Stary, ale dobry i sprawdzający się przepis ze świeżym,
energicznym podejściem (ostatnio mam do takich perełek fart). Pozornie mogłoby
się wydawać, że "Burning Torches" jest zajadłą, grzejącą na złamanie
karku dawką Black Thrashu, ale siedzi w tym również spora dawka Black i Death
Metalu w stylu takich grup jak Watain, Nifelheim, Bestial Mockery, Degial czy Grave
Miasma która miejscami konkretnie podkręca materiał i przełamuję schemat.
Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie, zwłaszcza w tych co bardziej
opętańczych momentach. Nie powiem, Epka potrafi miejscami porwać i sprawić, że
będzie się chciało po nią sięgnąć ponownie. Jest bezpośrednia, pełna dynamizmu,
widać w tym radochę z grania, świadomość tego co się tworzy i o to chodzi. Niby
"Burning Torches" trwa niespełna 20 minut, ale mamy tu 6 kawałków, w
których ani nie brakuje porządnych, nośnych riffów, wściekłego wokalu, ani tej
wszechobecnej atmosfery Pierwszej Fali ze starym Bathory na czele i wczesnych podrygów Death Metalu w stylu Possessed. Nie jest to nowością, że sporo grup poruszających się właśnie po tym
muzycznym terenie jest do bólu wtórna i najnormalniej w świecie po jednym
odsłuchu ma się na ogół dość. Tutaj muszę powiedzieć, że tak nie jest. Może i
ktoś mógłby się przyczepić, że to jest reprodukcja już dobrze znanych patentów, i fakt jest, ale Ci Katalończycy robią to tak dobrze, że w takiej sytuacji trzeba to zachować
dla siebie i przemilczeć. Jest wyczucie, jest pasja, dobrze się słucha, to czego tak naprawdę
chcieć więcej. Ten typ grania tak właśnie działa, tak to ma wyglądać, a
Krossfyre jak najbardziej może być z tego materiału zadowolony, to solidny, obiecujący debiut. Czekam na pełen
album z niecierpliwością!
niedziela, 23 grudnia 2018
sobota, 22 grudnia 2018
Shining- X: Varg Utan Flock (Season of Mist 2018)
11 miesięcy od wydania, a ja dopiero biorę się za ten album... Ale cieszę się, że zdążyłem z nim jeszcze w tym roku. Dlaczego? Bo ten album to cholerne arcydzieło! Cały czas jestem pod jego wrażeniem, a to co na nim usłyszałem wciąż świdruje mi głowę. Tu się po prostu dzieje! Nie dość, że Shining wykazuje się absolutną konsekwencją w obranym stylu już od wielu lat i serwuje nam ten charakterystyczny dla siebie, depresyjny Black Metal, to jeszcze potrafi swoją muzykę urozmaicić w taki sposób, że mamy tu sporo intensywnego, siarczystego grania z nieznacznymi domieszkami industrialu, ale i różnych smaczków, nastroju, klimatu, a przede wszystkim emocji. "X: Varg Utan Flock" jest tym wszystkim przepełniony, to materiał tak esencjonalny i pełny, że z pewnością nie zostawi obojętnym nikogo kto się z nim zetknął, czy dopiero zetknie.Wszystko zaczyna się od pełnego ognia "Svart Ostoppbar Eld", który lekko po dwóch minutach przechodzi w nastrojowe akustyczne spowolnienie zwieńczone genialną solówką Hussa. Potem krótka zagrywka basu i powrót do energii z początku, tylko po to aby za moment ponownie było nastrojowo. Idealny otwieracz na koncerty i zapowiedź tego co usłyszymy na płycie. Dalsza część albumu przynosi podobne, bogate kompozycje, które przeplatają pełną złości i furii dynamikę, świetne riffy, swoistą Black Metalową siarkę z klimatycznymi zwolnieniami w które wplatane są tęskne, nostalgiczne zagrywki i znakomite sola gitarowe (potężny, znany już z singla "Jag Ar Din Fiende" to aż nadto dobry tego przykład). To wszystko buduje serce i duszę płyty. Warto wspomnieć również o adaptacji "Nocturnu" Chopina pod postacią "Tolvtusenfyrtioett", liczącego niecałe 3 minuty utworu zagranego tradycyjnie w stosunku do oryginału, wyłącznie na fortepianie. Ciekawy i ambitny zabieg, który dodaje materiałowi bonusowego uroku. Całość albumu wieńczy "Mot Aokigahara", kompozycja poświęcona niesławnemu lasowi u podnóży góry Fuji będącemu drugim na świecie miejscem w którym popełniane jest najwięcej samobójstw. W dawnych czasach był też obszarem związanym z duchami, miejscem rytualnym. "Mot Aokigahara" ma w sobie nieskończone pokłady mroku, smutku, niepokoju, nasączonej dreszczem i groźbą atmosfery. Istna emocjonalna bomba! To swoista ścieżka dźwiękowa do opisanego w tej kompozycji miejsca przepełnionego cieniem śmierci i wszechobecną ciszą. Dawno nie słyszałem czegoś równie poruszającego.
Co tu dużo mówić. Jednym słowem mamy do czynienia z kolejnym, doskonałym albumem Kvarfortha i jego zespołu, śmiem twierdzić, że najlepszym od czasów "Halmstad". Kończąc tą reckę wciąż siedzę zamyślony nad tym co właśnie usłyszałem mając przy okazji niedosyt tego, że być może nie w pełni przekazałem wam to co muzycznie ma do zaoferowania "X: Varg Utan Flock", lecz z pewnością mogę dodać na koniec jedno. Już w tej chwili wiem, że ten materiał będzie dla mnie jednym z absolutnych evergreenów, do których regularnie będę wracał i to bez dwóch zdań.
piątek, 21 grudnia 2018
Cult of Fire- Life, Sex & Death (Beyond Eyes Productions 2016)
Jak do tej pory ostatni studyjny materiał Cult of Fire (nie licząc "Untitled EP" z 2017 zawierający dwa niezatytułowane utwory w wcześniejszych nagrań) w całości poświęcony hinduskiej bogini Chhinnamasta reprezentującej z jednej strony śmierć, czas i zniszczenie, a z drugiej życie, nieśmiertelność i prokreację. Boginię oraz towarzyszące jej atrybuty perfekcyjnie przedstawia jej interpretacja autorstwa Davida Glomby, stworzona właśnie na potrzeby niniejszego mini albumu. Podobnie jak to miało się w przypadku "Ascetic Meditation of Death" materiał ten ma w wielu aspektach mantryczny, rytualny oraz epicki charakter. Ze względu na jego koncept i nacisk aby wszystkie utwory odnosiły się do motywu przewodniego mamy tu do czynienia z konkretną ich spójnością, nierozerwalnością, przez co najlepiej funkcjonują słuchane właśnie w tym zestawieniu i jako całość. Charakterystyczne są tu zwłaszcza "Chhinnamasta Mantra" z żeńskim wokalem oraz wieńczący Epkę, instrumentalny "Tantric Sex". Pozostałe dwie kompozycje, czyli "Life" oraz "Death" to już mocne ciosy nasycone Black Metalową estetyką z wpływami elementów muzyki Indii, które mogliśmy usłyszeć na poprzedzającym długograju i które spełniają tu rolę bardzo fajne balansu dla wcześniej wspomnianych utworów.. Siła tego materiału tkwi w jego niezwykłej i na tyle oryginalnej atmosferze, że tak łatwo z głowy nie ulatuje. Na "Life, Sex & Death" Da się też zauważyć, że zespół dowodzony przez Infernal Vlada (również Death Karma oraz Maniac Butcher), uformował już własny charakterystyczny styl oraz koncept, którego zdają się już wiernie i konsekwentnie trzymać. Cenię sobie ten zespół szczególnie za jego autentyczność i to, że wolą skupiać się na tworzeniu, niż promować się gdzie tylko można. I oby tak dalej. Z niecierpliwością czekam na ich kolejną płytę.
Na uwagę zasługuje też forma z jaką materiał został wydany. Poniżej możecie sobie zobaczyć jak zrobiona została wersja cd. Dostępna była również i winylowa w formie shape picture disc, niestety wyprzedała się bardzo szybko.
http://www.cultoffire.cz/news/
https://www.facebook.com/cultoffireofficial/
https://www.facebook.com/Beyond-Eyes-Shop-685441734831296/
https://beyondeyesshop.com/
http://www.davidglomba.com/
Na uwagę zasługuje też forma z jaką materiał został wydany. Poniżej możecie sobie zobaczyć jak zrobiona została wersja cd. Dostępna była również i winylowa w formie shape picture disc, niestety wyprzedała się bardzo szybko.
http://www.cultoffire.cz/news/
https://www.facebook.com/cultoffireofficial/
https://www.facebook.com/Beyond-Eyes-Shop-685441734831296/
https://beyondeyesshop.com/
http://www.davidglomba.com/
środa, 19 grudnia 2018
Bloodbath- The Arrow of Satan is Drawn (Peaceville 2018)
"Grand Morbid Funeral" miał być, jeżeli wierzyć plotkom, ostatnim krążkiem Bloodbath, ale... Dobrze, że tak się nie stało! Jak się okazało zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a wręcz przeciwnie, uraczył nas płytą na wysokim poziomie, a przy okazji rozpoczął regularne koncertowanie.
"The Arrow of Satan is Drawn" jest pełnym popisem możliwości tej grupy oraz jej stosunku do własnego grania. To przede wszystkim uwielbienie dla starego, Szwedzkiego Death Metalu jaki członkowie Bloodbath pamiętają z czasów kiedy zaczynali grać (a słychać tu klasyki sceny i to mocno) oraz luzackie podejście do tematu. Jak dla mnie to dobrze, że póki co Renske i Nystrom odpuścili sobie Katatonię i skupili siły na Bloodbath, bo tu jest potencjał co z resztą nie od dziś słychać. Nie kombinują, nie analizują, nie eksperymentują. Po prostu łoją w temacie nie oglądając się na nikogo, tak jak chcą, na swoich warunkach. W tym tkwi siła tej płyty i tego zespołu. Poza gęstym, pisakowym brzmieniem charakterystycznym dla tamtejszej sceny DM, dostajemy również gdzie trzeba odrobinę Death 'n' Rollowego kopa i garść nawiązujących nieco do Black Metalu riffów (prawdopodobnie jest to zasługa Joakima Karlssona z Craft, który w tym roku zasilił również szeregi Bloodbath). Jak dla mnie bomba! Buja to wszystko świetnie i słucha się płyty z niezaprzeczalną przyjemnością od początku do końca. Oczywiście, żeby nie było, nie ma tu tylko i wyłącznie samych kanonad. Bloodbath zwalnia nieco i miesza powoli smołę przy takich kawałkach jak "March of the Crucifiers" oraz "Levitator". Szacunek należy się też Nickowi Holmesowi za wokale, dla mnie już na stałe wpasował się w zespół i wcale nie tęsknię, jak wielu, za Akerfeldem.
Cieszy mnie bardzo, że od paru ładnych lat zespół konsekwentnie robi swoje i wychodzą z tego same dobre materiały. "The Arrow of Satan is Drawn" nie jest wyjątkiem, trudno o lepszy Death Metalowy akcent na koniec roku. Ta płyta spośród wszystkich ostatnich nowości w tym graniu usatysfakcjonowała mnie w 2018 najbardziej.
https://www.facebook.com/bloodbathband/
"The Arrow of Satan is Drawn" jest pełnym popisem możliwości tej grupy oraz jej stosunku do własnego grania. To przede wszystkim uwielbienie dla starego, Szwedzkiego Death Metalu jaki członkowie Bloodbath pamiętają z czasów kiedy zaczynali grać (a słychać tu klasyki sceny i to mocno) oraz luzackie podejście do tematu. Jak dla mnie to dobrze, że póki co Renske i Nystrom odpuścili sobie Katatonię i skupili siły na Bloodbath, bo tu jest potencjał co z resztą nie od dziś słychać. Nie kombinują, nie analizują, nie eksperymentują. Po prostu łoją w temacie nie oglądając się na nikogo, tak jak chcą, na swoich warunkach. W tym tkwi siła tej płyty i tego zespołu. Poza gęstym, pisakowym brzmieniem charakterystycznym dla tamtejszej sceny DM, dostajemy również gdzie trzeba odrobinę Death 'n' Rollowego kopa i garść nawiązujących nieco do Black Metalu riffów (prawdopodobnie jest to zasługa Joakima Karlssona z Craft, który w tym roku zasilił również szeregi Bloodbath). Jak dla mnie bomba! Buja to wszystko świetnie i słucha się płyty z niezaprzeczalną przyjemnością od początku do końca. Oczywiście, żeby nie było, nie ma tu tylko i wyłącznie samych kanonad. Bloodbath zwalnia nieco i miesza powoli smołę przy takich kawałkach jak "March of the Crucifiers" oraz "Levitator". Szacunek należy się też Nickowi Holmesowi za wokale, dla mnie już na stałe wpasował się w zespół i wcale nie tęsknię, jak wielu, za Akerfeldem.
Cieszy mnie bardzo, że od paru ładnych lat zespół konsekwentnie robi swoje i wychodzą z tego same dobre materiały. "The Arrow of Satan is Drawn" nie jest wyjątkiem, trudno o lepszy Death Metalowy akcent na koniec roku. Ta płyta spośród wszystkich ostatnich nowości w tym graniu usatysfakcjonowała mnie w 2018 najbardziej.
https://www.facebook.com/bloodbathband/
poniedziałek, 17 grudnia 2018
Behemoth- ...From the Pagan Vastlands (Pagan Records 1994/ Witching Hour 2011)
To demo to już klasyk naszego krajowego podziemia, i jedno z
czołowych wydawnictw czasu gdy formowała się u nas scena BM. W czasie kiedy się
ukazało nie było chyba równie pieczałowicie wydanej taśmy. Pagan Records
stanęło tu na głowie! Zespół, mimo ogromnych wpływów sceny norweskiej (zespół
potwierdził to już nawet doborem coveru "Deathcrush" Mayhem, który
notabene odegrali niemal identycznie jak sama legenda) w swojej muzyce, miał być z czego dumny, to
było wtedy coś. Materiał jak wtedy mało który przenosił ducha północy na nasze
ziemie objawiając go w kolejnej formie, która stworzyła charakterystyczne dla
naszego kraju brzmienie Black Metalowej sztuki. "...From the Pagan
Vastlands" obok demówek, długograjów Graveland, North, Sacrilegium, Marhoth,
materiałów Christ Agony, Taranis czy Xantotol był i historycznie wciąż jest
istotnym wpływowym elementem naszego metalowego dziedzictwa lat 90-tych,
dzieckiem swoich burzliwych czasów, symbolem tego co się wtedy liczyło. Nie
chodziło o perfekcję, szlify i cholera wie co jeszcze. Ważna była pasja,
przekonanie i chęć tworzenia. Oddanie temu co się robiło. 1994 rok był dynamicznym
okresem, a Behemoth stał już u progu domowej wojny między północą, a południem
naszej sceny BM, będąc głównym celem wszelakich gróźb o pozerstwo itd. Niemniej
ten właśnie rok był dla nich przełomowy, właśnie wtedy ukazało się
"...From the Pagan Vastlands" zdobywając scenę, nie tylko krajową,
niemal szturmem. Kto nie pamięta tych wszystkich wywiadów jakie pokazywały się
w zinach, słynnych fot zespołu cykniętych z końcem 93' roku w leśnych ostępach
między Brzeźnem, a Letniewem (Gdańsk), które towarzyszyły tym treściom i które
lądowały zapewne w wielu skrzynkach pocztowych wraz z demem i biosami? Pozytywne
recki materiału pokazywały się w zinach również poza granicami Polski, a samo
demo, rozeszło się w kilku tysiącach egzemplarzy i doczekało wersji cd z
ramienia Nazgul's Eyrie oraz amerykańskiej Wild Rags. Do jego już nieco
pogańskiego sznytu doszły riffy inspirowane po części twórczością takich hord
jak Enslaved czy Immortal (no jak tu zapomnieć chociażby charakterystyczne
"łał łał!" w "Thy Winter Kingdom", no ale kurde, miało to
klimat!), wspierane przez tło klawiszowe (sesyjna robota Czarka Morawskiego) i
złowieszcze wokale. Sama okładka to też już czysty kult i jedno z bardziej
charakterystycznych dzieł w temacie, a jest ona zasługą, jeszcze w czasie
nagrywania basisty Behemoth, Sebastiana "Orcusa" Kolasy. Chodzi o
rzecz jasna corpse- paintową twarz, do której leśne tło dodał już Tomasz
Krajewski. To wszystko wciąż sprawia, że o tym demie będzie się pamiętać i
wciąż do niego wracać, jeżeli nie ze względu na samą muzykę, to z całą
pewnością na sentyment. Mi nie dane było dorastać w tamtych czasach, ale od lat
chłonę wiedzę i wspomnienia wielu osób na jego temat i mam nadzieję, że
przynajmniej w małym stopniu udało mi się obudzić nostalgię i pamięć u tych,
którzy wciąż je pamiętają.
Poniżej kompaktowa reedycja wydana przez Witching Hour w 2011. Zastąpiła moją mocno zasłużoną, oryginalną wersję kasetową.
Przy okazji trochę self-promotion ;) Wspierajcie: https://www.facebook.com/BehemothTheEarlyDays/
Przy okazji trochę self-promotion ;) Wspierajcie: https://www.facebook.com/BehemothTheEarlyDays/
sobota, 15 grudnia 2018
Incinerator/ Vile Apparition split (Putrid Cult 2018)
Już kiedyś pokusiłem się stwierdzenie, że Incinerator to taki nasz krajowy Cannibal Corpse (czasy z Barnes'em na wokalu) i... Podtrzymuję to co powiedziałem, nie ma tu już najmniejszych wątpliwości. Oba nowe kawałki z niniejszego splitu to kolejna dawka oldschoolowego Death Metalu, który przeniesie nas w czasie do początku lat 90-tych. Jest duch tamtych czasów, pasja, autentyczność i co najważniejsze konsekwencja. Jeżeli mieliście okazję zapoznać się z wcześniejszymi materiałami zespołu to wiecie czego możecie się tu spodziewać. Incinerator jedzie z tym koksem dalej i nie zawodzi. Czekam mocno na pełny długograj od tych Panów. Z pewnością będzie się działo!
Co się natomiast tyczy połówki od australijskiego Vile Apparition to mamy tu również stary dobry Death Metal, ale ten bardziej gęsty i smolisty brzmieniowo, rejony bliższe takim klasykom jak Incantation, Deicide oraz Suffocation. Też nieźle to poniewiera, ale osobiście w te rejony Metalu Śmierci zapuszczam się nieco rzadziej. Poza jednym własnym kawałkiem zaprezentowali tu cover Defecation "Life on Planet Earth is Fucken Cancerous". Wyszło bardzo przyzwoicie, a przy okazji zespół przypomniał już ten nieco zapomniany utwór z debiutanckiego krążka projektu Mitcha Harrisa z Napalm Death.
Bardzo zwięźle podsumowując, split krótki (niecałe 13 minut), acz treściwy. Takie przypomnienie o sobie od obu zespołów. Wydawnictwo raczej dla tych którzy zbierają materiały od obu kapel lub generalnie co się ciekawego nawinie w ramach Death Metalu.
https://www.facebook.com/incineratorPL/
https://incineratorpl.bandcamp.com
https://www.facebook.com/vileapparition/
https://vileapparition.bandcamp.com
https://www.putridcult.pl/
Co się natomiast tyczy połówki od australijskiego Vile Apparition to mamy tu również stary dobry Death Metal, ale ten bardziej gęsty i smolisty brzmieniowo, rejony bliższe takim klasykom jak Incantation, Deicide oraz Suffocation. Też nieźle to poniewiera, ale osobiście w te rejony Metalu Śmierci zapuszczam się nieco rzadziej. Poza jednym własnym kawałkiem zaprezentowali tu cover Defecation "Life on Planet Earth is Fucken Cancerous". Wyszło bardzo przyzwoicie, a przy okazji zespół przypomniał już ten nieco zapomniany utwór z debiutanckiego krążka projektu Mitcha Harrisa z Napalm Death.
Bardzo zwięźle podsumowując, split krótki (niecałe 13 minut), acz treściwy. Takie przypomnienie o sobie od obu zespołów. Wydawnictwo raczej dla tych którzy zbierają materiały od obu kapel lub generalnie co się ciekawego nawinie w ramach Death Metalu.
https://www.facebook.com/incineratorPL/
https://incineratorpl.bandcamp.com
https://www.facebook.com/vileapparition/
https://vileapparition.bandcamp.com
https://www.putridcult.pl/
piątek, 14 grudnia 2018
Unleashed- The Hunt For White Christ (Napalm Records 2018)
Mimo tego, że zaliczam Unleashed do swojej pierwszej piątki, a obecnie to już chyba nawet trójki (min. za niebywałą konsekwencję i wierność stylowi) Szwedzkiego Death Metalu, to mimo jako takiego śledzenia ich wydawnictw, to od czasów "Midvinterblot" nie kupiłem żadnej ich płyty. Ostatnio jednak niesiony falą sentymentu i odświeżania sobie ich starych wydawnictw pokusiłem się o zaopatrzenie się w ich najnowszy krążek "The Hunt For White Christ". Chciałem zobaczyć jak to sobie Johnny i spółka poczynają. Nie zaskoczyli mnie, ale i nie zawiedli. Przekonałem się co do pewnej rzeczy jeżeli chodzi o ich twórczość. Unleashed praktycznie od swoich początków wierni są wykonywanej przez siebie sztuce, nie schodzą z obranej niegdyś ścieżki, nie eksperymentują (w ich przypadku nie jest to wcale potrzebne), zawsze serwują przynajmniej dobry album. Wiadomo czego się po nich spodziewać, kto jak kto, ale oni lipy nie odstawią. I co ważne, jeżeli chodzi o tą ścisłą czołówkę Szwedzkiego DM, są jedną z tych grup które nie naznaczyły się stygmatem Sunlight i wyszły z tego obronną ręką. W obecnej chwili mam wrażenie, że sporo osób nie zdaje sobie sprawy z faktu, iż tak naprawdę to jeśli mówimy o najważniejszych ze starej gwardii tej sceny to twardo na posterunku stoją chyba tylko Grave, At the Gates i właśnie Unleashed. Reszta zmieniła styl, szyld, albo po prostu wykruszyła się.
Wróćmy jednak do najnowszej płyty. Cóż, na pierwsze wrażenie to rzecz jasna mamy do czynienia z klasycznym Unleashed, kolejny solidny album w wypracowanym przez wiele lat stylu. Już po pierwszych dźwiękach otwierającego "Lead Us Into War" wiadomo, że będzie dobrze. Potem już tylko utwór tytułowy oraz "Stand Your Ground" utwierdzają nas w tym przekonaniu. Marszowo- piłujący "By the Western Wall" też sroce spod ogona nie wypadł i przypomina to co od dawna w zespole najlepsze. Są okazjonalne akustyki, przyzwoite solówki. Z nimi jak z AC/DC czy niegdyś Motorhead, wiadomo, że dostanie się kawał muzyki jakiego się od nich oczekuje. Rzecz jasna, nie znajdzie się tu momentu przy którym można popaść w zachwyt, czy muzycznego podmuchu urywającego łeb. To już chyba nie te czasy. To w sumie jest jedyny minus, ale nawet nie wiem czy do końca można to tak nazwać. Ważnym jednak jest, że wciąż do Unleashed można wracać po solidną dawkę Śmierć Metalowej Szwecji, gdy inni zawiodą. To zdaję się nigdy nie ulegnie zmianie, a "The Hunt For White Christ" tylko mnie w tym dodatkowo utwierdza.
Wróćmy jednak do najnowszej płyty. Cóż, na pierwsze wrażenie to rzecz jasna mamy do czynienia z klasycznym Unleashed, kolejny solidny album w wypracowanym przez wiele lat stylu. Już po pierwszych dźwiękach otwierającego "Lead Us Into War" wiadomo, że będzie dobrze. Potem już tylko utwór tytułowy oraz "Stand Your Ground" utwierdzają nas w tym przekonaniu. Marszowo- piłujący "By the Western Wall" też sroce spod ogona nie wypadł i przypomina to co od dawna w zespole najlepsze. Są okazjonalne akustyki, przyzwoite solówki. Z nimi jak z AC/DC czy niegdyś Motorhead, wiadomo, że dostanie się kawał muzyki jakiego się od nich oczekuje. Rzecz jasna, nie znajdzie się tu momentu przy którym można popaść w zachwyt, czy muzycznego podmuchu urywającego łeb. To już chyba nie te czasy. To w sumie jest jedyny minus, ale nawet nie wiem czy do końca można to tak nazwać. Ważnym jednak jest, że wciąż do Unleashed można wracać po solidną dawkę Śmierć Metalowej Szwecji, gdy inni zawiodą. To zdaję się nigdy nie ulegnie zmianie, a "The Hunt For White Christ" tylko mnie w tym dodatkowo utwierdza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














