Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2019

1349 - Massive Cauldron of Chaos (Indie Recordings 2014)

Jako że jeszcze chwilę mi zejdzie z recenzją "The Infernal Pathway", postanowiłem przypomnieć na poczekaniu poprzedni krążek 1349. Panie i Panowie, jeżeli wciąż powstają takie płyty na norweskiej ziemi, to tamtejszy Black Metal jeszcze długo będzie miał coś do powiedzenia i to nie tylko w kwestii przeszłości. "Massive Cauldron of Chaos" to chwalebny powrót tego zespołu do brzmień ze swoich pierwszych dwóch wydawnictw i połączenie tamtej furii z nowymi pomysłami. Uwydatnienie tego thrashowego podłoża, jakie od zawsze tkwiło u podstaw muzyki 1349, mimo że, nie jest to może tak na pierwszy rzut oka oczywiste. Konkretne łojenie w najlepszym wydaniu. Co prawda, nie są to już tak surowe klimaty, bo warstwa brzmieniowa i kompozycyjna jest bardzo dopracowana, materiał jest dynamiczny, pełen mocy i przemyślany w najdrobniejszym szczególe. Jak to mawia sam Ravn, nigdzie nie jest powiedziane, że Black Metal musi brzmieć źle. Niemniej jednak kryje się w tym ta pierwotna furia tej grupy, nie ma tu kombinowania, po prostu konkretne uderzenie od początku do końca. Płyta jest bez wątpienia bardzo bezpośrednia i organiczna. Wystarczy posłuchać chociażby promującego ją "Slaves", mówi sam za siebie. Riffy na "Massive Cauldron of Chaos" są bardzo nośne, mocarne i świetnie zgrywają się z mrocznym i złowieszczym charakterem Black Metalowej sztuki wykonywanej przez 1349. Swoiste połączenie starej szkoły ze świeżym podejściem do tematu. O czym jeszcze warto wspomnieć to niesamowita forma zespołu; to już w końcu tyle lat, a grają tu na najwyższych obrotach, jakby pod wpływem jakieś nieokiełznanej siły; to bez wątpienia jeden z najbardziej agresywnych albumów w ich dorobku. Wokale Ravna na tym albumie to dowód na to, że jest w czołówce ludzi w swoim fachu, dopełniają tu dzieła niczym przysłowiowa wisienka na torcie, totalne zniszczenie! Podobne wnioski można też wysnuć w kwestii partii perkusji Frosta, nie siedzi gdzieś z tyłu, a siecze na tym samym poziomie co gitary i wokal, gra tutaj istotną rolę i jest znaczącym źródłem agresji wydobywającej się z tych nagrań.
Album nie jest może najdłuższy, trwa ledwo ponad pół godziny, ale za to rekompensuje ten fakt swoją wysoką jakością i ładunkiem emocji. Moim zdaniem 1349 jest obecnie jedną z wiodących grup norweskiej sceny, a takie albumy jak ten tylko ów fakt potwierdzają! Polecam wszystkim i każdemu z osobna!

https://www.facebook.com/1349official/
https://legion1349.wdex.siteman.no

English translation:

As I will leave the review of "The Infernal Pathway" for a while, I decided to remind the previous album of 1349. Ladies and gentlemen, if such records are still being made on Norwegian soil, then their Black Metal will still have something to say and not only in case of the past. "Massive Cauldron of Chaos" is the glorious return to the sound of their first two releases and a combination of that fury with new ideas. It emphasizes this thrash root that has always been at the heart of 1349 music, although it may not be so obvious at first glance. Concrete, intensive stuff at its best. It is true that there is no place for a raw production here, because the sound and composition layer is very refined, the material is dynamic, full of power and thought out to the smallest detail. As Ravn says himself, nowhere it is said that Black Metal must sound bad. Nevertheless, this group's original fury is hidden in it, there is no combination here, just a direct strike from beginning to end. The disc is undoubtedly very direct and organic. Just listen to the single "Slaves", it speaks for itself. Riffs on "Massive Cauldron of Chaos" are very strong, powerful and harmonize well with the dark and ominous character of Black Metal art performed by 1349. A peculiar combination of oldschool with a fresh approach to the subject. What else is worth mentioning is the amazing form of the band; it's been so many years, and they play here at the highest quality, as if under the influence of some unbridled force; it is without doubt one of the most aggressive albums in their career. Ravn's vocals on this album are proof that he is at the forefront of people performing vocals in this style, total destruction! Similar conclusions can also be drawn regarding the drum parts by Frost, it is not set somewhere in the back, but work at the same level as the guitars and vocals, play an important role here and are a significant source of aggression coming from these recordings.
The album is maybe not the longest, it lasts barely over half an hour, but it compensates for this fact with its high quality and emotional load. In my opinion, 1349 is currently one of the leading groups of the Norwegian scene, and such albums like this only confirm this fact! I recommend it to everyone!



sobota, 31 sierpnia 2019

Enslaved - Frost (Osmose Productions 1994/ Season of Mist 2014)

Po niezwykle udanym "Vikingligr Veldi", wydanym w barwach Deathlike Silence (niestety, Euronymous nie usłyszał już efektu nagrań grupy, a byłby dumny), po niespełna pół roku Enslaved uderzyli z kolejnym długograjem. Tym razem zrezygnowali z elementów symfonicznych, artyzmu, jakim odznaczał się poprzednik, na rzecz płyty bardziej surowej i mroźnej, bardziej gitarowej, szorstkiej. "Frost" to istotnie klimatyczny i brzmieniowy mróz, skuta lodem i smagana wichrem dźwiękowa połać. Płyta - poza konkretnie Black Metalowym sznytem w kwestii struktury kompozycji - może poszczycić się również niebanalną atmosferą, okazjonalnymi klawiszami, które przecinają co jakiś czas muzyczną nawałnicę oraz nieszablonowymi, nieco połamanymi riffami. "Frost" jest dziełem niepowtarzalnym, biorąc pod uwagę całą dyskografię Enslaved. Nigdy potem już takiej typowo "norweskiej" płyty nie nagrali, chociaż jej cechy obecne były już na "Hordanes Land", a potem na jeszcze na "Eld", jednak nie było to dokładnie to, co podali nam wraz z "Frost". Tematyka nordyckiej mitologii, jakiej hołduje w swoich tekstach zespół, została tu zapakowana w bardzo intensywną formę, to jakby połączenie Bathory z czasów "Twilight of the Gods" oraz "Hammerheart" z typowym brzmieniem Norweskiego Black Metalu, jaki reprezentowały wtedy chociażby Immortal, Mayhem, Gorgoroth czy Satyricon. Ale to, rzecz jasna, tylko przykładowe porównania. Enslaved stworzyli swój własny charakterystyczny styl i ta płyta jest jednym z elementów jego szlifowania i jedną z najbardziej odznaczających się materiałów Black Metalu pierwszej połowy lat 90-tych.
"Frost" był też pierwszą płytą Enslaved w barwach Osmose Productions, z którą współpracowali również przy kilku kolejnych płytach. Wydany z końcem 1994 roku album zwieńczyła wspólna trasa ze Szwedami z Marduk - "Winter War Tour", trwająca przez cały luty 1995 i składająca się z 20 koncertów na terenie całej Europy.

English version:

After the extremely successful "Vikingligr Veldi", released by Deathlike Silence (unfortunately, Euronymous did not have a chance to hear the effect of the group's recordings, and he would have been proud of what they achieved), in less than half a year Enslaved hit the scene with another full-length. This time they gave up the symphonic elements, the artistry of their predecessor, in favor of a more raw and frosty, more guitar-oriented and rough record. "Frost" has indeed a freezing climate and sound, creates a soundscape chilled with ice and windswept. The album, apart from specifically Black Metal finish in terms of the composition structure, can also boast an original atmosphere, occasional keys that cut the musical storm from time to time, and unconventional, slightly broken riffs. "Frost" is a unique work when taking into account the entire discography of Enslaved. They never recorded such a typical "Norwegian" album, although its features were already present on "Hordanes Land" and then on "Eld", but it was not exactly what they gave us with "Frost". The subject of Norse mythology, which the band adheres to in their lyrics, has been packed here in a very intense form, it is like the combination of Bathory from the period of "Twilight of the Gods" and "Hammerheart" with the typical sound of Norwegian Black Metal which was represented at that time by Immortal, Mayhem, Gorgoroth or Satyricon. But these are, of course, only comparisons. Enslaved created their own distinctive style and this record is one of the elements of its polishing, one of the most distinguishing Black Metal materials of the first half of the 90s.
"Frost" was also the first Enslaved album in the Osmose Productions catalogue, with whom they also collaborated on several subsequent albums. Released at the end of 1994, the album culminated in a joint tour with the Swedes from Marduk - "Winter War Tour", lasting throughout February 1995 and consisting of 20 concerts throughout Europe.


niedziela, 25 sierpnia 2019

Iron Maiden - Piece of Mind (EMI 1983/ Parlophone 2014)

Po oszałamiającym sukcesie "The Number of the Beast", który otworzył przed Iron Maiden hale koncertowe na całym świecie, przyszedł czas na album ugruntowujący ich pozycję. Takie wyzwanie stanęło przed "Piece of Mind".
Płyta nagrana została w marcu 1983 roku w Compass Point Studios w Nassau na Bahamach (miesiąc późnej AC/DC nagrywało tam swój "Flick of the Switch"). W porównaniu do wypełnionej hitami i odznaczającej się mięsistym brzmieniem poprzedniczki, "Piece of Mind" charakteryzował się w tej kwestii mniejszą selektywnością, niejako spłaszczeniem, natomiast wyeksponowana została mocno linia basu oraz wokal Dickinsona. Kompozycje tracą tu może na dynamice, nie ma tu już tej punkowej zadziorności, są nieco wolniejsze i dłuższe, ale to wcale albumowi nie umniejsza. Wraz z tą płytą Iron Maiden wypracowało własny charakterystyczny styl, wykraczający już poza estetykę stricte związaną z nurtem NWOBHM. Z nagrywaniem "Piece of Mind" wiązała się jeszcze jedna, a właściwie dwie istotne zmiany - ta na miejscu perkusisty, oraz fakt kompozycyjnych debiutów Bruce'a. Co się tyczy zmiany za perkusją, Clive Burr niestety nie sprostał życiu w trasie i musiał opuścić szeregi grupy, robiąc miejsce dla dotychczasowego perkusisty Trust, Nicko McBraina, który jest obecny w zespole po dziś dzień. Ta zmiana odcisnęła na zespole największe piętno, gra obu muzyków różniła się od siebie diametralnie. Clive to był żywioł, energia, natomiast Nicko - technika. Dickinson natomiast mógł wreszcie zacząć pisać swoje numery. Wcześniej uniemożliwiały mu to zobowiązania wobec swojej poprzedniej ekipy, zespołu Samson.
Na "Piece of Mind" składa się 9 utworów. W porównaniu do "The Number of the Beast" nie ma tu już tylu hitów, zaledwie dwa w postaci singlowych "Flight of the Icarus" oraz słynnego "The Trooper" - bez tej kompozycji w setliście nie może odbyć się żaden koncert Maidenów. Wbrew powszechnej opinii, która za najjaśniejsze punkty albumu wskazałaby jeszcze "Revelations", czy "Where Eagles Dare", ja skłaniam się, żeby takie miano przydzielić utworom "Still Life", "Quest for Fire", czy wieńczącemu materiał "To Tame a Land". Te utwory zapowiadały kompozycyjne zmiany, które wraz z kolejnymi płytami będą rozwijały się w pełnej krasie, przybierając coraz częściej nieco bardziej refleksyjny, złożony charakter niż ten czysto bezpośredni. Co się tyczy tego ostatniego, wspomnianego przed chwilą kawałka, może nie przebija "Hallowed be Thy Name", ani "Rime of the Ancient Mariner" z wydanego rok później "Powerslave", ale jest jak najbardziej poprawny i ładnie staje na podium obok dwóch wymienionych numerów, zajmując zaszczytne, trzecie miejsce.
Moim zdaniem do wyrównania z "The Number of the Beast" trochę brakowało, niemniej "Piece of Mind" sobie poradził i zabezpieczył pozycję grupy, owocując niespadającą sprzedażą płyt i kolejną ogromną trasą po całym świecie, na którą składało się 140 koncertów. Po latach album obrósł patyną i dołączył do grona najwybitniejszych albumów w dorobku Iron Maiden, bez wątpienia zasłużenie.

English version:

After the stunning success of "The Number of the Beast", which opened concert halls around the world for Iron Maiden, the time has come for an album to consolidate their position. Such a challenge was faced by "Piece of Mind".
The album was recorded in March 1983 at Compass Point Studios in Nassau, Bahamas (a month later AC/DC recorded its "Flick of the Switch" there). Compared to the predecessor, filled with hits and dominated by a fleshy sound, "Piece of Mind" was characterized by less selectivity in this matter, being a bit flattened, while the bass line and vocals of Dickinson were strongly exposed. The compositions might have lost their dynamics here, the punk buzz is no longer present, they are a bit slower and longer, but this does not weaken the record that much. With this album, Iron Maiden has developed its own, distinctive style, going beyond the strict aesthetics of NWOBHM. The recording of "Piece of Mind" was associated with one more, or actually two, significant changes - the one considering replacement of the drummer, and the fact of composing debuts of Bruce. As for the change behind the drums, Clive Burr unfortunately did not live up to the tour and had to leave the ranks making room for ex Trust drummer Nicko McBrain, who is present in the band to this day. This change left the biggest mark on the band, the style of both musicians was radically different. Clive was all about feeling, energy, and Nicko - a technique. Dickinson could finally start writing his compositions. Earlier he was prevented from doing that because of commitments to his previous band, Samson.
"Piece of Mind" consists of 9 songs. Compared to "The Number of the Beast", there are not so many hits here, just two in the form of single "Flight of the Icarus" and the famous "The Trooper" - without this composition in the setlist no Maiden concert can take place. Contrary to popular opinion, which would also indicate "Revelations" or "Where Eagles Dare" as the brightest points of the album, I tend to assign such title to "Still Life", "Quest for Fire" or "To Tame a Land" that ends the record. These songs heralded compositional changes which, along with subsequent albums, will develop in all their glory, becoming more and more often of a reflexive, complex character than the purely direct one. As for the last track just mentioned, it may not beat the "Hallowed be Thy Name" or "Rime of the Ancient Mariner" from the "Powerslave" released a year later, but it nicely stands on the podium next to the two others, taking honorable, third place.
In my opinion, the alignment with "The Number of the Beast" was a bit lacking, but "Piece of Mind" managed to secure the group's position, resulting in non-falling sales of records and another huge tour around the world, which consisted of 140 concerts. After years, the album turned patina and joined the list of the most outstanding albums among the Iron Maiden discography, undoubtedly deservedly.


sobota, 24 sierpnia 2019

Iron Maiden - The Number of the Beast (EMI 1982/ Parlophone 2014)

Są takie płyty, które niczym trylogię "Władcy Pierścieni" Tolkiena trzeba znać, poważać... Czy wielbić, to już indywidualna sprawa. Niemniej jednak ja "The Number of the Beast" wielbię i skłaniam się uważać za jedną z najwspanialszych płyt, jakie zrodziła metalowa scena. Nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie lat 80-tych, a wręcz całokształt gatunku. Słuchając jej ma się wrażenie, że wciąż jest świeża, aktualna, że zniewala zmysł słuchu tak samo jak wtedy, kiedy się ukazała. Został w nią tchnięty jakiś nienazwany pierwiastek, który mami umysły metalowych wyjadaczy już od 37 lat i sytuacja bynajmniej nie ulega zmianie.
Wydany w 1982 roku "The Number of the Beast" był pierwszym krążkiem Maidenów, na którym zagościł Bruce Dickinson. Poprzedni wokalista, charyzmatyczny Paul Di'Anno, podobno miał notoryczne problemy z używkami i dźwignięciem rosnącej w błyskawicznym tempie popularności zespołu, przez co niestety musiał pożegnać się z grupą. Wielu uważało, że zmiana na miejscu wokalisty w takim czasie była bardzo niekorzystnym posunięciem, ale jak dowiodła historia był to strzał w dziesiątkę. Bruce pasował na swoje miejsce jak ulał i bez niego za mikrofonem Maideni nie byliby tym samym tworem.
Na "The Number of the Beast" składa się 8 kompozycji, z czego ponad połowa to do tej pory koncertowe hity na stałe zakorzenione w setliście. Mam tu na myśli singlowe "Run to the Hills" oraz tytułowy "The Number of the Beast", rozpędzający się z każdą minutą, epicki "Hallowed Be Thy Name", kontynuujący opowieść o Charlotte "22 Acacia Avenue" i potężny "The Prisoner". Z pozostałych na szczególną uwagę zasługuje "Children of the Damned", charakteryzujący się nieco balladowym zacięciem. Pozostałe dwa utwory, czyli "Invaders" oraz "Gangland" już tak nie zachwycają i w moim przypadku przechodzą bez specjalnego echa. Na pokazanej poniżej reedycji z 1998/2014 dodany został "Total Eclipse", który według obecnej opinii zespołu powinien był zastąpić niezbyt udany "Gangland" (zgadzam się tu w zupełności).
Od tej płyty historia Iron Maiden tak naprawdę zaczyna się od nowa, w tyle zostają dwa pierwsze albumy znaczące lata walki o pozycję na scenie i poszukiwanie własnego brzmienia oraz stylu. "The Number of the Beast" poszedł za ciosem bardzo dobrze przyjętego "Killers" i zaowocował pierwszą tak ogromną trasą koncertową (jedną z największych w karierze grupy), jaką była "The Beast on the Road", trwająca od końca lutego do początku grudnia 1982 roku. Składały się na nią 184 koncerty w 18 krajach. Wszystko w ciągu 10 miesięcy!
Podsumowując, trzeci krążek Maidenów to jeden z kamieni milowych metalowej sztuki i jeden z najbardziej rozpoznawalnych albumów, i to nie tylko za sprawą charakterystycznej okładki i samej postaci Eddiego, ale przede wszystkim muzyki na nim zawartej. Materiał niezaprzeczalnie ponadczasowy, w którym zasłuchiwać się będą kolejne pokolenia, to pewne!

English version:

There are such records, which status can be compared to "The Lord of the Rings" trilogy - you need to know it, respect it... Whether you worship it or not is an individual matter. Nevertheless, I adore "The Number of the Beast" and tend to consider it to be one of the greatest albums begotten by the metal scene. I do not mean only the 80s stuff here, but the whole genre. Listening to it gives the impression that it is still fresh, timeless, that it captivates the sense of hearing just as it did when it was released. An unnamed element has been enchanted in it, which has been possessing metalheads - for 37 years already, and the situation is not changing.
Released in 1982, "The Number of the Beast" was the first Maiden album to feature Bruce Dickinson. The previous vocalist, charismatic Paul Di'Anno, reportedly had notorious problems with stimulants and the leverage of the band's growing popularity, which unfortunately effected in him saying goodbye to the group. Many thought that the change at the singer's place, at that time, was a very unfavorable move, but as history has proved, it was a hit in the bull's-eye. Bruce fit into his place like a glove and without him behind the microphone, Iron Maiden would not be the same creation as it is now.
"The Number of the Beast" consists of 8 compositions, of which over half are concert hits to date, permanently rooted in the set list. I mean the single "Run to the Hills" and the title track "The Number of the Beast", speeding up by every minute, the epic "Hallowed Be Thy Name", "22 Acacia Avenue", continuing the story of Charlotte, and the powerful "The Prisoner". Also "Children of the Damned", with a bit of a ballad feeling, deserves special attention. The other two songs, "Invaders" and "Gangland" are not so impressive and in my opinion they pass without a special echo. On the version from 1998/2014 shown below, "Total Eclipse" was added as a bonus track. That one, according to the current opinion of the band, should have replaced the not very successful "Gangland" (I agree here completely).
From this album, the history of Iron Maiden starts all over again really, lagging behind the first two albums that marked the years of struggle for position on the scene and searching for their own sound and style. "The Number of the Beast" followed the success of the well-received "Killers" and resulted in the first huge world tour (one of the largest in the group's career), which was "The Beast on the Road", lasting from the end of February to the beginning of December 1982. It consisted of 184 concerts in 18 countries. All within 10 months!
To sum up, the third Maiden album is one of the milestones of metal art and one of the most recognizable albums, not only due to the characteristic cover and the character of Eddie, but above all, the music it contains. The material is undeniably timeless, to which the next generations will listen to, for sure!


niedziela, 14 kwietnia 2019

Damnation- Rebel Souls (Last Epitaph 1996/ Witching Hour 2014)

Nie wiem od jak dawna odkładałem napisanie czegoś na temat tego klasyka. Bo to jest klasyk, niezaprzeczalny. Podobnie jak "Reborn..." o którym już jakiś czas temu pisałem. W ogóle uważam, iż Damnation nie nagrało żadnej słabej płyty i szczerze bym sobie, i wam wszystkim, życzył reaktywacji tej grupy. Ich materiały owiane są kultem i żaden szanujący się fan nie powie o tym graniu złego słowa, i to nie jest naginanie faktów, bo ten zespół na to zasługuje. Ale do rzeczy.
Zespół w 1996 ma już za sobą pierwszy, świetnie przyjęty debiut w barwach Pagan Records, a nowym wydawcą zostaje niemiecka Last Epitaph. W roku, kiedy to pojawia się "Rebel Souls" Les działa również w Behemoth, z Baalem zakłada Hell-Born, a Inferno, który debiutuje w szeregach Damnation jest już również jedną nogą we wspomnianej hordzie, także sporo się dzieje. To już drugi pełniak w dorobku ekipy Damnation i chyba najbardziej szaleńczy i dopracowany wśród trzech jakie nagrali w trakcie swojego istnienia. Skład jakim wtedy dysponowali to był istny Death Metalowy dream team. Bart na gitarze, Les- gitara i wokal, Inferno za garami (z całym szacunkiem do Variena, którego grę również uwielbiam) plus wsparcie Dagona na basie i okazjonalnych klawiszach. Ta płyta to istne wrota do serca piekieł nad którym unoszą się opary siarki, a ognie rozżarzonej otchłani opalają jego sklepienie. Utwory na "Rebel Souls" to czysta agresja, furia, niesamowita energia, a z drugiej strony pokaz wysokiego poziomu techniki gry i komponowania. Tu nie ma tylko prostych, oldschoolowych form, ale również sporo zaawansowania, złożonych zagrywek, zmian tempa i kapitalnych solówek. Tak, tych jest tu kilka i robią wrażenie. Jak już jesteśmy przy gitarach, to osobiście widziałbym je nieco bardziej wysunięte w miksie, bo mają tu niezła batalię z perkusją Inferna hehe. Ciekawym zabiegiem są również rytualne przerywniki między utworami. Pamiętam, jak przy pierwszym zetknięciu z płytą nieco mi przeszkadzały, burzyły odsłuch, ale z czasem je doceniłem, zrozumiałem ich wkład w budowę atmosfery, mimo kontrastu z szaleńczymi utworami. W kwestii brzmienia, to "Rebel Souls" zachowuje odpowiednią dawkę surowości, dzięki której nabywa swojego własnego, unikalnego charakteru.
Chociaż Damnation to piekielny Death Metal najwyższej próby, to dla mnie zawsze posiadał jakiś Black Metalowy pierwiastek, nie w samej muzyce, a w części tekstów oraz atmosferze. Są w tym niesamowite pokłady mroku, złowieszczości, których na dobrą sprawę nie jestem w stanie doszukać się u żadnego innego zespołu parającego się tym stylem. Nawet u Vital Remains, Deicide, czy Incantation. I co najbardziej istotne, Damnation nie da się porównać z żadną inną ekipą na scenie. Uważam, że bazując na weteranach gatunku, stworzyli coś totalnie swojego.
"Rebel Souls" można uznać za sztandarowe dzieło Damnation, płytę, która jest wyraźnym, niegasnącym punktem na Death Metalowej mapie Polski i jednym z najlepszych wydawnictw naszej sceny lat 90-tych. To perfekcyjny przykład płytowego "must have"!
Poniżej mój egzemplarz reedycji tegoż krążka popełnionej w 2014 przez Witching Hour, który dostałem w tamtym czasie od Lesa. Jak widać, wydawnictwo zrobione na wzór pierwszego wydania z Last Epitaph.

Link do oficjalnego profilu Damnation prowadzonego przez Marcina Wodzyńskiego, autora Eternal Death zine:
https://www.facebook.com/Damnationpolishdeathmetalband/





sobota, 30 czerwca 2018

Bestiality- Stuck in Bestial Vision (Old Temple 2014)

Photo by Kleo Rutkowska
Jeżeli chodzi o dzieła i zespoły inspirowane dokonaniami dawnych Bogów sceny to raszyńskie Bestiality pulsuje się wysoko na liście jeżeli chodzi o naszą krajową scenę, przynajmniej ja tak to widzę. Może i nie mają tak dużo nagrań na swoim koncie, ale za to jak treściwe i jak dobitnie oddające esencję Black/ Thrash/Death metalowego wpierdolu. Chcecie coś z Bathory, z Venom? Jest! Stare Sarcofago, Merciless, Possessed, Nifelheim? Proszę bardzo! Gospel of the Horns, Destroyer 666, Obssessor, Cruel Force, Triumphant? Mówisz- masz! Morbosidad, Deiphago, Bestial Warlust? Też nie trzeba za mocno szukać aby znaleźć elementy tego typu grania. I jak sam tytuł epki może lekko sugerować odnośniki do "Morbid Visions/ Bestial Devastation" Sepultury też odkopać się da. Bestiality czerpią z samych dobroci i przekuwają to we własną pełną furii i ogólnego bluźnierstwa sztukę. To wszystko da się usłyszeć i odczuć na "Stuck in Bestial Vision". Niby EP, a lekko ponad pół godziny materiału i 9 kawałków. Toż to praktycznie album! Chłopaki łoją tu bez wytchnienia i pokazują jaki drzemie w nich potencjał. Już wystarczy ich interpretacja "Hades" z repertuaru Bathory żeby to stwierdzić. Odegrali ten piekielny hymn jeszcze bardziej podkręcając śrubę. Co tu dużo mówić, Bestiality w najlepszy możliwy sposób uchwyciło istotę tego typu grania, oddając niesamowity hołd starej szkole. Jest to do bólu szczere i prawdziwe, w każdym z czarcich dźwięków wydobywających się z tego materiału. To jest to proszę Państwa, tak się to robi!!! Ogromnie zasmuca jednak fakt, że w tym roku grupa kończy swoją nie tak długą działalność wieńcząc ją wydaniem pierwszego pełnego albumu (to był też jeden z powodów dla których akurat dziś postanowiłem niniejszą epkę przypomnieć- 30 czerwca to ostatni koncert połączony z premierę wspomnianej przed chwilą płyty). Czekam na niego i zacieram łapska, a zespołowi i sobie życzę aby w możliwie jak najbliższej przyszłości ponownie wrócili pod szyld Bestiality i dalej raczyli nas tak kapitalnym graniem!

https://www.facebook.com/Bestiality-838611276153519/
https://www.shop.oldtemple.com/


piątek, 8 czerwca 2018

Incinerator/ Profanity Angel- Execration of the Holy Spirit split (Prior Satanae 2018)

Cóż to jest za odjechany split wiedzą wszyscy Ci którym udało się już położyć na nim łapska. Dwie demówki jakże obiecujących, polskich załóg, które swoją sztuką w sposób niemal niedościgniony potrafią przenieść nas do pierwszej połowy lat 90-tych. A tak, nie inaczej! O Epce Incinerator miałem okazję już pisać i zawrzeć w niej wszystko co można o tej grupie w tej chwili powiedzieć. Demo "Death Descend" (2015), chociaż bardziej obskurne i brudne brzmieniowo od "Rotten Flesh Macabre" tylko to wszystko potwierdza. Narodził się nasz polski Cannibal Corpse i to żywcem wyrwany z czasów ich pierwszych dwóch, trzech płyt i to w każdym możliwym aspekcie. No klasa Panowie! Słychać tu też echa starego Death, Grave, czy nawet Carnage. O równie oddany tamtym czasom i estetyce Death Metal u nas trudno. Incinerator uderza w samo sedno tematu i nie bierze jeńców! Tak się powinno czcić dawnych Bogów gatunku!
Co się tyczy Profanity Angel, no wieje tu Black Witchery, Blasphemy czy Archgoat na kilometr. Do tego jest ciężko, mrocznie, smoliście. Podobnie działają u nas Bestial Raids, czy Freezing Blood, a Profanity Angel z "Acts of Desecration and Blasphemy" (2014) można śmiało do tego zacnego grona zaliczyć. Jak na demo brzmi bardzo mocarnie i emanuje niemal wszystkim co najlepsze w Bestialskim Black Metalu (czy też tzw. War Metalu) dolewając do tego wszystkiego Doomwej cieczy. No i wokal, niski, chropowaty, z pogłosem, niczym pomruk potwora z najgłębszych otchłani piekła. Profanity Angel zdają się czuć niczym ryba w wodzie w swoim fachu.
Pragnę też wspomnieć, że bardzo spodobało mi się również zestawienie własnie tych grup, grup które poruszają się po nieco odmiennej od siebie stylistyce. Dzięki temu każdy z materiałów słuchany jest ze stosowną atencją i nie zlewa się tematycznie z poprzednim jakby to mogło mieć miejsce w przypadku dwóch z tej samej niszy. Także reasumując wydawnictwo jak najbardziej godne uwagi i posiadania na półce. Polecam!



wtorek, 1 maja 2018

Satanic Warmaster- Fimbulwinter (Werewolf Records/ Hells Headbangers 2014)

Nie od dziś uważam, że Satanic Warmaster jest jedną z tych grup która od początku swojego istnienia konsekwentnie kultywuje w swej sztuce to co najlepsze w skandynawskim Black Metalu, a zwłaszcza te cechy i pierwiastki które zbudowały jego charakterystyczne brzmienie i klimat w latach 90-tych. Płytę "Fimbulwinter" można, obok znamienitych "Strength and Honour" czy " Carelian Satanist Madness", uznać za perłę w koronie tej grupy, jaki i jeden z lepszych (a może i najlepszych) przykładów wspomnianego stylu. Jest w tym sporo z Darkthrone, Dimmu Borgir z czasów ich dwóch pierwszych płyt (a także tej jedynej pod szyldem Fimbulwinter), wczesnego Gorgoroth, nie brakuje starej, dobrej Horny (nie ma tutaj zdziwienia), są i przemykające po kątach wpływy Burzum, odrobina folkowego/ akustycznego pierwiastku Ulver, czy nawet BM-u spoza mroźnej północy jak na przykład Nokturnal Mortum. Wieńczący płytę, instrumentalny "Silent Call of Moon's Temple" wydaje się również pozdrowieniem dla jednocześnie aż trzech hord: wspomnianego przed chwilą Nokturnal  Mortum (intro do płyty "Goat Horns"), Graveland (wstęp do "Carpathian Wolves), a i kolejnych weteranów norweskiej sceny- Immortal (motyw nieco podobny do tego z "Beyond the North Waves"). Jednym słowem na "Fimbulwinter" przeplatają się trzy charakterystyczne cechy: czyste przesiąknięte furią i chłodem łojenie, to wolniejsze, atmosferyczne, podparte odrobiną nostalgicznych melodii i klawiszowym tłem oraz śladowe, zaczerpnięte z folku elementy. Jak dla mnie mieszanka wręcz perfekcyjna. Płyta jakby zespalająca wszystkie odcienie muzyki Satanic Warmaster w jeden album. Już jej poprzednik "Nachzehrer" był temu bliski, ale na "Fimbulwinter" znacznie dopracowano aspekt brzmieniowy, co sprawiło, że powstał album jeszcze bardziej esencjonalny i wciągający. Dla mnie osobiście jedna z najbardziej udanych płyt w ramach Black Metalu jakie ukazały się w ostatnich latach. Naprawdę jest czego posłuchać, a i do takich albumów ma się ochotę wielokrotnie powracać (stąd też min. niniejsza recenzja), także ode mnie najwyższa nota. Polecam!

https://www.facebook.com/satanic.war.terror/
https://satanicwarmaster.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/werewolf.rex/
https://werewolfrecords.bandcamp.com/


piątek, 30 marca 2018

Titan Mountain- Above Fangs of Majestic Stonetitans (Nawia Productions 1999/ Hell Is Here 2014)

"Above Fangs of Majestic Stonetitans" to jedna z już mocno zapomnianych pereł naszego rodzimego, Black Metalowego undergroundu lat 90-tych i jedyny, nazwijmy to, pełny i oficjalnie wydany materiał Titan Mountain. Podobnie jak Thirst inspirowany jest mocno  dokonaniami Emperor oraz Limbonic Art. Tylko w przeciwieństwie do przasnyskiej hordy, więcej tutaj elementów klawiszowych, symfonicznych, więcej ciekawych, a czasem i nieco połamanych melodii, jest to bardziej nowatorskie, łamiące pewne utarte wtedy schematy. Po prostu indywidualizm i chęć podążania własną drogą bije tutaj na kilometr. Titan Mountain funkcjonował z początku pod szyldem Forest of Proud Slavs, a od 1997 już pod wspomnianą uprzednio nazwą. Na płytę składają się dwa dema ("Dreaming About the Taste of Your Blood" z marca 97' i "Scream of Shadows" z września tego samego roku, oba nagrane z studiu Manek) oraz 3 utwory zarejestrowane podczas sesji w 1999 w studiu Spaart. Jako bonus, czego nie ma na oryginalnej wersji kasetowej, dodany jest cover Nocturnus- Climate Controller (wyszedł zajebiście i nie tendencjonalnie, a na swoją własną modłę), nagrany w studiu Manek (jako ciekawostkę można napomknąć, że w tym lokum nagrywało też swe dema Decapitated). Co można powiedzieć o "Above Fangs of Majestic Stonetitans" to to, że Nazgrim zaklął w tych dźwiękach niesamowitą atmosferę i klimat. Wsłuchując się w takie kompozycje jak "Under the Chor's Shield", "Witches Calling..." czy "Screams of Shadows" autentycznie dostrzega się skąpane we mgle i mroku nocy lasy i góry nad, którymi majaczy blada, jaśniejąca tafla księżyca. Coś totalnie niepowtarzalnego. Każdy z utworów bucha wręcz pasją i pomysłowością. Brzmienie pozostawia wiele do życzenia, jest surowo, topornie- wiadomo jakie to były czasy i warunki, ale jak to zwykłem mawiać, ma to swój niepowtarzalny urok. Jestem nieustannie pod ogromnym wrażeniem  tego materiału, zarówno wtedy jak go poznawałem wiele lat temu, tak i teraz gdy do niego wracam. Nic się nie zmieniło. Drzemał w tym projekcie ogromny potencjał, to był i jest kawał esencjonalnej, mrocznej sztuki, niedocenionej i niezauważonej, jak i sporo innych projektów, które nagrały świetne materiały, a zniknęły gdzieś w tej przeszłości niczym cień. Niemniej jednak ten darzę sentymentem szczególnym. Z każdym dźwiękiem wyczuwalne jest to jak osoba je tworząca czuła temat, zespalała się z tworzoną przez siebie muzyką. Widać to także po warstwie wizualnej obu wydań. Wszystkie ręcznie wykonane grafiki oraz logo są również dziełem Nazgrima i dopełnieniem dźwiękowej zawartości.
Podsumowując "Above Fangs of Majestic Stonetitans" to wycieczka w tą najgłębszą historię naszego rodzimego podziemia, nieoczywista i czekająca tylko na tych chcących zgłębiać temat i odkrywać to co stale ma do zaoferowania. Tym co nigdy nie mieli okazji zapoznać się z Titan Mountain, polecam z całą stanowczością!
Nazgrim tworzył przez lata cały ogrom muzyki pod różnymi szyldami, udzielał się też na klawiszach w innych projektach. Obecnie skupia się na instrumentalnym, gitarowo- symfonicznym projekcie Cosmique7.

Cosmique7 na Youtube: https://www.youtube.com/channel/UCP2K56e5EXe4GYf5NkFnuBghttps
http://www.hellishereprod.republika.pl/




czwartek, 28 grudnia 2017

Freezing Blood- Altar of Goat (Putrid Cult 2013/ Fallen Temple 2014)

Dziś cofam się nieco w nie tak znowu odległą przeszłość aby przybliżyć pierwsze demo naszego rodzimego Freezing Blood. Pisałem o tym zespole już wcześniej przy okazji recenzowania wydanej w tym roku epki "Baal". Mówiąc szczerze to nie mogę wyjść z pewnego podziwu co do tej poznańsko-płockiej ekipy. Niby grają sztukę totalnie już oklepaną i znaną na wskroś, ale mimo wszystko jest w tym pewna magia, coś co sprawia, że z pozoru wyeksploatowane granie brzmi świeżo i esencjonalnie. Na "Altar of Goat" słychać nie tylko z wściekłością i pasją odegrany, czarci Black/ Death metal starej szkoły, ale także schowane w tym wszystkim spore inspiracje dokonaniami Hellhammer/ Celtic Frost z najlepszych ich czasów. Może na pierwszy rzut ucha, nie jest to tak oczywiste, ale gdy wsłucha się odrobinę bardziej, to te tnące surowe riffy, zwolnienia i pewien klimat aż kipią od wpływów tych dwóch kultowych grup. I takie właśnie zagranie ze strony Freezing Blood zajebiście mi się podoba, min. to właśnie jest w ich sztuce wyjątkowe. Materiał z dema jest krótki, ale w pełni pokazuje charakter i możliwości tej hordy. Nie kombinują, nie rozdrabniają się, tylko jadą z tym koksem nie biorąc jeńców. Z niecierpliwością czekam aż grupa popełni swojego pierwszego długograja, bo będzie się działo bez dwóch zdań. Kanadyjczycy mają Blasphemy, Hiszpanie Proclamation, a Australijczycy Bestial Warlust (niestety w obu przypadkach to już czas przeszły), Finowie Archgoat, a my Freezing Blood i możemy być z tego faktu dumni!
Demo w 2013 wypuścił na taśmie Putrid Cult, a rok później na cd Fallen Temple. Z tego co się orientuję można to wciąż dorwać w obu tych formatach (poniżej posiadana przeze mnie wersja kompaktowa). Szczerze polecam!

https://freezingblood.bandcamp.com/


niedziela, 12 listopada 2017

Deadthorn/ Upir- Belua Multorum Capitum split (Dark Omens 2014)

Jak już miałem okazję się przyznać splity lubię jak za przeproszeniem psy starego dziada, a garnę się do nich jak goły do pokrzyw, ale muszę powiedzieć, że te na które przychodzi mi się ostatnio natknąć dosyć mile mnie zaskakują. Być może zmienię co do nich swój stosunek, kto wie. W każdym bądź razie split Deadthorn i Upir dokłada od siebie cegiełkę aby taki stan rzeczy miał szansę zaistnieć. Na dobrą sprawę z obiema hordami spotykam się po raz pierwszy, i oba zawarte tu materiały sprawiły, że bardzo chętnie poznam pozostałe ich nagrania. ale do rzeczy. Podoba mi się zestawienie jakie zastosowano na tym splicie. Z jednej strony mamy siarczysty Black/ Death Metal w wykonaniu Deadthorn, w którym królują średnie, mocarne i gęste niczym smoła tempa (brawa za całkiem ciekawy patent z żeńskimi wokalami w "Wieczność"), a z drugiej zimny, złowieszczy Black Metal rodem z lat 90-tych (stary Darkthrone się kłania) nie pozbawiony odpowiedniej dozy klimatu.
Za tą część odpowiedzialny jest Upir. I tutaj bez kombinowania, klasyka w temacie. Oba zespoły nie mają do tej pory na swoim koncie debiutanckiego krążka, ale to co tu słychać przedstawia się bardzo obiecująco i szczerze powiedziawszy z pełnymi płytami obu grup zapoznam się z ogromną chęcią gdy tylko wychylą łeb na światło dzienne. Obie hordy podchodzą do granej sztuki z wyczuciem, słyszalną pasją, oddaniem i tą, jakże potrzebną w takim graniu, bezkompromisowością i własnym charakterem. Dark Omens miało nosa co do tych nagrań i chwała im za wypuszczenie tego wydawnictwa oraz poniekąd przyczynienie się do tego, że być może polubię wreszcie splity.

http://darkomens.pl/
https://www.facebook.com/Deadthorn-461347570555073/
https://www.facebook.com/upirrr


niedziela, 1 października 2017

Sacrilegium- Wicher (Pagan Records 1996/ 2014)

Chyba niewiele byłoby osób, które nie zgodziłby się ze stwierdzeniem, że "Wicher" to jedno z najwybitniejszych dzieł polskiej sceny BM lat 90-tych. Niewiele materiałów może poszczycić się tak niesamowitym klimatem i aurą w którą zaklęta się magia tamtych dni. Od wydania albumu minęło już ponad 20 lat, a on wciąż potrafi czarować, wciągać swoją głębią, nostalgią i mrokiem, w ogóle się nie zestarzał i wciąż znakomicie się broni. To tutaj Sacrilegium stworzyło jeden z najlepszych przykładów połączenia Black Metalu z Pogańską sztuką. Płyta jest bardzo dobrym przykładem jak nasze zespoły potrafiły w misterny sposób przekuć wpływy, inspiracje, które przyszły z Norwegii na swoją modłę i stworzyć sztukę o jeszcze, moim zdaniem, większym ładunku emocjonalnym i, co ważne, bardzo oryginalną i charakterystyczną. Te rzężące gitary, klawiszowe pasaże i chrypiący, upiorny wokal Nantura są nie do podrobienia. Ciężko jest nie zostać pochłoniętym przez takie symfonie jak "W Dolinie Rwących Potoków" (uważam go za utwór sztandarowy z tej płyty, czysta esencja Sacrilegium), "W Rogatym Majestacie Snu" (tutaj w ciekawy sposób objawiają się inspiracje starym Darkthrone i Immortal) oraz majestatyczny "Wicher Falami Ognia", który jest lirycznym sercem tego albumu. Powstało tu dzieło absolutnie skończone, które na zawsze zapisze się jako jedno z najważniejszych wydawnictw naszej podziemnej sceny, tym bardziej, że zdaje się, był to pierwszy album Black Metalowy nagrany całkowicie po polsku i tak mocno skoncentrowany na "leśną" atmosferę wypełnioną Pogańską estetyką.
Poniżej przedstawiam winylową oraz kompaktową reedycję albumu wydaną przez Pagan Records w 2014 roku. Różnice w stosunku do oryginału to nowy mastering, który podziałał na korzyść materiału uwydatniając wszystkie jego walory, nowa szata graficzna (oryginalna została zawarta w książeczce do płyty) oraz spora dawka fotografii zespołu z tamtego okresu. Jako bonus został także dodany utwór ze splitu z North "Jesienne Szepty" pt. "Tam Gdzie Gaśnie Dzień". Ze wszystkim jestem jak najbardziej na tak, chociaż nie bardzo rozumiem zmianę okładki. Jest naprawdę świetna, ale jakoś tęskno mi za tą starą, oryginalną grafiką, która tak niesamowicie współgrała z i oddawała zawartość albumu (poza tym znakomicie prezentowała by się w winylowym formacie).W każdym bądź razie jeżeli ktoś nie posiada 1-szego wydania to jak najbardziej ową reedycję polecam. Co do samej muzyki, cóż, ten materiał nie potrzebuję żadnej rekomendacji, to trzeba znać!

https://sacrilegium.bandcamp.com/
https://www.facebook.com/SacrilegiumOfficial/
https://pagan-records.com/




sobota, 26 sierpnia 2017

Vampire- Vampire (Century Media 2014)

Ach ta szwedzka scena! Studnia bez dna naprawdę świetnych zespołów, tak było kiedyś i tak jest teraz. Wciąż powstają nowe grupy w najlepszym stylu hołdujące przede wszystkim Black i Death Metalowym tradycjom swojej sceny. Wśród nich są właśnie bohaterowie niniejszej recenzji- Vampire. Ich debitancki, wydany w 2014, krążek to skondensowana, pełna mocy, Death Metalowa machina, której paliwem są riffy zakorzenione jeszcze w starym, dobrym thrashu lat 80-tych. Słychać tu nie tylko tuzów takich jak Dismember, Grave, Morbid czy Nihilist, a także dalekie echa takich prekursorów ekstremalnego grania jak Kreator, Destruction, Venom czy nawet wczesny Bathory. Te wszystkie szlachetne wpływy przewijają się przez całą płytą okraszone złowieszczą i niepokojącą atmosferą spowitą przez liryki inspirowane mrocznym światem horrorów. Nie ma tu miejsca na wytchnienie, już od pierwszych sekund wiadomo, że zespół nie pozwoli nam złapać oddechu. Mimo zapatrzenia na dawnych gigantów sceny Vampire potrafi wprowadzić w swoją sztukę dużo świeżości i nowej energii, które uatrakcyjniają ten materiał, i to nie tylko w sferze klimatu i tekstów, ale także w samej muzyce. Brawa należą się tu szczególnie za porywające solówki, w niektórych momentach nieco melodyjne, naprawdę klasa! Co szczególnie mi się tutaj podoba to fakt, że z każdego zagranego tu dźwięku można odczuć autentyczność tej grupy w tym co robi. Znajdziecie tutaj bezmiar totalnego oddania tej muzyce, czegoś co właśnie o wspomnianej autentyczności świadczy najlepiej. Nie ma tu silenia się na doganianie zespołów, którym w swoim graniu oddają cześć, kopiowania brzmienia, zdają się grać na kompletnym luzie, z wyczuciem tematu, co niebywale wpływa na nośność materiału i jego odbiór. Wchodzi bez popitki! Mają w sobie tą samą pasję jaka kiedyś tak zauroczyła mnie u Merciless. Mam nadzieję, że czeka ich świetlana przyszłość, a taką zwiastuje im już kolejny nagrany niedawno album. Takich płyt nigdy za wiele! Kto Vampire nie zna, niech szybko nadrabia zaległości! Jeżeli lubicie takie akty jak Tribulation czy Repugnant, to nie ma opcji żeby się nie spodobało.


piątek, 25 sierpnia 2017

Mysticum- Planet Satan (Peaceville 2014)

Jeżeli się nie mylę Mysticum było pierwszym zespołem, który połączył Black Metal z elektronicznymi brzmieniami tzw. industrialu. Kiedy zaczynali byli jednym z najoryginalniejszych tworów na norweskiej scenie. Swoimi materiałami demo z marszu przyciągnęli uwagę Euronymousa, który widział ich w swojej Deathlike Silence. Niestety, w tydzień po podpisaniu umowy na nagranie płyty Aarseth już nie żył. Pod swoje skrzydła przygarnęło wtedy zespół Fullmoon Productions wydając w 1996 ich pierwszy pełny krążek "In the Streams of Inferno", materiał dla gatunku przełomowy i nowatorski, a jednocześnie prześcigający swój czas, przez co nie do końca doceniony. Potem prze wiele lat Mysticum trwało w uśpieniu, aż do 2011. Wtedy to zespół wznowił działalność i w 2014 wydał swój drugi w karierze album "Planet Satan". Warto było czekać tak długo!
Można by przypuszczać, że po takim czasie w muzyce Mysticum nastąpią jakieś znaczące zmiany, nic podobnego. Grupa podąża tą samą ścieżką, którą wytyczyła sobie jeszcze w latach 90-tych. Jedyna nowość w stosunku do materiału z debiutu to dopracowane, czyste i pełne mocy brzmienie, przez co sztuka zespołu zyskuje na jakości i czytelności, teraz w pełni można rozkoszować się ich unikalnym stylem. "Planet Satan" to bardzo spójny materiał, od początku do końca odegrany w jednym, określonym, stylistycznym schemacie. Pewnie znaleźliby się tacy, dla których mógłby być trochę nudny i za mało urozmaicony, ale tej ściany z gitar, elektroniki i zaprogramowanej perkusji słucha się tu wybornie. Z każdym następnym odsłuchem odnajduje się tu kolejne z początku ukryte atuty, ta płyta jest trochę jak wino, im dłużej się nią delektujesz tym więcej przed Tobą odkrywa, z czasem smakuje tylko lepiej.  No i te złowieszcze, pełne wściekłości wokale. Układanka skończona i kompletna.
Ta płyta to nie tylko godny następca debiutu, ale i dzieło, uważam, go przewyższające, bardzo dojrzałe i dopracowane. Brawa należą się nie tylko zespołowi, za tak owocną pracę, ale także twórcy okładki do "Szatańskiej Planety", strzał w dziesiątkę, nie wyobrażam sobie innej na to miejsce. Daniele Valeriani- chylę czoła!


poniedziałek, 24 lipca 2017

Hierophant's Descent- The Apocalypse of Evil (Under the Sign of Garazel 2014)

Mija intro i już od pierwszych dźwięków koparka opada i trzeba usilnie walczyć aby wróciła na swoje miejsce. Hierophant's Descent oddaje swoją muzyką totalny hołd swojej rodzimej, wczesnej, greckiej scenie BM, a zwłaszcza Rotting Christ. To co sączy się z głośników to porządnie podane, pełne mistycyzmu misterium czarnej sztuki okraszone podniosłą, ceremonialną wręcz atmosferą. No szacun przeogromny bo wyszło coś naprawdę, nie tylko godnego uwagi, czy posłuchania, ale i posiadania na półce. Ciężkie riffy o wolnych i średnich tempach, złowieszczy, mroczny klimat, świetne klawiszowe tło i naprawdę dobre brzmienie to niewątpliwie atuty tego materiału. Mamy tu niespełna 14 minut materiału i tylko 4 kompozycje, ale za to poziom bardzo wysoki. Swoistą wizytówką tej epki jest moim zdaniem "Thy Ascention of a Hideous God", tutaj jest wszystko co poświadczy o nietuzinkowości tego materiału. Co niektórzy mogliby powiedzieć, że to wtórne, że może trochę za mało oryginalności, ale akurat taka wtórność jest rzeczą jak najbardziej pożądaną. Zagrać jak dawni Bogowie, z klasą i pasją to już sami wiecie nie tak powszechna sprawa. Dlatego chwalmy i promujmy tego typu nagrania jakim jest właśnie "Hierophant's Descent". Ta epka autentycznie wciąga i ma się ochotę do niej wracać, drzemie w tym ogromny potencjał i zastanawiam się jak będzie wyglądał pełny album tej hordy, skoro już na tym skromnym wydawnictwie czart harcuje w najlepsze. Dla fanów greckiej sceny to absolutny mus, dla pozostałych coś z czym nie tylko warto, ale i powinno się zapoznać.


wtorek, 4 lipca 2017

Turpista- Turpistyczne Wizje Końca (Under the Sign of Garazel 2014)

Jak dla mnie jeden z najjaśniejszych (chociaż tutaj bardziej pasuje najbardziej pogrążonych w mroku) punktów na mapie polskiego black metalowego podziemia. Byłem swojego czasu pod wielkim wrażeniem "Turpistycznego Amoku", nastąpiło, jak to nazywam, w piekło wzięcie. Pierwsza pełna płyta płynie na fali epki i także nie zawodzi, a dodatkowo pokazuje zarówno progres brzmieniowy jak i kompozycyjny, co jest na ogół naturalną koleją rzeczy. Na poprzednim materiale było już rewelacyjnie i mówiąc szczerze więcej już do szczęścia nie było potrzebne, a tutaj jeszcze dokładają do pieca, aby palił się tak samo mocno i jasno.
Turpista po raz kolejny miażdży grobową, ociekającą śmiercią i truchłem atmosferą, o którą w takim wydaniu nie tak znowu łatwo. Znów mamy obłędny, bestialski wokal, który potęguje śmiertelną atmosferę płyty oraz miarowe, tnące, surowe gitary, które od czasu do czasu serwują nam przyspieszenia. Jest niemal podręcznikowo. Zespół specjalnie nie porusza tu niczego nowego, ale konsekwentnie idzie za ciosem poprzedniego materiału. Dla niektórych może być to minus, można by stwierdzić, że nie ma takiego efektu jak przy pierwszym materiale kiedy ten schemat zaskakiwał i wciągał. Cóż, dla mnie to wciąż jest ten sam zajebisty kawał czarnej sztuki, pochłania i daje się zapamiętać co najmniej tak samo jak epka. Może miałem i mam wobec tego materiału niezbyt wygórowane oczekiwania, może swoje robi fakt, że lubię i cenię tą grupę, ale uważam, że mimo wszystko, mimo różnego odbioru, został tu odwalony kawał solidnej roboty, ugruntowujący Turpistę na konkretnym miejscu wśród czarnych zastępów naszego podziemia. Grupa ma własny charakter i styl, łoi z oddaniem swojemu rzemiosłu, a chyba to jest najważniejsze. Tym co jeszcze nie mają w kolekcji tego krążka, a cenią "Turpistyczny Amok" jak najbardziej polecam. Dostaniecie kolejną porcję solidnego, Turpistycznego Czarnego Metalu! Aha, i po raz kolejny chylę czoła za cover art, podobnie jak przy epce, trafione w 666!


czwartek, 29 czerwca 2017

Silence- The Last Warrior (demo 1989/ Thrashing Madness 2014)

W latach 1988-89 istniał twór o nazwie Silence. Obecnie chyba kompletnie zapomniany zespół. Grupa w pewnym sensie powstała na zgliszczach Merciless Death (późnej rzecz jasna reaktywowanego) z inicjatywy perkusisty grupy- Gustawa, którego min. wspomógł w tej inicjatywie Żaku, także były muzyk Merciless Death przejmując wokal i bas. Na gitarach cięli Robert Kuraj i Piotr Sawinda. W takim oto składzie nagrali demo "The Last Warrior". Poza dodanym na niniejszej płycie instrumentalnym kawałku z próby to jedyny znany materiał tej załogi.
"Ostatni Wojownik" serwuje nam prostą, surową dawkę speed/ thrash metalu w tradycyjnym stylu. Silence koła tu nie odkryli. Była pasja i chęć do grania to grali, i rzecz jasna robili to dobrze. Problem w tym, że nie było to nic specjalnie wyróżniającego się na tle innych naszych grup parających się wtedy thrashem. No i gdzieś Silence w tym wszystkim przepadło, nie pomógł temu fakt, iż już w drugiej połowie 89' Żaku odchodzi do Egzekuthor, po czym zespół zawiesza działalność. Najciekawszym utworem jest tu moim zdaniem "Dzwon Bije Dla Mnie". Bardzo nośny kawałek, którego warto sobie posłuchać jako próby tego co Silence miało na "The Last Warrior" do zaproponowania.
Co się tyczy samego wydania to już rozpisywać się nie będę, bo nazwa Thrashing Madness mówi już wszystko. Co prawda, tym razem wkładka jest nieco skromniejsza, ale to dlatego, że zapewne nie zachowało się tak wiele materiałów dotyczących grupy. Mamy tu garść fotografii, teksty oraz krótką notkę biograficzną. Całość zdobią wspaniałe i bardzo klimatyczne grafiki namalowane przez samego wydawcę Leszka Wojnicza- Sianożęckiego.
Dla osób mocno zainteresowanych naszym metalowym podziemiem przełomu lat 80-tych i 90-tych, pozycja obowiązkowa i zaiste godna polecenia.


piątek, 21 kwietnia 2017

Christ Agony- Moonlight: Act III (Cacophonous Records 1996/ Xul Production 2014/ Old Temple 2017)

Przyszedł wreszcie czas na refleksje odnośnie trzeciego krążka Christ Agony. Nie będę ukrywał, że "Moonlight: Act III" to moja druga po "Daemoonseth..." ulubiona płyta w dorobku tej grupy. Już odrobinkę inna od swoich poprzedniczek, nagrana w innym składzie, ale równie dobra i przesiąknięta tym niesamowitym klimatem z jakiego słynie zespół Cezara.
Nagrany w styczniu 1996 roku "Moonlight..." wyróżnia się na tle poprzednich płyt znacznie większą ilością szybszego, bardziej intensywnego grania (zyskując na dynamice) oraz sporą dawką akustycznych wstawek, które budują klimat owego muzycznego misterium. Już otwierający album "Asmoondei" to świetny tego przykład. Po raz kolejny Christ Agony stawia nacisk przede wszystkim na atmosferę swojej sztuki. Faktycznie mamy tu do czynienia z istną arią nocy, którą rozjaśnia tylko blady blask księżyca. Bardzo cenię ten zespół za pokłady emocji jakimi emanują ich dzieła, jest to jedna z niewielu grup, która pod tym kątem tak do mnie trafia. Wracając do aspektów czysto muzycznych, bardzo podobają mi się nostalgiczne gitarowe melodie, które od czasu do czasu przewijają się przez płytę. Na wcześniejszych wydawnictwach nie było to tak zauważalne jak tutaj. Można powiedzieć, że mamy tu kolejny krok naprzód w zapoczątkowanym już na "Epitaph of Christ" stylu. Wciąż jest monumentalnie, mrocznie, kompozycje jak zwykle rozbudowane, i świetnie zbalansowane, ale każda z tych części jest tu podniesiona o szczebel wyżej w porównaniu do pozostałych dwóch części "trylogii". Ciężko tu wybierać swoje faworyty, bo płyty słucha się wybornie od początku do końca, ale z pewnością najbardziej zapadły mi w pamięć następujące kolejno po sobie "Paganhorns", Mephistospell" oraz tytułowy "Moonlight". Prawdziwe perły w koronie czarnej sztuki!
Z wydaniem "Moonlight..." wiążą się dwa istotne wydarzenia w historii zespołu. Mianowicie, jest to pierwsza płyta bez klasycznego składu z Ashem i Żurkiem na pokładzie. Na ich miejsce weszli wtedy Mauser oraz Gilan, którzy rzecz jasna odwalili tu kawał dobrej roboty. Kolejna sprawa to wydanie albumu pod szyldem brytyjskiej Cacophonous Records. Kontrakt zaowocował nie tylko wydaniem kolejnego albumu poza granicami kraju, ale także trasą koncertową po zachodnich klubach.
Poniżej przedstawiam winylową i kompaktową reedycję wspomnianego dzieła. Pierwsza została wydana przez sam zespół w 2014, w barwach ich własnego Xul Production. Dostajemy tu solidnie wykonany, laminowany gatefold, wewnątrz którego mamy płytę na tradycyjnym czarnym winylu, garść grafik oraz teksty to każdej z kompozycji. Druga to wypuszczona w tym roku reedycja na cd, która ukazała się dzięki wytwórni Old Temple. Wzorowana jest na powyżej wspomnianej wersji winylowej, z tą różnicą, że wzbogacona o dodatkowe fotografie. Dostajemy też do rąk złoty cd, co wyróżnia wydania Old Temple na tle innych. Wykonanie zaiste solidne, jak i atrakcyjne. Jeżeli ktoś nie posiada pierwszego wydania, to jak najbardziej polecam owe wznowienia. Kawał dobrej roboty! A sama płyta, no cóż, dobrze wiecie, że nie wymaga specjalnej rekomendacji, trzeba znać i koniec. Jedno z najlepszych dzieł naszej rodzimej sceny!




niedziela, 26 marca 2017

Grand Magus- Triumph and Power (Nuclear Blast/ Scarecrow 2014)

Szwedzki Grand Magus z płyty na płytę jest coraz lepszy, coraz bardziej wciągający. Mają już na koncie sporo materiału, a sprawiają wrażenie jakby wciąż chcieli przeganiać samych siebie i to się im udaje. Ich ostatnie dzieło "Swords Songs" jest tego doskonałym przykładem.
Dziś postanowiłem cofnąć się trzy lata wstecz i przypomnieć ich poprzedni album "Triumph and Power". Po stosunkowo przebojowym i nieco łagodniejszym "The Hunt" trzeba było przywalić z pełną mocą i tak się właśnie stało. "Triumph and Power" zabrzmiał o wiele ciężej i jest czystą heavy metalową łaźnią naszpikowaną wpływami takich grup jak Manowar, Cirith Ungol, klasykami niemieckiego heavy, czy nawet namiastką epickości Bathory. Dostajemy tu majestatyczne i ciężkie utwory jak otwierający album "On Hooves of Gold", tytułowy "Triumph and Power" czy zamykający płytę "The Hammer Will Bite", które przepełnione są patosem i niesamowitą mocą. Nie brakuje tu też, rozpędzonych, skrzących się energią i zadziornością kawałków, których najlepszymi reprezentantami są "Steel Versus Steel" czy chociażby pokrzepiający "Fight". Przy obu autentycznie mam ciary! Bardzo ciekawa jest także jedna z instrumentalnych miniatur pt. "Ymer". Nostalgiczna, a za razem podniosła, osadzona w skandynawskiej estetyce.
"Triumph and Power" jest krążkiem bardzo zróżnicowanym, nie kręci się wokół jednego typu utworów, ale nie tracącym jednocześnie balansu. Wszystko zespala typowa dla Grand Magus estetyka oraz klarowne, dopracowane brzmienie, o znakomitych, mocnych wokalach JB (ile ten gość ma pary w gardle!). Uważam ten album za jeden z najlepszych jaki ten zespół nagrał. Pasja z grania i oddanie tej sztuce słyszalne jest w każdej minucie ich gry, w każdym jednym szarpnięciu struny czy uderzeniu w gary. Ten zespół to istny heavy metalowy demon, któremu chyba nigdy nie skończą się pomysły! Jakiekolwiek polecanie uważam za zbyteczne, bo to genialny album, który siedzi na własnym tronie!