie znalazło się sporo klasyków, które zespół od tamtego czasu niemal zawsze grywa na swoich koncertach. Mamy tu otwierający płytę "Traveller in Time", kultowy "Welcome to Dying", pierwsza klasyczna ballada w repertuarze grupy "Lord of the Rings" (za każdym razem wzbudza te same nostalgiczne emocje, ech...) oraz "Lost in the Twilight Hall" z gościnnym udziałem Kai Hansena (ex Helloween, Gamma Ray). Warto też zwrócić uwagę na tu i ówdzie flirtujący swoimi galopadami z konkretnym Speed Metalem "Tommyknockers". Także pojawia nam się tu kolejny rodzaj metalowej sztuki, której elementów możemy doszukać się na "Tales from the Twilight World". To wszystko świadczy o wielkości tego dzieła, a może przede wszystkim jego bogactwa brzmieniowego. Dla samego zespołu jest równie ważne i znaczy koniec pewnego okresu działalności, a początek nowego. Muzycznie był to niesamowity krok naprzód. Wydanie albumu zwieńczyła trasa razem z Iced Earth, którzy w tamtym momencie debiutowali wydając swój pierwszy długograj. Warto też wspomnieć, tak już na marginesie, że jest to pierwsza płyta z okładką autorstwa Andreasa Marschalla, którego dzieła będą przez dłuższy czas wieńczyły krążki Blind Guardian i które, poniekąd staną się jednym ze znaków rozpoznawczych zespołu. Na koniec powiem tylko jedno, niemiecka scena metalowa może być dumna z takich dzieł, a nawet powinna!


piątek, 16 marca 2018

Hellhaim- Slaves of Apocalypse (wydanie własne 2017)


Moje pierwsze spotkanie z tą warszawską ekipą. Patrząc na artwork albumu spodziewałem się jakiegoś technicznego Death Metalu. Odpalam płytkę, a tu najpierw uderza we mnie klawiszowe intro (z resztą tych klawiszowych wstawek jest na płycie więcej) w stylu mniej więcej Dimmu Borgir z czasów "Enthrone Darkness Triumphant" (!), a potem Heavy/Power metalowa galopada będąca wypadkową takich klasyków jak Gamma Ray, Accept, Judas Priest czy Helloween, oraz nieco nowszej generacji jaką reprezentuje np. Stormwarrior czy Crystal Viper. Także zaskok totalny! Nawet i NWOBHM się tu zakradło, dobry tego przykład to chociażby "Lawless". Tylko w warstwie wokalnej oko puszcza częściowa estetyka Thrashu/ Death metalu, bo mamy tu nie tylko mocne, czyste, wysokie wokale, a e także niskie, złowieszcze, zachrypnięte co nadaje niespodziewanego, agresywnego pazura. Ciekawie kontrastuje z wspomnianymi wcześniej typowo Power/ Heavy metalowymi elementami. Poza pełnymi energii, chwytliwymi kanonadami przewalającymi się przez cały materiał, mamy także momenty balladowe, na przykład w tytułowym "Slaves of Apocalypse", jakże charakterystyczne wymienionych klasyków, których twórczością inspiruje się Hellhaim. Cóż, jednym słowem oryginalna, urozmaicona i osadzona w zacnych wzorcach płyta. Byłem pozytywnie zaskoczony i pewnie co jakiś czas sobie do tego krążka wrócę. Dla fanów Power i Heavy Metalu jak najbardziej rekomendowane! I nie niech nie zwiedzie was okładka!



sobota, 5 sierpnia 2017

Blind Guardian- Follow the Blind (No Remorse 1989/ EMI 2007)

Wczesne albumy niemieckiego Blind Guardian to perfekcyjna mieszanka power, speed oraz thrash metalu z nieznacznymi, progresywnymi naleciałościami. Coś jakby wrzucić do jednego kotła takie grupy jak chociażby Testament, Metallica, Fates Warning, Forbidden, Iron Maiden czy Helloween i porządnie zamieszać. Zespołowi w swojej dziedzinie udało się stworzyć coś totalnie oryginalnego i niepodrabialnego, ich stylu i brzmienia nie da się pomylić z nikim innym, przynajmniej ja tak uważam. Ma w tym także spory wkład nietuzinkowa barwa głosu Hansiego Kurscha, oraz osadzona w fantastyce warstwa tekstowa (zwłaszcza w świecie stworzonym przez Tolkiena).
Nagrany w 1989 "Follow the Blind" jest naturalną, ale dojrzalszą i wyraźnie dopracowaną kontynuacją debiutanckiego "Battalions of Fear". Powstał album cięższy, bardziej agresywny (bardziej thrashowy od swojego poprzednika), dopracowany brzmieniowo i co więcej wprowadzający do historii grupy dwa nieśmiertelne klasyki z ich repertuaru, mianowicie "Banish from Sanctuary" oraz potężna "Valhalla" (w której gościnnie wystąpił na gitarze i wokalu sam Kai Hansen), utwory, które zespół grywa na koncertach regularnie po dziś dzień. Uważam, że i podniosły, a jednocześnie bardzo nośny i epicki "Hall of the King", także zasługuje tu na wyróżnienie. Największym atutem "Follow the Blind" jest ewidentnie bardzo solidna, mocna sekcja rytmiczna oraz fenomenalna praca gitar (solówki jak i same riffy takie, że klękajcie narody, po prostu porywające!). Płyta godna polecenia każdemu maniakowi metalowej klasyki lat 80-tych, oraz niemieckiej sceny metalowej tamtych lat. Obok Running Wild, Warlock i Helloween to dla mnie absolutny top.
Tak jak pierwszemu albumowi towarzyszyła konkretna trasa koncertowa, tak promocja "Follow the Blind" o dziwo ograniczała się tylko do regularnych, pojedynczych koncertów. Grupa znacznie więcej czasu poświęcała wtedy na próby i prace nad kolejnym materiałem. Po ukazaniu się winylowej wersji albumu zespół został poproszony o nagranie bonusowych kompozycji na kompaktową wersję płyty. Jako, że nie mieli żadnych utworów pozostałych z sesji, postanowili nagrać dwa covery. Tak oto na krążku znalazły się ich dobrze znane wersje kawałków Demon "Don't Break the Circle" oraz "Barbara Ann" zespołu The Regents.
Teraz kilka słów odnośnie przedstawionej poniżej reedycji. Wszystko byłoby super, serio, gdyby nie zwalony remastering. Czasem takie zabiegi wychodzą dobrze i płyta autentycznie zyskuje nową jakoś, ale w tym przypadku nie udało się tego osiągnąć. Brzmienie jest tu nieco płaskie, pozbawione pewnej głębi i niesamowicie sterylne, aż sztuczne. Oczywiście da się tego słuchać, ja jakoś z braku wybujałej wybredności daję radę, po czasie człowiek przywyka, ale w konfrontacji z oryginałem sprawa wypada naprawdę kiepsko. Jedynymi elementami, które ratują to wydanie to jego forma wizualna oraz ciekawe liner notes, zarówno od dziennikarzy muzycznych, jaki i samego zespołu. Niewiele, no ale zawsze to jakiś pozytyw. Jak jest szansa to zalecam sięganie po starsze wydania, pozwoli to w pełni delektować się tym genialnym materiałem.



niedziela, 18 czerwca 2017

Helloween- Keeper of the Seven Keys pt. I (Noise Records 1987/ Castle Music, Sanctuary 2006)

Pierwsza piątka moich płyt wszech czasów, album który nigdy nie przestanie mnie wciągać, zachwycać i co tam jeszcze chcecie. Sentyment, masa wspomnień i niezmierzona wręcz frajda ze słuchania, tyle lat i płyta nie potrafi sobą zanudzić, choćbym nie wiem ile ją katował.
Helloween to, obok takich potęg jak Accept, Running Wild czy Grave Digger, niezaprzeczalnie piedestał niemieckiego heavy metalu. Ich pierwsze trzy płyty to ścisła klasyka zarówno dla wspomnianego, tradycyjnego heavy metalu, jak i podwaliny dla tworu zwanego powszechnie power metalem. "Keeper of the Seven Keys pt.I" to dla mnie swoiste opus magnum całego ich dorobku (rzecz jasna szacun dla II-ki i "Walls of Jericho" bo to także wybitne dzieła). Ten album jest pięknym przykładem sztuki skończonej, która nie zawiera ani jednego zbędnego elementu i która bez jakiegokolwiek z nich nie byłaby tym samym. Pierwotnie album miał być materiałem dwupłytowym, bez podziału wydawniczego na cz. I i II. Niestety wytwórnia nie wyraziła na to zgody, przez co pierwszego z Keeperów świat ujrzał w 1987, a drugiego rok później. Album jest wręcz kopalnią różnego typu kompozycji, mamy świetne, budujące klimat oraz atmosferę intro i outro, które znakomicie otwierają i zamykają owe dzieło, wypełnione świetnymi melodiami i riffami galopady w postaci "I'm Alive", "A Little Time" czy, po dziś dzień jednego z największych hitów Helloween, "Future World". Mamy majestatyczny, prawie epicki "Twilight of the Gods", niemal prog metalowy, skomponowany w całości przez Hansena "Helloween" oraz jedną z lepszych ballad w gatunku jakie do tej pory słyszałem czyli "A Tale That Wasn't Right". Owa płyta to także zmiana na pozycji wokalisty. Kai Hansen, który do tamtej pory musiał obsługiwać zarówno wokal jak i gitarę, został w tej pierwszej kwestii odciążony przez młodego i niesamowicie utalentowanego Michaela Kiske, obdarzonego bardzo charakterystyczną barwą głosu i prawie halfordowskimi "górami". Wpasował się w grupę z marszu i już na pierwszym albumie w jej barwach pokazał niesamowitą klasę. No i czego tu chcieć więcej? Takie dzieła łyka się bez popitki i zapamiętuje na całe życie, i nie trzeba ich polecać, jest to absolutnie zbędne!
Poniżej przedstawiałem posiadaną przez siebie reedycję Keepera I, wydaną w 2006 roku. Poza oryginalnym rozkładem jazdy posiada parę bonusów z których najciekawszym jest nagrany ponownie, tym razem z Kiske na wokalu, "Victim of Fate" (śmiem twierdzić, że wyszedł równie dobrze jak wersja z EP "Helloween") oraz "Starlight", który znalazł się oryginalnie na singlu "Future World".


sobota, 12 listopada 2016

Hammerfall- Built to Last (Napalm Records 2016)

No i mamy kolejny, już dziesiąty, studyjny album Hammerfall. Zanim zasiadłem do pisania przesłuchałem go trzykrotnie, żeby upewnić się co do werdyktu. Z pewnością jest to album trzymający poziom, aczkolwiek tym razem obeszło się bez fajerwerków. Zabrakło mi tu utworów, które znacząco wychodziłyby przed szereg, wyjątkiem jest tu jedynie "Sacred Vow" z tradycyjnym, hammerfallowym feelingiem i istotnie chwytliwym refrenem. Reszta płyty jest po prostu przeciętna, nie jest źle, ale szału też nie ma. Zespół po prostu zaserwował nam kolejny album w charakterystycznym dla siebie stylu, ni mniej, ni więcej. Jako tako mogą się prezentować "Built to Last" oraz "Derthrone and Defy", może "Second to None", ale nie jest to ich szczytowa forma, tego typu rzeczy potrafią grać lepiej, i tak naprawdę po odsłuchu nic szczególnie się nie zapamiętuje, ma się tylko ogólny obraz całości, że po prostu było przyzwoicie, ale nic ponad to. Co się tyczy brzmienia jest oczywiście zadowalające jak to już poprzednio bywało, dynamiczne, przejrzyste, jest ok.
Odkładając na bok warstwę muzyczną tego wydawnictwa, chciałbym pochwalić autentycznie udaną okładkę. Wykonają ją Andreas Marschall odpowiedzialny za warstwę graficzną pierwszych 3 albumów oraz przedostatniego "(R)evolution". Ponownie korzystanie z jego usług w tym zakresie uważam za pomysł bardzo trafiony, w końcu to on powołał do życia Hektora, który pojawił się na okładkach 9 z 10 albumów Hammerfall. Oby wznowiona współpraca na tym tle trwała nadal.
Cóż, tym razem jestem raczej skąpy w pochwałach, no ale niewiele jest tu do chwalenia, taka prawda. Mając porównanie z poprzednią płytą "(R)evolution", na której było kilka naprawdę dobrych numerów, które chwytały momentalnie, "Built to Last" wypada bardzo blado. Nie wiem jak to będzie w przyszłości, może za jakiś czas ta płyta ukaże przede mną coś czego w tej chwili nie słyszę, to nie jest wykluczone. Dlatego też, moja ocena nie jest mocno wiążąca i życzyłbym sobie, jako wieloletni fan Hammerfall, żeby kiedyś uległa zmianie.


środa, 9 listopada 2016

Hammerfall- Glory to the Brave (Nuclear Blast 1997/ 2017)

Jak już kiedyś wspominałem, apropos płyty "Legacy of Kings", Hammerfall był pierwszym zespołem, który odkryłem samodzielnie gdy zaczynałem stawiać swoje pierwsze kroki w świecie metalu. Nikt mi ich nie podsunął, nigdzie wcześniej ich nie słyszałem, po płytę sięgnąłem, przyznając się, za sprawą okładki. Opłaciło się i wybór był jak najbardziej trafiony, jako że od tamtego czasu ta heavy/ power metalowa grupa ze Szwecji to ścisła czołówka moich ulubionych zespołów ze wspomnianych styli/ gatunków.
No ale do rzeczy. "Glory to the Brave" to, jak zapewne większość z was wie, debiutancki krążek Hammerfall. W 1997 roku kiedy został wydany był swoistym manifestem faktu, że tradycyjne heavy metalowe granie, okraszone pewną dozą melodyjności, wciąż ma się dobrze i zmierza ku odrodzeniu. Szwedzi czerpali w swej muzyce z najlepszych wzorców takich jak Rainbow, Judas Priest, Stormwitch, Loudness, Accept czy Helloween, tworząc swój własny, charakterystyczny styl. Nie tylko ich muzykę łatwo można rozpoznać, czysty, mocny głos Joakima Cansa jest jedyny w swoim rodzaju. Album zbierał bardzo dobre recenzje przez co rosły oczekiwania wobec zespołu, któremu wg. niektórych entuzjastów ciężkich brzmień nie sprostali. Cóż, nad gustami dyskutować nie należy. Bądź co bądź, w czasie gdy ukazała się płytka byli jednym z objawień Heavy Metalu, który w latach 90-tych był nieco w odwrocie
Na "Glory to the Brave" składa się dziewięć wyśmienitych kompozycji. Płyta jest bardzo spójna, świeża, pełna enrgii i świetnie brzmiąca. Takie klasyki jak "The Dragon Lies Bleeding", "Hammerfall" czy "Steel Meets Steel", mówią same za siebie i grane są przez zespół na koncertach po dziś dzień. Mamy tu także miejsce na ballady, lekko ckliwe "I Believe", którego na dobrą sprawę mogłoby tu nie być, oraz dobrze znany, tytułowy "Glory to the Brave" (podobno gdy zespół wykonuje go na żywo poza zamkniętymi salami koncertowymi prawie zawsze zaczyna wtedy padać deszcz, przypadek?). Obecne są i bezpośrednie odniesienia do heavy metalowych brzmień lat 80-tych- cover Warlord "Child of the Damned" oraz marszowy "Stone Cold". Połączenie tradycyjnych heavy metalowych struktur z wpadającymi w ucho melodiami dało naprawdę zacny efekt i płyty słucha się jednym tchem z ochotą na powtórkę.
W późniejszych latach i wraz z kolejnymi płytami Hammerfall zyskiwał sobie zarówno fanów jaki i przeciwników. Zarzucano im przeróżne rzeczy, wyśmiewano, hejtowano, robiono anty-Hammerfallowe koszulki, no stek bzdur, dziecinada i poziom poniżej poziomu. No ale cóż, zespołu to nie zraziło i dalej robili i robią swoje, wciąż moim zdaniem trzymając formę i racząc swoich zwolenników dobrymi, a nawet bardzo dobrymi płytami. Wiadomo, nie każdy lubi heavy/ power metalową estetykę i teksty bazujące na świecie fantastyki gdzie pełno bitew, smoków, magii i wszelkiego rycerstwa, ale debiut Szwedów to naprawdę klasa sama w sobie i warto po tą płytę sięgnąć. Kto nie miał jeszcze okazji posłuchać to szczerze zachęcam.
Poniżej przedstawiam zarówno 1-wsze kompaktowe wydanie tego albumu, jak i jego rocznicowe wznowienie poszerzone o całe mnóstwo bonusów live, całe DVD "The First Crusade", obszerny wywiad z muzykami przeprowadzony specjalnie na okazję tego wydawnictwa oraz cały koncert z Dynamo Festival 98'. Nie zabrakło też opasłej książeczki z całą historią powstawania płyty, losami zespołu z tamtego okresu oraz mnóstwem archiwalnych zdjęć i pamiątek. Nuclear Blast uczcił tę płytę tak jak należy, na bogato i wyczerpująco, nie ma do czego się przyczepić. Box ewidentnie wart jest swojej i tak niewygórowanej ceny (65zł), także polecam mocno.









środa, 14 września 2016

Gamma Ray- Sigh No More (Noise 1991)

Po raz kolejny trafia na warsztat recenzencki heavy/ power metalowy Gamma Ray. Tym razem omówię płytę z tzw, okresu z Scheepersem na wokalu.
"Sigh No More" to drugi, wydany w 1991, pełny album zespołu Hansena, i jeden ze słabiej ocenianych i często bagatelizowanych. Tymczasem to kolejna płyta, która na przekór większemu zainteresowaniu ekstremalnymi brzmieniami w latach 90-tych dawała znać, że muzyka, którą zespół reprezentował ma się dobrze i potrafi przetrwać niekorzystny dla siebie czas.


Dwójeczka Gamma Ray to autentycznie świetny krążek. Ma fajne, mocne, przejrzyste brzmienie. Ralf Scheepers pokazuje na nim wokalnie, iż późniejsze nie przyjęcie go w szeregi Judas Priest po odejściu Halforda było ogromnym błędem. Kompozycyjnie album też jest naprawdę niczego sobie. Utwory nie zlewają się, są rozpoznawalne, bardzo nośne, ze sporą dawką energii. Każdy komu Gamma Ray nie jest obcy powinien kojarzyć takie kawałki jak chociażby "Rich and Famous" z chwytliwym refrenem czy potężny "Dream Healer". Warto wyróżnić tu jeszcze "One with the World" do którego notabene nakręcono teledysk oraz "Countdown" widniejący na trackliście jako bonus (nie rozumiem tego zabiegu skoro znalazł się na każdym wydaniu płyty).
Mamy tu dość widoczne zmiany w stosunku do "Heading for Tomorrow". Płyta jest jakby bardziej melodyjna, bardziej przebojowa i dopracowana produkcyjnie, aż dziw bierze, że nie odniosła przynajmniej takiego sukcesu jak jej poprzedniczka. Wydaje mi się, że wykonawczo zespół podkręcił nieco śrubę na tej płytce, czuję w tym więcej pasji i ognia.
Czas pierwszych trzech płyt Gamma Ray ma swój smaczek, to trochę inne granie od tego które zespół wypracował wraz z "Somwhere out in Space". Mniej jest śmigających gitar, mniej rozmachu, a więcej typowo heavy metalowych struktur. "Sigh no More jest taką niedocenianą perełką, z którą warto się zapoznać, ja osobiście szczerze ją polecam.


wtorek, 6 września 2016

Gamma Ray- Power Plant (Noise 1999)

Jedna z ciekawszych płyt w dorobku Gamma Ray, sporo fajnych chwytliwych melodii i riffów. Godny następca znakomitego "Somewhere Out in Space". Płytka ma niesamowicie pozytywny wydźwięk, jak się tego słucha to od razu humor się poprawia i wstępuje w człowieka potężna dawka energii.


Dla niektórych z was, wydany w 1999 "Power Plant", może wydać się zbyt lekki, może nazbyt przystępny, ale w pewnym sensie to jest jego atut, cecha charakterystyczna. Powstała płyta bardzo nośna, momentalnie łapiąca uwagę słuchacza. Świetny przykład to "Send me a Sign" oraz "Short as Hell" z bardzo fajnym, marszowym motywem przewodnim. Są też kawałki z kopem i lekko epickim sznytem jak "Gardens of the Sinner", "Anywhere in the Galaxy" czy kończący płytę "Armageddon". Warto jeszcze wspomnieć o coverze Pet Shop Boys "It's a Sin" który zagościł zarówno na singlu jak i na płycie. Metalowy zespół nagrywający cover popowego hiciora, to może z pozoru budzić niesmak. Niepotrzebnie, takie zabiegi for fun całkiem dobrze wychodzą, robił to już min. Blind Guardian. I co źle było? Nie, wyszło genialnie, nowa jakość. Co się tyczy wokalu Kai'a to brak mi zastrzeżeń. Bardzo podoba mi się jego barwa głosu, i mimo że zdania co do jego wokali są podzielone, jak dla mnie powinien nas raczyć swoim głosem możliwie jak najdłużej. Jeden z bardziej rozpoznawalnych i oryginalnych głosów w heavy metalu.
Co się tyczy okładki do płyty. W jakimś stopniu przekazuje zawartą na niej muzykę i podobnie jak i inne artworki zespołu zdradza pewne power-metalowe naleciałości, czy może bardziej estetykę obecną w muzyce Gamma Ray, jak chociażby inspiracje czerpane głównie z fantastyki i science-fiction. W każdym razie jest rozpoznawalna. Po raz trzeci pojawia się na niej zakapturzony stwór obecny w grafikach zespołu po dzień dzisiejszy (gościł też na starych wydawnictwach Helloween).
Generalnie Gamma Ray deklasował w moim odbiorze to co poprzedni zespół Hansena nagrywał w latach 90-tych. "Power Plant" jest tego doskonałym dowodem. Kai znalazł sobie świetnych muzyków i swoim nowym projektem udowadniał w tamtym czasie, że heavy metal ma jeszcze coś do powiedzenia.





czwartek, 19 maja 2016

Highlow/ Wolfrider- Wolf Riding High & Low split (Defense Records 2015)

Dziś trochę rodzimej sceny. Ostatnio wpadł mi w ręce split lubelskiego Highlow z wrocławskim Wolfrider. Obie grupy oscylują wokół klimatów heavy/power/speed metalowych. Highlow bliżej ma do łojenia opartego na szybkości i galopujących riffach, słychać tu echa takich grup jak Running Wild (zwłaszcza w utworze The Scarecrow), Iron Maiden, Riot czy Exciter, głos wokalisty jest ostry i zadziorny co do tej stylistyki pasuje jak ulał.
Wolfrider jest natomiast bardziej melodyjny, z epickimi ozdobnikami, ale i tu gitary i perkusja potrafią szarżować niczym Maidenowski "The Trooper". Wokalnie jest łagodniej, nieco bardziej podniośle jak to w tego typu klimatach. Bliżej jest tu do grup spod znaku Dio czy Primal Fear.
Tak jak Highlow skłania się ku szybszym obszarom heavy metalowej sztuki, tak Wolfrider czerpie z jej bardziej tradycyjnej formy, nadając nieco bardziej melodyjny sznyt.
Powiem, że całkiem nieźle mi się tego splitu słuchało i uważam, że oba zespoły są bardzo obiecujące i chętnie sięgnę po ich pełne płyty, które mam nadzieję pojawią się w najbliższej przyszłości. Dobrze, że nie brakuje nam grup, które przekuwają swoją muzyczną pasję w czyn czerpiąc przy tym z najlepszych wzorców. Nic tylko polecać rzeczoną płytkę wszystkim fanom tradycyjnego heavy metalu, zacny muzyczny wypiek.