Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2016. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 grudnia 2021

Throneum - Morbid Death Tales (2016/2021 Old Temple)

Po pięciu latach Old Temple wznawia "Morbid Death Tales", bodajże siódmy pełny album Throneum. I chwała im za to! Uwielbiam te złote dyski wydawane przez Eryka i staranność przy poligrafii. Pierwsze wydanie z Hell's Headbangers już ciężko dostępne, a szkoda żeby ten album był nieosiągalny w kraju zespołu. Throneum to dla mnie grupa kultowa i nie będę tego ukrywał. Wraz z Witchmaster czy Hell-Born rozpoczęła swego czasu krucjatę pod tytułem "Granie obskurnego, oldschoolowego metalu na pohybel wszystkim!", gdy nikt zbytnio nie chciał takiej muzy grać. Cały czas dobrze im to idzie. Nazwa przytaczanego tutaj krążka doskonale mówi, jakie granie tu znajdziemy. Tak, to stary Hellhammer i Celtic Frost z czasów "Morbid Tales" w swej całej surowej, piwnicznej i brudnej formie poddany tuningowi w postaci starego, dobrego death metalu. Kurde, że też w dzisiejszych czasach wciąż są maniacy, którzy potrafią tak grać i nadać swojej muzyce tak bezkompromisowe brzmienie, niemal demówkowe i mieć wywalone na wszelkie sztuczne dopieszczanie swojego materiału. Ma to swój niepowtarzalny urok. Słucha się tego wybornie! Rzecz jasna trzeba lubić takie klimaty, wtedy wejdzie bez popity. No i jest tu Diabolizer za garami. To dla mnie zawsze powód, żeby posłuchać płyty. Mam ogromny szacunek do tego człowieka i jego stylu grania. Dla mnie to jeden z najlepszych garowych polskiej sceny podziemnej. Brać ten album i słuchać!

https://www.facebook.com/ThroneumOfficial

https://throneumofficial.bandcamp.com/

https://www.shop.oldtemple.com/


English translation:

After five years, Old Temple reissues "Morbid Death Tales", the seventh full-length album by Throneum. And praise them for that! I love those golden discs issued by Eryk and the diligence in printing. The first release from Hell's Headbangers is hardly available, and it's a pity that this album was unattainable in the band's country. Throneum is a cult group for me and I will not hide it. Together with Witchmaster and Hell-Born, they started a crusade called "Playing dingy old school metal without compromises!", when no one wanted to play such music that much. They are doing well all the time. The title of the disc quoted here perfectly says what kind of stuff we can find here. Yes, it's the old Hellhammer and Celtic Frost from "Morbid Tales" times in all raw, basement and dirty form tuned by the good old death metal. Damn, I'm glad taht nowadays there are still maniacs who can play this way and give their music such an uncompromising sound, almost demo-like, and be free from all artificial polishing of their material. This has its own unique charm. The listening is a pure joy! Of course, you have to like such style, then it will appeal to you totally. And here we havee Diabolizer behind drums. This is always a reason for me to listen to the album. I have great respect for this man and his style of playing. For me, he is one of the best drummers of the Polish underground scene. Grab this album and listen to it!




niedziela, 26 maja 2019

Mayhem- De Mysteriis Dom Sathanas Alive (Mayhem self-released 2016)

Wielu pyta po co wydawać takie płyty twierdząc, że to skok na kasę i materiał tylko dla zagorzałych fanów lub tych co nie mają co zrobić z pieniędzmi. Bo przecież po co słuchać albumu odegranego w całości na żywo skoro ma się materiał studyjny? Cóż, i mi czasem zdarza się nie wyspać, czy pleść głupoty, także trzeba policzyć do dziesięciu i wybaczyć tego typu komentarze. Kto widział Mayhem na żywo z tym materiałem (zaznaczam, że widziałem), zna jego wartość i autentycznie lubi te utwory, to wie, że wydanie "De Mysteriis Dom Sathanas Alive" to udokumentowanie wyjątkowego koncertu i jeszcze bardziej wyjątkowej płyty w, poniekąd, nowej odsłonie. Możemy nie tylko poczuć magię tego wydarzenia, ale również usłyszeć to arcydzieło zagrane poza sterylnymi warunkami studia i w formie nieco bardziej intensywnej, jeszcze bardziej ociekającej mrokiem i tak naprawdę z nadanym drugim życiem po tylu latach od wydania studyjnego oryginału. Co trzeba przyznać, to fakt, że kompozycje z "De Mysteriis Dom Sathanas" w ogóle się nie starzeją, cały czas niosą ze sobą tę samą siłę i magię. Kolejny raz słuchacz ma okazję przekonać się dlaczego uważa się tę płytę za arcydzieło gatunku, dlaczego od tylu lat wciąż jest tak samo inspirująca i pochłania kolejne rzesze fanów ekstremalnego grania.
"De Mysteriis Dom Sathanas Alive" to dla mnie coś więcej niż koncert, to istne misterium na które składa się wiele czynników - od samej muzyki poczynając, poprzez doświadczenie wizualne, na atmosferze i pewnej aurze kończąc. Jeżeli było się na którymś z koncertów tej konkretnej trasy poświęconej wspomnianemu albumowi, to i sentyment czy nostalgia również się uruchomi. Zespół postarał się, aby każdy wieczór był wyjątkowy, aby ociekał klimatem, złowieszczą atmosferą, żeby przenosił nas te wiele lat wstecz. Co prawda nie ma tego na płycie audio, ale na krążku dvd mamy pełne show bez wyciętych elementów, które często wyrzuca się montując dźwiękową wersję koncertu. To tu min. usłyszymy słynne "When it's cold. And when it's dark, the freezing moon can obsess you!" wykrzykiwane niegdyś przez Dead'a przed każdym wykonaniem "Freezing Moon" na żywo. I teraz nie mogło tego zabraknąć. Zanim zespół rusza z utworem słyszymy te słowa puszczone z albumu "Live in Liepzig". Necrobutcher na basie, Teloch i Ghul na gitarach, Hellhammer za garami - każdy dał z siebie 100%, ale ta ostateczna, wyjątkowa magia, zwieńczenie całości to zasługa Attili, jego wokalu i scenicznej ekspresji. To już tyle lat w Mayhem, a on wciąż potrafi wokalnie oddać to co zrobił niegdyś w studiu podczas nagrywania "De Mysteriis Dom Sathanas". Jego praca to jeden z trzech elementów, który wciąż czyni ten album totalnie wyjątkowym.
Na koniec powiem już tylko jedno, uważam, że żaden fan Mayhem i Black Metalu nie powinien przejść obok tego wydawnictwa obojętnie. Jest cholernie wartościowe i ja osobiście słucham go naprzemiennie z oryginałem. Bezapelacyjnie mus!

https://www.facebook.com/mayhemofficial/
https://www.thetruemayhem.com

English version:

Many people ask why to issue such records, claiming that it is a sales move and material only for die-hard fans or those who have simply too much money. Because why listen to an album played live in full since you have the original studio material? Well, sometimes it happens to be sleepy, or talk bullshit, so we have to count to ten and forgive such comments. Whoever saw Mayhem live with this material (I have seen it of course), knows its value and genuinely enjoys these songs, knows that the publication of "De Mysteriis Dom Sathanas Alive" is a documentary of a unique concert and an even more unique album in, in a sense, a new quality. We can not only feel the magic of this event, but also hear this masterpiece played outside the sterile conditions of the studio and in a slightly more intense, form, with even much more darkness in it, and with a second life given after so many years from the publishing of the original. What must be admitted is the fact that the compositions from "De Mysteriis Dom Sathanas" do not age at all, all the time they bring with them the same strength and magic. Once again, the listener has the opportunity to see why this record is considered a masterpiece of the genre, why it has been so inspiring for so many years and still absorbs new fans of extreme music.
"De Mysteriis Dom Sathanas Alive" is more than just a concert for me, it is a mystery that consists of many factors - from music itself, through visual experience, finishing with atmosphere and certain aura. If you were on one of the concerts of this particular tour dedicated to the mentioned album, then even sentiment or nostalgia will also emerge. The band tried to make every evening special, to drip with climate, ominous atmosphere, to carry us many years back. It is not on the audio disc, but on the DVD one we have a full show without cut out elements, which are often thrown out by editing the audio version of the concert. Here we will hear the famous "When it's cold. And when it's dark, the freezing moon can be obsess you!" once shouted by Dead before performing "Freezing Moon" live. And now it could not be missing. Before the band starts the song, we hear those words recorded once on the "Live in Liepzig" album. Necrobutcher on bass, Teloch and Ghoul on guitars, Hellhammer behind drums - each gave 100%, but this ultimate, unique magic, the crowning of the whole is due to Attila, his vocal and stage expression. It's been so many years in Mayhem, and he still can vocally reproduce what he once did in the studio while recording "De Mysteriis Dom Sathanas". His work is one of three elements that still makes this album totally unique.
At the end I will say only one thing, I think that no fan of Mayhem and Black Metal should pass by this release indifferently. It is damn valuable and I personally listen to it alternately with the original. Decisively, a must!





sobota, 11 maja 2019

Deus Mortem- Demons of Matter and the Shells of the Dead (Malignant Voices 2016)

Jako, że już niebawem planuję recenzję najnowszego krążka Deus Mortem, postanowiłem skorzystać z tej okazji i przypomnieć wam ich poprzednie wydawnictwo.
W 2016 roku, po 3 latach od wydania swojego pierwszego długograja zespół powrócił z materiałem tak niesamowicie esencjonalnym i mówiąc szczerze, w tamtym momencie, swoim najlepszym. Zdefiniowali swój styl i dali znać wszem i wobec, że nie biorą jeńców, a na scenie podziemnej mają sporo do powiedzenia. "Demons of Matter and the Shells of the Dead" to co prawda są to tylko 3 utwory, ale za to jakie! Diabelski majestat zamknięty w muzyce i manifest najczystszej, Black Metalowej sztuki
Wrota otchłani otwiera "The Higher Sun". Od razu rzuca się na uszy bardzo fajny pogłos złowieszczego, obłąkanego wokalu zaserwowany na tym wydawnictwie, dodaje to pewnego klimatu i przestrzenności (tym bardziej w takiej formie). Zarówno tutaj, jak i w następującym później "Penetrating the Veils of Negativity" partie solowe gitar brzmieniowo nieodparcie kojarzą mi się z tymi z albumu "Under the Sign of the Black Mark" Bathory, różnica jest tylko taka, że tamte były o wiele bardziej surowe. Oba utwory są rozbudowane, nie ma jednostajności tempa co urozmaica odbiór. "Penetrating..." kończy zapadający w pamięć, jakby rytualny motyw. W trzecim, zamykającym całość "Olam HaBeriah", dominują średnie tempa, klimat rytuału, podniosły, acz złowieszczy. Jednak nie można dać się zwieść bo pod koniec dostajemy nagły zwrot ku ścieżce szaleństwa i chaosu wprowadzonej już przez dwie poprzednie kompozycje. Brzmieniowo materiał jest nienaganny, a kompozycyjnie, cóż, dla mnie to jedna z najlepszych, możliwych wizytówek tego typu grania
Bardzo podoba mi się atmosfera jaką udało się stworzyć zespołowi na tym mini albumie. Mrok dosłownie wylewa się z głośników, jest mistycznie. Lubię takie materiały gdzie muzyka niesie ze sobą wyraźne emocje, pobudza wyobraźnię, kiedy autentycznie jest jeszcze coś poza samymi dźwiękami, tutaj to dostałem.
Co do samej formy wydania. Nazwa Malignant Voices poniekąd mówi sama za siebie. Ci ludzie nie odwalają fuszerki. Nie mam co prawda wersji limitowanej, w czarnym pudełku, ale i ta zwykła jest naprawdę niczego sobie, także mamy coś nie tylko dla ucha, ale i dla oka. Ogromny plus ode mnie za klimatyczną okładkę oddającą charakter zawartości płyty, od razu wiadomo z czym to się je. Jak najbardziej polecam ten materiał, warto nie tylko posłuchać ale i mieć na półce! Deus Mortem to jak dla mnie czołówka naszej obecnej sceny BM!

https://www.facebook.com/deusmortemofficial/
http://sklep.malignantvoices.com/
https://deusmortemofficial.bandcamp.com/

English version:

As I plan to review the latest Deus Mortem album soon, I decided to take this opportunity to remind you of their previous release.
In 2016, after 3 years from the release of their first long-play, Deus Mortem returned with such an incredibly essential material and to be honest, at that moment, their best. They defined their style and let everyone know that they do not take prisoners, and they have a lot to say on the underground scene. "Demons of Matter and the Shells of the Dead" are admittedly only 3 compositions, but what a hellish stuff they are! The devil's majesty enclosed in music and the manifest of the purest, Black Metal art!
The gates of the abyss are opened by "The Higher Sun". Immediately you can hear a very nice reverberation of the ominous, mad vocal served on this release, it adds a certain climate and spatiality (especially in this form). Both here and in the subsequent "Penetrating the Veils of Negativity" guitar solo parts sound can be irresistibly associated with those from the album "Under the Sign of the Black Mark" by Bathory, the only difference is that those were much more raw. Both tracks are extensive, there is no tempo uniformity which diversifies the reception. "Penetrating ..." ends with a memorable, ritual motive. In the third, closing the whole "Olam HaBeriah", the mid tempos dominate, there is the climate of the ritual. It's epic, but ominous. However, you can not be fooled because at the end you get a sudden turn towards the path of madness and chaos introduced already by the two previous compositions. The sound is impeccable, and compositionally, well, for me it is one of the best possible example of this type of Metal art.
I really like the atmosphere that the band has created on this mini album. Darkness literally spills out of the speakers, it's mystical. I like such materials where music brings clear emotions, stimulates the imagination, when there is something authentic beyond the sounds, here I got it.
As to the form of the edition itself. The name Malignant Voices speaks for itself in a way. These people do not fuss with bugs. I do not have a limited version in a black box, but this one is also really cool. We also have something not only for the ear, but also for the eye. A huge plus from me for a climatic cover art that reflects the character of the record, it speaks for itself. I totally recommend this material, it is worth not only to listen to, but also to have it on the shelf! Deus Mortem is for me the top of our current BM scene!


piątek, 21 grudnia 2018

Cult of Fire- Life, Sex & Death (Beyond Eyes Productions 2016)

Jak do tej pory ostatni studyjny materiał Cult of Fire (nie licząc "Untitled EP" z 2017 zawierający dwa niezatytułowane utwory w wcześniejszych nagrań) w całości poświęcony hinduskiej bogini Chhinnamasta reprezentującej z jednej strony śmierć, czas i zniszczenie, a z drugiej życie, nieśmiertelność i prokreację. Boginię oraz towarzyszące jej atrybuty perfekcyjnie przedstawia jej interpretacja autorstwa Davida Glomby, stworzona właśnie na potrzeby niniejszego mini albumu. Podobnie jak to miało się w przypadku "Ascetic Meditation of Death" materiał ten ma w wielu aspektach mantryczny, rytualny oraz epicki charakter. Ze względu na jego koncept i nacisk aby wszystkie utwory odnosiły się do motywu przewodniego mamy tu do czynienia z konkretną ich spójnością, nierozerwalnością, przez co najlepiej funkcjonują słuchane właśnie w tym zestawieniu i jako całość. Charakterystyczne są tu zwłaszcza "Chhinnamasta Mantra" z żeńskim wokalem oraz wieńczący Epkę, instrumentalny "Tantric Sex". Pozostałe dwie kompozycje, czyli "Life" oraz "Death" to już mocne ciosy nasycone Black Metalową estetyką z wpływami elementów muzyki Indii, które mogliśmy usłyszeć na poprzedzającym długograju i które spełniają tu rolę bardzo fajne balansu dla wcześniej wspomnianych utworów.. Siła tego materiału tkwi w jego niezwykłej i na tyle oryginalnej atmosferze, że tak łatwo z głowy nie ulatuje. Na "Life, Sex & Death" Da się też zauważyć, że zespół dowodzony przez Infernal Vlada (również Death Karma oraz Maniac Butcher), uformował już własny charakterystyczny styl oraz koncept, którego zdają się już wiernie i konsekwentnie trzymać. Cenię sobie ten zespół szczególnie za jego autentyczność i to, że wolą skupiać się na tworzeniu, niż promować się gdzie tylko można. I oby tak dalej. Z niecierpliwością czekam na ich kolejną płytę.
Na uwagę zasługuje też forma z jaką materiał został wydany. Poniżej możecie sobie zobaczyć jak zrobiona została wersja cd. Dostępna była również i winylowa w formie shape picture disc, niestety wyprzedała się bardzo szybko.

http://www.cultoffire.cz/news/
https://www.facebook.com/cultoffireofficial/
https://www.facebook.com/Beyond-Eyes-Shop-685441734831296/
https://beyondeyesshop.com/
http://www.davidglomba.com/




sobota, 20 października 2018

Eldiarn- Безудержное счастье (Soundage Productions 2016)

"Nieokiełznane Szczęście", bo tak mniej więcej, brzmi tytuł płyty w polskim tłumaczeniu, to jedyny, a zarazem ostatni album Eldiarn pod tym szyldem. W tym roku zespół zmienił nazwę, na Хрен (Khren), skład, ale bynajmniej nie styl grania (chociaż obecnie ta metalowa część ich kompozycji poszła trochę w sludge-owy kierunek). No, ale mniejsza o to. To co zaproponował tu Eldiarn jest konkretną dawką Folk Metalu, w którym tak naprawdę jedynym wyraźnym, ale za to wiodącym, elementem folku są partie skrzypiec i melodyjne (w wiadomym kierunku), lekko Thrashowe riffy. Kompozycje zespołu są ciężkie, zadziorne z solidnym, nieco growlującym wokalem (coś a la wczesny Finntroll), niosące ze sobą ogromną dawkę energii. Materiał wręcz stworzony do grania na żywo. Album jest bardzo równy, spójny i świetnie brzmiący. Zespół pokusił się też na koniec materiału o kawałek, który nieco przełamał klimat płyty. Dostaliśmy żeńskie wokale i nieco, nazwijmy to, biesiadny charakter, także wspomnienie w tym tekście o Finntroll zyskuje nieco szersze zastosowanie.
Wiadomo, jeżeli chodzi o tego typu granie, to zespołów o których można to powiedzieć znajdzie się wiele, lecz nie tak znowu ogromna ich ilość może poszczycić się brakiem nachalnej wtórności czy posiadaniem "tej" iskry, która podczas obcowania z tą sztuką potrafi w jakiś tam sposób porwać słuchacza. Eldiarn to właśnie miał. Cieszy mnie fakt, że pod tym szyldem ukazał się choć jeden pełen album. Szkoda, że zespół nieco się przeobraził i odrobinę inaczej ukierunkował swoje granie, chętnie widziałbym pod tym szyldem kolejne albumy w tym stylu co właśnie "Безудержное счастье", no ale niestety. Od siebie życzę zespołowi samych sukcesów w nowym nowym wcieleniu, a wam mocno polecam omawiany tu długograj. Jeżeli Folk Metal nie jest wam wrogiem to gwarantuję, że ta płyta się spodoba.

http://eng.soundage.org/
Profil Khren: https://www.facebook.com/khrenmetal/


wtorek, 25 września 2018

Mortiis- The Great Deceiver (Omnipresence 2016)

Trochę spóźniona ta recenzja, nawet mocno, ale nie jest to już teraz istotne. Ważne iż najnowszy, studyjny materiał Mortiis ani trochę nie ulega przeterminowaniu, będzie tak samo żywy i powalający w momencie wydania, dwa lata później, czy w jakimkolwiek innym czasie. On dojrzewa niczym dobre wino, po 2 latach powracania do tej płyty wiem co mówię. W 2016 roku Havard Ellefsen uderzył w scenę najlepszym, moim zdaniem, materiałem z industrialnej części swojej twórczości, a możne nawet i generalnie (chociaż ciężko łączyć to granie z jego Dark Ambientowymi płytami z lat 90-tych). "The Great Deceiver" może poszczycić się potężnym, skondensowanym, brzmieniem, intensywnymi, chwytliwymi numerami i niesamowitym wręcz ładunkiem emocjonalnym, którego na pierwszej lepszej płycie z pewnością nie znajdziecie. Jest totalnym upustem dla agresji i frustracji, oddaniem otaczającemu światu całego jego zła z nawiązką. Na dodatek płyta niesie ze sobą same szlachetne wzorce jeżeli chodzi o stary, dobry industrial. Można usłyszeć tu odległe echa takich wykonawców jak Skinny Puppy, White Zombie, NIN czy Ministry. Kopalnia idustrialowego oldschoolu i najprościej rzecz ujmując konkretny, energetyczny, dźwiękowy strzał jaki tylko można sobie w tym temacie wyobrazić. Są kompozycje wolniejsze, powiedziałbym bardziej refleksyjne, z pewną nutą nostalgii, a i takie, które wyrywają z butów i tych właśnie jest najwięcej. Album ma też znacznie mnie połamanych elementów czy eksperymentowania jakie miało w pewnym stopniu miejsce na "The Grudge" oraz "Perfectly Defect", także teoretycznie jest bardziej przystępny i bezpośredni w swojej wymowie. Co na to scena? Ano jajco! I jaki odzew potencjalnych słuchaczy? No kiepski jak wzrost grzybów w trakcie suszy. Byłem zaszokowany i zawiedziony. Jak ten album, mimo naprawdę nie najgorszej promocji, bo zawartość muzyczna broni się tak, że zero pytań, nie zdobył należytego mu uznania/ uwagi? Czy naprawdę mamy do czynienia z muzycznym lenistwem populacji? Zachowawczością fanów? Wierzyć się nie chce! W sumie to dobrze (a i niedobrze zarazem), że ta recenzja pojawia się po czasie i mogłem, z  niestety mocno wątpliwą przyjemnością, zobaczyć jak obojętnie zostało to dzieło potraktowane, jak niesprawiedliwie. Po prostu wstyd (oczywiście nie mówię tu fanach Mortiis i wszystkich tych którzy po płytę sięgnęli, a z pewnością trochę ich było).
Każdego z was, kto nie ogranicza się tylko i wyłącznie do tradycyjnych odmian rocka i metalu, gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę płytę i doświadczenia tego jak wiele ma swoją zawartością do zaoferowania. Emocjonalnie, muzycznie, klimatycznie, to suma i to co najlepsze z tego co Mortiis nagrał od czasów "The Smell of Rain" i to bez dwóch zdań. Także nie leńcie się i obczajcie sobie ten album koniecznie, dajcie mu szansę!

https://downloadmusic.mortiis.com/music
https://mortiiswebstore.com/
https://www.facebook.com/officialmortiis/


niedziela, 27 maja 2018

Surrender of Divinity- Oriental Hell Rhythmics (Psychic Scream Entertainment 2001)

Jedno z tych Black Metalowych wydawnictw, które osobiście otaczam kultem od kiedy je poznałem, podobnie mam z samym Surrender of Divinity. Sentyment niezmierzony. Zespół jak i sam album poznałem mając 17 lat kiedy to stawiałem swoje pierwsze kroki w Black Metalowej sztuce. Starałem się jak to było możliwe nie bazować tylko na sugestiach kolegów siedzących wtedy w temacie, ale i sam wyszukiwać jakieś zespoły, eksplorować scenę. I tak oto przeglądając któregoś razu w Sopockim Empiku magazyn 7Gates (był to 2006 rok, akurat wtedy SoD wydali swój drugi, pełny album "Manifest Blasphemy") wpadłem na wywiad z tą tajlandzką hordą. Zaintrygowali mnie z marszu, raz, że z ekipa z Dalekiego Wschodu, dwa, że poruszająca się w odpowiedniej estetyce, a trzy te niesamowite grafiki na płytach. Nie zwlekając długo zakręciłem się za ich wydawnictwami  i jako pierwszy nabyłem debiut, czyli obiekt niniejszej recenzji- "Oriental Hell Rhytmics". Kopara opadała wtedy jak tego słuchałem i ilekroć gości w odtwarzaczu do tej pory reakcja jest ta sama. To jeden z najlepszych przykładów tego czysto undergroundowego Black Metalu, pełnego pasji (z każdego jednego dźwięku słychać jak Ci goście czują tą muzykę), bezkompromisowości i autentycznego chaosu, który napędza sam czart. Chyba, żadna inna płyta z podziemia nie wzięła mnie szturmem tak jak ten krążek. I co jest w taj płycie autentycznie zajebistego? A to, że idąc za najlepszymi wzorcami w ramach tego grania zespół potrafił przemycić w nim elementy tej cięższej, metalowej klasyki lat 80-tych, odpowiednio ją ulepić i wkomponować w ekstremalne, diabelskie wyziewy. To rzecz jasna nie wszystko. Na album składa się 6 utworów, i co także jest oryginalne w tym zakresie, są długie, rozbudowane- od 6, aż po 11 minut. Sporo tu zmian tempa i świetnych riffów. No i ten wrzaskliwy, opętańczy wokal... Poezja po prostu hehe. Jak na oldschool przystało, brzmienie jest surowe, wręcz garażowe, ale nadaje to temu tylko dodatkowego czaru rzutującego na niepowtarzalny klimat płyty. Prawdziwe piekło z odległego Orientu. Gdybym miał wskazać swoją ulubioną ekipę z Azji to bez zastanowienia padłoby na Sabbat i właśnie Surrender of Divinity.
Płyta oryginalnie wydana została w 2001 roku przez malezyjską Psychic Scream Entertainment oraz równolegle w Polsce przez nieistniejące już God is Dead Records. Na te wydania się niestety nie załapałem (płyta zamówiona z GiD nigdy do mnie nie dotarła), ale album był przez lata kilkukrotnie wznawiany w różnych limitowanych tłoczeniach. Mi przypadło wydanie japońskie z Deathrash Armageddon (2007) oraz wydane w 2016 min. przez sam zespół (InCoffin Productions) oraz sojusznika w postaci Thrashingfist Productions.

https://www.facebook.com/surrenderofdivinity/
https://www.incoffin666.com/



piątek, 9 marca 2018

Venom- Welcome to Hell (Neat Records 1981/ Dissonance Productions 2016)

Płyta od której tak naprawdę wszystko się zaczęło, oczywiście mam tu na myśli bardziej ekstremalne granie. "Welcome to Hell" dał poniekąd narodzić się scenie thrashowej, która w połączeniu z Venom właśnie, Bathory, Mercyful Fate, Celtic Frost itd. dała podwaliny pod Death, a później Black Metal. Nikt nigdy przed owym trio z Newcastle tak nie grał, nikt nie przeniósł diabelskiej estetyki na taki poziom, nie było zespołu jednocześnie tak bezkompromisowego, jaskrawego i bluźnierczego, o tak brudnym i surowym brzmieniu, łamiącego do tej pory znane bariery w rocku i stosunkowo młodym jeszcze metalu. No i okładka, nie pomylę się mówiąc, że jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych i ikonicznych w temacie. Nawet same piekielne pseudonimy muzyków były nas scenie czymś nowym, nie licząc tych jakże odległych symboliką i estetyką, powziętych w latach 70-tych przez członków Kiss.
Z nagrywaniem "Welcome to Hell" wiąże się dosyć ciekawa historyjka. Po zarejestrowaniu singla "In League with Satan/ Live Like an Angel (Die Like a Devil)" i znaczącym na niego odzewie nowych fanów wytwórnia spytała zespół czy dysponuje jeszcze jakimś utworami. Okazało się, że tak. Tak więc, Cronos, Mantas i Abaddon zarejestrowali w ciągu 3 dni taśmę demo ze wszystkimi napisanymi do tej pory kawałkami. Ku ich zaskoczeniu stała się ich pierwszym pełnym albumem (taką decyzję podjęło Neat Records). Dlatego właśnie brzmi tak, a nie inaczej. Z nie zamierzonego zabiegu powstał najcięższy i najsurowszy album metalowy tamtego czasu. Niby Venom nie stworzył muzycznie niczego wybitnego, dalekie to było od ideału, ale klimat, specyficzne brzmienie, wokale (nie śpiewane, a wykrzykiwane, wręcz wycharczane), szaleńcze, tnące riffy (już wstępniak w postaci "Sons of Satan" jest perfekcyjną zapowiedzią i świadectwem tego co dzieje się na płycie), rzężący bas, potężna perkusja i szatańska estetyka tej płyty sprawiły, że "Welcome to Hell" stał się kamieniem milowym gatunku, kładącym podwaliny pod nowe nurty i dając inspirację kolejnym, nowym zespołom. Jego udział w tym wszystkim co narodziło się na niwie ekstremalnego grania w kolejnych latach jest nie do przecenienia, a takie kompozycje jak tytułowy "Welcome to Hell", często coverowany "Witching Hour", czy "In Laegue with Satan" to już nieśmiertelne klasyki. Tej płyty nie można nie znać i nie doceniać!
Poniżej przedstawiam posiadane prze siebie, pierwsze winylowe wydanie albumu (wersja ze srebrnym labelem), oraz jego najnowszą reedycję popełnioną przez Dissonance Productions w 2016, bazującą totalnie w kwestii setlisty na poprzednim wznowieniu z Castle/ Sanctuary (nie ma tu różnicy). Różnica jest tylko w samej formie wydania (digipak) oraz poligrafii. Tutaj w booklecie dostajemy tylko liryki do utworów (czego wcześniej nie było) oraz niestety te same liner notes co w poprzednim wydaniu. Sam digipak natomiast i jego graficzne wykonanie, może trochę skromniejsze od bogatej w zdjęcia reedycji z Sanctuary, ma znacznie więcej klimatu i widać, że wzorcem było tu wydanie winylowe. W tym przypadku to ogromny plus. Osobiście, mimo dosyć wysokiej ceny, w kwestii cd polecam właśnie to wydanie.




niedziela, 25 lutego 2018

Grave Digger- Healed by Metal (Napalm Records 2016)

Postawmy sprawę jasno, Grave Digger od zawsze nagrywa płyty przynajmniej na dobrym poziome, nie zaskakuje, ale i nie rozczarowuje, cały czas są w tym niespożyte pokłady energii, które popychają zespół do przodu. Tak samo jest w przypadku "Healed by Metal". Porównując ją do "Clash of the Gods", czy ostatniej "Return of the Reaper" nie jest ani lepsza, ani gorsza, jest najzwyczajniej w świecie dobra. To po prostu świetnie znany i oddany swojemu stylowi zespół. Jedyną różnicą jest to, że grupa wróciła nieco do estetyki, brzmienia ze swoich pierwszych płyt, zarówno tych z lat 80-tych, jak i tych po reaktywacji, a może zwłaszcza tych, czyli "The Reaper" oraz "Heart of Darkness" (dla ścisłości, ten proces zaczął się już na poprzednim krążku, także porównanie dotyczy jeszcze wcześniejszych płyt). No, ale to akurat nie jest wadą i grzechem byłoby za takową uważać. Rzeźbią w tym klasycznym metalu po mistrzowsku i z klasą. I tak jak w przypadku bardzo wielu płyt album ma kilka autentycznie porywających kawałków, a i takich które przechodzą bez echa. Zaletą są zawsze mocne, chwytliwe riffy i nośne, łapiące z marszu refreny. Mi w pamięć najbardziej zapadł tytułowy "Healed by Metal", "Free Forever" oraz "Ten Commandments of Metal" z zadatkami na koncertowego klasyka. No i brawa za artwork, jak zawsze rozpoznawalny i totalnie w punkt.
Reasumując Grave Digger przyniósł swoim fanom kolejną udaną płytę, kolejne heavy-metalowe hymny w swoich charakterystycznym stylu, teraz jeszcze bardziej korespondującym z ich klasykami z dawnych lat. Wiadomym już jest, że zespół nigdy nie zawiedzie i zawsze dostarczy materiał, którego nie będzie musiał się wstydzić i który każdy zwolennik ich grania doceni, mimo tego, że nie starają się stworzyć już niczego przełomowego, ani zasadniczo wyróżniającego się. Cóż, może właśnie za tą sukcesywność, wierność swojemu zdefiniowanemu stylowi grania tak się ich ceni, a dzięki temu nazwa Grave Digger mówi sama za siebie.

https://www.facebook.com/gravediggerofficial/
http://www.grave-digger-clan.com/


sobota, 18 listopada 2017

Kat- Bastard (Silton 1992/ Metal Mind 2016)

Wydany w 1992 roku "Bastard" otwierał nowy rozdział w historii Kat. Zespół na nowo się zszedł po krótkotrwałej absencji na metalowej scenie, przybyło nowych członków w osobie Jacka Regulskiego, który zasilił skład drugą gitarą, oraz Krzysztofa Oseta na basie.
W ostatnim z wywiadów dla "Teraz Rocka" Roman Kostrzewski określił "Bastard" jako płytę na której jest mnóstwo kreatywnego chaosu. To prawda. Płyta jest mocna, agresywna brzmieniowo, a zarazem bogata w ciekawe riffy i sporo połamanych struktur i zagrywek. Sporo na niej gitarowych galopad na złamanie karku, które potrafią nagle zwalniać i ponownie wracać do raptownego ataku na uszy słuchacza. Można by pomyśleć, że zespół wyładował na niej całą swoją złość i energię. Szczególnie wyróżniłbym kawałki "W Bezkształtnej Bryle Uwięziony" (tekst niesamowicie wrzyna się w pamięć, po paru przesłuchaniach, czy się chce czy nie, zaczyna się go nucić), tytułowy "Bastard" (są momenty gdzie słychać pewne echa "Diabelskiego Domu cz.2"), stonowany, instrumentalny "N.D.C." autorstwa Piotra i Krzysztofa (daje nam odetchnąć przed kolejną porcją galopady), "W Sadzie Śmiertelnego Piękna", który rozpoczyna charakterystyczna przygrywka na basie oraz kończąca płytę, kontrastująca z resztą materiału, nastrojowa ballada "Łza dla Cieniów Minionych", notabene najsłynniejsza w dorobku Kat.
Niniejszy album był sporym krokiem w zakresie produkcji i brzmienia w stosunku do swojego poprzednika jakim jest "Oddech Wymarłych Światów". Parę lat przerwy też zrobiło swoje, jest to już nieco inne thrashowe granie, trochę bardziej złożone, bardziej wypracowane. Swoje zrobiło także dojście do zespołu Jacka Regulskiego, który miał wkład w prawie wszystkie kompozycje zawarte na płycie.
Teraz kwestia samej reedycji. Fakt o którym przy wcześniejszych recenzjach wznowień Kat nie wspomniałem to zremasterowany dźwięk. W sumie nawet nie było potrzeby o tym pisać bo nie wyszło to na minus, a raczej na plus. Płytki ładnie, czysto wybrzmiewają, także nie mam tutaj żadnych zastrzeżeń. Co się tyczy samej formy wydania to nie powiem, czekało na mnie drobne, aczkolwiek miłe zaskoczenie po zdjęciu folii i zajrzeniu do środka. W booklecie zawarte zostały do tej pory nie publikowane fotki z występu Kat na festiwalu Metalmania w 1993. Jest ich tylko kilka, ale ważne że są, ubogaciło to trochę to wydanko. Cieszę się też, że nie sięgnięto po pierwszą oryginalną okładkę tej płyty. Sorry, ale jak dla mnie nie był to udany projekt, wręcz koszmarny, także miło, że ponownie skorzystano z artworka użytego już we wznowieniu płyty przez Silverton w latach 90-tych. Jerzy Kurczak jak zwykle popisał się tutaj swoim kunsztem i we współpracy z Romkiem i pomysłodawcą obrazu Mirkiem Nienertem stworzył genialny obraz, dzieło pasujące do tej płyty jak ulał. Szczególne polecanie tego krążka jest zbyteczne, to klasyka naszego rodzimego metalu i każdy powinien ją znać.


wtorek, 14 listopada 2017

Haxxan- Loch Ness Rising (Hells Headbangers 2016)

Crowley i jeszcze więcej Crowley'a! Z resztą nie ma dziwów, wszystkie teksty na płycie oparte są o jego twórczość, a i sam krążek jest jemu właśnie dedykowany. Jest to doskonale i mocarnie brzmiący Black Metal z Death i Doom Metalowymi naleciałościami, genialnie to wszystko się tu miesza, słychać, że w ten materiał włożony został kawał solidnej roboty. Ponurą i majestatyczną atmosferę podkreślają okazyjne partie klawiszy i jakby akustyczne, ni to folkowe, ni to rytualne akcenty. Aura mistycyzmu unosi się nad tym niczym mgła nad szkockimi wrzosowiskami. Jak na debiutancki materiał to naprawdę szacun, "Loch Ness Rising", przynajmniej mnie, dosłownie wgniótł w glebę. Zadbano na tej płycie o wszelakie atrybuty solidnego i oryginalnego, Black Metalowego rzemiosła. Muzycy Haxxan kuli to chyba w kuźni u samego Lucyfera, skoro wyszło tak piekielnie dobrze haha. A tak całkiem serio, po prostu jestem pod wrażeniem poziomu samych kompozycji, jak i warsztatu instrumentalnego, sroce spod ogona nie wypadli. Kto lubi bardziej wysublimowaną sztukę oddającą hołd ciemności to Haxxan nie zawiedzie! Gdyby niniejsza płyta została wydana w tym roku, to zaliczyłbym ją do grona najlepszych Black Metalowych krążków ostatnich 365 dni. Ci amerykanie pokazali klasę w temacie!



czwartek, 21 września 2017

Hell Patrol- From Ruins Into Ashes (Tales from Crematoria 2016)

Wreszcie po 8 latach od istnienia Hell Patrol mamy ich debiutanckiego długograja. Czy warto było tyle czekać? Myślę, że tak, chociaż fajerwerków się nie spodziewajcie. Piekielny Patrol serwuje dobrą i emanującą energią dawkę, Black/ Thrashowego łojenia. Niemniej jednak niespecjalnie wyróżniającego się czymkolwiek na tle ogółu. Mi osobiście, mimo pozytywnych emocji podczas słuchania, gdzieś to po odstawieniu na półkę ginie. Obiektywnie rzecz biorąc to jest bardzo dobry materiał, świetnie brzmiący, z konkretnym kopem, ale mnie nie zatrzymał na dłuższą chwilę. Mam jakiś tam swoich faworytów w tego typu graniu i niestety Hell Patrol się u mnie nie przebił. Także to kwestia tylko i wyłącznie subiektywna. Mniemam, że spora liczba osób, która łyka Black/ Thrash tonami będzie z pewnością w piekło wzięta i "From Ruins Into Ashes" zagości w ich zbiorach i odtwarzaczach. Jest w tym spora dawka thrashowej klasyki, odniesień do tuzów gatunku, szczypta Death Metalowej furii ala Possessed nadająca riffom mocy, oraz ten mroczny pierwiastek i wściekłość z pierwszych płyt Venom. All in all, jest czego posłuchać, ale czy na dłużej i czy będzie się do tego krążka wracać to już kwestia każdego z osobna. Jeden powie, że wtórne, drugi, że nudne, trzeciemu, tak jak mi, śmignie bez echa, a czwarty pokocha za zabój i będzie katował płytę do upadłego. Także sięgajcie po debiut Hell Patrol i przekonajcie się sami! Mimo swojego stanowiska, uważam, że osoby w temacie powinny dać im szansę, jeżeli jeszcze się z tym materiałem nie zapoznały. Solidne grańsko i na poziomie!


środa, 20 września 2017

Warfist- Metal to the Bone (Godz ov War 2016)

W przypadku Warfist, to mówiąc szczerze nie jest potrzebna żadna recenzja, bo ta nazwa mówi sama za siebie. W przypadku gdy ktoś nie miał z zespołem do czynienia to wystarczy rzucać hasłami, ludzie w temacie będą już wiedzieli o co chodzi. Łańcuchy, skóry, ćwieki, gwoździe, oldschool, dźwięki żywcem wyrwane z lat 80-tych i klasyków mrocznego grania spod znaku Destruction, wczesnego Kreator, Bathory, Venom, Sodom... To wszystko co tu padło to domena sztuki Warfist. Ta Black/ Thrashowa nawałnica, aż kipi wspomnianymi starociami, istny kult lat 80-tych i oldschoolowego grania. Gdyby nie wiedzieć, że "Metal to the Bone" (prowokacyjnie, ale totalnie w punkt) to płyta wydana w ubiegłym roku, to można by ją śmiało wcisnąć między wczesne dzieła wspomnianych prekursorów tego grania. Tak jak w tytule, to metal do szpiku kości i pasja, pasja do tematu i to jak nie wiem co! Nie trzeba się długo wsłuchiwać żeby stwierdzić ten fakt. Załoga Warfist najnormalniej w świecie tym żyje. Każdy dźwięk z tej płyty to totalne oddanie tworzonej muzyce, która zagrana jest tu z niesamowitym luzem, jakby była tworzona na bieżąco, w momencie gry, to po prostu płynie. Warfist nie dzieli włosa na czworo, nie kombinuje, a wali prosto z mostu- chaos, ogień i piekielne czeluści! Jazda na samo dno Hadesu, bez biletu powrotnego! I w przypadku tego grania o to właśnie chodzi, nic dodać nic ująć! Panowie grają to co najbardziej lubią, bazują na tym co zapewne zainspirowało ich swojego czasu do założenia zespołu, i właśnie na takim podejściu i oddaniu sprawie buduje się jakość sztuki. Tutaj ta jakoś niechybnie jest. Jeżeli ktoś nie słyszał jeszcze Warfist, a powyższe słowa nie wystarczyły mu za rekomendację to spójrzcie na samą płytę ;) 100% Metalu w Metalu!

http://godzovwar.com/


poniedziałek, 18 września 2017

Sacrilegium- Anima Lucifera (Pagan Records 2016)

Jak dobrze, że zdarzają się tak kapitalne powroty jak ten Sacrilegium. Chociaż nie, powrót to nie do końca adekwatne określenie. To ponowne narodziny, ale z namiastką pamięci z poprzedniego życia. "Anima Lucifera" to już kompletnie inna bestia niż "Wicher", ale nacechowana świadomością przeszłości. Ta płyta to nowe oblicze zespołu, chociaż utwory, które się tu znalazły powstawały na długo przed jej wydaniem. Mimo nowego, dopracowanego już brzmienia, odejścia od pogańskiej tematyki oraz leśnego klimatu, którym emanował "Wicher", wciąż jest tu obecny duch tamtego czasu, mamy tutaj atmosferę oraz klawiszowe tła, które wyraźnie niosą ze sobą odległe nawiązania do tamtego okresu w ich sztuce. Następujące po intrze "Preludium" "Heavenwings Shrugged" oraz "Angelus" to najlepsze przykłady wspomnianego stanu rzeczy. Oczywiście to Sacrilegium obecnych czasów, ale Panowie tak totalnie nie zostawili swoich korzeni za sobą. Muzyka na "Anima Lucifera" jest dojrzała, przemyślana w każdym calu (od strony technicznej bardzo podobna do drugiego długograja Emperor), pełna świeżości, z nowym intensywnym brzmieniem. Królują tu bardziej agresywne i rozpędzone riffy, ale duchem to wciąż jest Sacrilegium, a nie jakiś biegunowo odmienny twór, przynajmniej ja odnoszę właśnie takie wrażenie. Zespół w moim mniemaniu odnalazł złoty środek i swą mroczną sztukę przekuł w kolejne , siejące zniszczenie ostrze. Dla mnie to płyta niesamowicie inspirująca z niebagatelnym ładunkiem emocji, który udaje się wytworzyć tylko nielicznym. Od pierwszych dźwięków były ciary, a dla mnie to zawsze najlepszy z możliwych wyznaczników jakości.
Niniejszy album jest dowodem na to, że stara gwardia oraz zespoły z pozoru przypięte już do czasów minionych wciąż mogą zaskoczyć, ponownie zawładnąć podziemiem i sięgnąć po dawną chwałę. I takiego właśnie scenariusza życzę Sacrilegium, bo niechybnie na to zasługują. Z niecierpliwością oczekuję kolejnej płyty!

https://sacrilegium.bandcamp.com/



piątek, 15 września 2017

Misanthropic Rage- Gates no Longer Shut (Godz ov War 2016)

Już dłuższy czas nie miałem okazji słuchać płyty tak złożonej i tak bogatej stylistycznie, tak autentycznie ambitnej. Jest tu cała gama różnych klimatów, poprzez typowo Black Metalowe, które są tu podstawą, po awangardę, elementy progresywne, czy nawet epickie namiastki, co kawałek to miks różności. W kwestii brzmienia od pierwszych dźwięków przywodzi na myśl Thorns, ale Misanthropic Rage jest mniej surowy i trzeszczący w porównaniu do Norwegów. Płyta nie jest łatwa do przyswojenia i trzeba nad nią przysiąść w skupieniu, ale powiem wam, że warto. Warto chociażby dla samego faktu doświadczenia tej stosunkowo rzadko spotykanej różnorodności, zespół potrafi tu zaserwować konkretne, piekielne łojenie, a za chwilę zaatakować nastrojowymi, klimatycznymi akustykami czy czystym, melancholijnym wokalem (a i teksty mamy zarówno po polsku jak i po angielsku!). Na nudę i powtarzalność nie ma tu miejsca, co chwilę mamy zmiany tempa, nastroju, zawiłe solówki, połamane riffy, w cholerę tego wszystkiego. Jedyną rzeczą, którą można znaleźć w każdym z utworów to okalająca go aura mroku, niepokoju i posępności, to swoisty motyw przewodni. Żeby zobaczyć w czym rzecz warto posłuchać sobie po kolei trzech ostatnich utworów, czyli "Nihodowalny", "Cross Hatred" oraz "I Took the Fate in My Hands". W tym ostatnim to nawet zrobili sobie, krótką wycieczkę w rejony znane z "Hammerheart" Bathory. Kawał totalnie niepodległej sztuki, która idzie swoją własną, osobistą ścieżką nie oglądając się na nikogo i na nic. Jak widać takie nastawienie popłaca. Misanthropic Rage namalowało swoją muzyką obraz na którym otwierają się wrota piekieł, z których wypełza zagłada i strach we wszystkich swoich możliwych obliczach, pejzaż iście apokaliptyczny, ale piękny w swym ładunku trwogi. Tutaj należą się także brawa za okładkę zdobiącą album, która w pełni oddała to co dzieje się na tym skażonym czartem dziele. Panowie postawili sobie poprzeczkę wysoko i mocno liczę na to, że przeskoczą ją na nadchodzącym albumie, a po takim debiucie nie wyobrażam sobie aby mogło być inaczej. Warto mieć w swoich zbiorach!

http://godzovwar.com/


środa, 13 września 2017

Satanic Might- Arrival of the Winterwinds (Putrid Cult 2016)

Wspominałem wam już kiedyś o dwóch typach powtarzalności. Pierwszy to ten który najzwyklej w świecie nudzi, nic nie wnosi i w ogóle nie warto tego tykać, oraz drugi, który przy zauważalnym powielaniu pewnego klimatu i schematu muzycznego wchodzi bez popitki i jest świetnym przykładem dobrego i udanego hołdowania czyjejś twórczości. I właśnie w ten drugi przykład świetnie wpasował się olsztyński Satanic Might. Rzecz jasna mamy tu do czynienia z kultywowaniem tradycji Black Metalu lat 90-tych, jest tu sporo odniesień do starego Gorgoroth, Darkthrone, pierwszych dwóch płyt Immortal, a nawet dem i debiutu Behemoth czy nawet pierwszego albumu Burzum (udręczone wrzaski w warstwie wokalnej łudząco przypominają te nagrane swego czasu przez Varga), a outro kończące demo to oczywisty odnośnik do wczesnych dokonań Mortiis czy Summoning. Żadnych nowości się tu nie znajdzie, wszystko już było, ale słucha się tego piekielnie dobrze. Sztuka Satanic Might to wycieczka w czasie do lat świetności sceny i myślę, że o to zespołowi chodziło. Chcieli przede wszystkim odtworzyć tamtego ducha, brzmienie, atmosferę i naprawdę w sporym stopniu się im to udało. Cover Satanic Warmaster też całkiem przyzwoicie wyszedł. Jednym słowem jest to bardzo poprawny materiał niosący ze sobą sporo nostalgii. Mimo siedzenia w Black Metalu już ładnych parę lat, nie ziewałem przy tym materiale, a wręcz przeciwnie, z ciekawością się w niego wsłuchiwałem, i powiem szczerze byłem kontent. Powodem do zadowolenia jest fakt, że dobrze widzieć, że komuś się jeszcze autentycznie chce wchodzić w ten, dla wielu już wyeksploatowany, konkretny typ Black Metalowego grania, kultywować tą spuściznę. Tacy ludzie z pasją do tematu są wciąż potrzebni, tym bardziej, że oddanie sprawie to już towar deficytowy. Polecam sięgnąć po "Arrival of the Winterwinds" każdemu komu w jego czarnej duszy gra stary, dobry BM pierwszej połowy lat 90-tych. Zawodu nie będzie!
Oryginalnie materiał ukazał się na taśmie, a nie tak dawno na cd (w limicie 500 sztuk) z ramienia Putrid Cult.

http://www.putridcult.pl/


sobota, 2 września 2017

Blasphemy- Gods of War/ Blood Upon the Altar (Osmose Produsctions 1993/ 2016)

Blasphemy ciężko jest zawsze rozpatrywać i oceniać ściśle pod muzycznym kątem. To chaos, zło i najgłębsze piekielne czeluści przekształcone w metalowe dźwięki. Ten zespół to przede wszystkim autentyzm w wykonywanej sztuce, bezkompromisowość i niepodrabialny klimat, którymi w pełni zasłużyli na swój status grupy legendarnej i kultowej.
Wydany w 1993 przez Osmose "Gods of War" to chyba najsłabiej oceniany materiał w ich dorobku, dla wielu asłuchalny, ja natomiast skory jestem twierdzić, że całkiem nieźle sobie radzi jako następca wychwalanego "Fallen Angel of Doom". To wciąż ta sama surowizna, brutalność i agresja gnająca na złamanie karku. Album jest o prawie połowę krótszy od poprzednika i mniej rozbudowany (o ile w przypadku Blasphemy można o czymś takim mówić) oraz może odrobinę mniej dopracowany, ale nadal spuszcza z łańcucha te same rozwścieczone, dźwiękowe bestie mające urwać słuchaczowi łeb. Tym razem pełno tu krótkich budujących atmosferę intr i szybkiego zwartego łojenia. I o to tak naprawdę tu chodzi, ich muzyka z założenia taka jest i taka ma być. Oni nie muszą nikomu niczego udowadniać, czy starać się zaskoczyć czymś nowym, to nie te rejony. Blasphemy ma serwować prostą i bezpośrednią Black/ Death metalową chłostę z piekła rodem i to właśnie robi, niczego więcej tu nie trzeba.
Co się tyczy dema "Blood Upon the Altar", cóż to własnie od tej taśmy wszystko się zaczęło. To był pierwszy materiał w stylu, który Blasphemy zapoczątkowało, mieszanka Black i Death Metalu w swojej najbardziej surowej, chaotycznej i złowieszczej formie. Bez tych nagrań prawdopodobnie nie byłoby takich grup jak Archgoat, Bestial Warlust czy chociażby Beherit, nie wspominając już o całej reszcie im podobnych. I pomimo faktu, że jest to demo, to jakościowo wypada ono świetnie, wszystko jest wyraziste, czytelne i pełne mocy. No i ten klimat, intro otwierające demo po prostu rozwala i w bardzo krótkim czasie buduje klimat całości- wiatr, bijące dzwony, zawodzący chór... Aż ciary idą po plecach. Potem otwierają się już wrota Tartaru i nie ma miejsca na litość. "Blood Upon the Altar" to bez wątpienia najbardziej wyróżniające się wydawnictwo Blasphemy i z pewnością najlepsze jakie nagrali. To klasyk gatunku, którego nie można nie znać!
Poniżej przedstawiam wydaną rok temu przez Osmose, kolejną już reedycję "Gods of War/ Blood Upon the Altar". Przyznać muszę, że jeżeli chodzi o wersję cd (o winyl w sumie też) to jest to najbardziej okazała i dopracowana pod względem wizualnym wersja z tych które się dotychczas ukazały, warto ją mieć na półce. Dobrze brzmi, w booklecie pełno fot, szkoda może, że nie pokuszono się o jakieś liner notes czy coś, ale co tam, nie zawsze można mieć wszystko prawda? W każdym bądź razie polecam!


niedziela, 20 sierpnia 2017

Beorn- Triumph of the Will (Dark Omens Production 2016)

"Triumph of the Will" to nic innego jak kompilacja dema "Awakening" oraz EPki "Warriors of Fullmoon" projektu o nazwie Beorn.  To co można znaleźć na tym krążku to Black Metal jedną nogą osadzony w dawnych brzmieniach takich grup jak Veles, Burzum, Nargaroth czy Infernum, a drugą w dosyć świeżym podejściu do tematu. Jest w tym pewien pierwiastek dawnej sceny, przede wszystkim w klimacie i strukturze kompozycji, ale produkcja jak i samo brzmienie tego materiału charakteryzuje się czystością i sporą dawką niczym nie zmąconej dynamiki. Jest to dosyć ciekawe połączenie i niewiele grup hołdujących starej szkole zdobywa się na właśnie takie zestawienie dawnych struktur z obecnymi możliwościami brzmieniowymi. Co prawda nagarnia Beorn utrzymane są w jednej określonej stylistyce, ale mimo to jest tu obiektywnie sporo naprawdę chwytających i dających się zapamiętać momentów, także na nudę nie ma miejsca. Naprawdę mamy tu kawał solidnego Black Metalu.
Przyznam się szczerze, że na początku nie do końca mi to siadło, dopiero po przerwie i paru odsłuchach, zacząłem dostrzegać dla siebie jakieś plusy tych materiałów, co sprawiło, że podjąłem decyzję o nakreśleniu kilku słów na temat tej płyty. Niemniej jednak nie trafiła do mnie na tyle abym w miarę regularnie do niej wracał. Może to kwestia osadzenia tej sztuki w klimatach najlepiej znanych z Burzum, a niestety projekt Varga nie jest w kręgu zespołów które darzę jakąś szczególną sympatią, także siłą rzeczy rzutuje to w trwały sposób na moją ocenę i podejście. Jednak na tyle na ile to możliwe starałem się być obiektywny, tym bardziej, że z całą pewnością znajdą się tacy, którym Beorn podejdzie z marszu. Także z powodzeniem mogę zarekomendować tą kompilację każdemu kto mocno siedzi w klimatach starych płyt wspomnianych na początku zespołów.
Na koniec, jako drobną ciekawostkę mogę dodać, że zarówno logo, jak i okładkę płyty tworzyli dla zespołu nie kto inny jak Christophe Szpajdel oraz David Thierree znany także pod szyldem "Dark Arts". Efekt sami możecie ocenić.


sobota, 12 sierpnia 2017

Black Metal: Into the Abyss (Cult Never Dies 2016)

"Black Metal: Into the Abyss" to trzecia, z czterech (nie licząc pomniejszych wydawnictw) wydanych do tej pory książek Dayala Pattersona zamkniętych w tematyce Black Metalowej sztuki. Niniejszy tytuł jest zbiorem wywiadów przeprowadzonych z takimi grupami jak Helheim, Tsjuder, 1349, Mystifier czy chociażby naszymi rodzimymi Sacrilegium, Besatt, Black Altar (wymieniam tu tylko przykładowe). Osobiście bardzo lubię pióro Dayala, zarówno jak pisze w stylu znanym z "Black Metal: Evolution of the Cult", jak i tym z wywiadów. Układa bardzo przemyślane, kompleksowe pytania, na które muzycy odpowiadają ciekawie i wyczerpująco. W każdej z odbytych rozmów rysuje się swoista biografia grupy widziana oczyma rozmówcy, zawierająca nie tylko fakty, ale i różne ciekawostki z historii danego zespołu. Jest to mówiąc najprościej konkretne kompendium wiedzy o zespołach które zawarł w tej pozycji autor. Sama forma wydania też zasługuje na pochwałę. Oprawa graficzna jest na najwyższym poziomie, w czarno-białej stylistyce (kult musi być, wiadomo) z dużą ilością archiwalnych fotografii. Jedynym, drobnym minusem może być tu fakt, że wydane jest to w miękkiej okładce przez co książka bardziej podatna jest na zużycie, no ale cóż, twarda oprawa zapewne radykalnie podniosłaby cenę.
Poniżej przedstawiam swoją kopię niniejszej książki w specjalnym, limitowanym, ręcznie numerowanym i podpisanym przez Pattersona wydaniu poszerzonym o album zdjęciowy z archiwów wspomnianych w książce zespołów, oraz pamiątkową naszywkę z logiem wydawnictwa Cult Never Dies (warto zaznaczyć, że książki wydane są w formacie A5). Prezentuje się to wszystko wspaniale, z dbałością o każdy szczegół co sprawia, że wydawnictwo warte jest swojej ceny. Natomiast sama jego zawartość sprawia, że ów wolumin powinien znaleźć się w każdej bibliotece nie tylko fana Black Metalu, ale metalu generalnie. Niebawem ukaże się w języku polskim druga z książek autora- "Black Metal: The Cult Never Dies vol.1", także myślę, że w niedługim czasie możemy się spodziewać wydania w naszym języku również "Into the Abyss". Tym, którym angielski nie straszny już w tym momencie polecam sięgnąć po oryginał, naprawdę warto! Z resztą zawarte poniżej zdjęcia mówią same za siebie ;)
https://cultneverdies.myshopify.com/
https://www.facebook.com/CultNeverDies/