Pokazywanie postów oznaczonych etykietą No Colours Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą No Colours Records. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 stycznia 2019

My Infinite Kingdom- Ecstasies Over Dreaming Lady (No Colours Records 1995)

Dziś o nieco zapomnianej już płycie i projekcie naszej sceny BM lat 90-tych. Początków My Infinite Kingdom należy szukać jakoś koło 1993-94 roku kiedy to na próbach North Sirkis oraz Thorn zaczęli nieco dłubać przy klawiszowych brzmieniach, na które nie specjalnie było miejsce w ich macierzystej grupie. Nie chodziło tu już o typową, Black Metalową surowiznę, przede wszystkim o klimat, atmosferę, pewną dozę melancholii. Tak właśnie zrodziła się płyta "Ecstasies Over Dreaming Lady". Album ten łączy w sobie to co w owym czasie reprezentował Mortiis z naleciałościami North oraz takich grup jak chociażby norweskie Helheim czy In the Woods (rzecz jasna chodzi tu o "Heart of the Ages" oraz "Isle of Men") . Dominujące klawiszowe pasaże i melodie podparte były Black Metalową zaprawą i wokalami od chrapliwych skrzeków począwszy za wręcz obłędnym skowycie kończąc. Może daleko temu albumowi do doskonałości i dobrego brzmienia, ale ma niesamowity urok, klimat niosący ze sobą znamię tamtych czasów. W tym właśnie tkwi jego siła i wyjątkowość, i pod takim kątem należy go rozpatrywać. O wyjątkowości "Ecstasies..." świadczy również to, że był to jeden z pierwszych materiałów wydanych przez debiutującą wtedy No Colours Records. My Infinite Kingdom znalazł się w doborowym towarzystwie. W tamtym czasie niemiecka wytwórnia wydała płyty nie tylko naszych Graveland czy Veles, ale również te najbardziej kultowe materiały Dimmu Borgir, Forgotten Woods oraz Falkenbach. Steffen wiedział co dobre.
Reasumując, niniejsza płyta to przede wszystkim ogrom nostalgii i jak przy paru klasykach już wspominałem, kapitalna wycieczka w przeszłość, kiedy nie liczyła się nie wiadomo jaka technika i umiejętności. Chodziło o oddanie muzie, zaangażowanie, tworzenie z pasji, kiedy chęć działania rodziła płyty przepełnione klimatem i autentycznymi emocjami.


środa, 22 listopada 2017

Graveland- Immortal Pride (No Colours Records 1998/ Warheart Records 2017)

Immortal Pride to chyba najbardziej „inny” album w całym dorobku Graveland. Nie chodzi tu tylko o samą muzykę, ale i o strukturę płyty- tylko dwa utwory główne, ale za to bardzo rozbudowane i długie intro i outro wiążące całość. Jest to też pierwszy album na którym tak rozwinięta jest warstwa symfoniczna o takiej głębi i kolorycie. Nadal są tu obecne pagan black metalowe riffy, ale to klawisze i symfoniczne tło grają na tym albumie pierwsze skrzypce. Podczas słuchania od razu narzuca się skojarzenie z albumami Bathory- Hammerheart oraz Twilight of the Gods, wpływy tych dwóch majstersztyków Quorthona są aż nadto oczywiste, zwłaszcza ten epicki sznyt, który bije od Immortal Pride na odległość. Album nie jest w żadnym wypadku kopią albumów Bathory, były one tylko inspiracją, Darken nadał tej płycie charakterystycznego brzmienia które spotyka się tylko u zespołów z Polski, Ukrainy czy Rosji. Jest bez wątpienia oryginalny.
Kolejnym aspektem który charakteryzuje tę płytę jest następna inspiracja. Tym razem po raz kolejny mamy odnośnik do twórczości Basil'a Poledurisa (przypomnicie sobie "In the Glare of Burning Churches czy "Epilogue") i jego nieśmiertelnego soundtracku do Conana Barbarzyńcy. Echa tej muzyki stale przewijają się podczas słuchania płyty.
Co się tyczy brzmienia i produkcji Immortal Pride to nie można narzekać. Jest świeżo, instrumenty są wyraziste, jest głębia, a klawisze tworzą piękne tło. Sama partia perkusji może wydawać się nieco toporna względem całej reszty, ale w ostateczności daje radę i jest ok. Muzyka niesie ze sobą sporą dawkę emocji w kwestii zarówno tekstów jak i samej muzyki, co sprawia że w istocie pasowała by do jakiegoś filmu o dawnych Słowianach (wystarczy zerknąć na okładkę) lub o wojownikach pokroju chociażby Conana.
Co prawda nie jest to moja ulubiona płyta w dorobku Graveland, ale bardzo ją szanuję i doceniam potencjał jaki ze sobą niesie. Jest niezaprzeczalnie jednym z tych ważniejszych dzieł Graveland, które zapadają w pamięć.
W kwestii samej przedstawionej poniżej reedycji z Warheart, to jest dokładnie tak jak w przypadku omawianego wcześniej wznowienia "Following the Voice of Blood". Wyszło to naprawdę nieźle i jak ktoś nie ma first pressów, czy nie przeszkadza mu ta pierwszoplanowa, odświeżona warstwa graficzna to śmiało może po to sięgnąć. Jak najbardziej polecam.



poniedziałek, 20 listopada 2017

Graveland- Following the Voice of Blood (No Colours Records 1997/ Warheart Records 2017)

Gdy ładnych parę lat temu zaczynałem swoją przygodę z twórczością Graveland myślałem, że Thousand Swords jest tym albumem który zajmuje najwyższe miejsce w dyskografii grupy, to prawda, ale Following the Voice of Blood wyprzedza go o ten jeden mały kroczek. Jest to płyta która coś kończy i coś zaczyna, dzieło przełomowe, dzięki czemu tak ważne. Wraz z tą płytą w pewnym stopniu zanikają tu patenty stricte black metalowe, a z całą okazałością objawiają się cechy pagan metalu z tą jakże charakterystyczną dla Graveland nutą epickości z majaczącymi w tle echami folku. Możemy jeszcze usłyszeć tutaj wokal typowy dla dwóch poprzednich albumów, ale muzyka jak już wspomniałem zaczyna wkraczać w inne rejony, które z kolejnymi albumami przerodzą się w to z czego Graveland słynie brzmieniowo i aranżacyjnie już od kilku ładnych lat, jest to także ostatnia płyta na której mamy typowo szybkie bm-owe partie gitar i perkusji.
Przejdźmy teraz do konkretów. Following the Voice of Blood jest albumem który wciąż cechuje surowa produkcja i w przypadku Graveland jest to olbrzymia, nadająca charakteru i klimatu zaleta. Miks płyty został wykonany perfekcyjnie, pełen profesjonalizm i wyczucie. Muzyka okraszona jest klawiszowym tłem, które świetnie podkreśla melodykę i nadaje całości tego całego epickiego sznytu. Utwory są tu odpowiednio długie, z ciekawymi przejściami melodii co sprawia że się nie dłużą i nie wieją nudą, można je porównać do snującej się opowieści która zabarwiona jest odpowiednimi emocjami i zwrotami akcji. Ambientowe oraz neoklasyczne pasaże obecne na płycie nadają całości drugiego dna, zespalają muzykę i tworzą jedną całość. W niektórych utworach są swoistą ciszą przed jeszcze obecną tu black metalową burzą. Na szczególne z mojej strony wyróżnienie zasługują utwory Thurisaz (tu jest wszystko- świetne intro, bm-owa szarża i zapadające w pamięć melodyjne przejścia), Following The Voice of Blood (fajne folkujące intro) oraz majestatyczny And the Horn was Sounding far Away (aż mi się przypomniał Twilight of the Gods Bathory, klasa!). Zapewne może was zdziwić brak jakiejkolwiek krytyki z mojej strony, ale po prostu nie mam się tu do czego przyczepić. W moim odbiorze album jest od A do Z kawałkiem wspaniałej i dobrze wykonanej muzyki, koniec i kropka.
Pomysłowe kompozycje, niesamowita atmosfera, swoista świeżość i wyobraźnia twórcza Darkena stworzyła album który moim skromnym zdaniem jest perłą w koronie polskiej sceny black/ pagan metalowej, jak dzieła Emperor, Bathory oraz Burzum (których wpływ na twórczość Graveland jest raczej ogólnie wiadomy) czy Ulver dla sceny norweskiej.
Co się tyczy oprawy graficznej płyty, to co tu dużo ukrywać, cieszy oko i zachęca do słuchania- rydwan wojów podążający za stadami kruków majaczącymi na tle szarego, pochmurnego nieba. Wchodzi w klimat płyty jak ulał! W przedstawionej poniżej reedycji tego albumu za ramienia Warheart Records mamy nową okładkę, równie dobrą, aczkolwiek gubiącą już atmosferę swojej oryginalnej poprzedniczki. Niemniej jednak wewnątrz wydawnictwa znajdziemy także oddzielną reprodukcję okładki pierwszego wydania, także każdy będzie usatysfakcjonowany. Tak jak w przypadku niedawnych wznowień "In the Glare of Burning Churches" oraz "The Celtic Winter", te reedycje jeszcze nieco kulały, tak tutaj wszystkie niedopracowane mankamenty zostały poprawione przez co w pełni i z czystym sumieniem mogę je polecić. Warto wspomnieć, że wewnątrz dostajemy garść memorabiliów z tamtego okresu, trochę archiwalnych zdjęć z sesji do albumu oraz nieco liner notes do poczytania. Reasumując jest dobrze, a nawet bardzo dobrze!



środa, 19 kwietnia 2017

Graveland- Thousand Swords (Isengard Distribution 1995/ No Colours Records 2010)

"Thousand Swords" jest w dorobku Graveland klasykiem. Bardzo wielu fanów uznaje go za swój ulubiony album w dorobku grupy, a na pewno darzy go szczególnym szacunkiem i zalicza do wyjątkowych. Jest to ostatni czysto black metalowy twór w dyskografii Graveland, ale kończy ten etap z odpowiednim hukiem. Produkcja jest tu surowa podobnie jak przy wcześniejszej płycie i demach, ale na tym dowcip polega, na tym opiera się cały jej klimat. Mamy tu do czynienia z typowymi kompozycjami black metalowymi pierwszej połowy lat 90-tych kiedy ten gatunek królował na scenie i emanował niesamowitą atmosferą i mocą. Zauważymy tu wpływy starego Bathory jak i np. wczesnego Emperor, czyli jednym słowem klasa! Album jest bardzo spójny i nie ma tu znaczących zmian stylistyki czy tempa, całość jest równa, zwarta co sprawia, że ma się wrażenie słuchania jednolitej całości, a nie poszczególnych utworów po kolei. Płyta płynie.
Warto wspomnieć że na "Thousand Swords" zaczyna się w muzyce Graveland inspiracja folkiem i muzyką dawną co jest słyszalne w konstrukcji gitarowych riffów na całej płycie. Takie zabiegi staną się w przyszłości jedną z charakterystycznych cech kompozycji zespołu. Ta naleciałość w połączeniu z bardzo surowym brzmieniem daje ciekawy efekt. Ma się wrażenie zarówno obecności czystego, black metalowego łojenia z czymś bardzo świeżym, co w rezultacie jest kolejnym kompozytorskim krokiem do przodu ale i sporym ukłonem w stronę starej szkoły.
Album obraca się wokół tematyki przebudzenia, żeby nakłonić słuchacza do pewnych przemyśleń, żeby otworzyć oczy na zgubny wpływ sił które pociągają za sznurki na których wisi nasz świat. Szata graficzna albumu też zahacza o tzw. kult. Czarno biała grafika, las, członkowie zespołu w typowym bm-owym rynsztunku i corpse-paint'cie, jest moc..., ale i pewna nostalgia. Jest to swoisty dokument rebelii i bezkompromisowych postaw ówczesnej sceny BM na naszych ziemiach.
Płyta jest też, jak wszystkie starsze wydawnictwa Graveland, częścią mrocznej i pięknej historii polskiego black metalu. Na pewno jest jednym z dumnych pomników tamtych lat i przekazuje to co wtedy działo się w życiu i umysłach twórców. Warto napomknąć, iż album był jednym z niewielu wydawnictw spod szyldu Isengard Production założonej w tamtych latach przez Darkena. Na cd w 1995 wydało go Lethal Records, ale podobno była to fuszerka i chybiony układ.
Podsumowując jest to dzieło o wyjątkowej atmosferze i przesłaniu, jest też idealnym przykładem starego, black metalowego brzmienia i jednym z kamieni milowych w dorobku Graveland. Takie płyty nie tylko warto, ale i trzeba mieć w kolekcji!
Poniżej winylowa reedycja tego dzieła wydana w 2010 roku przez nikogo innego jak niemiecką No Colours Records. Jak widać wzorcem było stare oryginalne wydanie. W sumie nie wyobrażam sobie innej opcji przy tego typu materiale. Wykonanie pierwsza klasa!



środa, 12 kwietnia 2017

Graveland- Carpathian Wolves (Eternal Devils 1994/ No Colours 2015)

Jest noc. Księżyc swym pełnym majestatu blaskiem oświetla wierzchołki gór zatopione w leśnych ostępach. Wszechobecną ciszę, którą nieśmiało burzy tylko powiew wiatru przecina mrożący krew skowyt wilków. Ów zew krwi niesie się po najdalszych zakątkach Karpat zwiastując nienazwaną groźbę, a w oddali połyskiwać zaczyna ognista łuna. To były mroczne czasy....
"Carpathian Wolves" jest swoistym podsumowaniem wczesnych lat Graveland obfitujących w nagrania demo. Zawiera wszystko co najlepsze z tych taśm i jest najbardziej zaawansowany produkcyjnie i brzmieniowo. Tym co najbardziej wyszczególnia się podczas słuchania tej płyty jest jej niesamowita atmosfera grozy i mroku. Najlepiej słucha się jej nocą podczas pełni (wiem co mówię), wtedy na prawdę można poczuć klimat tego albumu i ładunek emocji który ze sobą niesie. Moimi absolutnymi faworytami z tej płyty są "Barbarism Returns" oraz "Impaler of Wallachia", dwa black metalowe majstersztyki okraszone tu i ówdzie klawiszowym tłem które jest wręcz wizytówką Graveland. Darken nagrał na tym albumie chyba najmroczniejsze intra w swojej twórczości. Gitary w stosunku do dem nabrały wyrazistości i odpowiedniego brzemienia- wciąż surowego ale jakby pewniejszego, tak samo partie perkusji, bm-owa kuźnia na pełnych obrotach. Słuchając tego albumu czuje się oddech tamtych lat na plecach, to co wtedy motywowało ludzi ze sceny, co nieśli wraz ze swoją muzyką i co chcieli przez nią wyrazić, a jest to bezcenne i zaklęte min. w tym albumie, cień ognia który płoną wtedy mocno i jasno.
Co się tyczy oprawy graficznej albumu to moim zdaniem jest piękna w swojej prostocie- rysunek przedstawiający wojownika z bm-owymi barwami wojennymi na twarzy, trzymającego w dłoni pochodnię i klęczącego obok wilka. Obie postacie patrzą w niebo, otoczone lasem i górami. Spotkałem się z opiniami szydzącymi zarówno z owej grafiki jak i z samej płyty, że niby rysuneczek jak z przedszkola, a płycie brak oryginalności. Totalnie się z tym nie zgadzam! Może grafika jest prosta i nie na miarę profesjonalnych poligrafii, ale za to bardzo wymowna i szczera jak sama muzyka, która płynęła z serc i z potrzeby tworzenia, a nie pokazania się z jak najlepszej strony czy świadomej chęci zaistnienia. Moim jedynym zarzutem jaki można wysnuć pod adresem "Carpathian Wolves" jest fakt, że płyta jest nieco krótka i szybko się kończy, co nie pozwala się w pełni nią nacieszyć.
Podsumowując, jest to dzieło zasługujące na wejście do kanonu klasyki polskiego black metalu oraz, i przede wszystkim, wizytówki świetności lat sceny jak też tego czym był dla tych ludzi black metal. Wydawnictwo bez wątpienia o wymiarze ponadczasowym! Rekomendacja zbyteczna!




środa, 15 lutego 2017

Dimmu Borgir- For All Tid (No Colours 1995)


Jest północ. Delikatny wiatr rozsuwa połacie ciemnych chmur ukazując bladą, świetlistą taflę księżyca. Jego blask pada na ruiny starego zamczyska otulonego zewsząd borem skąpanym w ciemności nocy. Zamek zdaje się być opuszczony pozostawiając jedynie aurę minionych dni, lat dawnej świetności. Jeżeli wytęży się oczy jednocześnie wsłuchując się w szept wiatru, szum drzew, pieśń nocy to dostrzeże się przemykające po nim cienie. Te mury skrywają niejedną tajemnicę, nienazwaną groźbę, mistyczny pierwiastek. Witajcie w Mrocznej Fortecy- Dimmu Borgir!
"For All Tid" ukazał się w lutym 1995 roku nakładem niemieckiej No Colours Records. Black Metal jaki prezentowało Dimmu Borgir był w tamtym czasie bardzo oryginalny i postawił użycie klawiszy na równi z gitarami i perkusją, co wcześniej nie było praktykowane na taką skalę. U zespołów jak Emperor, Gehenna czy Enslaved były one bardziej tłem niż równoważnym, odgrywającym pierwszoplanową rolę instrumentem. Dimmu Borgir o wiele bardziej zależało na wszechobecnej mrocznej, nostalgicznej atmosferze wypełnionej echami średniowiecza, swoistą mistyczną i tajemniczą aurą, niż na konkretnym, ekstremalnym łojeniu jakim scena była już wypełniona. Albumu słucha się z przeogromną przyjemnością, wypełniony jest tak niesamowitymi dziękami, że po przesłuchaniu ma się ochotę powtarzać tą czynność wielokrotnie. W przeciwieństwie do pozostałych płyt za wokale (oraz gitary) był tu odpowiedzialny przede wszystkim Silenoz, Shagrath natomiast zasiadł za perkusją. Tjodalv pełnił rolę drugiego gitarzysty, Tristan śmigał na basie, a Stain nagrał wszystkie ścieżki klawiszy. Ten ostatni tak naprawdę nie był pełnoprawnym członkiem zespołu. Przychodził na próby oraz nagrania i po prostu grał co mu reszta zespołu zleciła. Potem wracał do swoich spraw. Niemniej jednak to co zrobił na pierwszych trzech albumach Dimmu Borgir zasługuje na podziw (no może poza drobnym plagiacikiem ze "Stromblast", ale o tym przy innej okazji). "For All Tid" nagrany został w dwóch terminach, które oddzielała trzy miesięczna przerwa (pierwsza sesja w sierpniu, druga w grudniu 1994). Spowodowane to było brakiem funduszy, aby zrobić wszystko w jednym podejściu, stąd też można dosłuchać się nieznacznych różnic w brzmieniu niektórych utworów. Najwspanialszymi opusami są tu nieco bardziej intensywny w stosunku do reszty "Under Korpens Vinger", który otwiera płytę zaraz po klimatycznym intrze, wizytówka całego materiału, czyli majestatyczny "For All Tid" oraz istna symfonia opustoszałych ruin i posępnych lasów w postaci ""Raabjorn Speiler Draugheimens Skodde". No mistrzostwo, klękajcie narody! Jakakolwiek rekomendacja zbyteczna, bo drugiej takiej płyty po prostu nie ma! W moim osobistym rankingu to jedna z 5 ulubionych płyt w metalu w ogóle i nie sądzę żeby kiedykolwiek miało się to zmienić.
Tak na koniec, w ramach ciekawostki, mogę powiedzieć, że fotografie zawarte we wkładce do oryginalnego wydania zostały wykonane latem 1994 w lasie Trandum, gdzie spoczywa sporo ofiar Drugiej Wojny Światowej. Miejsce ma podobnież niesamowitą atmosferę. Zespół pojechał robić fotki w 8-osobowej grupie będąc w pełnym rynsztunku z corpsepaintem na twarzach, umazani sztuczną krwią (może i prawdziwą, kto to wie), wszyscy ściśnięci ze sobą w małym samochodzie, przy tym upał, jednym słowem działo się haha.



wtorek, 17 stycznia 2017

Graveland- Creed of Iron (No Colours 2000/ 2009)

O płycie „Creed of Iron” (Prawo Stali) pisano już wiele, ale i ja chciałbym dorzucić swoje trzy grosze na jej temat bo jest to płyta niewątpliwie istotna w dorobku Graveland. Po pierwsze album ten zapoczątkował poniekąd nowy, trwający do dnia dzisiejszego etap w twórczości zespołu. Na tej płycie utrwaliły się styl i naleciałości które przewinęły się przez jego poprzedników w postaci „Following the Voice of Blood” oraz „Immortal Pride”. Jest epicko, podniośle, wojennie ze szczyptą folku w tle, ale tego bardziej bitewnego. Aczkolwiek w porównaniu do „Immortal Pride” gdzie pierwsze skrzypce należały do klawiszy, tak na „Creed of Iron” rządzą mocarne gitarowe riffy które na długo zapadają w pamięć słuchacza. Na album składa się pięć, średnio dziesięcio-minutowych kawałków, oraz świetne budujące atmosferę intro otwierające płytę. Poniekąd można by „Prawo Stali” potraktować jako następcę poprzedniej płyty, ale zbyt dobrze widoczna jest wspomniana zmiana ról klawiszy i gitar, tutaj te pierwsze podbijają brzmienie i głębię tych drugich. Pomimo faktu iż kompozycje są rozbudowane, album się nie nudzi. Melodyka jest na tyle chwytliwie skonstruowana że wciąga i utwory płyną. Pamiętam kiedy pierwszy raz słuchałem tej płyty, byłem pod wrażeniem jak długie i podniosłe hymny potrafią wpadać w ucho, a jednocześnie nie niszczyć atmosfery tego typu nagrań gdzie jest ona istotnym elementem.
„Creed of Iron” jest jedną z najważniejszych płyt Graveland, może nie tyle przełomową co wyznaczającą pewną drogę którą Graveland podąża do dziś, pewnym kamieniem milowym. To tu wszystko się zaczyna, a to co było wcześniej kończy. Będąc szczerym to właśnie ta płyta jest moim faworytem jeżeli chodzi o twórczość zespołu od 2000 roku w górę. Ma w sobie to co każdy album rozpoczynający pewien etap, pierwotną świeżość i masę pomysłów, tą swoistą energię i pasję. Jeżeli ktoś nie przepada zbytnio za black metalem, a lubi epickie klimaty z echami bitwy i folku w tle, a jeszcze na dodatek nie zna twórczości Graveland, to właśnie od tej płyty powinien zacząć. Miecze pójdą w ruch a tarcze w drzazgi, na ziemi rozpoczyna się bitwa, a w Valhalli wieczna uczta!



poniedziałek, 21 listopada 2016

Werewolf- The Temple of Fullmoon (No Colours 2005/ 2015)

Są takie płyty, których surowość brzmienia i bezpośrednie, oczywiste inspiracje dokonaniami innych grup nie rażą, wręcz przeciwnie, cieszą i wychodzi im to na dobre. Taki właśnie był nasz rodzimy Werewolf (drugi projekt członków Iuvenes). Chociaż zespół nie istnieje już od ładnych paru lat, to zostawił po sobie dwie naprawdę dobre płyty. Jedną z nich jest "The Temple of Fullmoon", swoisty hołd dla grup, które należały do zrzeszenia wspomnianego w tytule albumu. Słychać tu przede wszystkim black metal jakim charakteryzował się Graveland (słychać tu także echa Infernum czy Veles) na takich płytach jak "The Celtic Winter" czy "Carpathian Wolves", riffy, partie perkusji, nawet wokal Greywolf'a jest łudzący podobny do tego którym operował Darken na wspomnianych wydawnictwach. Wszechobecne są tu też klawisze które podbijają rzężące, surowe partie gitar, nadając całości niesamowitej atmosfery. Zwykle staram się wyszczególnić jakieś kawałki z danej płyty, ale tym razem tego nie zrobię, po prostu nie widzę takiej potrzeby. Wszystkie utrzymane są w tym samym klimacie, różnią się tylko linią melodyczną i w tym przypadku efekt jest jak najbardziej na plus. Ta drobna doza monotonii świetnie się w takim materiale sprawdza. Także wszystko jest bardzo spójne i najlepiej słucha się tego jako jednej litej całości.
Co mi się tutaj podoba to fakt jak wiernie Werewolf odwzorował w swoich kompozycjach brzmienie i charakter naszego black metalu tamtych dawnych dni. Zachowane zostały wszystkie wzorce, odpowiednie brzmienie, a jednocześnie tchnięta została w ten materiał pewna świeżość, także słucha się tego z nieodpartą przyjemnością i nostalgią. Płytka nagrana została w 2005 roku, w czasie w którym tego typu granie praktycznie już nie istniało, tym bardziej ogromny szacun za przywołanie ducha sceny lat 90-tych w tak wierny i esencjonalny sposób. Zwolennikom tego typu klimatów jak najbardziej polecam! Genialny krążek!


poniedziałek, 3 października 2016

Graveland- Thousand Swords (Isengard Distribution 1996/ No Colours 2012)

Thousand Swords jest w dorobku Graveland klasykiem. Bardzo wielu fanów uznaje go za swój ulubiony album w dorobku grupy, a na pewno darzy go szczególnym szacunkiem i zalicza do wyjątkowych. Jest to ostatni czysto black metalowy twór w dyskografii Graveland, ale kończy ten etap z odpowiednim hukiem. Produkcja jest tu surowa podobnie jak przy wcześniejszej płycie i demach, ale na tym dowcip polega, na tym opiera się cały jej klimat. Mamy tu do czynienia z typowymi kompozycjami black metalowymi pierwszej połowy lat 90-tych kiedy ten gatunek trzymał się jeszcze dobrze i był czym z założenia być powinien. Zauważymy tu wpływy starego Bathory jak i np. wczesnego Emperor, czyli jednym słowem klasa! Album jest bardzo spójny i nie ma tu znaczących zmian stylistyki czy tępa, całość jest równa co sprawia że ma się wrażenie słuchania jednolitej całości a nie poszczególnych utworów po kolei. Płyta płynie.


Warto wspomnieć że na Thousand Swords zaczyna się w muzyce Graveland inspiracja folkiem i muzyką dawną co jest słyszalne w konstrukcji gitarowych riffów na całej płycie. Takie zabiegi staną się w przyszłości jedną z charakterystycznych cech kompozycji zespołu. Ta naleciałość w połączeniu z bardzo surowym brzmieniem daje ciekawy efekt. Ma się wrażenie zarówno obecności czystego, black metalowego oldschoolu z czymś bardzo świeżym, co w rezultacie jest kolejnym kompozytorskim krokiem do przodu ale i sporym ukłonem w stronę starej szkoły.
Album obraca się wokół tematyki przebudzenia, żeby nakłonić słuchacza do przemyśleń na tle tożsamości kulturowej, żeby otworzyć oczy na zgubny wpływ sił które pociągają za sznurki na których wisi nasz świat. Poruszane są tu też tematy honoru czy heroizmu.
Szata graficzna albumu to hołd tradycyjnej formie. Czarno biała grafika, las, członkowie zespołu w typowym bm-owym rynsztunku i corpse-paint'cie, kult musi być! Generalnie, pokazane tutaj wznowienie z No Colours jest w bardzo dużym stopniu wierne wydaniu Isengard z 1996, co bardzo się chwali. Oczywiście album ukazał się oryginalnie rok wcześniej nakładem austriackiej Lethal Records, ale zespół nie był zadowolony ani z wydania, ani ze współpracy z wydawcą. Dlatego rok później Darken wydał ten album na cd i mc pod szyldem własnego distro.
Płyta jest też jak wszystkie starsze wydawnictwa Graveland częścią mrocznej i pięknej historii polskiego black metalu. Na pewno jest jedną z wizytówek tamtych lat i przekazuje to co wtedy działo się w życiu i umysłach twórców. Podsumowując jest to album o wyjątkowej atmosferze i przesłaniu, jest też idealnym przykładem starego, black metalowego brzmienia i jednym z kamieni milowych w dorobku Graveland. Takie płyty nie tylko warto, ale i trzeba mieć w każdej szanującej się bm-owej kolekcji!