Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2004. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2004. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 stycznia 2022

War - Ex Tenebris Nasceris Ut Deleas (Under the Sign of Garazel 2004/2021)

Mało już kto pamięta, że War byli jednymi z prekursorów black metalu w Polsce. Zespół powstał w 1993 roku. Miał na koncie dwa dema i cztery pełne płyty. Swój pierwszy długograj nagrali osiem lat po drugim demie "The War Horde" z 1994. "Ex Tenebris Nasceris Ut Deleas" to ich drugi album wydany pierwotnie w 2004. W ubiegłym roku wznowiło to dzieło Under the Sign of Garazel. wydanie jest skromne, ale muzyka zawarta na krążku to znakomity, surowy black metal nawiązujący do stylu grania z połowy lat 90. Tak właśnie brzmi ta płyta, jakby nagrano ją co najmniej dziesięć lat wcześniej w stosunku do wydania pierwszego. I nie chodzi tu o jakość brzmienia, które jest bardzo dobre, mimo surowości materiału, a o jego walory estetyczne. War prezentuje tu sztukę nie przebierającą w środkach. Płyta uderza w samo sedno tej sztuki i ma głęboko w życi trendy, jakie już po 2000 roku potrafiły brać górę nad szczerością i autentycznością wykonywanej muzyki. War wypiął się na to wszystko i robił swoje. Dzięki temu nagrali znakomity materiał, który wznowiony siedemnaście lat po jego wydaniu wcale się nie zestarzał i nie stracił na swojej mocy. Jest tu trochę echa sceny norweskiej, zwłaszcza w brzmieniu i budowanie riffów, niemniej War brzmi po swojemu, wykorzystując zaledwie namiastkę inspiracji do tworzenia własnej mrocznej sztuki. Cóż, nie powiem, takie reedycje cieszą i oby było ich więcej. Wciąż jest cała masa zapomnianych materiałów z naszej sceny, które nie doczekały się wznowień lub pojawiały się w bardzo małych nakładach i tylko na kasecie. Szacun dla UtSoG za to wydawnictwo!



English translation:

Hardly anyone remembers that War were one of the precursors of black metal in Poland. The band was founded in 1993. They released two demos and four full-length albums. They recorded their first full-length eight years after their second demo, "The War Horde" in 1994. "Ex Tenebris Nasceris Ut Deleas" is their second record originally released in 2004. Last year, Under the Sign of Garazel re-released it. The release is modest, but the music contained on the disc is excellent, raw black metal referring to the style of playing from the mid-90s. This is what the album sounds like, as if it was recorded at least ten years earlier according to its original release date. And it is not about the quality of the sound, which is very good, despite the rawness of the material, but about its aesthetic qualities. Here, War presents an art that does not disguise itself in any way. The album hits the point of this art and doesn't give a shit about trends that after 2000 sometimes dominated over honesty and authenticity of the music performed. War diftn't care about it and did their job. Thanks to this, they recorded excellent material, which, re-released seventeen years after its release, hasn't aged at all and has not lost its power. There is some echo of the Norwegian scene here, especially in the sound and construction of the riffs, but War sounds on its own, using only a bit of inspiration to create their own dark art. Well, I will not say, such reissues are enjoyable and hopefully there would be more of them. There is still a lot of forgotten materials from Polish scene that has't been re-issued or appeared in very little circulation and only on tape. Respect to UtSoG for this release!




sobota, 11 sierpnia 2018

Enthroned- Carnage in the Worlds Beyond (Napalm Records 2004)

Zespół i płyta, której już od jakiegoś czasu chciałem poświęcić przynajmniej odrobinę miejsca na blogu. Grupa, która swoim graniem dosłownie rozpirza wszystko wokół niczym jakaś nawałnica, a jest tak niedoceniana. Delikatnie mówiąc wkurza mnie ten fakt. Jakoś prasa w temacie nigdy zbyt wiele uwagi im nie poświęcała, a totalnie na to zasługiwali. Tutaj ukłon ode mnie w stronę Michała Kraszewskiego z niegdysiejszego Vox Mortiis/ Novum Vox Mortiis, który pamiętam ofiarował im nieco czasu i miejsca w swoim piśmie. Enthroned grali ( i nadal grają) Black Metal niczym natchnieni. Właściwi ludzie na właściwym miejscu. Było to prawdziwe, pełne furii, bezpośredniości, niewyczerpanych pokładów energii i ekspresji. Z każdą płytą był bardzo wysoki poziom i forma. Po odejściu Sabathana trochę jakby spuścili z tonu, gdzieś uszła część tej pierwotnej mocy, ale to wciąż świetny zespół, a Nornagest wcale nie najgorzej daje sobie radę w roli jego głównego kompozytora, wokalisty i lidera. Przedstawiona w tym poście płyta "Carnage in the Worlds Beyond" to w moim mniemaniu ich szczytowe osiągnięcie, można powiedzieć swoista wizytówka tego zespołu, tego co sobą reprezentuje. To opętańczy, najczystszy Black Metal z drobnym ukłonem w kierunku starej szkoły. Pełno tu autentycznie porywających, iście piekielnych  riffów oraz naprawdę dobrych solówek (tutaj zawsze szacun ode mnie, bo to nie jest w tym graniu tak często spotykane). Osobna kwestia to wokal Sabathana, niczym wampirzy skowyt. Ileż to energii i jadu tkwi w tym głosie, wydaje się być nie do zdarcia, a z pewnością nie do zastąpienia. Z całym szacunkiem do Nornagesta, ale Sabathan był tutaj jedyny w swoim rodzaju. Tak charakterystyczne wokale to rzadkość. Nie bez przyczyny można spotkać się z opinią Enthroned=Sabathan. Reasumując, jest czego słuchać, jest do czego wracać. No i to swoiste pierdolnięcie... Niemal każdy kawałek to powalający cios. Dali tutaj z siebie 200% i przelali w niniejszy album jedno z obliczy esencji wspomnianej sztuki. Dla przykładu wystarczy sobie puścić "Jehova Desecration", niepozorny, wyciszony początek, słychać, że coś tam się powoli rozkręca, a tu zaraz jak nie przywalą! Istny ogień i szaleństwo! Ta płyta to dla mnie jeden z majstersztyków w swojej dziedzinie i pierwsza dziesiątka Black Metalowych albumów wszech czasów jeżeli chodzi intensywność połączoną z klimatem (wciąż). Nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego praktycznie nie wspomina się o Enthroned w żadnych zestawieniach, zawsze skutecznie przysłania ich cień zespołów z Norwegii czy Szwecji. Wypada czasem przełamać ten kult i zauważyć, że są i inne grupy niczym ogólnie znanym klasykom nieustępujące, którym należy się szacunek, uwaga i miejsce w tym zaszczytnym gronie. Bądź co bądź Enthroned obok Ancient Rites to duma belgijskiej sceny.


poniedziałek, 14 maja 2018

Graveland- Dawn of Iron Blades (No Colours Records 2004/ Hammer of Damnation 2018)

Kolejne wznowienie od Graveland i ponownie, kolejny odświeżony i przearanżowany materiał. Tym razem padło na "Dawn of the Iron Blades". Materiał może jednostajny, trochę przewidywalny, ale za to niesamowicie spójny i epicki w swym wyrazie, zwłaszcza w nowym obliczu. Nabrał jeszcze więcej patosu i mocy. Nie ma co ukrywać faktu, że Graveland ma swój misternie wypracowany styl którym podąża już od wielu lat, który buduje przekaz i tożsamość zespołu. Można być pewnym, że grupa nigdy nie zejdzie z obranej ścieżki. No, ale do rzeczy. "Dawn of the Iron Blades" został w tej wersji podrasowany, przede wszystkim partiami chóru (żeńskie w wykonaniu Olyi są po prostu niesamowite, bardzo subtelne, a jednocześnie podkreślające majestat towarzyszący kompozycjom), większą ilością klawiszowego tła i mocniejszą, wyrazistszą partią perkusji, którą nagrał Miro. Jednym słowem płyta stała się barwniejsza w stosunku do oryginału, bardziej urozmaicona. Jej brzmienie, uważam, również jest znacznie lepsze. Poprawiona i przeredagowana została również warstwa tekstowa. Jednym słowem album przeszedł gruntowną rewitalizację, przez co ma szansę zaprezentować drzemiący w nim potencjał w ramach epickiego, pogańskiego odcienia metalowej sztuki.
Co się tyczy samej formy wydania. Przyznać trzeba, że brazylijskie Hammer of Damnation się postarało. Szata graficzna wykonana jest z dbałością o szczegóły, jest rozbudowana, jednym słowem wyczerpuje temat jeżeli chodzi o tzw. radość dla oka. Dodatkowym bonusem jest świetny pomysł w kwestii formy zaczerpnięty z pierwszych kompaktowych wydań "Frost" Enslaved oraz "Blizzard Beasts" Immortal. Mianowicie wytłoczone na pudełku logo zespołu. Prezentuje się to kapitalnie i przywodzi na myśl właśnie te wspomniane wydania z lat 90-tych. Całość posiada jeszcze dodatkowych slipcase. Reasumując, mucha nie siada! Wydawnictwo wg. mnie bez zastrzeżeń. Dla fanów Graveland mus, a dla reszty dobry przykład na to aby posłuchać sobie jak zespół brzmi i komponuje obecnie.

http://www.graveland.org/
https://www.hodrecs.com/



sobota, 22 kwietnia 2017

Esqarial & Kupczyk- Klassika (Empire Records 2004)

Metalowe interpretacje muzyki klasycznej to już dosyć dobrze znany temat. Od wielu lat różni twórcy próbują swoich sił w tym temacie, często niestety efekty nie są specjalnie powalające. Swojego czasu owego wyzwania podjął się Esqarial zapraszając do tego przedsięwzięcia Grzegorza Kupczyka. Byłem tej płyty mocno ciekaw, jednak nie obiecywałem sobie niczego specjalnego. Przyznam się szczerze, że efekt totalnie mnie zaskoczył, rzecz jasna pozytywnie.
Płyta wpadła mi w ręce dzięki jednemu z numerów Thrash'em All do którego swojego czasu była dodana. Już pierwsza rzecz, która mi się spodobała podczas odsłuchu to fakt, że zespół nie silił się na bezpośrednie przekładanie klasyki na metal, czy tworzenia wariacji na jej temat, a zawarł jej fragmenty we własnych, autorskich utworach skomponowanych pod taki właśnie układ. Stała się dzięki temu inspiracją, fajnym dodatkiem, bijącym sercem płyty, a nie celem samym w sobie. Mamy tu motywy z twórczości Mozarta, Beethovena, Paganiniego czy Vivaldiego podane na heavy metalowej tacy w towarzystwie znakomitego wokalu Grzegorza Kupczyka, który miejscami zabrzmiał iście maidenowsko. Co się tyczy samego zespołu Esqarial to pokazali jak swobodnie potrafią poruszać się po różnych stylistykach, przecież ich chlebem powszednim jest techniczno- progresywny death metal, a nie heavy metalowa jazda jaką nas tutaj uraczyli. Za to szacun. Jestem także pełen uznania dla gitarowego talentu Marka Pająka, który dał nie tylko popis umiejętności technicznych, ale także kompozytorskich. Zarówno on, jaki i drugi gitarzysta, Bartosz Nowak, pokazali tutaj klasę. Takimi swoistymi, jak dla mnie, wizytówkami owej płyty są "Requiem" oraz "Timequake". Melodia we wstępie do tego drugiego to czysta poezja, ilekroć ją słyszę w połączeniu z tą mocarną sekcją rytmiczną to dostaję ciar. Piękno zaklęte w sile!
Podsumowując, dostaliśmy płytę energetyczną, świeżą, świetnie brzmiącą. Album pokazuje właśnie to jak ciekawie i owocnie można łączyć brzmienia muzyki klasycznej z metalem i jednocześnie wyjść z tego obronną ręką, bo nie zawsze takie zabiegi się udają. Grzegorzowi i Esqarial wyszło to moim zdaniem znakomicie. Jeżeli jest ktoś zainteresowany tego typu eksperymentami to szczerze "Klassikę" polecam. Kawał naprawdę bardzo dobrego grania!


czwartek, 6 października 2016

Kat- Somewhere in Poland Live 2003 (Mystic Production 2004)

Kat w swojej karierze nagrał trzy albumy koncertowe, każdy inny, ale i każdy równie udany. Wspomniany w tytule jest tym trzecim w kolejce i chyba najlepiej brzmiącym z całej trójki. Kat zagrał wtedy na Mystic Festival jako support Iron Maiden, jakby nie było takie towarzystwo zobowiązuje. Płyta jest bardzo dynamiczna i żywiołowa, a między utworami Roman pozwala sobie na różne wcinki w swoim stylu. Set składa się z 12 utworów, mamy coś z każdej z płyt, ale najwięcej, bo aż połowa zagranego materiału, pochodzi z albumów "666" oraz "Róże Miłości Najchętniej Przyjmują się na Grobach". Oczywiście nie mogło zabraknąć "Wyroczni", która ma wśród fanów grupy status niemal hymnu, oraz najsłynniejszej Kat-owskiej ballady "Łza dla Cieniów Minionych", którą publika śpiewa razem z zespołem. Jest moc i klimat!
Nikt wtedy nie wiedział, że jest to ostatnie wydawnictwo Kata z Piotrem i Romkiem w jednym składzie. Niemniej jednak zespół dał niesamowity koncert i udowodnił, że czas nie jest im straszny, pokazali, że mimo upływu lat są cały czas w stanie wykrzesać na scenie ogień. Mimo iż nie było takiego założenia "Sowewhere in Poland" jest pięknym zwieńczeniem pewnego etapu w historii grupy. Coś się kończy, coś się zaczyna.
Jako bonus, na koniec krążka, dostajemy nową, studyjną wersję "Ostatniego Taboru". I tutaj przywalili! Kawałek nabrał nowej jakości, jest bardziej dynamiczny i zadziorny, zarówno instrumentalnie jak i wokalnie. Klasa, za każdym razem gdy go słucham mam ciary! Dodatkowo na płytce umieszczony jest do niego teledysk.
Płyta została bardzo fajnie wydana w formie 3- panelowego, laminowanego digipaka. Wszystko ozdobione grafiką opartą na fotografiach z koncertu. Kolejną ich dawkę dostajemy w książeczce do płyty, która jest nimi wypełniona od początku do końca. Szkoda, że ten album już od dawna jest wyprzedany, aż prosi się o wznowienie. Jeżeli ktoś nie ma, a znajdzie na aukcji to radzę brać i specjalnie się nie zastanawiać. Polecam wszystkim i każdemu z osobna!


sobota, 2 lipca 2016

Therion- Lemuria (Nuclear Blast 2004)

Przez długi czas ograniczałem swoją znajomość Therion do płyty "Theli" włączenie. Dlaczego? Swojego czasu z czystej ciekawości sięgnąłem po "Gothic Kabbalah" i płyta w ogóle do mnie nie trafiła, już od pierwszych dźwięków. Tak więc zostawiłem późniejszy dorobek Therion w spokoju na długo. Ostatnimi czasy pisząc recenzję "Theli" naszła mnie myśl żeby zrobić kolejne podejście, było kilka lat przerwy to może coś w moim odbiorze się zmieni. Wybrałem do tego eksperymentu album "Lemuria" z 2004 roku. Kiedyś znajomy polecał, więc tym się zasugerowałem. Zakupiłem niedrogo używaną kopię i zacząłem słuchać. Kopara mi opadła już od pierwszych dźwięków. Utwór "Typhon" ma w sobie sporo ze starego oblicza zespołu, porządny masywny riff, death metalowe wokale... Co prawda jest też symfonicznie/ operowo, jest i trochę żeńskich głosów, ale brzmi to bardzo fajnie. Dalej mamy kontynuujący zagadnienie "Uthark Runa". Teraz zaczyna się, w moim odbiorze słabsza strona płyty z za bardzo przesłodzoną warstwą melodyczną i balladką która kompletnie do mnie nie przemawia. Natomiast od siódmego kawałka "The Dreams of Swedenborg" mamy już czystą poezję. Aż po kończący płytę "Feuer Overture" każdy utwór nadźgany jest świetnymi riffami oraz zróżnicowaną warstwą wokalną. Jest gitarowo i symfonicznie jak to na Therion przystało. Jak by mi ktoś powiedział, że ten album tak mi podejdzie to bym nie uwierzył. Słuchało mi się tego bardzo dobrze praktycznie od początku do końca.
Warto wspomnieć, że "Lemuria" jest albumem oscylującym w znacznej mierze wokół legendy o krainie która zniknęła niegdyś w odmętach oceanu Indyjskiego (tytuł albumu) oraz opowieści z mitologi Indian Ameryki łacińskiej oraz starożytnych Greków. Po albumie widać, że tendencja zespołu do tworzenia z rozmachem i wizją nie jest przesadzona i widać, że osiągają swój cel. Warto się z tą płytą zapoznać.