"The Somberlain" to jeden z najlepszych, najbardziej imponujących debiutów w historii muzyki metalowej, jak i również ścisła czołówka płyt wydanych na szwedzkiej ziemi. Nagrany w marcu 1993, był dziełem które tak naprawdę przedstawiło światu nowy styl grania, nietuzinkową, melodyjną hybrydę Black i Death Metalu, z tym drugim u podstaw. W tamtym czasie w jakimś stopniu, na podobnym gruncie, powołując do życia melodyjną odmianę Death Metalu, poruszało się At the Gates oraz Unanimated ze swoim debiutem, ale to wciąż nie było to z czym mamy do czynienia w przypadku Dissection. "The Somberlain" charakteryzowały zmyślne riffy, bogate kompozycje oraz zmiany tempa w jakimkolwiek stopniu nie ujmujące płynności płyty, a wręcz przeciwnie, nadając jej dodatkowej złożoności. Płyta nafaszerowana jest kapitalnymi, posępnymi melodiami. W przeciwieństwie do innych zespołów, które podobnie jak oni bazowały na skali molowej, Dissection nader często uderzali w struny pojedynczo nadając tej formie nowej jakości, a swojej muzyce dodatkowego, niepowtarzalnego klimatu. Na płycie nie brak też dodatkowych akustyków czy drobnych nawiązań do klasyki (kto nie kojarzy ów czystego krzyku Jona a la King Diamond w otwierającym album "Black Horizons", którym potem przechodzi w nucenie niczym z "One Rode to Asa Bay"). Dzieła dopełniła czysta i potężna produkcja, którą zespół zawdzięcza Danowi Swano.
Tak oto powstała kolejna płyta bez skazy, kolejny z ponadczasowych monumentów tej sceny. W tamtym czasie nikt nie brzmiał tak jak oni. I tak jak to miało miejsce w przypadku Entombed, nie trzeba było długo czekać na tych którzy postanowią podążać muzyczną ścieżką wydeptaną przez Dissection, mam tu na myśli chociażby Gates of Ishtar, Sacramentum czy to co stworzyło Unanimated na "Ancient God of Evil". Powstał materiał o niemal podobnym wpływie na scenę, który wytyczył kolejne, nowe ścieżki w metalowym graniu, który sprawił, że Dissection, którzy doczekali się z czasem niemal legendarnego statusu. Uważam, że w pełni na niego zasługując.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2006. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2006. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 2 września 2018
sobota, 28 lipca 2018
Panzer X- Steel Fist (Metal Mind 2006)
"Gdyby Vader tak grał to bardzo chętnie bym ich słuchał i kupował płyty"- tak to kiedyś skwitował temat mój dobry kumpel po tym jak puściłem mu "Necropolis" oraz "Pięść i Stal". Fakt, jest to totalnie w punk dla fanów bardziej klasycznych, a mniej ekstremalnych brzmień. Drugi z wymienionych kawałków to polskojęzyczny cover angielskiej, oryginalnej wersji "Steel Fist", jednej z kompozycji heavy metalowego projektu, który zainicjował Peter wraz z Grzegorzem Kupczykiem (ex Turbo, Ceti), Markiem Pająkiem (Esqarial, Vader) oraz nieżyjącym już Witoldem "Vitkiem" Kiełtyką (Decapitated). Panzer X, bo o tak nazwanym zespole będzie dziś mowa, pozostawił po sobie tylko jedną Epkę- "Steel Fist". W sumie nie dziwię się, że Peter w końcu wyszedł z taką inicjatywą. Będąc od wielu, wielu lat oddanym fanem Judas Priest to po prostu musiało nastąpić. Umiłowanie dla tej klasyki musiało wreszcie znaleźć swoje ujście. Ogromna szkoda, że nie doczekaliśmy się kontynuacji tego projektu bo zapowiadało się naprawdę nieźle. W ciągu niecałych 18 minut dostaliśmy pełną gamę różnego typu kompozycji jakie można znaleźć w typowym Heavy Metalu lat 80-tych. Płytę otwiera rozpędzony "Panzer Attack!!!", niczym niegdyś "Fast as a Shark" Accept na albumie "Restless and Wild". Konkretne uderzenie, żeby od razu przykuć uwagę słuchacza. Potem dostajemy utwór tytułowy, który jest już totalnie typowym dla tego stylu. Prowadzi nas tu miarowy mocny riff, do którego nóżka chodzi sama, a i z automatu ma się ochotę pomachać banią. Hołd dla tradycyjnych patentów ewidentny. Następnie mamy bardzo rock 'n' rollowy "Feel My X", który bez większych poprawek mógłby znaleźć się w repertuarze AC/DC, a następnie nastrojowy, instrumentalny "In Memory". Także tak jak mówiłem, wszystkiego jest tu po trochu. Materiał wieńczy cover z repertuaru The Rolling Stones "Paint it Black". Na Epce powinien był znaleźć się jeszcze cover Judas Priest "Riding on the Wind". Uwzględnia go rozkład jazdy, niestety jakimś cudem na płycie się nie pojawił, a szkoda.
Uważam, że Panzer X był naprawdę ciekawym pomysłem, który posiadał konkretny potencjał. W końcu umiejętności instrumentalne i kompozytorskie składu są nie do podważenia, brzmi to wszystko znakomicie, pełno tu świetnej energii i wyczucia, a przede wszystkim luźnego podejścia. Panowie świetnie zabawili się tą estetyką i naprawdę super byłoby usłyszeć ciąg dalszy tego przedsięwzięcia. Cóż, może kiedyś szansa się pojawi. "Steel Fist" to fajna ciekawostka z którą warto się zapoznać.
Uważam, że Panzer X był naprawdę ciekawym pomysłem, który posiadał konkretny potencjał. W końcu umiejętności instrumentalne i kompozytorskie składu są nie do podważenia, brzmi to wszystko znakomicie, pełno tu świetnej energii i wyczucia, a przede wszystkim luźnego podejścia. Panowie świetnie zabawili się tą estetyką i naprawdę super byłoby usłyszeć ciąg dalszy tego przedsięwzięcia. Cóż, może kiedyś szansa się pojawi. "Steel Fist" to fajna ciekawostka z którą warto się zapoznać.
środa, 16 sierpnia 2017
Lugburz- Triumph of Antichrist (Circle of the Tyrants 2006)
11 lat temu ukazał się debiutancki długograj Lugburz, jednych naszych rodzimych, podziemnych piewców Black Metalowej sztuki. To co zaprezentowali na "Triumph of Antichrist" to perfekcyjna mieszanka konkretnego łojenia z misternie wplecionym klimatem. Piekielne kanonady poprzeplatane są tu atmosferycznymi zwolnieniami, które budują mroczną i niepokojącą aurę tej płyty i sprawiają, że album jest urozmaicony i ma wbrew pozorom sporo do zaoferowania (jest tu jeszcze trochę smaczków w postaci chociażby dziecięcego chóru, chłost, wycia wilków, czy kawałka po polsku). Brzmienie może pozostawiać odrobinę do życzenia, ale właśnie takie nieco toporne i szorstkie lepiej współgra z wszechobecnym na płycie chaosem. Bez tego brudu ten materiał nie miałby tak złowieszczego wydźwięku.Lugburz niczego nowego tu nie odkrywa, ale miażdży w stylu który w naszym podziemnym Black Metalu lubię najbardziej, zero kompromisów, rozdrabniania się, kombinatorstwa. Jadą równo i nie oglądają się na boki. Co prawda dorobek wydawniczy mają o wiele mniejszy, ale postawił bym ich obok takich naszych czarnych zastępów jak Besatt, Beleth czy Black Altar. Totalne oddanie czarnej sztuce w każdym możliwym wymiarze. Jeżeli chodzi o mniej znany Black Metal z naszego rodzimego podwórka to Lugburz jest jedną z tych grup po których sztukę warto jest sięgnąć. Grają porządnie i z kopem, jak Rogaty przykazał. Tak na marginesie, szacunek dla autorki okładki, grafika znakomicie oddała klimat zawartości i to bez dwóch zdań.
poniedziałek, 13 marca 2017
Hell-Born- Cursed Infernal Steel (Conquer Records 2006)
Z biegiem czasu Hell-Born stał się dla mnie jednym z tych osobiście najważniejszych zespołów jeżeli chodzi o naszą rodzimą scenę, jak i generalnie death metalową sztukę. W każdą ich płytę się zasłuchuję i każdą chłonę jednym tchem, ale to "Legacy of the Nephilim" i właśnie "Cursed Infernal Steel" są moimi absolutnymi faworytami w dyskografii tej bluźnierczej hordy.Nagrany w 2006, w białostockim studiu Herz, "Cursed Infernal Steel" to godny następca poprzedniego albumu. Wciąż nie brak mu mocy, siły i tej niezrównanej chwytliwości. Hell- Born nigdy nie kombinował tylko łoił jak leci, i tak samo jest w tym przypadku. Płytę otwiera lider całego rozkładu jazdy czyli "Impaled Archangels", który w mgnieniu oka rzuca słuchacza w same piekło Belzebubu na rogi! Refren chwyta się z marszu i za moment ma się ochotę drzeć ryja razem z Baalem. Czy można oczekiwać lepszego początku? Nie sądzę, zadowoli każdego! Kolejnym wymiataczem jest tu niewątpliwie galopujący niczym apokaliptyczna kawaleria "The Black Flag of Satan", który na refren odrobinę zwalnia by potem ponowić szarżę. Trzecim moim ulubieńcem jest tytułowy "Cursed Infernal Steel", który podobnie jak "Impaled Archangels" natychmiast wrzyna się w mózgownicę. Ma potężny, jakby podniosły riff i jakże hymniczny refren. Gitary Jeffa i Lesa tną powietrze niczym kosa! Całość tej wybuchowej, czarciej mieszanki zespala świetne brzmienie, co zawsze uwydatnia walory tego typu grania.
Podsumowując, Hell- Born nigdy nie zawodzi, niby ten sam styl, niby to same bezkompromisowe, zakorzenione w oldschoolu uderzenie, ale każda płyta niesie ze sobą kolejny powiew świeżej energii i mocy. Ma się wrażenie, że ten zespół nigdy się nie zestarzeje i nigdy nie osiądzie na laurach. Każda kolejna ich płyta to niezbity na to dowód. Od ostatniego "Darkness" minęło już sporo czasu i mam nadzieję niebawem znowu o nich usłyszeć i z tym samym zapałem zabrać się do konsumpcji ich kolejnego dzieła. Kto jeszcze Hell-Born nie słuchał niech nadrabia zaległości, gwarantuję, że nie będzie zawiedziony!
Subskrybuj:
Posty (Atom)





