Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EMI Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EMI Records. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 sierpnia 2019

Iron Maiden - Piece of Mind (EMI 1983/ Parlophone 2014)

Po oszałamiającym sukcesie "The Number of the Beast", który otworzył przed Iron Maiden hale koncertowe na całym świecie, przyszedł czas na album ugruntowujący ich pozycję. Takie wyzwanie stanęło przed "Piece of Mind".
Płyta nagrana została w marcu 1983 roku w Compass Point Studios w Nassau na Bahamach (miesiąc późnej AC/DC nagrywało tam swój "Flick of the Switch"). W porównaniu do wypełnionej hitami i odznaczającej się mięsistym brzmieniem poprzedniczki, "Piece of Mind" charakteryzował się w tej kwestii mniejszą selektywnością, niejako spłaszczeniem, natomiast wyeksponowana została mocno linia basu oraz wokal Dickinsona. Kompozycje tracą tu może na dynamice, nie ma tu już tej punkowej zadziorności, są nieco wolniejsze i dłuższe, ale to wcale albumowi nie umniejsza. Wraz z tą płytą Iron Maiden wypracowało własny charakterystyczny styl, wykraczający już poza estetykę stricte związaną z nurtem NWOBHM. Z nagrywaniem "Piece of Mind" wiązała się jeszcze jedna, a właściwie dwie istotne zmiany - ta na miejscu perkusisty, oraz fakt kompozycyjnych debiutów Bruce'a. Co się tyczy zmiany za perkusją, Clive Burr niestety nie sprostał życiu w trasie i musiał opuścić szeregi grupy, robiąc miejsce dla dotychczasowego perkusisty Trust, Nicko McBraina, który jest obecny w zespole po dziś dzień. Ta zmiana odcisnęła na zespole największe piętno, gra obu muzyków różniła się od siebie diametralnie. Clive to był żywioł, energia, natomiast Nicko - technika. Dickinson natomiast mógł wreszcie zacząć pisać swoje numery. Wcześniej uniemożliwiały mu to zobowiązania wobec swojej poprzedniej ekipy, zespołu Samson.
Na "Piece of Mind" składa się 9 utworów. W porównaniu do "The Number of the Beast" nie ma tu już tylu hitów, zaledwie dwa w postaci singlowych "Flight of the Icarus" oraz słynnego "The Trooper" - bez tej kompozycji w setliście nie może odbyć się żaden koncert Maidenów. Wbrew powszechnej opinii, która za najjaśniejsze punkty albumu wskazałaby jeszcze "Revelations", czy "Where Eagles Dare", ja skłaniam się, żeby takie miano przydzielić utworom "Still Life", "Quest for Fire", czy wieńczącemu materiał "To Tame a Land". Te utwory zapowiadały kompozycyjne zmiany, które wraz z kolejnymi płytami będą rozwijały się w pełnej krasie, przybierając coraz częściej nieco bardziej refleksyjny, złożony charakter niż ten czysto bezpośredni. Co się tyczy tego ostatniego, wspomnianego przed chwilą kawałka, może nie przebija "Hallowed be Thy Name", ani "Rime of the Ancient Mariner" z wydanego rok później "Powerslave", ale jest jak najbardziej poprawny i ładnie staje na podium obok dwóch wymienionych numerów, zajmując zaszczytne, trzecie miejsce.
Moim zdaniem do wyrównania z "The Number of the Beast" trochę brakowało, niemniej "Piece of Mind" sobie poradził i zabezpieczył pozycję grupy, owocując niespadającą sprzedażą płyt i kolejną ogromną trasą po całym świecie, na którą składało się 140 koncertów. Po latach album obrósł patyną i dołączył do grona najwybitniejszych albumów w dorobku Iron Maiden, bez wątpienia zasłużenie.

English version:

After the stunning success of "The Number of the Beast", which opened concert halls around the world for Iron Maiden, the time has come for an album to consolidate their position. Such a challenge was faced by "Piece of Mind".
The album was recorded in March 1983 at Compass Point Studios in Nassau, Bahamas (a month later AC/DC recorded its "Flick of the Switch" there). Compared to the predecessor, filled with hits and dominated by a fleshy sound, "Piece of Mind" was characterized by less selectivity in this matter, being a bit flattened, while the bass line and vocals of Dickinson were strongly exposed. The compositions might have lost their dynamics here, the punk buzz is no longer present, they are a bit slower and longer, but this does not weaken the record that much. With this album, Iron Maiden has developed its own, distinctive style, going beyond the strict aesthetics of NWOBHM. The recording of "Piece of Mind" was associated with one more, or actually two, significant changes - the one considering replacement of the drummer, and the fact of composing debuts of Bruce. As for the change behind the drums, Clive Burr unfortunately did not live up to the tour and had to leave the ranks making room for ex Trust drummer Nicko McBrain, who is present in the band to this day. This change left the biggest mark on the band, the style of both musicians was radically different. Clive was all about feeling, energy, and Nicko - a technique. Dickinson could finally start writing his compositions. Earlier he was prevented from doing that because of commitments to his previous band, Samson.
"Piece of Mind" consists of 9 songs. Compared to "The Number of the Beast", there are not so many hits here, just two in the form of single "Flight of the Icarus" and the famous "The Trooper" - without this composition in the setlist no Maiden concert can take place. Contrary to popular opinion, which would also indicate "Revelations" or "Where Eagles Dare" as the brightest points of the album, I tend to assign such title to "Still Life", "Quest for Fire" or "To Tame a Land" that ends the record. These songs heralded compositional changes which, along with subsequent albums, will develop in all their glory, becoming more and more often of a reflexive, complex character than the purely direct one. As for the last track just mentioned, it may not beat the "Hallowed be Thy Name" or "Rime of the Ancient Mariner" from the "Powerslave" released a year later, but it nicely stands on the podium next to the two others, taking honorable, third place.
In my opinion, the alignment with "The Number of the Beast" was a bit lacking, but "Piece of Mind" managed to secure the group's position, resulting in non-falling sales of records and another huge tour around the world, which consisted of 140 concerts. After years, the album turned patina and joined the list of the most outstanding albums among the Iron Maiden discography, undoubtedly deservedly.


sobota, 24 sierpnia 2019

Iron Maiden - The Number of the Beast (EMI 1982/ Parlophone 2014)

Są takie płyty, które niczym trylogię "Władcy Pierścieni" Tolkiena trzeba znać, poważać... Czy wielbić, to już indywidualna sprawa. Niemniej jednak ja "The Number of the Beast" wielbię i skłaniam się uważać za jedną z najwspanialszych płyt, jakie zrodziła metalowa scena. Nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie lat 80-tych, a wręcz całokształt gatunku. Słuchając jej ma się wrażenie, że wciąż jest świeża, aktualna, że zniewala zmysł słuchu tak samo jak wtedy, kiedy się ukazała. Został w nią tchnięty jakiś nienazwany pierwiastek, który mami umysły metalowych wyjadaczy już od 37 lat i sytuacja bynajmniej nie ulega zmianie.
Wydany w 1982 roku "The Number of the Beast" był pierwszym krążkiem Maidenów, na którym zagościł Bruce Dickinson. Poprzedni wokalista, charyzmatyczny Paul Di'Anno, podobno miał notoryczne problemy z używkami i dźwignięciem rosnącej w błyskawicznym tempie popularności zespołu, przez co niestety musiał pożegnać się z grupą. Wielu uważało, że zmiana na miejscu wokalisty w takim czasie była bardzo niekorzystnym posunięciem, ale jak dowiodła historia był to strzał w dziesiątkę. Bruce pasował na swoje miejsce jak ulał i bez niego za mikrofonem Maideni nie byliby tym samym tworem.
Na "The Number of the Beast" składa się 8 kompozycji, z czego ponad połowa to do tej pory koncertowe hity na stałe zakorzenione w setliście. Mam tu na myśli singlowe "Run to the Hills" oraz tytułowy "The Number of the Beast", rozpędzający się z każdą minutą, epicki "Hallowed Be Thy Name", kontynuujący opowieść o Charlotte "22 Acacia Avenue" i potężny "The Prisoner". Z pozostałych na szczególną uwagę zasługuje "Children of the Damned", charakteryzujący się nieco balladowym zacięciem. Pozostałe dwa utwory, czyli "Invaders" oraz "Gangland" już tak nie zachwycają i w moim przypadku przechodzą bez specjalnego echa. Na pokazanej poniżej reedycji z 1998/2014 dodany został "Total Eclipse", który według obecnej opinii zespołu powinien był zastąpić niezbyt udany "Gangland" (zgadzam się tu w zupełności).
Od tej płyty historia Iron Maiden tak naprawdę zaczyna się od nowa, w tyle zostają dwa pierwsze albumy znaczące lata walki o pozycję na scenie i poszukiwanie własnego brzmienia oraz stylu. "The Number of the Beast" poszedł za ciosem bardzo dobrze przyjętego "Killers" i zaowocował pierwszą tak ogromną trasą koncertową (jedną z największych w karierze grupy), jaką była "The Beast on the Road", trwająca od końca lutego do początku grudnia 1982 roku. Składały się na nią 184 koncerty w 18 krajach. Wszystko w ciągu 10 miesięcy!
Podsumowując, trzeci krążek Maidenów to jeden z kamieni milowych metalowej sztuki i jeden z najbardziej rozpoznawalnych albumów, i to nie tylko za sprawą charakterystycznej okładki i samej postaci Eddiego, ale przede wszystkim muzyki na nim zawartej. Materiał niezaprzeczalnie ponadczasowy, w którym zasłuchiwać się będą kolejne pokolenia, to pewne!

English version:

There are such records, which status can be compared to "The Lord of the Rings" trilogy - you need to know it, respect it... Whether you worship it or not is an individual matter. Nevertheless, I adore "The Number of the Beast" and tend to consider it to be one of the greatest albums begotten by the metal scene. I do not mean only the 80s stuff here, but the whole genre. Listening to it gives the impression that it is still fresh, timeless, that it captivates the sense of hearing just as it did when it was released. An unnamed element has been enchanted in it, which has been possessing metalheads - for 37 years already, and the situation is not changing.
Released in 1982, "The Number of the Beast" was the first Maiden album to feature Bruce Dickinson. The previous vocalist, charismatic Paul Di'Anno, reportedly had notorious problems with stimulants and the leverage of the band's growing popularity, which unfortunately effected in him saying goodbye to the group. Many thought that the change at the singer's place, at that time, was a very unfavorable move, but as history has proved, it was a hit in the bull's-eye. Bruce fit into his place like a glove and without him behind the microphone, Iron Maiden would not be the same creation as it is now.
"The Number of the Beast" consists of 8 compositions, of which over half are concert hits to date, permanently rooted in the set list. I mean the single "Run to the Hills" and the title track "The Number of the Beast", speeding up by every minute, the epic "Hallowed Be Thy Name", "22 Acacia Avenue", continuing the story of Charlotte, and the powerful "The Prisoner". Also "Children of the Damned", with a bit of a ballad feeling, deserves special attention. The other two songs, "Invaders" and "Gangland" are not so impressive and in my opinion they pass without a special echo. On the version from 1998/2014 shown below, "Total Eclipse" was added as a bonus track. That one, according to the current opinion of the band, should have replaced the not very successful "Gangland" (I agree here completely).
From this album, the history of Iron Maiden starts all over again really, lagging behind the first two albums that marked the years of struggle for position on the scene and searching for their own sound and style. "The Number of the Beast" followed the success of the well-received "Killers" and resulted in the first huge world tour (one of the largest in the group's career), which was "The Beast on the Road", lasting from the end of February to the beginning of December 1982. It consisted of 184 concerts in 18 countries. All within 10 months!
To sum up, the third Maiden album is one of the milestones of metal art and one of the most recognizable albums, not only due to the characteristic cover and the character of Eddie, but above all, the music it contains. The material is undeniably timeless, to which the next generations will listen to, for sure!


niedziela, 3 lutego 2019

Manowar- Battle Hymns (EMI/ Electrola 1982)

Manowar to jeden z niezaprzeczalnych klasyków tradycyjnego Heavy Metalu, jeden z tych zespołów który od samego początku po czas obecny pozostał wierny obranej drodze, formule i któremu po dziś dzień udaje się nagrywać porywające albumy. Każdy krążek jest pełen mocy, chwytliwości, metalowych hymnów, drugiej takiej ekipy nie ma. Ich koncerty to najgłośniejsze metalowe misteria w historii sceny, zapisali się nawet w tej kwestii w księdze rekordów Guinnessa jako najgłośniej grający zespół. Dzięki ich stylistyce i wizerunkowi opartemu na etosie wojownika, na patosie i epickości, ale też uwielbieniu motorów i stylu życia metalowca, zyskali sobie zarówno rzeszę fanów, jak i prześmiewców wytykających im zbytnie nadęcie i przesadę w obranym wizerunku. Osobiście uważam, że bez tego wszystkiego nie byłby to ten sam zespół, nie byłby tak niezwykły i dający się zapamiętać. Gdy zabraknie ich na scenie z pewnością metalowa brać będzie ich pamiętać, a kolejne pokolenia zasłuchiwać się będą w ich granie. Na zawsze pozostaną wśród niedoścignionej klasyki. Mówiąc szczerze oni już są legendą.
Zastanawiałem się jaki album wybrać na przypomnienie ich twórczości i padło na debiut. Kompozycje z wydanego w 1982 roku "Battle Hymns" towarzyszyły zespołowi w większości zagranych przez nich koncertów. Mowa tu o sztandarowym "Manowar", rozbudowanym, pełnym ognia i popisów wokalnych Erica Adamsa "Dark Avenger" (w którym notabene swojego głosu dla potrzeb narracji użyczył aktor i reżyser Orson Welles) oraz epicki "Battle Hymn", w którym również możemy posłuchać jakie możliwości wokalne ma Eric, a i umiejętności gitarowych Rossa. Kolejna sprawa to bas Joey'a DeMaio, Trochę tak jak to miało miejsce w Motorhead, pełni tu rolę jednocześnie swoją standardową, jak i jakby drugiej gitary, jest wyraźnie słyszalny i nie ogranicza się tylko do podbijania wiosła prowadzącego. We wstępie do wspomnianego "Battle Hymn" pięknie wprowadza nas w ten kawałek, a solowo ma swoje pięć minut w "William's Tale". Pozostałe cztery kompozycje to typowe, pełne energii i dynamizmu, metalowe killery, które dosyć szybko zaczyna się nucić pod nosem. Nie ma tej płytce, absolutnie żadnego zbędnego elementu.
Album, który rozpoczął ich drogę do miana Królów Metalu, nie przyniósł im na początku rozgłosu, ani uwagi, w czasie kiedy był wydany jakimś cudem przeszedł bez echa, przez co zespół był na granicy zawieszenia działalności już niemal na początku istnienia. Niemniej jednak nie poddali się i już w rok później, ich trzeci krążek "Hail to England" zdobył im całą rzeszę fanów na Starym Kontynencie. No i się potoczyło. W końcu debiut Manowar doczekał się ogromnego uznania i jest jednym z ich sztandarowych wydawnictw po dziś dzień. Dla mnie, "Battle Hymns", jak i praktycznie każdy z ich materiałów to kawał niesamowitego Heavy Metalu, pełnego wszystkiego tego co w tym graniu najważniejsze- mocy, energii, chwytliwości i tego konkretnego uderzenia. Jak to mówią Angole, cream of the crop!


czwartek, 19 października 2017

W.A.S.P.- W.A.S.P. (Capitol Records, Emi 1984/ Snapper 2004)

Jak dla mnie jedna z najbardziej żywiołowych i skrzących się energią płyt w historii Heavy Metalu. Uważam ją też swoją drogą za bardzo wpływową dla stojącego już tuż za rogiem bardziej ekstremalnego grania, które wtedy podnosiło łeb za sprawą min. Venom czy Bathory. Takie grupy jak Kiss, Alice Cooper czy właśnie W.A.S.P. miały podobnie spory wpływ na Death czy przede wszystkim Black Metal, jak zespoły ochrzczone mianem jego pierwszej fali. I to bynajmniej nie za sprawą muzyki, a bardziej wizerunku. Każdy z tych zespołów wywoływał wokół siebie sporo sensacji i oburzenia, na scenie był ogień, elementy demoniczne, czy też rodem z horrorów, sztuczna krew, czaszki i tym podobne. Debiut Wasp (już nie chce mi się pisać tych kropek, wybaczcie :D) jest tego kwintesencją. Poza wizerunkiem wypełnionym wyżej wymienionymi atrybutami, cechowały go odważne teksty, traktujące o wszystkim co zakazane, no i rzecz jasna dawka niesamowicie energetycznego i naszpikowanego chwytliwymi, zadziornymi riffami Heavy Metalu. Sam wokal Blackiego to też oddzielna działka... Drugiego takiego próżno szukać. Nie mówi się o tym za wiele, ale to między innymi Wasp był jednym z tych zespołów, które miały wpływ na młodych wtedy adeptów mrocznej sztuki kształtując ich muzyczny gust. Debiut Amerykanów uważam za najważniejszy w ich całej dyskografii, wywołał w swoim czasie burzę i zapisał się na stałe do grona najważniejszych metalowych wydawnictw zza oceanu. Płyta wypełniona jest po brzegi metalowymi hiciorami. Znajdują się tu min. "I Wanna Be Sombody", "L.O.V.E. Machine" oraz "B.A.D." (mają się tymi kropkami, nie ma co :D), których refreny wsiąkają w mózgownicę dosłownie z marszu i nie opuszczają jej już nigdy. Rządzi także piekielny "Tormentor", którego uważam za kolejny wsławiający tą płytę numer. Pozostałe rzecz jasna także sroce spod ogona nie wypadły i idą ramię w ramię z tymi które tu wyróżniłem, i które wyróżnił sam zespół. Ta płyta to był wtedy solidny strzał w pysk dla glam metalu, który próbował zagarnąć Wasp w ramy swojej estetyki. Ja osobiście tą płytę uwielbiam od momentu w którym się z nią zetknąłem i gdyby istniał metalowy elementarz w stylu "must have, must listen" chętnie bym tam debiut Wasp władował. Istny dynamit!



sobota, 5 sierpnia 2017

Blind Guardian- Follow the Blind (No Remorse 1989/ EMI 2007)

Wczesne albumy niemieckiego Blind Guardian to perfekcyjna mieszanka power, speed oraz thrash metalu z nieznacznymi, progresywnymi naleciałościami. Coś jakby wrzucić do jednego kotła takie grupy jak chociażby Testament, Metallica, Fates Warning, Forbidden, Iron Maiden czy Helloween i porządnie zamieszać. Zespołowi w swojej dziedzinie udało się stworzyć coś totalnie oryginalnego i niepodrabialnego, ich stylu i brzmienia nie da się pomylić z nikim innym, przynajmniej ja tak uważam. Ma w tym także spory wkład nietuzinkowa barwa głosu Hansiego Kurscha, oraz osadzona w fantastyce warstwa tekstowa (zwłaszcza w świecie stworzonym przez Tolkiena).
Nagrany w 1989 "Follow the Blind" jest naturalną, ale dojrzalszą i wyraźnie dopracowaną kontynuacją debiutanckiego "Battalions of Fear". Powstał album cięższy, bardziej agresywny (bardziej thrashowy od swojego poprzednika), dopracowany brzmieniowo i co więcej wprowadzający do historii grupy dwa nieśmiertelne klasyki z ich repertuaru, mianowicie "Banish from Sanctuary" oraz potężna "Valhalla" (w której gościnnie wystąpił na gitarze i wokalu sam Kai Hansen), utwory, które zespół grywa na koncertach regularnie po dziś dzień. Uważam, że i podniosły, a jednocześnie bardzo nośny i epicki "Hall of the King", także zasługuje tu na wyróżnienie. Największym atutem "Follow the Blind" jest ewidentnie bardzo solidna, mocna sekcja rytmiczna oraz fenomenalna praca gitar (solówki jak i same riffy takie, że klękajcie narody, po prostu porywające!). Płyta godna polecenia każdemu maniakowi metalowej klasyki lat 80-tych, oraz niemieckiej sceny metalowej tamtych lat. Obok Running Wild, Warlock i Helloween to dla mnie absolutny top.
Tak jak pierwszemu albumowi towarzyszyła konkretna trasa koncertowa, tak promocja "Follow the Blind" o dziwo ograniczała się tylko do regularnych, pojedynczych koncertów. Grupa znacznie więcej czasu poświęcała wtedy na próby i prace nad kolejnym materiałem. Po ukazaniu się winylowej wersji albumu zespół został poproszony o nagranie bonusowych kompozycji na kompaktową wersję płyty. Jako, że nie mieli żadnych utworów pozostałych z sesji, postanowili nagrać dwa covery. Tak oto na krążku znalazły się ich dobrze znane wersje kawałków Demon "Don't Break the Circle" oraz "Barbara Ann" zespołu The Regents.
Teraz kilka słów odnośnie przedstawionej poniżej reedycji. Wszystko byłoby super, serio, gdyby nie zwalony remastering. Czasem takie zabiegi wychodzą dobrze i płyta autentycznie zyskuje nową jakoś, ale w tym przypadku nie udało się tego osiągnąć. Brzmienie jest tu nieco płaskie, pozbawione pewnej głębi i niesamowicie sterylne, aż sztuczne. Oczywiście da się tego słuchać, ja jakoś z braku wybujałej wybredności daję radę, po czasie człowiek przywyka, ale w konfrontacji z oryginałem sprawa wypada naprawdę kiepsko. Jedynymi elementami, które ratują to wydanie to jego forma wizualna oraz ciekawe liner notes, zarówno od dziennikarzy muzycznych, jaki i samego zespołu. Niewiele, no ale zawsze to jakiś pozytyw. Jak jest szansa to zalecam sięganie po starsze wydania, pozwoli to w pełni delektować się tym genialnym materiałem.



sobota, 10 czerwca 2017

Iron Maiden- Killers (EMI/ Parlophone 1981/2014)

No i wreszcie nastał czas aby napisać o mojej ulubionej płycie z całego dorobku Iron Maiden, od zawsze i na zawsze. "Killers", bo o tym albumie będzie mowa, obok "Master of Puppets", było pierwszą metalową płytą jaką usłyszałem i nabyłem (co z resztą gro z was już wie). Parę ładnych lat już od tamtego czasu minęło, a ten materiał wciąż jest dla mnie świeży i tak samo wciągający (syndrom ponownego "play"). Nie ma tu ani jednego słabego utworu, a na reedycji dołożony jest jeszcze świetny, singlowy "Twilight Zone". Czego chcieć więcej?
Czasy "Killers" to rosnąca w szybkim tempie popularność Iron Maiden, której nie sprostał wokalista Paul Di'Anno. Zaraz przed końcem koncertowania związanego z promowaniem albumu opuścił grupę robiąc miejsce dla Bruce'a Dickinsona. Niemniej jednak zanim to się stało Iron Maiden po raz pierwszy w swojej karierze zagrali naprawdę ogromną trasę odwiedzając min. Japonię i grając u boku takich grup jak Judas Priest, Humble Pie czy UFO. Zarówno debiutancki album, jak i właśnie "Killers" miały w sobie pokłady niesamowitej, młodzieńczej energii i lekkości wciąż zachowując feeling nurtu NWOBHM, typowy dla Maidenów styl miał dopiero nadejść.
"Killers" jak sam tytuł może sugerować, zawiera dosłownie same killery, abstrahując już od tematyki utworów na albumie, które tworzą pewien tematyczny koncept. Płytę otwiera "The Ides of March", jedno z najlepszych "wejść" Maidenów, pełne patosu i gitarowych popisów wspartych potężnym brzmieniem bębnów Clive'a Burr'a (z całym szacunkiem do Nicko i jego świetnych umiejętności technicznych, ale Clive miał to "coś", to niesamowite wyczucie i dar). Potem nadchodzi "Wrathchild" jeden z najbardziej znanych utworów z tamtego okresu, który zespół grywa na koncertach do tej pory. Potem mamy "Murders in the Rue Morgue" oraz "Another Life" dwa konkretne, energetyczne kawałki, które świetnie kontynuują rozpętaną przez swoich poprzedników nawałnicę. Następnie mamy przerywnik w postaci instrumentalnego "Genghis Khan". Pojawiający się w tym kawałku krzyk gitar z dodanym pogłosem od dawien dawna przyprawia mnie o dreszcze, magia totalna! Później mamy "Innocent Exile" oraz tytułowy "Killers". W tym drugim Paul Di'Anno dał moim zdaniem największy popis swoich umiejętności wokalnych w całej swojej kadencji w Iron Maiden (i tak, dla mnie zawsze był lepszy od Bruce'a, sorry). Za wokal (a właściwie krzyki) na początku utworu mega szacun! Druga sprawa w tym numerze to otwierający pomruk gitary basowej Steve'a, coś pięknego, podobnie jest też we wspomnianym "Innocent Exile". W ogóle uważam, że właśnie na tym albumie najlepiej została wyeksponowana, najlepiej ją słychać, nadaje całości niesamowitego kopa. Później mamy do czynienia z przyjemną balladą "Prodigal Son" po której dostajemy trój-pak energetyczny w postaci "Purgatory", bonusowego "Twilight Zone" oraz "Drifter". Te trzy utwory to takie ukryte serce płyty (a właściwie dwa, bo "Twilight Zone" oryginalnie tu nie ma), schowane nieco w cieniu "Wrathchild" i "Killers", a równie dobre i zagrane tak jakby miało nie być jutra!
Chyba nigdy tej płyty nie przestanę chwalić i nigdy nie przestanę się w nią zasłuchiwać odkrywając na nowo każdą z zawartych tu kompozycji. To nie tylko mój faworyt jeżeli chodzi o całą twórczość Iron Maiden, ale także ogromny bagaż wspomnień związanych z odkrywaniem metalowej sztuki, coś nie do przecenienia i coś dzięki czemu wciąż tli się w nas ten ogień, dzięki któremu zawsze będziemy młodzi.


czwartek, 19 stycznia 2017

Iron Maiden- Seventh Son of the Seventh Son (EMI 1988/ Parlophone 2014)

Niezaprzeczalnie jedno z najwybitniejszych dzieł w dorobku Iron Maiden. Płyta niesamowicie bogata, kompleksowa i intrygująca, pierwszy i jak na razie jedyny koncept album w ich dorobku (oparty w znacznej mierze o książkę Orsona Scotta Carda "Siódmy Syn"). Nie ma więc zaskoczenia co do wyjątkowości tego krążka. Gdy płyta ukazała się na rynku muzycznym w 1988 roku odniosła niesamowity sukces, a aż 4 single ją promujące uzyskały bardzo wysokie notowania, nie wiem czy nie najwyższe jakie na tamtą chwilę zespół osiągnął. Wtedy Maideni byli niewątpliwie u szczytu kariery i popularności na, wydaje mi się, nie tylko stricte metalowym podwórku.
Rozkład jazdy "Seventh Son of the Seventh Son" to, podobnie jak to miało miejsce chociażby w przypadku "The Number of the Beast", praktycznie same evergreeny, które goszczą na koncertach Żelaznej Dziewicy po dziś dzień. Mamy tu tak ponadczasowe numery jak "Can I Play With Madness", "The Evil That Man Do" czy też "The Clairvoyant". Każdy z nich cechuje niesamowita i nieprzeciętna melodyka, która już z pierwszym zetknięciem zapada słuchaczowi mocno w pamięć, a przy każdym kolejnym obcowaniu z tymi kompozycjami, chcąc czy nie, zaczyna się wyśpiewywać ich tekst razem z zespołem. Na równie dużo uwagi zasługują tu rozkołysany, chwilami subtelny "Infinite Dreams", któremu w odpowiednich momentach, rzecz jasna, nie brakuje solidnego kopa, tytułowy, potężny i podniosły "Seventh Son of the Seventh Son" z epickim wręcz motywem przewodnim, oraz wieńczący całość, rozpędzony "Only the Good Die Young".
Rzeczony album serwuje fanom bardzo szerokie spectrum metalowych doznań. Znajdziemy tu nie tylko typowo Midenowskie brzmienia z poprzednich płyt, nie tylko rasowy heavy metal, ale także sporą melodyjność, kompozycyjne bogactwo, które znaczy sporo progresywnych naleciałości.
Osobną sprawą jest tu grafika zdobiąca płytę. Tym Razem Eddie odsłania przed nami swoje "wnętrze" oraz budzącą się w nim formę życia. Wszystko okala arktyczny pejzaż i wykute w lodzie wcześniejsze wcielenia Edwarda. Od zawsze miałem wrażenie, że odbiór muzyki Iron Maiden nie byłby taki sam bez dzieł zdobiących ich płyty, to jest jakaś nieodzowna całość, która nie tylko zaprasza do obcowania z ich sztuką, ale także towarzyszy przy jej słuchaniu tworząc spójną całość. Tak jest i w tym przypadku, bez wyjątku.
Podsumowując, "Seventh Son of the Seventh Son" jest płytą, która zasiada na swoim własnym tronie, dziełem wyróżniającym się swoim nietypowym charakterem na tle pozostałych płyt w dyskografii zespołu. Ten album bezapelacyjnie każdy szanujący się fan metalowych brzmień powinien znać.


środa, 19 października 2016

Whitesnake- Slide It In 25th Anniversary Edition (EMI 1984/ 2009)

Rok 1984 był dla Whitesnake pewnym przełomem. Kończył się pewien okres w karierze zespołu, a na horyzoncie majaczyła nowa ścieżka którą zespół podąży wraz ze słynną płytą "1987". "Wydany wtedy "Slide It It" był już mocno odmienny od tego co serwował zespół na swoich poprzednich płytach, ale nie był jeszcze tym tworem, który fani mieli niebawem ujrzeć i usłyszeć. Już na etapie "Saints and Sinners" Coverdale planował diametralne zmiany w stylistyce grupy i powoli zaczynał je wprowadzać.


Na "Slide It In" mocno odcisnęła swoje piętno obecność Johna Sykesa (Thin Lizzy, Tygers of Pan Tang), który swą świeżą i dynamiczną grą zmienił znacząco brzmienie Whitesnake. Utwory nabrały mocy, stały się nieco mocniejsze, bardziej wyraziste, było w tym już mniej obecnego jak dotąd w Whitesnake bluesa, a znaczniej więcej konkretnego, skondensowanego hard rocka. Swoje za perkusją zrobił także Cozy Powell (min. MSG, Rainbow), a całość podrasował swoimi klawiszami Jon Lord (Deep Purple).
"Slide It In" jest nie bez przyczyny moją ulubioną płytą Whitesnake. Nie dość, że bardzo cenie sobie grę Sykesa, to jeszcze David Coverdale daje to popis świetnej formy wokalnej. Album naszpikowany jest niesamowicie chwytliwymi kawałkami takimi jak tytułowy "Slide It In", "Love Ain't No Stranger" (balladowe motywy wplecione między kanonadę sekcji rytmicznej, świetny teledysk) czy też "Guilty of  Love". Na wyróżnienie zasługuje też zeppelinowski "Slow & Easy", który momentami mocno przynosi na myśl "In My Time of Dying" z płyty "Physical Graffiti", a głos Davida przypomina tu do złudzenia wokale Roberta Planta. Nie mniej jednak wychodzi to na plus i mimo takich podobieństw nie ma się ochoty oskarżyć zespół o zrzynanie bo utwór wyszedł przednio.
Przedstawione poniżej wydanie to wersja jubileuszowa która ujrzała światło dzienne w 2009 roku. Mamy tu 3- panelowy digipak z opasłą książeczką pełną fotek i wspomnień Coverdale'a odnośnie czasu w którym ten album został wydany. Dodany został także bonusowy dysk dvd z materiałami live i teledyskami. Na prawdę solidne i godne polecenia wydanko.
No koniec mogę powiedzieć tylko jedno, jak ktoś jeszcze tej płyty nie zna to niech nadrabia zaległości, warto!


sobota, 10 września 2016

Saxon- Strong Arm of the Law (EMI/ Parlophone 1980)

Przyszedł czas na coś z klasyki NWOBHM. Saxon, zespół którego przez długi czas nie trawiłem. Wydawał mi się jakiś taki nijaki, nie miał jak dla mnie odpowiedniej dawki ciężaru, nie było tego kopa. Dopiero ostatnio przekonałem się do ich klasycznych płyt. Jakimś wielkim fanem się nie stałem, ale polubiłem ich na tyle żeby sprawić sobie większość tytułów z lat 80-tych.
"Strong Arm of the Law" to trzeci album grupy, a drugi wydany w 1980, niedługo wcześniej wypuścili "Wheels of Steel". Podobnie jak na poprzedniku mamy tu parę wpadających w ucho klasyków i parę przeciętniaków, jednak tych lepszych jest odrobinę mniej w stosunku do drugiego albumu. W sumie ciężko mieć o to pretensje gdy zespół wypuszcza dwie pełne płyty w tym samym roku. Wracając do tematu, mamy tu wręcz hymnowy "Heavy Metal Thunder", od dawien dawna koncertowy faworyt, tytułowy "Strong Arm of the Law", rozpędzony "20,000 Ft" oraz "Dallas 1 PM" z autentycznie świetną, rozbudowaną solówką i fajnym motywem przewodnim. Pozostałe 4 utwory z płyty przynajmniej w moim odbiorze przechodzą bez echa.


Jak słucham starego Saxon to jakoś z trudem przychodzi mi określenie ich wtedy mianem heavy metalu bez żadnego "ale". Rzecz jasna metalowych patentów jest tu pełno, ale też mocno słychać u nich typowy hard rock, który nie grzeszy ciężarem brzmienia. Jeżeli weźmiemy tu dla porównania wydany w tym samym roku przez Judas Priest "British Steel" to różnica jest diametralna i myślę, że oczywista. Saxon serwuje muzykę zauważalnie lżejszą, o łagodniejszym brzmieniu. Najbardziej pasuje mi tu określenie, które pojawiło się swojego czasu apropo TSA, "Heavy Metal Rock". To idealnie pasuje mi do pierwszych płyt Saxon. Może marudzę, może dla wielu z was będą to duby smalone, ale tak to widzę i właśnie dlatego swojego czasu odstawiłem ich muzykę na bok. Szukając, ciężkich konkretnych brzmień nie byli w stanie zatrzymać mnie przy sobie nawet na chwilę.
Niemniej jednak Saxon zawojował fanów swoją muzyką i obok Iron Maiden, Def Leppard oraz Venom osiągnęli większy i bardziej znaczący sukces spośród innych zespołów nurtu NWOBHM. Bez wątpienia ich atutem jest charakterystyczny głos Byforda, talent do ciekawych, rozbudowanych solówek oraz chwytliwych, zapadających w pamięć utworów. Można ich nie lubić, ale z pewnością się ich zapamięta. Ja się w końcu przekonałem, polubiłem i od czasu do czasu sobie słucham. Ich stare klasyczne płyty to przyjemna i solidna mikstura ciężkiego rocka i metalu.


czwartek, 30 czerwca 2016

Iron Maiden- Fear of the Dark (EMI 1992)

Jako, że niebawem Maideni zagoszczą na naszej ziemi wypada coś apropo tego napisać. Chyba wszyscy wiedzą czym jest Iron Maiden dla heavy metalu. Nawet babcia wie, czasem zapomina, ale wie! Zespół który inspirował dziesiątki innych grup, który wniósł do metalowej muzyki nową jakość, wyznaczył nowe ścieżki i zapisał się w historii. Kolejne pokolenia młodych adeptów ciężkich brzmień zasłuchują się w ich dokonaniach z tą samą pasją co ich rówieśnicy kiedy zespół był u szczytu kariery. Nie ma się co dziwić bo Iron Maiden to coś więcej niż sama muzyka.
W 1992 roku nastąpił dla zespołu przełom, wydając album "Fear of the Dark" zakończyła się pewna epoka w ich działalności. Był to ostatni album, którego producentem był Martin Birtch. Pracował z zespołem od 1982 roku, po "Fear of the Dark" przeszedł na zasłużoną emeryturę. Kolejną zmianą była warstwa graficzna. Po raz pierwszy okładki nie wykonał Derek Riggs. Tym razem zadanie to przypadło Melvyn'owi Grant'owi. Album był też ostatnim, na jakiś czas, z Bruce'm Dickinson'em na wokalu. który postanowił opuścić zespół aby poświęcić się solowej karierze.


Muzycznie, przed "Fear of the Dark" stało spore wyzwanie. Musiał nieco naprawić sytuację po raczej przeciętnym "No Prayer for the Dying". Praca został odrobiona w 110%. Album jest wyśmienity i zawiera masę naprawdę znakomitych, zróżnicowanych kompozycji. Singlowe "Be Quick or Be Dead" oraz "From Here to Eternity" otwierające płytę to istne petardy, które na stałe zagościły w setlistach zespołu, majestatyczny "Afraid to Shoot Strangers" z genialnym przyspieszeniem w środku, ballada autorstwa Gers'a i Dickinson'a "Wasting Love" i wreszcie epicki i uwielbiany przez fanów, tytułowy "Fear of the Dark". Są to oczywiście tylko najważniejsze, najjaśniejsze punkty płyty i nie znaczy to, że pozostałe są słabe, cała płyta jest naprawdę bardzo dobra (taki "Childchood's End", cóż za melodia wiodąca!"). Pojawiają się opinie, że album zawiera nieco wypełniaczy, nie podzielam tego zdania. Może mogli sobie darować "Chains of Misery" bo niczym specjalnie nie absorbuje, ale to takie szukanie dziury w całym niż konkretny zarzut.
Jak na zakończenie pewnego etapu w działalności Maidenów płyta wypadła genialnie i nadrobiła poprzednią z nawiązką. Po wydaniu "Fear of the Dark" zespół wystartował z trasą "Real Live Tour" z której powstały dwie płytki live wydane już po odejściu Bruce'a, "Real Live One" oraz "Real Dead One", notabene bardzo udane.
Poniżej moja reedycja albumu z 1998 roku. Drobny sentymencik stoi za tą konkretną kopią. Była to jedna z moich pierwszych płyt Maidenów zakupiona dla mnie przez tatę w jakieś budzie muzycznej w Zakopanem ok. 11 lat temu. Pamiętam z jaką dezaprobatą wypowiadał się o okładce haha ("zespół ok, ale co to za szkaradztwo na okładce, szatany jakieś!").