Po raz kolejny rozszedł się trupi swąd Truchła Strzygi. Zespół nie spoczywa na laurach i wraz z Epką "Nad Którymi Nie Czuwa Żaden Stróż" dalej szlifuje swój styl przynosząc trzy numery jeszcze bardziej rozpędzonego i bijącego w pysk materiału. Jest intensywnie, soczyście brzmieniowo, całość spowija swoisty mroczny i agresywny Rock 'n' Roll spod znaku chociażby Midnight, Rotten czy Chapel. Jest równo, spójnie i bez kombinowania, no i jest to na swój sposób chwytliwe. Sama najczystsza esencja tej grupy i ich stylu. Trzynaście minut i trzy utwory, a zlatuje momentalnie, także syndrom "play again" pojawia się sam.
Co więcej, zespół udowadnia, że debiutancka płyta nie była jednorazowym wybrykiem i kuje żelazo póki gorące. Mają na siebie konkretny pomysł, pasję do tego co robią. No i ponownie mamy do czynienia ze specyficznymi tekstami które tak znacząco zdobiły krążek "Pora Umierać". Kto już zdążył się zadurzyć w tych lirykach ten dostanie na niniejszej Epce dokładkę w temacie hehe. Czuję w kościach, że kolejny pełniak zbliża się wielkimi krokami, a wersje winylowe obu materiałów to na pewno. Zatem zgarniajcie płytkę i słuchajcie na cały regulator delektując się tym piekielnym wyziewem!
http://godzovwar.com/
https://www.facebook.com/GodzOvWar/
środa, 27 lutego 2019
wtorek, 26 lutego 2019
White Highway- Hittin' the Road (Lynx Music 2018)
Pierwsze dźwięki i rozpoczyna się podróż w czasie i to jaka! Podróż do lat kiedy sceną Hard Rockową i tą spod znaku tego lżejszego Heavy Metalu rządziły takie grupy jak Whitesnake, Def Leppard, Warlock/ Doro, Vixen, Dokken, Van Halen, późny Deep Purple czy Scorpions. I kto oddaje tak wspaniały hołd tamtym zespołom i tamtemu brzmieniu? Ano warszawski White Highway! Nie spodziewałem się, że trafię jeszcze na takie, i w dodatku autentycznie wartościowe, granie wśród młodych grup, a tym bardziej u nas. Niby coś tam było, ale to w każdym z przypadków nie dorównywało temu co reprezentuje sobą White Highway. Jest nie tylko pasja, ale co niesamowicie ważne, wyczucie granej muzyki, jej zrozumienie, świadomość, umiejętne czerpanie z inspiracji i przekuwanie ich w świeże granie ze stale obecnym duchem tamtych zespołów, czasów. Moje słowa może dodatkowo potwierdzić fakt, że słuchając "Hittin' the Road" miejscami ma się wrażenie jakby płyta nie powstała obecnie, a ponad 30 lat temu. Coś bezcennego. Highlightami albumu są takie numery jak "City Lights" (piękna mieszanka Whitesnake z czasów "1987" oraz "Pyromanii" Def Leppard"), "Free Fallin'" (ballada puszczająca momentami oko do hitu "Here I Go Again" Whitesnake), "Monkey-Spirit" (rozpędzony, niemal Heavy Metalowy kawałek podbity konkretnymi klawiszami niczym "Anya" Deep Purple), rozpoczynający się niczym "Jump" Van Halen "Show That Feelin'" (mamy tu prosty acz niesamowicie nośny refren) oraz "Lighthouse"- kolejny killer z zadziornymi riffami i klawiszową kanonadą w tle. Wisienką na torcie tego energetycznego 10-utworowego setu jaki składa się na "Hittin' The Road" jest wokal Kasi Bieńkowskiej. Mocny, melodyjny, oryginalny, z lekkim pazurem. Niczym u samej Doro Pesch. Porównanie nie jest nie na miejscu, bo i charyzmą i zaangażowaniem w muzykę Kasia ma wiele z byłą wokalistką Warlock wspólnego. Takich osobowości i takich głosów scenie potrzeba.
Co mogę powiedzieć na koniec. Jest to jedno z moich absolutnych zaskoczeń i najlepszych odkryć muzycznych ostatniego czasu. Zachęcam was wszystkich lubujących się w tego typu brzmieniach do sięgnięcia po płytę White Highway. To jest perełka, którą powinno usłyszeć jak najwięcej fanów, materiał, którego nie wolno zostawić bez echa. Naprawdę sporo zespołów obracających się w podobnym stylu powinno się od White Highway uczyć!
niedziela, 24 lutego 2019
Non Serviam: The Official Story of Rotting Christ (Cult Never Dies/ Crypt Publications 2018)
Wreszcie długo zapowiadana recka biografii Rotting Christ, która ukazała się z końcem ubiegłego roku. Trochę się zeszło, ale trzeba było przeczytać prawda? Już na samym początku chciałbym zaznaczyć, że jest to najlepiej skonstruowana i napisania biografia jaką do tej pory miałem w łapach i jaką przeczytałem. Ścisła współpraca Sakisa i częściowa pozostałych członków zespołu, o muzykach innych grup nie wspominając (udzielili się tu min. Nergal, Erik Danielsson, Blasphemer, Grutle Kjelsson, Fernando Riberio czy Ryan Forster), dała tu niesamowity efekt. Co ważne, nie jest to suchar jak większość wydawanych w dzisiejszych czasach biografii, i raczej nie ma tu szans na błędy, i różne tego typu babole informacyjne. W końcu wraz z Dayalem tworzył tą książkę cały zespół i ludzie którzy są ich dobrymi znajomymi, i kontakt tu, z tego co wiem, sporadyczny nie był. Tytuł przepełniony jest wspomnieniami muzyków, ciekawostkami, także mamy tu do czynienia z kompendium wiedzy na temat Rotting Christ i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Prowadzeni jesteśmy od młodzieńczych lat Sakisa, poprzez czasy demówek, kontaktów z norweską sceną, sukcesów "Thy Mighty Contract" i "Non Serviam", po dzień dzisiejszy i najnowszy album, a rozdziały posegregowane są względem danych wydawnictw grupy lub ważnych wydarzeń z nią związanych. Mamy tu na przykład rozdział w całości poświęcony słynnej "Fuck Christ Tour" czy słynnemu Storm Studio. Dayal wspomagany obszernymi wypowiedziami lidera Rotting Christ i reszty muzyków snuje arcyciekawą historię nie traktując żadnych kwestii po macoszemu. Dodatkowo książka wypełniona jest mnóstwem archiwalnych fotografii, skanów dem, okładek pism z zespołem w roli głównej. Także zadbano tu również o aspekty wizualne. Powiem szczerze, do tej pory nie przyszło mi polecać tak udanej książki o tematyce muzycznej (no może poza "The Death Archives" hehe). To jest pozycja obowiązkowa, nie tylko dla fanów Rotting Christ, ale ogólnie dla fanów ekstremalnego Metalu. Zgarniajcie kto żyw!
https://www.facebook.com/CultNeverDies/
http://www.cultneverdies.com/p/cult-never-dies-releases.html
https://www.facebook.com/RottingChristBook/
https://www.facebook.com/CultNeverDies/
http://www.cultneverdies.com/p/cult-never-dies-releases.html
https://www.facebook.com/RottingChristBook/
sobota, 23 lutego 2019
Burzum- Hvis Lyset Tar Oss (Misanthropy Records, Cymophane Productions 1994/1995)
Trzeci, pełny album w dorobku Burzum to kamień milowy, zarówno w twórczości muzycznej Varga, jak i w Norweskim Black Metalu, czy Black Metalu w ogóle. Wizytówka Burzum i jego stylu z pierwszej połowy lat 90-tych. Varg połączył na tej płycie surowość i charakterystyczne struktury gitar , perkusji oraz maniery wokalnej z dwóch swoich pierwszych krążków z ambientowymi wpływami, które w szeroko rozwinął na albumie "Filosofem". Położył tu również nacisk na jeszcze większy ładunek emocjonalny i atmosferę. "Hvis Lyset Tar Oss" traktuję w pewnym sensie jako zwieńczenie tych pierwszych lat norweskiej sceny, materiał wraz z którym coś się kończy i coś zaczyna.
Mamy tu cztery rozbudowane kawałki, które zasiadają na swych własnych odrębnych tronach. Już sam ambientowy, zamykający płytę "Tomhet" jest kompozycją tak wybitną, nostalgiczną, że już za nią należą się temu wydawnictwu laury. Co się tyczy reszty numerów, "Det Som Engang Var" znakomicie łączy cechy takich klasyków jak "Feeble Screams from the Forest Unknown", czy "Ea, Lord of the Depths" ze wspomnianym ambientowym elementem. Utwór tytułowy to piękny przykład na to jak znaczący wpływ miał Burzum na wczesne brzmienie np. Immortal, płyta "Pure Holocaust" jest tego najlepszym przykładem. "Inn i slottet fra droemmen" to natomiast ubogacone, kompleksowe nawiązanie do poprzedzającej płyty, wydanego w 1992 "Det Som Engang Var".
"Hvis Lyset Tar Oss" to również początki założonej przez Tizianę Stupię Misanthropy Records, wydawnictwa, które dało Vargowi możliwość dystrybucji i wydawania płyt po zabójstwie Euronymousa. Wtedy wydawcy niezbyt palili się do wsparcia jego muzyki bojąc się stracić zespoły ze swojego katalogu. Album został nagrany już w 1992 roku w Grighallen, z Pyttenem rzecz jasna w roli producenta, miesiąc po nagraniu EP "Aske".
Podsumowując, dla mnie trzeci pełniak Burzum to najlepsze dzieło Varga, i podobnie jak debiut oraz "Filosofem" niesamowicie wpływowe i wyznaczające nowe ścieżki w Black Metalowym graniu. Cytując jeden z flyerów towarzyszących tej płycie, "Supreme Nordic Art"!
Poniżej digipakowe wydanie z Misanthropy z 1995 roku. Pierwsze wyszło rok wcześniej w tradycyjnym jewelcase, natomiast pierwsze winylowe (biały LP), również wydane w 1994, pojawiło się w ścisłym limicie 2000 egzemplarzy. Jest to obecnie jeden z najdroższych kolekcjonerskich rarytasów.
Mamy tu cztery rozbudowane kawałki, które zasiadają na swych własnych odrębnych tronach. Już sam ambientowy, zamykający płytę "Tomhet" jest kompozycją tak wybitną, nostalgiczną, że już za nią należą się temu wydawnictwu laury. Co się tyczy reszty numerów, "Det Som Engang Var" znakomicie łączy cechy takich klasyków jak "Feeble Screams from the Forest Unknown", czy "Ea, Lord of the Depths" ze wspomnianym ambientowym elementem. Utwór tytułowy to piękny przykład na to jak znaczący wpływ miał Burzum na wczesne brzmienie np. Immortal, płyta "Pure Holocaust" jest tego najlepszym przykładem. "Inn i slottet fra droemmen" to natomiast ubogacone, kompleksowe nawiązanie do poprzedzającej płyty, wydanego w 1992 "Det Som Engang Var".
"Hvis Lyset Tar Oss" to również początki założonej przez Tizianę Stupię Misanthropy Records, wydawnictwa, które dało Vargowi możliwość dystrybucji i wydawania płyt po zabójstwie Euronymousa. Wtedy wydawcy niezbyt palili się do wsparcia jego muzyki bojąc się stracić zespoły ze swojego katalogu. Album został nagrany już w 1992 roku w Grighallen, z Pyttenem rzecz jasna w roli producenta, miesiąc po nagraniu EP "Aske".
Podsumowując, dla mnie trzeci pełniak Burzum to najlepsze dzieło Varga, i podobnie jak debiut oraz "Filosofem" niesamowicie wpływowe i wyznaczające nowe ścieżki w Black Metalowym graniu. Cytując jeden z flyerów towarzyszących tej płycie, "Supreme Nordic Art"!
Poniżej digipakowe wydanie z Misanthropy z 1995 roku. Pierwsze wyszło rok wcześniej w tradycyjnym jewelcase, natomiast pierwsze winylowe (biały LP), również wydane w 1994, pojawiło się w ścisłym limicie 2000 egzemplarzy. Jest to obecnie jeden z najdroższych kolekcjonerskich rarytasów.
środa, 20 lutego 2019
Huoripukki- Voima & Barbaria (Fallen Temple 2018)
Fallen Temple pokusiło się o wydanie dwóch Epek tej fińskiej hordy na jednym cd. To co oferuje nam Huoripukki to na dobrą sprawę prymitywna i brutalna mieszanka Death oraz Black Metalu (tutaj tylko odrobina tak naprawdę względem złowieszczości). Esencją tych materiałów jest prosta forma, agresja i niszczycielski wydźwięk. Wszystko rzecz jasna zamknięte w nieco obskurnym, gęstym brzmieniu. Ciężar to domena obu Epek. Jednym słowem kawał metalowego mięcha. Oczywiście nie macie co się spodziewać jakiś nowości, to jest wycieczka w odmęty oldschoolu i bezkompromisowego grania jakie znane jest już od dawna. Jak się patrzy na grafiki zdobiące wydawnictwo można sobie pomyśleć, że to jakiś Manowar Death Metalu, ale nie do końca. Coś jest na rzeczy, bo granie Huoripukki ma w sobie sporo barbarzyństwa, ale tego przepełnionego krwią i ciemnością, niż patosem i chwałą. Słucha się tego dobrze, to kawał naprawdę dobrego łojenia w swojej niszy, aczkolwiek dosyć słabo odciska swoje piętno na pamięci słuchacza, w tym momencie mnie. Jedynym co mam właśnie do zarzucenia "Voima & Barbaria" to przewidywalność i brak takich punktów kulminacyjnych. Idzie to równo, konsekwentnie, bez udziwnień, jednak brakuje tej swoistej "kropki nad i". Materiał ten jest dedykowany przede wszystkim tym dla których najważniejszym czynnikiem jest ekstrema, przygniatające brzmienie i wszechobecna brutalność. Jak ktoś gustuje w organicznym Death Metalu, gdzie najważniejsza jest ta pierwotna formuła i żeby, mówić dosadnie, kopało zad, to może się spokojnie za tym krążkiem zakręcić. Dla mnie materiał(y) jak najbardziej ok, chociaż bez fajerwerków.
https://www.facebook.com/Huoripukki/
https://huoripukki.bandcamp.com/album/voima-barbaria
https://www.facebook.com/fallentemple666/
https://www.facebook.com/Huoripukki/
https://huoripukki.bandcamp.com/album/voima-barbaria
https://www.facebook.com/fallentemple666/
niedziela, 17 lutego 2019
Necrophobic- Fears/ When You Die (Thrashing Madness 2019)
Niniejsza kompilacja dwóch materiałów rybnickiego Necrophobic to moje pierwsze zetknięcie z ich twórczością, także opisując album "Fears" (drugi pełniak w dorobku grupy) oraz wydane 2 lata później demo "When You Die" nie mam zbytnio porównania z poprzednimi materiałami. Oczywiście niebawem zamierzam tę kwestię nadrobić. No ale do rzeczy. To co na obu tych materiałach prezentuje Necrophobic to klasyczna odmiana Thrashu amerykańskiej szkoły lat 80-tych, słychać tu wpływy starego Anthrax, Metalliki z czasów "And Justice for All" oraz odrobiny Slayera. Podczas słuchania zwłaszcza "Fears" znajduje się też sporo odniesień do wczesnych Acid Drinkers, pełno tu gitarowych i wokalnych połamańców, zmian tempa, akustycznych wstawek. Nawet usłyszałem w tym co nieco z thrashowego Turbo z czasów "Epidemii", czy "Dead End". Bogate, zróżnicowane granie z silnymi odniesieniami do gatunkowego oldschoolu. Na "When You Die" dostajemy materiał podobny, ale wydaje mi się mniej zawiły, mniej "zakręcony", a bardziej agresywny siarczysty, lecz nie mniej absorbujący. Ba, osobiście nawet wolę bardziej ten tradycyjny kierunek. To demo daje się zapamiętać zwłaszcza dzięki kawałkowi "This Night" który misternie łączy elementy ballady i agresywnego, thrashowego numeru, no i ten wykrzyczany refren! Świetna kompozycja! Z początku nie do końca siadał mi styl zespołu z tych dwóch materiałów, to nie do końca Thrash który do mnie przemawia, ale im dłużej się tego słucha tym bardziej odkrywa się ich potencjał i po prostu chwytają.
Thrashing Madness robi świetną robotę wznawiając wszystkie te nasze zapomniane perły rodzimego metalu, aby poznać je mogli młodzi adepci, starzy mieli szansę sobie je przypomnieć, a co niektórzy, co przegapili, nadrobić zaległości. A Necrophobic na takie przypomnienie bezapelacyjnie zasługuje, w końcu to kawał chlubnej historii naszej sceny. Solidna cegła w tym imponującym, Metalowym murze.
https://www.facebook.com/nekrofobik/
http://www.oldschool-metal-maniac.com/index.php
Thrashing Madness robi świetną robotę wznawiając wszystkie te nasze zapomniane perły rodzimego metalu, aby poznać je mogli młodzi adepci, starzy mieli szansę sobie je przypomnieć, a co niektórzy, co przegapili, nadrobić zaległości. A Necrophobic na takie przypomnienie bezapelacyjnie zasługuje, w końcu to kawał chlubnej historii naszej sceny. Solidna cegła w tym imponującym, Metalowym murze.
https://www.facebook.com/nekrofobik/
http://www.oldschool-metal-maniac.com/index.php
sobota, 16 lutego 2019
Turbo- Ostatni Wojownik (Pronit 1987/ Metal Mind 2019)
W roku 1987 Turbo ruszyło na przygodę z Thrash Metalem tworząc "Ostatniego Wojownika", jedną ze swoich najlepszych płyt i to nie tylko w mojej opinii, ale i większości fanów. Poszli za ciosem "Kawalerii Szatana" nagrywając materiał mocno inspirowany nie tylko starą Metalliką, ale i kolegami zza zachodniej granicy, takimi jak Kreator czy Exumer.
Pierwszą rzeczą o jakiej należy powiedzieć o tej płycie to jej światowy poziom. Nie ma tu zdziwienia, że zespołem zainteresowało się Nosie Records, wydając anglojęzyczną wersję owego krążka. Znalezienie się chociaż na moment w katalogu wytwórni, która miała u siebie czołówkę europejskiej sceny o czymś świadczyło i nobilitowało. Bardzo dużo wniosło pojawienie się w zespole Tomasza Goehsa. Był idealną osobą na stanowisko perkusisty w czasie kiedy zespół postanowił ruszyć w cięższe, szybsze i bardziej agresywne granie. Sprawdził się, bo bębny brzmią na "Ostatnim Wojowniku" naprawdę świetnie (koncerty to kolejne potwierdzenie). Kolejna sprawa to fakt, że podczas powstawania płyty każdy z zespołu dorzucił do niej coś od siebie, także Wojciech Hoffmann na muzycznym polu nie był tu osamotniony. Jak wspominał w którymś z wywiadów była to ich najbardziej zespołowa płyta, świetna przygoda i naprawdę udany materiał. "Ostatni Wojownik" do tej pory skrzy się od pomysłów i energii swoich twórców. Mamy tu podane nie tylko solidne Thrashowe numery, których słucha się po dziś dzień z zapartym tchem (kapitalnych riffów tu nie brak), ale również odrobinę melodii i przemyconych nawiązań do muzyki klasycznej.
Do najjaśniejszych punktów albumu należą niewątpliwie utwór tytułowy (jako otwieracz robi wrażenie, zwłaszcza wtedy kiedy płyta się ukazała- wiecie, kontrast z "Kawalerią"), "Miecz Beruda" ze świetną melodią na wstępie i dającym się zapamiętać tekstem (fascynacja Grzegorza fantastyką rodem z powieści Howarda czy Moorcocka ma tu swoje ujście) oraz "Seans z Wampirem" (Krwawy Pan- upiór nocy! Krwawy Pan- demon nocy!). Dla niektórych wokale na tej płycie pozostawiają nieco do życzenia, ale ja osobiście nie wyobrażam sobie tego materiału bez nich, bez tych wrzasków i skowytów, bez tej maniery Grześka. Są agresywne, spuszczone ze smyczy, co wspaniale współgra z gitarową kanonadą.
"Ostatni Wojownik" otworzył Turbo szansę na koncerty poza Polską i, jak wspomniałem wcześniej, szansę na płytę na zachodzie. Album zbierał bardzo dobre recenzje, podobno porównywani byli do Sepultury. Niestety sprawy potoczyły się niemal podobnie jak w przypadku TSA, czy Kat, na dłuższą metę nic nie wyszło. W ramach naszego rodzimego metalu "Ostatni Wojownik" pozostaje jednym z klasyków i czołowych płyt naszej sceny, zwłaszcza z lat 80-tych. Pięknie się zestarzała i do tej pory sprawia ogrom radochy ze słuchania i pozwala odczuwać dumę, że takie materiały powstawały w naszym kraju. To kawał solidnego, porywającego Thrashu na wysokim poziomie!
Poniżej tegoroczne wznowienie z Metal Mind Records ubogacone odrobiną wizualnej historii, której w przypadku reedycji płyt Turbo zawsze brakowało.
Pierwszą rzeczą o jakiej należy powiedzieć o tej płycie to jej światowy poziom. Nie ma tu zdziwienia, że zespołem zainteresowało się Nosie Records, wydając anglojęzyczną wersję owego krążka. Znalezienie się chociaż na moment w katalogu wytwórni, która miała u siebie czołówkę europejskiej sceny o czymś świadczyło i nobilitowało. Bardzo dużo wniosło pojawienie się w zespole Tomasza Goehsa. Był idealną osobą na stanowisko perkusisty w czasie kiedy zespół postanowił ruszyć w cięższe, szybsze i bardziej agresywne granie. Sprawdził się, bo bębny brzmią na "Ostatnim Wojowniku" naprawdę świetnie (koncerty to kolejne potwierdzenie). Kolejna sprawa to fakt, że podczas powstawania płyty każdy z zespołu dorzucił do niej coś od siebie, także Wojciech Hoffmann na muzycznym polu nie był tu osamotniony. Jak wspominał w którymś z wywiadów była to ich najbardziej zespołowa płyta, świetna przygoda i naprawdę udany materiał. "Ostatni Wojownik" do tej pory skrzy się od pomysłów i energii swoich twórców. Mamy tu podane nie tylko solidne Thrashowe numery, których słucha się po dziś dzień z zapartym tchem (kapitalnych riffów tu nie brak), ale również odrobinę melodii i przemyconych nawiązań do muzyki klasycznej.
Do najjaśniejszych punktów albumu należą niewątpliwie utwór tytułowy (jako otwieracz robi wrażenie, zwłaszcza wtedy kiedy płyta się ukazała- wiecie, kontrast z "Kawalerią"), "Miecz Beruda" ze świetną melodią na wstępie i dającym się zapamiętać tekstem (fascynacja Grzegorza fantastyką rodem z powieści Howarda czy Moorcocka ma tu swoje ujście) oraz "Seans z Wampirem" (Krwawy Pan- upiór nocy! Krwawy Pan- demon nocy!). Dla niektórych wokale na tej płycie pozostawiają nieco do życzenia, ale ja osobiście nie wyobrażam sobie tego materiału bez nich, bez tych wrzasków i skowytów, bez tej maniery Grześka. Są agresywne, spuszczone ze smyczy, co wspaniale współgra z gitarową kanonadą.
"Ostatni Wojownik" otworzył Turbo szansę na koncerty poza Polską i, jak wspomniałem wcześniej, szansę na płytę na zachodzie. Album zbierał bardzo dobre recenzje, podobno porównywani byli do Sepultury. Niestety sprawy potoczyły się niemal podobnie jak w przypadku TSA, czy Kat, na dłuższą metę nic nie wyszło. W ramach naszego rodzimego metalu "Ostatni Wojownik" pozostaje jednym z klasyków i czołowych płyt naszej sceny, zwłaszcza z lat 80-tych. Pięknie się zestarzała i do tej pory sprawia ogrom radochy ze słuchania i pozwala odczuwać dumę, że takie materiały powstawały w naszym kraju. To kawał solidnego, porywającego Thrashu na wysokim poziomie!
Poniżej tegoroczne wznowienie z Metal Mind Records ubogacone odrobiną wizualnej historii, której w przypadku reedycji płyt Turbo zawsze brakowało.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























