sobota, 3 września 2016

Manowar- Into Glory Ride (Megaforce Records 1983)

Manowar, zespół, który na ogół się hejtuje, wyśmiewa lub autentycznie lubi i szanuje. Ja szczerze przyznam się do bycia w tej drugiej grupie. Niewątpliwie są grupą oryginalną, z pomysłem na siebie już od samych początków, zespołem konsekwentnym i szczerym w swoim heavy metalowym rzemiośle.
"Into Glory Ride" z 1983 to płyta należąca do tzw. klasyki w ich dorobku. Zasłynęła dzięki temu, że kontrakt na jej wydanie został podpisany ich własną krwią. Zespół chciał tym gestem podkreślić swoje zaangażowanie i oddanie sprawie. Album był ponowną próbą zaistnienia po nieudanym odezwie na mimo wszystko całkiem niezły debiut. Zespół postawił wszystko na jedną kartę i tym razem się udało.


Płytę otwiera chwytliwy, ale odrobinę płasko brzmiący "Warlord", za nim następuje epicki "Secrets of Steel". Nie dość, że Eric daje tu popis swoich możliwości wokalnych to i swoje pięć minut ma tu każdy z pozostałych muzyków. Ross wychodzi z bardzo ciekawym, dając się zapamiętać riffem, Joey popisuje się fajnym basowym pseudo solo na początku utworu, a Scott udowadnia, że opowiadania o jego mocarnym uderzeniu nie są tak całkiem wyssane z palca. Potem następuję mój faworyt czyli "Gloves of Metal". Co z tego, że tekst nieco prościacki i naiwny. Jest mocny, przebojowy refren, świetna solówka Rossa i rozpoznawalny motyw przewodni. Do tego kawałka nakręcony był też teledysk, mocno kiczowaty, ale ma swój klimacik. Wiadomym jest, że image zespołu inspirowany był poniekąd "Conanem Barbarzyńcą" i członkowie grupy kreowali się na wojowników metalu, odzianych w skóry zwierząt, ćwieki, wymachujący orężem. W tym video, ów wizerunek okazał się w pełnej krasie.


Co dalej na płycie, czwartą kompozycją jest "Gates of Valhalla". Nastrojowy początek, a potem rozpędzona końcówka. Dobry kawałek, ale szału nie ma. No i teraz zaczyna się słabsza część płyty. "Hatred" w ogóle do mnie nie przemawia. "Revelation (Death's Angel)" to taka sobie szybsza kompozycja, która nie daje się zapamiętać na dłużej, a zamykający "March for Revenge (By the Soldiers of Death)" to taki mniejszy i słabszy braciszek tytułowego utworu z debiutanckiej płyty. Może i nie byłby taki zły gdyby nie refren, no nie podszedł mi niestety.
Reasumując płyta ma swoje bardzo dobre, wyróżniające ją momenty, ale i te słabe, jest stosunkowo nierówna. Niemniej jednak nie jest pozbawiona pewnego klimatu i otoczki kojarzącej się ze starą fantastyką. Nic tylko sięgnąć po książkę Howarda czy Moorcocka, a w tle odpalić sobie niniejszy album.
Poniżej posiadane przeze mnie wydanko tejże płyty we wznowieniu z Geffen, jakoś z początku lat 90-tych.