Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2017. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2017. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 kwietnia 2020

Celtic Frost - Into the Pandemonium (Nosie Records 1987/2017)

Dziwna, jak na swoje czasy bardzo eksperymentalna, aczkolwiek intrygująca płyta. Z pewnością fani grupy po płytach „Morbid Tales” i „To Mega Therion” nie spodziewali się usłyszeć czegoś takiego. To była swoista rewolucja! Niemniej jednak świadczy to o tym, iż Celtic Frost nie bali się próbować nowych rzeczy, nowych rozwiązań, generalnie rzecz biorąc muzycznych eksploracji. Po sporym sukcesie „To Mega Therion” i trasach towarzyszących promowaniu tego materiału, można było oczekiwać pozostania na tej drodze, jakiejś zachowawczości, ale nie. Tom i Martin mieli już inne plany. 
Wydany w 1987 roku „Into the Pandemonium” jest płytą bardzo zróżnicowaną, która jednocześnie może zachęcać swoją „innością” i bogactwem lub wręcz przeciwnie, odstręczać za odstępstwo od poprzednio obranej drogi. Mamy tu utwory będące mieszanką Hard Rocka i Thrashu, jak na przykład „I Won't Dance” czy otwierający album „Mexican Radio” z repertuaru Wall of Voodoo, trochę typowo celtic frostowych klimatów z poprzednich płyt („Inner Sanctum” czy świetny „Babylon Fell”) oraz sporo symfoniczno-elektronicznych wycieczek z budzącymi mieszane uczucia „One in Their Pride” oraz „Tristesses de la Luna” (metalowych brzmień brak!) na czele. To po prostu istna kopalnia różności!
„Into the Pandemonium” była płytą, która (w czasie, gdy się ukazała) była dziełem pionierskim, przetarciem pewnych szlaków. Wtedy jeszcze nikt nie łączył z muzyką metalową elementów symfonicznych, żaden zespół nie zatrudniał orkiestry do pracy przy albumie (w '88. zrobił to Manowar). Było to niewątpliwie ryzykowne, acz ambitne przedsięwzięcie. Noise Records nie było zadowolone z planów zespołu i nie obyło się bez poważnych spięć, no ale nic to specjalnie nie zmieniło.
Z pewnością niniejszy album miał spory wpływ na wiele zespołów, chociażby takich jak japoński Sigh, który elementy zawarte na "Into the Pandemonium" przerzucił na szerszy grunt, wyeksploatował w taki sposób, że z ozdobnika, dodatku stały się stałym, ważnym elementem kompozycji.
Na kilka słów zasługuje również okładka płyty, która także odbiegała od uprzednio obranej estetyki i konceptów. Zdobi ją część dzieła Hieronima Boscha (a konkretnie ta odzwierciedlająca jego wizję piekła), holenderskiego szesnastowiecznego malarza, pt. „Ogród Rozkoszy Ziemskich”. Gdy spojrzycie w prawy górny róg obrazu, to zobaczycie część użytą na „Into the Pandemonium”. Po raz pierwszy nie było to nic typowo bluźnierczego czy tak bezsprzecznie diabelskiego, jak miało to miejsce na poprzednich albumach i w Hellhammer.
Przyznam, że „Into the Pandemonium” stało się po czasie moim ulubionym materiałem w dorobku Celtic Frost; co jakiś czas mam ochotę ponownie go zgłębiać i poznawać. Tego typu płyty z czasem bardzo zyskują; okazuje się jak ważna była i jest ich rola, są dziełami, którym zawsze należy się ogromny szacunek. Czy polecam? Jak najbardziej! Dla tych, którzy owego albumu jeszcze nie znają (no nie wiem, czy znajdą się takie osoby, ale możliwe, że tak) może wydać się wymagający, trochę nieprzystępny, ale ma naprawdę wiele do zaoferowania.
Poniżej przedstawiłem kapitalnie przygotowaną przez Noise/BMG reedycję tegoż albumu, jaka ukazała się w 2017 roku. Poza samym albumem dostajemy solidny digibook z obszerną książeczką zawierającą liner notes oraz sporo niepublikowanych wcześniej fotografii. Z dotychczasowych edycji na CD tę uważam za najlepiej wydaną.


English translation:

Strange, for its time, and very experimental, but intriguing album. Certainly the fans of the group after the albums "Morbid Tales" and "To Mega Therion" did not expect to hear such a thing. It was a kind of revolution! Nevertheless, this proves that Celtic Frost was not afraid to try new things, new solutions, generally speaking musical explorations. After the considerable success of "To Mega Therion" and the tours accompanying the promotion of this material, one could expect they would stay on this road, but it didn't happen. Tom and Martin had other plans.
Released in 1987, "Into the Pandaemonium" is a very diverse album, which at the same time can encourage with its "otherness" and richness, or on the contrary, discourage because of the departure from the previously chosen path. Here we have songs that are a mixture of Hard Rock and Thrash, such as "I Won't Dance" or the opening "Mexican Radio" from the repertoire of Wall of Voodoo, some typical Celtic Frost stuff from previous albums ("Inner Sanctum" or the great "Babylon Fell") and a lot of symphonic-electronic attempts with "One in Their Pride" and "Tristesses de la Luna" (no metal sounds at all!) at the forefront. It's just a real mine of variety!
"Into the Pandaemonium" was an album that (at the time it was released) was a pioneering work, pathing the way for certain concepts. At that time, nobody combined symphonic elements with metal music, no band employed an orchestra to work on the album (Manowar did in the '88). It was undoubtedly a risky but ambitious undertaking. Noise Records was not satisfied with the band's plans and it was not without serious tensions, but it didn't change that much.
Certainly, this album had a significant impact on many bands, such as the Japanese Sigh. They threw the elements contained on "Into the Pandemonium" onto a broader ground, exploited it in such a way that those additions became a permanent, important element of the compositions.
The cover of the album also deserves a few words, as it also differed from the previously chosen aesthetics and concepts. It is decorated with a part of the work of Hieronimous Bosch (specifically the one reflecting his vision of hell), a Dutch sixteenth-century painter, entitled "Garden of Earthly Delights". When you look at the upper right corner of the image, you will see the part used on "Into the Pandaemonium". For the first time, it was nothing typically blasphemous or unquestionably devilish, as it was on previous albums and in Hellhammer.
I admit that "Into the Pandaemonium", after a while, became my favorite material among the achievements of Celtic Frost; from time to time I want to rediscover and explore it again. These type of records gain a lot over time; it turns out that their role was and is important, they are works that always deserve enormous respect. Do I recommend it? Of course! For those who do not know this album yet (I don't know if there will be such people, but it is possible) it may seem demanding, a bit inaccessible, but it really has a lot to offer.
Below I present a really great reissue of this album prepared by Noise/BMG, which was released in 2017. In addition to the album itself, we get a solid digibook with an extensive booklet containing liner notes and a lot of previously unpublished photographs. I consider this edition to be the best one from the ones already issued on CD.




niedziela, 22 września 2019

Carnifexian - Age of Spiked Mace (Dark Age Productions 2017)

Dzisiejszy wpis to coś ze świata tzw. Dungeon Synth, muzyki poniekąd mocno z Metalem związanej, zwłaszcza z Black Metalem. Konkretnie jego melodyjną, średniowieczną, czy też tolkienowską odmianą. Carnifexian to młody, jednoosobowy projekt z Rosji. Dungeon Synth mocno inspirowany takimi projektami jak Elffor, Mortiis, Barak Tor, Erang czy nawet Summoning w jego instrumentalnej odsłonie. To właśnie długa, trzynasto utworowa wycieczka w stronę tych brzmień i klimatu. I, co ważne, nie można Carnifexian posądzić o jakąś wyraźną wtórność w temacie. Sporo projektów w ramach Dungeon Synth czy Ambientu jest niestety powtarzalna do bólu (taki np. Old Tower to darcie skóry z Mortiisa), nudna, czy po prostu nijaka. Tutaj tego nie ma. Płyta się nie nudzi, fajnie przez cały czas trwania snuje swoją historię osadzoną w krainie zamków, smoków, lochów i magii. Na dobrą sprawę zlatuje nie wiadomo kiedy i ma się ochotę odpalić ją ponownie, a w końcu to ponad dziesięć kompozycji. No i klimat, tutaj jest jego wyczucie, twórca wie, z czym ma do czynienia, w jakim brzmieniu się obraca i co ta muzyka ma ze sobą nieść, jakie wrażenie ma w słuchaczu generować. Jest tu zatrzęsienie fajnych melodii, różnych smaczków (elementów podobnych do tych jakimi urozmaicał Mortiis takie płyty jak "Crypt of the Wizard" oraz "The Stargate") i akurat ten projekt nie żeruje na eksploatowaniu rozwiązania jakim jest nadmierna monotonia czy repetycja, zachowany jest balans i lekkie zróżnicowanie nastrojów. Od typowo nostalgicznych, po podniosłe i epickie. Miejscami można wyłapać jakieś odniesienia do twórczości Basila Poledurisa i jego ścieżki dźwiękowej do "Conana Barbarzyńcy".
Jednym słowem jest to kawał solidnego Dungeon Synthu, z pomysłami, odrobiną świeżego spojrzenia na tradycyjną strukturę, a przede wszystkim takiego, który po krótszym czasie nie odejdzie w zapomnienie wśród tych, którzy będą mieli okazję się z nim zapoznać. Ja ze swojej strony jak najbardziej polecam wszystkim fanom tego typu brzmień.

https://www.facebook.com/darkageprod/
http://dark-age-productions.com
https://darkageproductions.bandcamp.com/album/age-of-spiked-mace

English version:

Today's review is something from the world of so-called Dungeon Synth, music somewhat strongly associated with Metal, especially Black Metal. Specifically, its melodic, medieval or Tolkien-like type. Carnifexian is a young, one-man project from Russia. Dungeon Synth strongly inspired by such projects as Elffor, Mortiis, Barak Tor, Erang or even Summoning in its instrumental version. This is a long, thirteen-track trip towards these sounds and atmosphere. And, importantly, Carnifexian can not be accused of any clear secondaryness in its art. A lot of projects within Dungeon Synth or Ambient is unfortunately painfully repetitive (such as Old Tower that is simply tearing the skin from Mortiis), boring or simply bland. Here there is no such situation. The album is not boring, it's great all the time telling its story set in the land of castles, dragons, dungeons and magic. In fact, it flows and you want to play it again, and, you know, it is more than ten compositions. And the atmosphere, here you have the feeling of it, the artist knows what he is dealing with, in what sound he revolves and what this music is supposed to carry with itself, what impression it should generate on the listener. There is a lot of cool melodies, various additions (elements similar to those of Mortiis, used on "Crypt of the Wizard" and "The Stargate") and this project does not prey on exploiting a solution which is excessive monotony or repetition, it  preserves balance and slight diversity of moods. From typically nostalgic to sublime and epic. In some places you can catch some references to the work of Basil Poleduris and his soundtrack to "Conan The Barbarian".
In a word, it is a piece of solid Dungeon Synth, with ideas, a bit of a fresh attitude towards the traditional structure, and above all, one that after a short time will not go into oblivion among those who will have the opportunity to listen to it. I totally recommend this Carnifexian to all the fans of this kind of art!


sobota, 27 lipca 2019

Ereb Altor - Ulfven (Hammerheart Records 2017)

"Ulfven" to ósmy, pełny album szwedów z Ereb Altor. Zakładam, że wszystkim, którym gra w duszy epicki Viking Metal z elementami Black Metalu, osadzony w skandynawskiej mitologii zespół jest dobrze znany, a przynajmniej kojarzony. Z racji tego, że już za niecałe dwa miesiące pojawi się kolejny ich album, postanowiłem przypomnieć jego poprzednika.
"Ulfven" to kolejna porcja podniosłych, nordyckich klimatów, w których znajdują swe odbicie echa starego, dobrego Bathory z czasów nie tylko takich klasycznych płyt jak "Blood Fire Death", "Hammerheart" oraz "Twilight of the Gods", ale również "Nordland". To te dźwięki wiodą prym na tym albumie (podobnie jak ma to miejsce na wcześniejszych ich płytach), ale mamy tu również miejscami nieznaczne naleciałości Doom Metalowe czy Black, a nawet Death Metalowe spod znaku Dissection oraz Unanimated. Ładnie to ze sobą współgra, tworząc majestatyczny muzyczny pejzaż o zarówno złowieszczym, jak i epickim, potężnym wydźwięku. Istotny jest tu bardzo wokal Cristera Olssona, który raz uderza w estetykę i manierę podobną do tej, w jakiej poruszał się Quorthon czy Garm z Ulver (w tych czystych, mocnych odsłonach), a w innych utworach potrafi wydać z siebie bardziej demoniczne wokale podobne tym, które reprezentował chociażby Jon Nodtveidt. Wszystko to zależy od utworu, jego klimatu i charakteru, a różnorodności tutaj pod dostatkiem. Płycie nie brakuje świetnej pracy gitar i sekcji rytmicznej, jak i klimatu budowanego nie tylko przez recytowany na początku fragment Voluspy, ale również klawiszowe tła (w stosunku do innych płyt grupy jest ich tu najwięcej) oraz genialne teksty zbudowane na skandynawskich mitach i wierzeniach. Wszystkie te cechy budują siłę "Ulfven" i sprawiają, że w Viking Metalowej estetyce jest to jedna z najlepszych płyt, jakie pojawiły się w ostatnich latach, z całą pewnością nie wypada przejść obok niej obojętnie. Śmiem twierdzić, iż w swojej dziedzinie Ereb Altor prześciga konkurencję. Z niecierpliwością czekam na ich nową płytę!

https://www.facebook.com/ErebAltorOfficial/
http://www.erebaltor.com/

English version:

"Ulfven" is the eighth, full-length album of the Swedes from Ereb Altor. I assume that to everyone who listens to the epic Viking Metal with elements of Black Metal, embedded in Scandinavian mythology, the band is well known, or at least associated. Due to the fact that in less than two months a new album will appear, I decided to recall its predecessor.
"Ulfven" is another portion of lofty, Nordic climates, in which echoes of old good Bathory from the times of not only classic albums such as "Blood Fire Death", "Hammerheart" and "Twilight of the Gods", but also "Nordland" are reflected. These sounds are the most important part of the album (as it was on their previous attempts as well), but we also have here some small accretions of Doom and Black Metal, and even Death Metal similar to Dissection and Unanimated. It fits together nicely and creates a powerful musical landscape with both an ominous and epic, powerful overtone. Very important are the vocals of Crister Olsson, who once struck at the aesthetics and mannerism similar to the ones which Quorthon or Garm from Ulver used (that clean, strong manner), and in other songs he performs more demonic vocals similar to those represented by Jon Nodtveidt for example. It all depends on the composition, its climate and character, and there is no lack of diversity here. The album is full of great guitars and strong rhythm section, as well as the climate built not only by the fragment of Voluspa recited at the beginning, but also keyboard backgrounds (in comparison to other releases by them here we can their strongest appearance) and awesome lyrics based on Scandinavian myths and beliefs. All these features build the strength of "Ulfven" and make it among Viking Metal aesthetics one of the best albums that have appeared in recent years, certainly you should not pass by it indifferently. I dare say that in their genre Ereb Altor outperforms the competition. I am really looking forward to hearing their new album!


czwartek, 25 kwietnia 2019

Mayhem- Live in Sarpsborg (Peaceville Records 2017/2019)

Kolejny kawał historii Mayhem zaserwowany przez Peaceville. Jest to jeden z dwóch zarejestrowanych koncertów zespołu jakie odbyły się w Norwegii w 1990 roku. Niniejszy z Sarpsborg, z sali o nazwie Furuheim, miał  miejsce 28 lutego, i jest to dokładnie ten który zasłynął już na scenie pod tytułem "Dawn of the Black Hearts". Głównie za sprawą okładki na której wylądowało jedno ze zdjęć post mortem Dead'a. Tym razem dokopano się do nagrań o lepszej jakości i wreszcie można tego całkiem przyzwoicie posłuchać.
Koncert zorganizował Metalion, aby zebrać trochę kasy na kolejne numery Slayer Mag. Tamtego wieczora przed Mayhem zagrał jeszcze Cadaver, Equinox, So Much Hate oraz Buttocks. Grupy zgodziły się zagrać niemal za darmo, za symboliczną kasę i piwo. Jak wspomina Metalion cała impreza wyszła fenomenalnie i zdołał zgromadzić konkretną sumę na kolejne numery Slayer'a. Sam koncert Mayhem był magiczny. Zespół zagrał w półmroku. Dead i Euronymous pojawili się w tzw. corpsepaincie. Aura występu była podobno niesamowita, zagrany materiał perfekcyjny. Poza nowymi wtedy kawałkami, czyli "Funeral Fog", "Freezing Moon" oraz "Buried By Time and Dust", zagrali niemal cały set ze swojej epki: "Deathcrush", "Necrolust", "Chainsaw Gutsfuck", "Pure Fucking Armageddom" i w bonusie "Carnage". Nie brzmi to tak jak obecne koncertówki, oj daleko do tego, ale mimo niedomagającej, acz i tak lepszej od poprzedniej, jakości chłonie się te dźwięki. Każdy żył wtedy chwilą, nikt nie myślał, że doświadcza pierwszych, a za razem ostatnich koncertów Mayhem w tym legendarnym, prawilnym składzie. Dla mnie i pewnie dla wielu z was to więcej niż tylko płyta z zapisem koncertu, to historia, nostalgia, dźwięki wielbionej muzy w chwili kiedy miała swój najlepszy czas. To coś totalnie bezcennego, zwłaszcza dla oddanego fana Mayhem.
Peaceville dało nam pierwsze w historii, oficjalne wydanie tego materiału, w lepszej jakości i formie. Samemu audio towarzyszy materiał na DVD zgrany z taśmy VHS- cały występ Mayhem z tamtego dnia. Jakość podła, ale klimat niepowtarzalny. Całości towarzyszy opasły booklet z masą starych zdjęć, wspomnieniami Metaliona, wywiadami z min. Manheimem, Messiahem oraz członkami Buttocks oraz Equinox. Wydawnictwo wyszło wspaniale i godnie oddało hołd tamtym czasom i tamtemu Mayhem. Mus!










poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Arckanum- Den Forstfodde (Folter Records 2017)

Rok temu Arckanum przeszło do historii. Shamaatae postanowił skoncentrować się przede wszystkim na swojej twórczości autorskiej i innych priorytetowych dla niego w tym momencie sprawach. Jak sam twierdzi, w muzyce osiągnął się wszystko co chciał, co sobie zaplanował i przyszedł czas aby zakończyć dzieło pod szyldem Arcaknum. Zanim jednak ten szwedzki projekt przeszedł w stan spoczynku, w 2017 zwieńczył go ostatni album- "Den Forstfodde". Jest to materiał wyraźnie różniący się od poprzednich pod rzeczonym szyldem. Pozostaje tu ten sam charakterystyczny dla zespołu klimat, nie zmienia się wokal, czy brzmienie, niemniej jednak Shamaatae poświęcił tu sporo miejsca wolnym i średnim tempom czerpiąc sporo z  Doom Metalu. Szybsze dynamiczne kompozycje są tu zbalansowane wolnymi, wręcz walcowatymi. Płyta wyraźnie kontrastuje pod tym względem z poprzednikiem w postaci "Fenris Kindir". Black Metal Arckanum nabrał tu trochę rytualnego charakteru oraz konkretnego ciężaru. Połowa płyty to utwory oparte na smolistych, nieco transowych i posępnych riffach toczących się bez nadmiernego pośpiechu. Jest tu miejsce nawet na stricte instrumentalne momenty, oparte na tych ciężkich gitarowych uderzeniach, budowaniu głębi i ponurej atmosfery- "Nedom Etterboljorna", czy " Ginnmors Drott". Pozostałe kawałki, niemal z marszu oznajmiają, że to powrót do Arckanum do jakiego przywykliśmy. Wśród nich jest świetny "Offjatrad"- moim zdaniem sztandarowy utwór z płyty, "Lat Fjalarr Gala", miejscami nieco Heavy Metalowy "Du Grymme Smed" oraz "Kittelns Beska". Ten ostatni rozpoczyna dźwięk rogów niczym z płyt Wardruny, przechodząc potem w zapadające w pamięć dynamiczne, a zarazem posępne, nostalgiczne gitarowe pasaże. Jest czego słuchać. Płyta nie wieje nudą, ma sporo urozmaiceń, jest spójna i odpowiednio wyważona. Co więcej, wypełniona jest, tak jak zresztą wszystkie albumy Arckanum, swoistą aurą magii oraz okultyzmu przeplatającego się z nordycką mitologią. Mam za sobą kilka jej odsłuchów, a już wiem, że z pewnością będą kolejne.
Niniejszy materiał znakomicie wieńczy działalność Arckanum i pokazuje, że do samego końca poziom jaki reprezentował zespół był wysoki, to samo tyczy się weny twórczej. Tak na dobrą sprawę, Arckanum nigdy nie nagrało słabej płyty, a "Den Forstfodde" tylko to potwierdza. Konkretny album na zakończenie dyskografii.



sobota, 20 kwietnia 2019

Sarcofago- I.N.R.I. (Cogumelo Records 1987, 2017/ Greyhaze Records 2017)

Kolejny klasyk ekstremalnego grania i czołowa ekipa sceny z Belo Horizonte. Wpływ "I.N.R.I." na rozwój Metalowego podziemia końca lat 80-tych jest, mówiąc szczerze nie do podważenia. Muzyka Sarcofago połączyła ze sobą trzy gatunki- Thrash, rodzący się Death oraz Black Metal. Miała w sobie i nadal ma niezmierzone pokłady diabelstwa, agresji i ogólnego szaleństwa. W tamtym czasie byli poniekąd na szczycie swojej krajowej sceny undergroundowej prześcigając pod każdym względem Sepulturę (przynajmniej  moim zdaniem) mierzącą coraz bardziej w szersze grono odbiorców. Co istotne nikt przed Sarcofago nie zdobył się na taki daleko posunięty, bezpośredni ładunek bluźnierstwa i obalania wszelkich świętości towarzyszący samej muzyce, nawet Venom wyglądali przy nich jak kociaki. Ekipa z Belo Horizonte była też protoplastami późniejszego, Black Metalowego wizerunku poczynając od tzw. corpsepaintu, na wszechobecnych ćwiekach, skórach i gwoździach kończąc. Co do samej muzyki- zero kompromisów! Zero reżyserki, kreacji itd. Prosto w pysk! To była płyta, która przesunęła poprzeczkę ekstremy na kolejny pułap, wytyczyła nową ścieżkę. "I.N.R.I." to istna kanonada, mieszanka trzech wspomnianych stylów, w większości jeszcze raczkujących, z punkowym brudem, surowym brzmieniem i środkowym palcem wystawionym do wszystkich, którym album miałby sprawiać jakikolwiek dyskomfort.
Materiał rozpoczyna jeden z moich ulubionych riffów wszech czasów, mowa o "Satanic Lust". Motyw chwyta się momentalnie i potem na długo nie wychodzi z głowy. Ten riff, jak i cały kawałek, to dla mnie wizytówka nie tylko tej płyty, a generalnie całego Sarcofago. Wagner wydobywa z siebie z całą siłą ten swój skrzeczący, ostry wokal, a gitary przy kanonadzie perkusji tną niczym bicze samego czarta, Cała płyta to kopalnia tego wszystkiego z czego czerpał później wczesny Black Metal, a nawet Death Metal. Takie zespoły jak Mayhem, Darkthrone, Blasphemy czy Beherit do tej pory przyznają się do tego jak ogromny wpływ miał na ich sztukę wspominany tutaj album. To przystanek obowiązkowy na drodze każdego kto poznaje tę muzykę, jak i jej historię. To kolejne dzieło z tym z metką "must have"!





środa, 10 kwietnia 2019

Whipstriker- Merciless Artillery (Hells Headbangers 2017)

Mam wrażenie, że brazylijski Whipstriker z płyty na płytę jest coraz lepszy, coraz bardziej nośny i coraz bardziej esencjonalny w swojej oldschoolowej sztuce. Zakładam, że gro z was kojarzy tę ekipę, także ich osadzone w klimatach wczesnego Sodom oraz Venom (przede wszystkim) i okraszone szczyptą Motorhead granie nie jest wam obce (miejscami zahacza o Black 'n' Rollowe rejony, a nawet o wczesną twórczość Voivod, jeszcze bez tych wszystkich mocno połamanych struktur). Chłopaki konsekwentnie trzymają się obranej przed laty drogi, ale odnoszę wrażenie, że ich muzyka, mimo, iż nie przybiera odmiennych form, to z biegiem czasu coraz bardziej zyskuje. Wydany w 2017 roku "Merciless Artillery" to jeden z przykładów tradycyjnego, bezkompromisowego grania, osadzonego w korzeniach gatunku. Mówiąc szczerze to jeden z przepisów na esencję tego czym jest Metal. To konkretne nieprzekombinowane granie, ogromny ładunek energii, agresji i wszelakiej rogacizny. Niemal każdy kawałek mknie do przodu niczym huragan, a wszystkiemu towarzyszą świetne solówki oraz wokal Vika, którzy brzmi niemal jak Cronos w latach swojej świetności. Czego chcieć więcej w takim razie. Tak jak poprzednie płyty Whipstriker były po prostu solidne, tak ta totalnie się wybija, po prostu ma to coś co mnie przyciągnęło i sprawiło, że bez specjalnego wahania nabyłem ten krążek. Niby pół godziny materiału, a kawał niesamowicie dobrej roboty.
Swoje 3 grosze dołożył tu jeszcze sam Rok z Sadistik Exekution, tworząc okładkę do niniejszego albumu. Gość potrafi totalnie wyczuć klimat, poza tym jest chyba specjalistą od takich apokaliptycznych dzieł, gdzie tematem przewodnim jest piekło, śmierć i zniszczenie. Także jednym słowem dopełnił całości.
Dziś było krótko, zwięźle i na temat, bo są takie albumy, które po prostu mówią same za siebie.Także każdemu komu czysty, Metalowy oldschool miły stanowczo polecam!

https://www.facebook.com/whipstriker/
https://whipstriker.bandcamp.com/


czwartek, 31 stycznia 2019

Architect of Disease- The Eerie Glow of Darkness (The End of Time Records 2017)

Już od jakiegoś czasu nie słyszałem płyty z tak wyraźnymi inspiracjami Mayhem. Drugi pełny album Architect of Disease ma wiele wspólnych elementów z takim chociażby "De Mysteriis Dom Sathanas". Rzecz jasna nie takich mocno dosłownych, ale to słychać nie tylko w riffach, ale nawet i w wokalu. Przypomina momentami manierę Attili. Wypada mi potraktowąć to na duży plus, bo słucha się tego naprawdę dobrze. Płyta tworzy bardzo mroczny, niepokojący klimat zupełnie tak jak Norwegowie na swoim pierwszym długograju. Kolejnym ciekawym nawiązaniem, ale wyraźnym tylko w utworze tytułowym, jest odniesienie do trzeciego długograja Bathory- "Under the Sign of the Black Mark". Mowa tu o solówce pod koniec utworu. Zrobione to zostało tak misternie, że autentycznie przeniosłem się myślami do tego klasyka z dyskografii Quorthona (to już druga płyta w tym miesiącu na której słyszę wpływy tego albumu, z resztą trudno się dziwić). Druga połowa albumu to już bardziej estetyka towarzysząca obecnemu obliczu Black Metalu, momentami nawet Black/ Death Metalu, ale atmosfera nie spuszcza z tonu i do końca mamy do czynienia ze świetnym przepełnionym złowieszczością albumem. Diabelstwo sączy się z tych dźwięków z każdą minutą. Okładka jest tu swoistym odzwierciedleniem zawartości. Może album nie wnosi niczego odkrywczego, ale swoim urozmaiceniem i sporą dawką wycieczek do legend i wzorców gatunku tworzy tak wyśmienitą całość, że jestem niemal pewien, że nie raz do "The Eerie Glow of Darkness" wrócę. Czasem bywa tak, że płyta jest dobra, ale jakoś niespecjalnie cokolwiek się z niej zapamiętuje, jakoś to wszystko wietrzeje z głowy. W przypadku omawianego tu krążka Architect of Disease nie ma mowy o czymś takim. Już jeden odsłuch wystarcza aby ją zapamiętać i to, wydaje mi się, nie na chwilę. Polecam!

https://www.facebook.com/Architect-Of-Disease-425689324215174/
https://www.youtube.com/channel/UCbcT-1oWp0uz-9lwzRE6cvQ

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Malokarpatan- Nordkarpatenland (Invictus Productions/ The Ajna Offensive 2017)

Przyssałem się do tej płyty ostatnio jak rzep do psiego ogona i nie mogę się od niej oderwać. Pewnie sporo z was pamięta ile szumu narobił debiut Słowaków. Dwójka bije "Stridzie Dni" na głowę. Pozornie zdawać by się mogło, że poprzeczka została postawiona z marszu wysoko, ale Malokarpatan przeskoczyli ją bez problemu generując nową i to jeszcze wyżej. Z płytą zapoznałem się nie tak dawno po premierze, jakoś na początku 2018, ale natłok innych tytułów wciąż przepychał mi temat w czasie, co chwila było coś do ogarnięcia na bieżąco. No ale wreszcie z niepohamowaną radością zasiadam do odrobiny refleksji na jej temat.
Pierwsza sprawa to to, że zespół poszedł na tej płycie w Heavy Metalowy (ten surowy i nieco przybrudzony) oldschool niemal po całości. Dlaczego niemal? Bo jest sowicie wypełniony czarną polewką, która uwydatnia się przede wszystkich przez pewną dozę złowieszczości w riffach, swoisty klimat Pierwszej Fali oraz wokale. Tak, Temnohor brzmi jak połączenie Nocturno Culto, Cronosa i Frantiseka Storma w jednym, także jak ktoś nie słyszał, to perfekcyjnie może to sobie wyobrazić. Wracając do samej muzyki spotyka się tu klasyczny, siarczysty Heavy Metal lat 80-tych z tzw. Pierwszą Falą Black Metalu. Z jednej strony słyszymy elementy Iron Maiden, Pokolgep, Saxon, może trochę Motorhead, a z drugiej... Ha! I teraz pomyślicie, że pojadę cytatem "Venom, Bathory, Celtic Frost" jak to najczęściej bywa w tym przypadku, a otóż nie! Moim zdaniem, z tej "mrocznej" strony kłania się przede tu przede wszystkim Mercyful Fate, Master's Hammer i nasz rodzimy Kat (album "666"). To ich wpływy można usłyszeć tu najwyraźniej. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden zespół. Mianowicie Darkthrone, i nie chodzi mi tu o wokale. Duet Fenriz- Nocturno Culto bardzo podobnie poczynali sobie jeżeli chodzi o strukturę niektórych riffów czy brzmienie na takich płytach jak "Sardonic Wrath" czy "F.O.A.D". Niewykluczone, że Malokarpatan mogli odrobinę się Norwegami zainspirować lub jest to po prostu spore podobieństwo i tyle. Tak na marginesie, powiem wam, że w chwili obecnej wolę to oldschoolowe granie właśnie w wydaniu Słowaków niż Darkthrone. Nie przypuszczałem, że coś takiego kiedykolwiek powiem, ale cóż, to jest fakt. W zestawieniu "Nordkarpatenland" vs "Arctic Thunder" jest 1:0 dla naszych południowych sąsiadów. Kontynuując, poza tym, że mamy tu riffowy róg obfitości, bańka sama do tego chodzi, to jeszcze dostajemy w tekstach słowacki folklor w jego ciemniejszej odsłonie oraz ponurą, wisielczą dawkę humoru. Dodatkowo utwory poprzedzielane są oryginalnymi wstawkami pochodzącymi głównie ze starych słowackich filmów. Zabieg, trzeba przyznać, oryginalny i robi swoje. Płyta ma swoją własną niepowtarzalną atmosferę na którą składa się zarówno świetna muzyka, teksty, jak i grafiki zdobiące album. Na koniec powiem szczerze, że to jeden z najlepszych metalowych wyziewów jakie słyszałem w ciągu ostatnich 3 lat. Uważam, że "Nordkarpatenland" powinien znaleźć się na półce każdego zwolennika starego, metalowego grania. Mus i szlus!
Poniżej wersja kompaktowa oraz winylowa rzeczonego albumu. Warto mieć obie ;)

https://www.facebook.com/malokarpatan
https://malokarpatan.bandcamp.com/

English version:

Lately I jus can't get enough of this album! Probably many of you remember That their debut made a siginificant impact on the underground. "Nordkarpatenland" is even better than "Stridzie Dni", they beat their debut without a doubt. Seemingly, it would seem that the bar was set high, but Malokarpatan jumped over it without a problem generating a new one and even higher. I got acquainted with the record not so long ago after the premiere, somehow at the beginning of 2018, but the flood of other titles kept pushing the subject through the time, and every now and then there was something to grasp on a regular basis. Well, but with unrestrained joy, I sat to write down a bit of reflections on it.
The first thing is that the band moved towards Heavy Metal (this raw and slightly mucky one) oldschool almost all over the album. Why almost? Because it is lavishly filled with a dark stuff, which is accentuated above all by a certain dose of ominousness in riffs, the peculiar atmosphere of the First Wave BM and vocals. Yes, Temnohor sounds like a combination of Nocturno Culto, Cronos and Frantisek Storm in one, also if someone has not heard his voice so far, he can perfectly imagine how he sounds like. Returning to the music itself, it's the mixture of the classic Heavy Metal of the 80's with the so-called First Wave of BM (mentioned already). On the one hand, we hear elements of Iron Maiden, Pokolgep, Saxon, maybe a bit of Motorhead, and on the other ... Ha! And now you will think that I will go with the quote "Venom, Bathory, Celtic Frost" as it usually happens in this case, but no! In my opinion, Mercyful Fate, Master's Hammer and our Polish Kat (album "666") represents this "dark" side. Their influence can be heard here apparently. There is one more band to add here. Namely, Darkthrone, and I do not mean only vocals here. The duo Fenriz-Nocturno Culto similarly made themselves when it comes to the structure of some riffs or the sound on such records as "Sardonic Wrath" or "F.O.A.D". It is possible that Norwegians could have inspired Malokarpatan a little or it is simply a similarity and that's it. By the way, I will tell you that at the moment I prefer oldschool stuff played by Slovaks than Darkthrone. I did not think I would say anything like that, but, well, that's a fact to be honest. In the contest "Nordkarpatenland" vs "Arctic Thunder" it is 1: 0 for our southern neighbors. Continuing, apart from the fact that we have the riff cornucopia here, a pure headbanging thing, we still get the Slovak folklore in its darker version and the grim dose of humor. In addition, the songs are separated by original samples mainly from old Slovak films. Nice idea, I must admit, original and does its job. The album has its own unique atmosphere which consists of both great music, lyrics and graphics put on the album. Finally, and honestly, it's one of the best metal releases I've heard in the last 3 years. I think that "Nordkarpatenland" should be on the shelf of every supporter of old metal art. Buy or die!
Below you have the compact and vinyl version of the album. It is worth having both;)





wtorek, 1 stycznia 2019

Devilpriest- Devil Inspired Chants (Pagan Records 2017)


Pierwsza recka w nowym roku. Nie będę ukrywał, że styczeń minie przede wszystkim na nadrabianiu materiałów o których chciałem napisać, głównie tych z 2018/17 roku, a do tej pory nie zdążyłem lub z różnych powodów odkładałem na potem.
Zatem do rzeczy. Devilpriest. No tutaj mocno żałuję, że recka nie pojawiła się przynajmniej rok temu, no ale najzwyczajniej w świecie zakup płytki odwlekł się w czasie. Debiut ekipy z Gliwic to najczystszy, przesiąknięty Diabłem Death Metal jaki tylko można sobie wyobrazić, no i rzecz jasna stara szkoła pełną gębą. Z resztą, czy cokolwiek innego mogło wyjść spod rąk muzyków takich grup jak Embrional, Witchmaster czy Anima Damnata? Nie sądzę. Zajebiste granie już na wstępie wisiało w powietrzu i takowe dostaliśmy. Słuchając takich materiałów człowiek napawa się dumą, że w naszym kraju nagrywane są takie płyty, że łeb w podziemiu podnoszą takie debiuty. Śmiało możemy zaliczać naszą scenę jak nie do światowej, to przynajmniej do europejskiej czołówki, nie będzie tu ani grama przesady, a "Devil Inspired Chants" to namacalny tego dowód. Mamy tutaj nie tylko bezpośrednią, Death Metalową nawałnicę, ale również sporo złożoności w warstwie riffów, także materiał jest bogaty w ciekawe struktury i "zwroty akcji" podkreślone smolistym, mocnym brzmieniem, a nad całokształtem unosi się swoista płynność, którą oznacza tylko właściwych ludzi na właściwym miejscu, totalne oddanie i wyczucie granej muzyki. Klimat płyty jest mroczny, złowieszczy, naładowany agresją, a każdy dźwięk rozcina powietrze niczym najostrzejsza brzytwa. Poważny, szczery i misternie zagrany Metal Śmierci w którym niewątpliwe sam Czart maczał paluchy hehe. Jeńcy nie zostali wzięci! Szacun Panowie! I szacun dla Tomka i Pagan Records za nosa w temacie i wydanie tak świetnego materiału!

https://www.facebook.com/devilpriestofficial/
https://pagan-records.com/


niedziela, 23 grudnia 2018

Krossfyre- Burning Torches (Hells Headbangers Records 2017)


Stary, ale dobry i sprawdzający się przepis ze świeżym, energicznym podejściem (ostatnio mam do takich perełek fart). Pozornie mogłoby się wydawać, że "Burning Torches" jest zajadłą, grzejącą na złamanie karku dawką Black Thrashu, ale siedzi w tym również spora dawka Black i Death Metalu w stylu takich grup jak Watain, Nifelheim, Bestial Mockery, Degial czy Grave Miasma która miejscami konkretnie podkręca materiał i przełamuję schemat. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, zwłaszcza w tych co bardziej opętańczych momentach. Nie powiem, Epka potrafi miejscami porwać i sprawić, że będzie się chciało po nią sięgnąć ponownie. Jest bezpośrednia, pełna dynamizmu, widać w tym radochę z grania, świadomość tego co się tworzy i o to chodzi. Niby "Burning Torches" trwa niespełna 20 minut, ale mamy tu 6 kawałków, w których ani nie brakuje porządnych, nośnych riffów, wściekłego wokalu, ani tej wszechobecnej atmosfery Pierwszej Fali ze starym Bathory na czele i wczesnych podrygów Death Metalu w stylu Possessed. Nie jest to nowością, że sporo grup poruszających się właśnie po tym muzycznym terenie jest do bólu wtórna i najnormalniej w świecie po jednym odsłuchu ma się na ogół dość. Tutaj muszę powiedzieć, że tak nie jest. Może i ktoś mógłby się przyczepić, że to jest reprodukcja już dobrze znanych patentów, i fakt jest, ale Ci Katalończycy robią to tak dobrze, że w takiej sytuacji trzeba to zachować dla siebie i przemilczeć. Jest wyczucie, jest pasja, dobrze się słucha, to czego tak naprawdę chcieć więcej. Ten typ grania tak właśnie działa, tak to ma wyglądać, a Krossfyre jak najbardziej może być z tego materiału zadowolony, to solidny, obiecujący debiut. Czekam na pełen album z niecierpliwością!



poniedziałek, 12 listopada 2018

Lucifer's Chalice- The Pact (Shadow Kingdom Records 2017)

Lucifer's Chalice to założony 4 lata temu zespół znanej z Blessed Realm i Winds of Genocide Kat Shevil Gillham. W poprzednich projektach, udzielała/ udziela się na wokalu, tutaj zasiadła za garami. Debiutancki długograj grupy, "The Pact", jest w pewnym sensie albumem dosyć nieschematycznym. Z jednej strony mamy tu proste i oczywiste odwołania do klasyków Heavy Metalu lat 80-tych, przede wszystkim sceny brytyjskiej, takich zespołów jak Witchfinder General, Witchfynde czy wczesne Iron Maiden, oraz grania pokroju i estetyki Mercyful Fate czy Pentagram. Z drugiej natomiast długie rozbudowane kompozycje, gdzie w pełni można się nacieszyć gitarowymi pasażami wspieranymi przez solidne bębnienie Kat. Kompozycje mają tu budowę łudząco przypominającą tą z "Phantom of the Opera" Maidenów. Zwrotka, refren, zwrotka, refren, potem długa część instrumentalna i powrót do początku. Lucifer's Chalice pchnął ów pomysł nieco dalej i poszerzył ten patent. Na płytę składają się co prawda tylko cztery utwory, co może pozornie sprawiać wrażenie Epki, ale każdy z nich trwa średnio po dziesięć minut, także w praktyce mamy tu solidny, pełny materiał. Każdy kawałek jest niesamowitą podróżą w przeszłość kiedy swoje tryumfy święcił NWOBHM i będący dopiero w powijakach Doom Metal. Zespołowi udało się naprawdę nieźle uchwycić ducha i brzmienie tamtych lat, tamtych zespołów i przelać w swoją sztukę, pokazując, że w temacie są niewątpliwie obcykani i mają świadomość tego co grają. "The Pact" kupiłem niemal w ciemno i nie zawiodłem się. Niby siedzi to mocno w starociach, w elementach niemal przewałkowanych do cna, ale w żadnym wypadku nie ma się tu wrażenia wtórności i nudy podczas słuchania. Bardzo chętnie kupię ich kolejną płytę jak tylko się ukaże. Polecam w szczególności fanom klasyki gatunku.

https://www.facebook.com/luciferschalice/
https://luciferschalice.bandcamp.com/


wtorek, 23 października 2018

Tyakrah- Wintergedanken (Satanath Records/ Slaughterhouse Records 2017)

Tyakrah to młody, Black Metalowy projekt z Niemiec. Wystartowali w 2016 i do tej pory mają na swoim koncie tylko debiutancki album. Zespół ten w pierwszej kolejności zaciekawił mnie dosyć oryginalnym podejściem do kwestii gitarowych pasaży w obranej stylistyce. Położony jest spory nacisk na solówki. Melodyjne, klarowne, wspaniale wybrzmiewające, z charakterystycznym echem, miejscami wręcz wirtuozerskie. Ma się wrażenie jakby ich nagrania miały miejsce w jakimś plenerze. Sama muzyka i struktury kompozycji Tyakrah to mieszanka tego co serwują nam takie grupy jak Satanic Warmaster (tu trochę naciągam), Summoning, Abigor, Nargaroth. Do tego wszystkiego dodana jest pewna domieszka mrocznej odsłony ambientu (sporo mają tu do gadania klawisze). Kolejną cechą charakterystyczną "Wintergedanken" jest pewien patos, epickość oraz przestrzenność brzmieniowa. Nagrania te mają stosunkowo niepowtarzalny klimat, który właśnie w sporym stopniu kojarzy mi się z twórczością Summoning, czy młodszych adeptów podobnych klimatów jak chociażby Hermodr, Caladan Brood, czy Druadan Forest. Różnica jest taka, że w tej Black Metalowej warstwie dominującej Tyakrah jest od tych grup nieco mniej wygładzony brzmieniowo, ale o wiele częściej flirtuje z łagodniejszymi typami riffów, które mogłyby korespondować z Gotykiem lub tym co niegdyś proponowała Katatonia. Niemniej jednak stawia, tak jak wspomniane przed chwilą zespoły, na budowanie atmosfery i majestatyczny wydźwięk swoich kompozycji. Brzmi to wszystko bardzo świeżo i w sumie w pewnym stopniu oryginalnie. Jeżeli założeniem duetu Tyakrah było sprawić aby podczas słuchania odpłynąć w jakieś mroczne lasy, czy posępne, ośnieżone góry (które notabene przedstawia grafika do albumu- obrazy twórczości amerykańskiego malarza Thomasa Morana) to osiągnęli ten cel. Warto też wspomnieć, że więcej tu samego grania niż wokali, co nie zdarza się często. Na koniec mogę powiedzieć, że gdybym poznał ten album rok wcześniej to z chęcią zaliczyłbym go do grona najciekawszych materiałów z zakresu Black Metalu za rok 2017. Szczerze polecam!

https://www.facebook.com/tyakrah/
http://slaughterhouserex.storenvy.com
http://satanath.com/


piątek, 19 października 2018

Indian Nightmare- Taking Back The Land (Iron Shield Records 2017)


Indian Nightmare to już zespół w miarę dobrze znany w podziemiu, a zwłaszcza w kręgach związanych z Metal-Punk-owym graniem. Niemniej jednak ja odkryłem ich dopiero niedawno za sprawą obszernego wywiadu z ich wokalistą na łamach zaprzyjaźnionego Bestial Desecration fanzine (dzięki Johannes!). Grupa zwróciła na siebie moją uwagę nie tylko swoją energiczną, porywającą mieszanką oldschoolowego Metalu i ekstremalnej odsłony Punk-u, ale również swoim wizerunkiem który jest wypadkową tego obecnego w Black/ Thrashu i dodanych do niego indiańskich elementów. Oryginalne i charakterystyczne posunięcie. Ich granie to oddane sprawie i niesamowicie żywiołowe podejście do takich klasyków jak wczesny Bathory, Venom, Destruction, stary, dobry Wasp, Discharge, Gism czy obecnego oblicza Darkthrone. Jak ktoś słucha takich rzeczy jak chociażby Childern of Technology to już mniej więcej będzie wiedział o co tu biega, z tym, że Indian Nightmare odchylone jest bardziej w stronę Metalowego grania niż Punk-u jak to ma miejsce u wspomnianej uprzednio grupy (rozłożenie jest w moim odczuciu tak 60/40). Każdy utwór na płycie to istna petarda i każdy okraszony jest świetnymi, przestrzennymi solówkami. Absolutnymi killerami są tu "Fire Meets Steel" z wstępem zaczerpniętym z "Conana Barbarzyńcy" oraz wieńczący płytę "Betrayers". Albumu wciąga momentalnie i po jego zakończeniu ma się ochotę na powtórkę z rozrywki. Warto też na moment zatrzymać się przy samej szacie graficznej materiału. Przypomina mi mocno to co zrobił na swoim debiucie Meliah Rage. Tu też mamy łudząco podobnego kościotrupa w pióropuszu wymachującego ostentacyjnie tomahawkiem. Natomiast jakiś specjalnych muzycznych podobieństw do amerykanów już tu niestety nie znajdziecie.
W kwestii podsumowania, jest to ten typ materiałów o których piszę z niezaprzeczalną przyjemnością i chęcią. Indian Nightmare należy do zespołów do których metal i jego granie jest pasją, są niesamowicie zaangażowani w to co robią. W takich ekipach tkwi duch tej muzyki, takie zespoły należy promować. Dla fanów Metalu starej szkoły i mocniejszej odmiany Punk-u mus absolutny!

https://www.facebook.com/Indian-Nightmare-1564014753877177/
https://indiannightmare.bandcamp.com/


wtorek, 2 października 2018

Temnolesie- Legends (GrimmDistribution/ Satanath Records 2017)

Coś dla fanów rosyjskiej Arkony (min. dlatego ten materiał mnie zainteresował), Kalevali, Temnozor, Percival i pochodnych, czyli zastrzyk Pagan/ Folk metalowych brzmień. "Legends" to pierwszy krążek rosyjskiego Temnolesie (czyli Mrocznego Lasu) na ich muzycznej ścieżce i... do Arkony to im daleko niestety. W takim zestawieniu wypadają bardzo blado, żeby nie powiedzieć kiepsko. Niemniej jednak ich muzyka sama w sobie zła nie jest. Gdyby tu nie robić żadnych porównań, to zespół całkiem nie najgorzej się broni. To przyzwoity Pagan/ Folk z elementami Black Metalu (trochę to na wyrost, ale warstwa wokalna nieco do tego predysponuje). Jest trochę dobrych riffów, ciekawych solówek, akcentów w postaci żeńskiego wokalu i sporej dawki klawiszowych elementów, które przydałoby się zbalansować równie konkretną dawką instrumentów folkowych czego właśnie mi tu trochę zabrakło. Widać, że zespół pomysł na siebie ma, ale jeszcze badają grunt, a sam materiał, mimo potencjału, nie jest jeszcze do końca dopracowany. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. Przeszkadza mi tu odrobinę suche brzmienie gitar. Zespół bardziej akcentuje folkową stronę swojej twórczości i tutaj słyszałbym bardziej dopracowane wiosła, niż takie którym bliżej do cięższych, bardziej ekstremalnych brzmień. Więcej albumowi "Legends" niczego nie zarzucę. Płyta, jakby nie było, potrafiła zatrzymać moją uwagę na dłuższą chwilę. Ciekawi mnie co zespół zrobi na kolejnej płycie, w którą stronę pójdzie, bo jest w ich grze trochę oryginalnych motywów, czy wykreuje swój własny, charakterystyczny styl. Podstawy ku temu są i liczę niebawem z ich strony, na już konkretnie absorbującą płytę.

https://grimmdistribution.bandcamp.com/
http://satanath.com/
http://temnolesie.ru/


niedziela, 30 września 2018

Gates of Ishtar- A Bloodred Path (Spinefarm Records 1996/ VIC Records 2017)

Gates of Ishtar to jeden z ważniejszych, a niestety nieco już zapomnianych reprezentantów melodyjnego Black/ Death Metalu ze szkoły zapoczątkowanej przez Dissection. Powołany został do życia w 1992 roku w położonym na północy Szwecji miasteczku Lulea. Muzyka Gates of Isthar na debiutanckim "A Bloodred Path" to niemal bliźniaczka tego co prezentowało na swoich dwóch płytach Dissection. Podobna struktura riffów, ta sama estetyka, nawet brzmienie, z taką różnicą, że wydają mi się nieco bardziej melodyjni, i słychać w nich pewne echa klawiszowych akcentów takiego chociażby Dimmu Borgir, które pojawiały się na płytach norwegów na "For All Tid" oraz Stormblast. Miejscami, co również odróżnia chociaż odrobinę Gates of Ishtar od zespołu Jona, acz nieznacznie, to odrobina inspiracji wczesnymi At the Gates, przez co ich muzyka nie niesie ze sobą tylu mrocznych akcentów co materiały Dissection. Przez te wszystkie widoczne i niepodważalne podobieństwa do kolegów ze Stromstad, grupa przeszła bez specjalnego echa. Wielu twierdzi, że w porównaniu do nich wypadali nieco blado. Trudno się dziwić, bo Jona i spółki w tym konkretnym stylu gry prześcignąć się nie da. Ja natomiast uważam, że wraz z Sacramentum byli najlepszymi piewcami stylu gry zapoczątkowanego przez Dissection i należy im się odrobina uwagi i uznania. Potrafili mimo wszystko wpleść na "A Bloodred Path", oraz pozostałych trzech płytach, swoje własne pierwiastki i uczynić je wartościowymi materiałami. Słuchając niniejszego debiutu ma się wrażenie właściwych ludzi na właściwym miejscu, przekonania do tego stylu i świadomości obranej drogi. W podobnych klimatach obracał się też poniekąd Unanimated. Nie przypuszczałem, że pokuszę się o takie stwierdzenie, ale Gates of Ishtar chyba przekonują mnie w tej właśnie, melodyjnej odmianie Death/Black Metalu o wiele bardziej niż wspomniana przed chwilą grupa. Mimo jakiejś tam wtórności "A Bloodred Path" jest niesamowicie prawdziwy i ma swój własny klimat. Tym co nie jeszcze tego materiału nie znają, jak i samego zespołu, szczerze polecam!
Poniżej reedycja płyty, wydanej oryginalnie przez Spinefarm w 1996, popełniona przez holenderskie VIC Records w 2017. Obecnie dostępne są również reedycje całej dyskografii zespołu wydane przez Century Media. Uzupełnione są o ciekawe liner-notes oraz całe mnóstwo archiwalnych fotografii. Te wydania polecam w szczególności i sam mam je na liście zakupów.