Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Osmose Productions. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Osmose Productions. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 sierpnia 2019

Enslaved - Frost (Osmose Productions 1994/ Season of Mist 2014)

Po niezwykle udanym "Vikingligr Veldi", wydanym w barwach Deathlike Silence (niestety, Euronymous nie usłyszał już efektu nagrań grupy, a byłby dumny), po niespełna pół roku Enslaved uderzyli z kolejnym długograjem. Tym razem zrezygnowali z elementów symfonicznych, artyzmu, jakim odznaczał się poprzednik, na rzecz płyty bardziej surowej i mroźnej, bardziej gitarowej, szorstkiej. "Frost" to istotnie klimatyczny i brzmieniowy mróz, skuta lodem i smagana wichrem dźwiękowa połać. Płyta - poza konkretnie Black Metalowym sznytem w kwestii struktury kompozycji - może poszczycić się również niebanalną atmosferą, okazjonalnymi klawiszami, które przecinają co jakiś czas muzyczną nawałnicę oraz nieszablonowymi, nieco połamanymi riffami. "Frost" jest dziełem niepowtarzalnym, biorąc pod uwagę całą dyskografię Enslaved. Nigdy potem już takiej typowo "norweskiej" płyty nie nagrali, chociaż jej cechy obecne były już na "Hordanes Land", a potem na jeszcze na "Eld", jednak nie było to dokładnie to, co podali nam wraz z "Frost". Tematyka nordyckiej mitologii, jakiej hołduje w swoich tekstach zespół, została tu zapakowana w bardzo intensywną formę, to jakby połączenie Bathory z czasów "Twilight of the Gods" oraz "Hammerheart" z typowym brzmieniem Norweskiego Black Metalu, jaki reprezentowały wtedy chociażby Immortal, Mayhem, Gorgoroth czy Satyricon. Ale to, rzecz jasna, tylko przykładowe porównania. Enslaved stworzyli swój własny charakterystyczny styl i ta płyta jest jednym z elementów jego szlifowania i jedną z najbardziej odznaczających się materiałów Black Metalu pierwszej połowy lat 90-tych.
"Frost" był też pierwszą płytą Enslaved w barwach Osmose Productions, z którą współpracowali również przy kilku kolejnych płytach. Wydany z końcem 1994 roku album zwieńczyła wspólna trasa ze Szwedami z Marduk - "Winter War Tour", trwająca przez cały luty 1995 i składająca się z 20 koncertów na terenie całej Europy.

English version:

After the extremely successful "Vikingligr Veldi", released by Deathlike Silence (unfortunately, Euronymous did not have a chance to hear the effect of the group's recordings, and he would have been proud of what they achieved), in less than half a year Enslaved hit the scene with another full-length. This time they gave up the symphonic elements, the artistry of their predecessor, in favor of a more raw and frosty, more guitar-oriented and rough record. "Frost" has indeed a freezing climate and sound, creates a soundscape chilled with ice and windswept. The album, apart from specifically Black Metal finish in terms of the composition structure, can also boast an original atmosphere, occasional keys that cut the musical storm from time to time, and unconventional, slightly broken riffs. "Frost" is a unique work when taking into account the entire discography of Enslaved. They never recorded such a typical "Norwegian" album, although its features were already present on "Hordanes Land" and then on "Eld", but it was not exactly what they gave us with "Frost". The subject of Norse mythology, which the band adheres to in their lyrics, has been packed here in a very intense form, it is like the combination of Bathory from the period of "Twilight of the Gods" and "Hammerheart" with the typical sound of Norwegian Black Metal which was represented at that time by Immortal, Mayhem, Gorgoroth or Satyricon. But these are, of course, only comparisons. Enslaved created their own distinctive style and this record is one of the elements of its polishing, one of the most distinguishing Black Metal materials of the first half of the 90s.
"Frost" was also the first Enslaved album in the Osmose Productions catalogue, with whom they also collaborated on several subsequent albums. Released at the end of 1994, the album culminated in a joint tour with the Swedes from Marduk - "Winter War Tour", lasting throughout February 1995 and consisting of 20 concerts throughout Europe.


sobota, 2 września 2017

Blasphemy- Gods of War/ Blood Upon the Altar (Osmose Produsctions 1993/ 2016)

Blasphemy ciężko jest zawsze rozpatrywać i oceniać ściśle pod muzycznym kątem. To chaos, zło i najgłębsze piekielne czeluści przekształcone w metalowe dźwięki. Ten zespół to przede wszystkim autentyzm w wykonywanej sztuce, bezkompromisowość i niepodrabialny klimat, którymi w pełni zasłużyli na swój status grupy legendarnej i kultowej.
Wydany w 1993 przez Osmose "Gods of War" to chyba najsłabiej oceniany materiał w ich dorobku, dla wielu asłuchalny, ja natomiast skory jestem twierdzić, że całkiem nieźle sobie radzi jako następca wychwalanego "Fallen Angel of Doom". To wciąż ta sama surowizna, brutalność i agresja gnająca na złamanie karku. Album jest o prawie połowę krótszy od poprzednika i mniej rozbudowany (o ile w przypadku Blasphemy można o czymś takim mówić) oraz może odrobinę mniej dopracowany, ale nadal spuszcza z łańcucha te same rozwścieczone, dźwiękowe bestie mające urwać słuchaczowi łeb. Tym razem pełno tu krótkich budujących atmosferę intr i szybkiego zwartego łojenia. I o to tak naprawdę tu chodzi, ich muzyka z założenia taka jest i taka ma być. Oni nie muszą nikomu niczego udowadniać, czy starać się zaskoczyć czymś nowym, to nie te rejony. Blasphemy ma serwować prostą i bezpośrednią Black/ Death metalową chłostę z piekła rodem i to właśnie robi, niczego więcej tu nie trzeba.
Co się tyczy dema "Blood Upon the Altar", cóż to własnie od tej taśmy wszystko się zaczęło. To był pierwszy materiał w stylu, który Blasphemy zapoczątkowało, mieszanka Black i Death Metalu w swojej najbardziej surowej, chaotycznej i złowieszczej formie. Bez tych nagrań prawdopodobnie nie byłoby takich grup jak Archgoat, Bestial Warlust czy chociażby Beherit, nie wspominając już o całej reszcie im podobnych. I pomimo faktu, że jest to demo, to jakościowo wypada ono świetnie, wszystko jest wyraziste, czytelne i pełne mocy. No i ten klimat, intro otwierające demo po prostu rozwala i w bardzo krótkim czasie buduje klimat całości- wiatr, bijące dzwony, zawodzący chór... Aż ciary idą po plecach. Potem otwierają się już wrota Tartaru i nie ma miejsca na litość. "Blood Upon the Altar" to bez wątpienia najbardziej wyróżniające się wydawnictwo Blasphemy i z pewnością najlepsze jakie nagrali. To klasyk gatunku, którego nie można nie znać!
Poniżej przedstawiam wydaną rok temu przez Osmose, kolejną już reedycję "Gods of War/ Blood Upon the Altar". Przyznać muszę, że jeżeli chodzi o wersję cd (o winyl w sumie też) to jest to najbardziej okazała i dopracowana pod względem wizualnym wersja z tych które się dotychczas ukazały, warto ją mieć na półce. Dobrze brzmi, w booklecie pełno fot, szkoda może, że nie pokuszono się o jakieś liner notes czy coś, ale co tam, nie zawsze można mieć wszystko prawda? W każdym bądź razie polecam!


wtorek, 22 sierpnia 2017

Marduk- Opus Nocturne (Osmose Production 1994/ 2013)

Marduk. Co by tu nie mówić to klasyka Black Metalu i jeden z czołowych jego reprezentantów ze Szwecji i generalnie biorąc pod uwagę cały gatunek. Zespół może się poszczycić ogromnym płytowym dorobkiem w którym szczerze nigdy nie było słabej płyty, każda trzyma poziom i mimo takiego stażu zespół wciąż jest w znakomitej formie nagrywając wciąż niesamowite, siejące zniszczenie albumy.
Na dziś wybrałem, wydaje mi się, czołową płytę z ich wczesnego dorobku, zanim na pokładzie zespołu zawitał Legion. Nagrany w 1994 "Opus Nocturne" to swoiste podsumowanie pierwszych lat działalności grupy, płyta przełomowa, którą zwieńczyły słynne trasy u boku Immortal i Enslaved w kolejno 1994 i 95' roku. Na tej płycie Marduk zaklął w swoją Black Metalową furię jakiś pierwiastek niepokojącej symfonii nocy i wszechobecnego zła. "Opus Nocturne" był kolejnym krokiem naprzód w nieco bardziej złożoną i misterną warstwę kompozycyjną. Tym razem za ich piekielną machiną wojenną zaczęła kryć się druga głębia nadająca ich muzyce jeszcze bardziej unikatowej, mrocznej atmosfery. Takie "Sulphur Souls" czy "Autumnal Reaper" są tego najlepszym przykładem. Wielka szkoda, że był to ostatni album z Av Gravf'em na wokalu, gdyż tutaj pokazał się z najlepszej strony i w pełni rozwinął skrzydła swojego opętanego i złowieszczego głosu. Z całym szacunkiem dla Legiona, jego wokalu ogromnej charyzmy, ale Joakim miał jednak w sobie i swoim wokalu coś niepowtarzalnego. "Opus Nocturne" to moja pierwsza trójka Marduk i bezapelacyjnie jedna z wizytówek tej szwedzkiej hordy. Konkretny wpierdol z niesamowitym klimatem! Wielbię!
Poniżej przedstawiam limitowane wznowienie omawianej płyty wydane przez Osmose w 2013 roku. Jest ono limitowane do 1000 sztuk, każda na czarnym cd. Poligrafia natomiast wykonana jest na szorstkim, grubym papierze. Mimo tego, że kolory są trochę ciemniejsze niż w oryginale prezentuje się to całkiem ok. Co warto zaznaczyć, przy dźwięku nikt nie grzebał, nie jest to remaster. Także tutaj na plus, bo ten materiał nie wymaga jakichkolwiek poprawek. Dla porównania aspektów wizualnych wrzucam również pierwsze bicie tego albumu, również popełnione przez Osmose. Osobiście, preferuję właśnie to wydanie.



wtorek, 3 stycznia 2017

Master's Hammer- Ritual/ The Jilemnice Occultist (Osmose Productions 2001)

Przy pierwszym zetknięciu z Master's Hammer od razu pojawiło mi się skojarzenie "taki czeski Kat". Sporo w tym racji, jednak po dłuższym słuchaniu dochodzą do głosu dodatkowe wnioski. Jako, że Kat poszedł w kierunku stricte thrash metalowych rejonów tak Master's Hammer od samego początku zaczął skręcać w kierunku bardziej black thrashowej mieszanki wprowadzając do swojej sztuki elementy ponurej symfoniki, która jeszcze bardziej wpłynęła na ich muzykę (album "The Jilemnice Occultist"). Na Ritual było im trochę bliżej do piłowania w stylu właśnie Kat oraz innych grup z tzw. pierwszej fali black metalu (chociaż był to już 1991 rok).
Debiutancka płyta spotkała się ze sporym odzewem nie tylko w samych Czechach, gdzie sprzedało się kilka tysięcy sztuk tego krążka (byli wtedy jedną z niewielu metalowych grup funkcjonujących w tym kraju). Master's Hammer bardzo spodobał się Euronymousowi, który snuł plany wydania ich materiału w barwach swojej Deathlike Silence. Dzięki niemu i temu co z muzyki Czechów zaadoptowała norweska scena, późniejsze pokolenia mogły poznać to co miał do zaoferowania Master's Hammer.
"Ritual" emanuje surowością i bezpośredniością, ma jednak niepowtarzalny mroczno- mistyczny klimat, z pewnością niepowtarzalny i oryginalny. Nagrany w 1992 "The Jilemnice Occultist" to potwierdził. Był już płytą dojrzałą i podejmującą nowe wyzwania. Nie dość, że sama muzyka stała się bardziej kompleksowa, to jeszcze zespół pokusił się o koncept album. Teksty utworów opowiadają historię młodego okultysty Altramenta, który przybywa do miasteczka Jilemnice po piękną brankę oraz ukryty tam skarb. Pomysł jak najbardziej nietuzinkowy i myślę, że trafiony. Podejrzewam, a nawet jest pewien, że maczała w tym palce inspiracja twórczością Kinga Diamonda.
Jednym słowem Master's Hammer nagrywał i nadal nagrywa sztukę inspirującą i jedyną w swoim rodzaju, myślę, że nie da się pomylić ich z nikim innym. Owe dwa pierwsze albumy stały się jednymi z grona tych najważniejszych dla rozwoju sceny black metalowej lat 90-tych. Z tymi dziełami wypada się zapoznać, uważam je osobiście za ponadczasowe.
Poniżej przedstawiłem wam swoje wydanie obu tych płyt. Jest to tzw. 2 w 1, które Osmose wypuścił w 2001 roku. Jak widać wydane bardzo atrakcyjnie, może bez specjalnej pompy (wkładka 4- stronicowa z odrobiną czegoś do poczytania + teksty, zero dodatkowych fotek), no ale "all in all" solidnie. Jak gdzieś znajdziecie i będziecie rozważali zakup to nie ma co się specjalnie wahać.




wtorek, 20 grudnia 2016

Immortal- Pure Holocaust (Osmose Productions 1993)

Już w rok po bardzo obiecującym debiucie, Immortal wydał swój kolejny album zatytułowany "Pure Holocaust" (oczywiście swojego czasu pewne środowiska mocno czepiały się tego tytułu nie dopuszczając do siebie jego faktycznego znaczenia w kontekście płyty). Wbrew temu co widać na okładce materiał został nagrany tylko przez duet. Abbath zarejestrował ścieżki wokalu, basu oraz perkusji (tutaj szacun bo naprawdę dał radę), a Demonaz odpowiedzialny był za gitary. Erik natomiast zagrał z zespołem dopiero na trasie promującej płytę, oraz na innych pobocznych koncertach.
"Pure Holocaust" był kolejnym krokiem naprzód w stosunku do swojego poprzednika, ma bardziej dopracowane, klimatyczne, jakby trzeszczące brzmienie, a stylistyka i budowa utworów jest już czysto black metalowa. Gitary specyficznie rzężą, a Abbath wydobywa z siebie swój unikatowy, skrzeczący wokal. Uważam że to właśnie na tej płycie uplasowała się pewna aura mroźnej pustki, lodowego chaosu, który towarzyszył ich muzyce aż do ostatniej płyty. Na krążku wysuwają się naprzód takie kompozycje jak klasyczny, dobrze znany fanom "Unsilent Stroms in the North Abyss", rozszalały "A Sign for the Norse Hordes to Ride", dla kontrastu, odrobinę stonowany "The Sun No Longer Rises" oraz mój absolutny faworyt "As the Eternity Opens" ze znakomitą klawiszową wstawką pod koniec utworu. "Pure Holocaust" serwuje nam lekko ponad 30 minut wyziewów ze skutej lodem północy, ale jest to czas który zespół wykorzystał do maksimum.
Wydanie albumu zwieńczyła dosyć słynna trasa "Fuck Christ Tour", na której deski sceny dzieliły z Immortal kanadyjskie Blasphemy oraz grecy z Rotting Christ.
Niniejsza płyta jest moim zdaniem jednym z ciekawszych i najbardziej charakterystycznych krążków w dorobku zespołu, jak i w samym Black Metalu (wydaje mi się, że brzmienie tej płyty jest niemal nie do podrobienia). W mojej pierwszej trójce ich dokonań się mieści- zaraz obok "At the Heart of Winter" oraz "Blizzard Beasts". Na nim Immortal poniekąd zdefiniowali swój styl i umocnili pozycję na scenie, stając się jedną z bardziej rozpoznawalnych grup jakie zrodziła Norwegia. Zadanie dla was takie (jeżeli ktoś nie ma): znaleźć, kupić i słuchać!



czwartek, 24 listopada 2016

Immortal- At the Heart of Winter (Osmose 1999)

Nareszcie zasiadam do recenzji mojego ulubionego krążka Immortal. "At the Heart of Winter" jest moim skromnym zdaniem szczytem twórczości tego zespołu, jego swoistym opus magnum, nigdy przed i nigdy później nie nagrali równie niesamowitej płyty. Roi się tu od ciekawych, dających się zapamiętać riffów (gitary mają na tej płycie fajne, lekko piaskowe brzmienie), no i ta atmosfera, istotnie ma się wrażenie przebywania w sercu zimy, w środku lodowego piekła. No i perkusja, wreszcie możemy cieszyć uszy kunsztem Horgh'a, co niestety było nieco utrudnione na poprzednim albumie "Blizzard Beasts" w związku z jego bardzo kiepskim miksem. Tym razem zespół wybrał studio Abyss, a za konsoletą zasiadł nie kto inny jak Peter Tagtgren, zatem śmiało można było się spodziewać, że fuszerki tu nie będzie.
Wrota do Blashyrkh otwiera jeden z wiodących utworów z płyty, genialny "Withstand the Fall of Time", jego motywy przewodnie pamiętam od kiedy pierwszy raz usłyszałem ten utwór, klasyk. Następnie wchodzą "Solarfall" oraz "Tragedies Blow at Horizon", bardzo klimatyczne, a jednocześnie dynamiczne kawałki budujące wszechobecną atmosferę lodowych pustkowi. Kolejny kawałek to "Where Dark and Light Don't Differ", w którym mamy jedną z lepszych solówek gitarowych jakie Immortal zawarł na swoich płytach. No i teraz czas na samo serce materiału, czyli majestatyczny "At the Heart of Winter". Przednie, lekko nostalgiczne intro i podobnie chwytliwy riff jak to miało miejsce w przypadku pierwszego utworu, kolejny klejnot w koronie tej płyty. Całość zamyka rozpędzony "Years of Silent Sorrow", gdzie możemy doszukać się nieco wpływów klasycznego heavy metalu tak zresztą uwielbianego przez Abbatha. Mamy tu tylko 6 kompozycji, ale za to jakich, nie ma tu żadnej jednej zbytecznej nuty, ani uczucia, że czegoś tu brakuje. Dzieło skończone!
Jak już wspominałem przy innej okazji, swoją przygodę z black metalem, a przy okazji i z twórczością Immortal, zacząłem właśnie od tej płyty, zatem i sentyment mam do niej szczególny, pomijając już fakt, że uważam ją za najlepsze dokonanie grupy. Album moim zdaniem nie wymagający jakiejkolwiek rekomendacji. Słuchać i czcić!



środa, 16 listopada 2016

Immortal- Blizzard Beasts (Osmose Productions 1997)

No i po raz kolejny Immortal gości na łamach "Welcome to the Morbid Blog". Natchniony nieco zimową pogodą ostatnich dni sięgnąłem po album, który w ich dorobku otrzymuje chyba najbardziej skrajne opinie. Mowa tu o wydanym w 1997 roku "Blizzard Beasts".


Ta płyta to nic innego jak pół godziny black metalowej zamieci złagodzonej odrobinę majestatycznym, sześcio- minutowym "Mountains of Might", który moim zdaniem jest jedną z najlepszych kompozycji jakie Immortal stworzył. Reszta płyty to brutalne, pełne mocy kawałki, które dzięki lepszej aranżacji i bardziej czytelnej, nawet i chwytliwej, pracy gitar (solówki pierwsza klasa!) zyskały na sile. Warto zwrócić uwagę na "Battlefields" w którym słychać echa "One by One" z późniejszej płyty "Sons of Northern Darkness", oraz "Frostdemonstorm" za wręcz heavy metalowy riff pod koniec utworu. Widać tutaj, że Abbath i spółka podciągnęli się trochę w swoim rzemiośle i zmierzają ze swoją muzyką w nowe rejony co potwierdzi kolejna płyta, genialny "At the Heart of Winter". Produkcyjnie natomiast wydawnictwo kuleje. Brzmienie perkusji woła tutaj o pomstę do nieba. Jest wycofana, płaska i nie potrafi zrównać się z kanonadą gitar, które wiodą tutaj prym. Słychać oczywiście, że Horgh sroce spod ogona nie wypadł i zna się na swojej robocie, tylko po prostu ktoś za konsoletą trochę odjechał i zawalił swoją część roboty.
Sporo fanów uważa ten album za najgorszy w dorobku grupy, ale znajdą się i tacy, dla których jest faworytem. U mnie zajmuje solidną pozycję w pierwszej trójce. Ma świetną atmosferę, wszystko ze sobą współgra i nawet kiepskie brzmienie nie jest w stanie tego zepsuć. Faktycznie ma się wrażenie bycia w samym sercu zimowej nawałnicy. Szczerze tą płytę polecam, zwłaszcza gdy za oknem noc, wiatr i śnieg!


niedziela, 30 października 2016

Merciless- The Awakening (Deathlike Silence 1990/ Osmose Productions 2017)

Można powiedzieć, że "The Awakening" to jeden z pierwszych (jeżeli nie pierwszy), pełnych death metalowych (no może nie do końca) albumów jakie zrodziła szwedzka scena. Merciless będący brutalną mieszanką starych thrashowych patentów z rodzącym się death metalem był niewątpliwie tym zespołem od którego już na całego rozpętała się death metalowa burza na skandynawskim niebie (dema "Behind the Black Door" oraz "Realm of the Dark" zrobiły swoje).
Merciless byli w swojej robocie na tyle dobrzy, że zainteresowali sobą Euronymousa, który postanowił, iż będą pierwszą grupą której wyda album pod szyldem swojej Deathlike Silence Productions. W lipcu 1989 roku gro składu Mayhem zawitało do Szwecji aby towarzyszyć zespołowi w nagrywaniu płyty w studiu Tuna. Płyta ukazała się w barwach DSP w marcu 1990 i niosła ze sobą niecałe 27 minut death/ thrash metalowego zniszczenia inspirowanego takimi grupami jak chociażby Sodom czy Destruction. Brzmieniowo nie odbiegało to mocno od jakości poprzedniego dema jednak w tym tkwi całe piękno tego wydawnictwa. Surowe, tnące brzmienie jeszcze bardziej podkreśla charakter płyty. Do najbardziej rozpoznawalnych, wyróżniających się utworów zaliczam bez wątpienia otwierający album "Pure Hate", "Dreadful Fate" oraz "Dying World". W tych trzech kawałkach najbardziej wyeksponowane są obie części składowe muzyki Merciless. Wielkim atutem całości są tu niesamowite wokale Roggi, coś pomiędzy wściekłym wrzaskiem, a typowym growlem, mieszanka pasująca tutaj jak ulał. W tamtym czasie Mercielss rządzili podziemiem!
Zespół swoim ordynarnym, bezkomporomisowym i pełnym energii graniem zyskał sobie sporą rzeszę fanów (fanklub grupy miał swoją siedzibę w Polsce!) jednak niebawem usunięty został w cień przez rosnących w siłę gigantów takich jak Entombed, Dismember czy Unleashed. Ich death/ thrashowa hybryda nie była w stanie przebić czysto death metalowych tworów powstałych niedługo potem. Niemniej jednak płyta stała się jedną z pereł w koronie szwedzkiej sceny i na stałe zapisała się w jej historii zajmując bardzo ważne i istotne miejsce. To klasyka, którą po prostu wypada znać, jak ktoś nie zna to nie radzę się przyznawać, a szybko nadrabiać zaległości. Bardzo często do tej płyty wracam i należy do grona tych albumów które niezmiernie cenię.
Poniżej stare wydanie z DSP i najnowsza reedycja popełniona przez Osmose w 2017 (dostępna w dwóch formatach winylowych, splatter i standard, oraz cd). Jak widać do kompaktu się przyłożyli, nie to co gdy wznawiali to w 1999 ingerując w artwork i z błędem na grzbiecie płyty. Wersje winylowe z tego co widziałem także prezentują się pięknie. Cedek w każdym bądź razie szczerze polecam, wydany wzorcowo, z resztą fotka mówi sama za siebie!