Ostródzki Marhoth... Grupa o której chyba mało kto już pamięta, a szkoda. Istnieli na scenie w latach 1992-98 i mimo rozmów, planów i prób nie udało im się nagrać pełnego albumu. Ekipę od początku prześladował jakiś pech w tej kwestii. Jednakże zespół zostawił po sobie dwa bardzo dobre, klimatyczne dema- "Wolfmoon" (1995) oraz "Szkarłatna Kropla Rosy" (1996). Te dwa materiały, na trzech nośnikach wznowiło Witches Sabbath cztery lata temu. I tu należy im się szacunek za przypomnienie o Marhoth, bo zespół w żaden sposób nie zasługuje, aby pogrzebała go historia.
Oba dema utrzymane są niemal w bliźniaczym klimacie. Różnią się odrobinę brzmieniem (oba są typowo dla demówek surowe, ale robi to odpowiedni, piwniczny klimat) oraz tym, że dwójeczka jest z polskimi tekstami. Black Metal w wykonaniu Marhoth najbliższy jest temu co zaprezentował Behemoth na "From the Pagan Vastlands" oraz "Sventevith" z domieszkami starego Immortal, naszego Sacrilegium, czy też North. A i lirycznie jest zdecydowanie bardziej pogański, mistyczny, niżeli diabelski. W każdym razie zionie od tego esencja naszego krajowego BM połowy lat 90-tych. Jest to styl i brzmienie totalnie charakterystyczne dla naszej rodzimej sceny tamtych konkretnych lat. Uważam, że Marhoth powinno być wymieniane zaraz obok tych najważniejszych nazw, bo mimo stosunkowo niewielkiego dorobku, totalnie na to zasługuje. Już za sam wkład w budowę tego typowo polskiego Black Metalu.
Zanim zespół się rozpadł wraz z North oraz Grom znalazł się na splicie "Sovereigns of Northernlands" wydanym w 98' przez Astral Wings oraz wziął udział w płycie "Czarne Zastępy w Hołdzie Kat" wypuszczonej przez Pagan Records. Nagrali swoją wersję "Diabelskiego Domu". Po tym słuch o zespole zaginął. Warto na koniec wspomnieć, że Orias (gitarzysta, wokalista i klawiszowiec Marhoth) udzielał się również w Nox Lunaris, a Thoarinus (perkusista), poza wspieraniem na Oriasa we wspomnianym już zespole, w takich ekipach jak Sacrilegium oraz Christ Agony.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2015. Pokaż wszystkie posty
piątek, 3 maja 2019
wtorek, 7 sierpnia 2018
Aegrus- Devotion for the Devil (Drakkar Productions 2015)
https://soundcloud.com/aegrus-official
https://www.facebook.com/Aegrusofficial/
piątek, 6 lipca 2018
Lucifer- Lucifer I (Rise Above Records 2015)
Z racji tego, że dziś ma premierę krążek "Lucifer II" pozwolę sobie przypomnieć jego poprzednika, debiutancki "Lucifer I", który ukazał się trzy lata temu. Nie mam pojęcia dlaczego do tej pory nie napisałem szerzej o tym zespole, ich płycie, a przyznać muszę, że jest jednym z moich absolutnych faworytów jeżeli chodzi o obecną scenę z pogranicza rocka i metalu.
Wiadomym jest ilu mamy ślepych odtwórców i kopistów z dziedziny tzw. retro rocka. Jeden na drugim trzeciego pogania. Mamy masę bezczelnej zrzynki i istną rewię mody z lat 70tych, czasem kompletnie wyzutą z jakichkolwiek znamion oryginalności. Lucifer od samego początku trzyma się od tego tłumu z daleka. Mimo tworzenia muzyki bardzo silnie zakorzenionej w brzmieniach lat 70tych i 80tych, idzie prężnie swoją własną ścieżką redefiniując tą mroczniejszą stronę rockowej muzyki nadając jej ogromu świeżości i dokładając kolejną cegiełkę do rozwoju stylu, co na dany moment wręcz graniczy z cudem. Na krążku "Lucifer I" ścierają się ze sobą trzy potężne siły wiedzione przez niesamowity wokal Johanny Sadonis- mocny, przeszywający, a jednocześnie aksamitny w tej swojej sile. W ciągu tych 43 minut trwania płyty słyszymy sporo inspiracji pierwszą, trzecią oraz czwartą płytą Black Sabbath (chodzi mi tu o ciężar i wyraźnie odznaczającą się sekcję rytmiczną), wczesnymi dokonaniami Pentagram (zwłaszcza "Relentless"), chwytliwością i rockową energią "Sad Wings of Destiny" oraz "Sin After Sin" Judas Priest oraz mrokiem i riffami, które swoją strukturą puszczają czasem oko do tych znanych z pierwszych dzieł Mercyful Fate. Do tego pojawiające się gdzie nie gdzie nieco maidenowskie solówki. Połączenie bardziej niż dobre, sami przyznajcie. Do tego dochodzi klimat jakim charakteryzowały się te wszystkie płyty, klimat który zespół podkręca jeszcze bardziej, głównie dzięki głosowi i charyzmie swojej wokalistki. Posłuchajcie sobie takich kawałków jak "Abrakadabra", "Purple Pyramid", "Morning Star" czy "Total Eclipse" (ach to przyspieszenie w środku, odlot totalny!) i wszystko będzie jasne. To jest ewidentnie jeden z najlepszych debiutów jakie w życiu słyszałem i z całą stanowczością zalecam sięgnięcie po tę płytę, a potem po jej następczynię, która właśnie wychodzi na światło dzienne. Takie zespoły jak Lucifer BUDUJĄ scenę i mają szansę wyraźnie zapisać się na kartach jej historii. Takich zespołów chce się słuchać i takich nigdy nie jest dość.
https://www.facebook.com/luciferofficial/
Wiadomym jest ilu mamy ślepych odtwórców i kopistów z dziedziny tzw. retro rocka. Jeden na drugim trzeciego pogania. Mamy masę bezczelnej zrzynki i istną rewię mody z lat 70tych, czasem kompletnie wyzutą z jakichkolwiek znamion oryginalności. Lucifer od samego początku trzyma się od tego tłumu z daleka. Mimo tworzenia muzyki bardzo silnie zakorzenionej w brzmieniach lat 70tych i 80tych, idzie prężnie swoją własną ścieżką redefiniując tą mroczniejszą stronę rockowej muzyki nadając jej ogromu świeżości i dokładając kolejną cegiełkę do rozwoju stylu, co na dany moment wręcz graniczy z cudem. Na krążku "Lucifer I" ścierają się ze sobą trzy potężne siły wiedzione przez niesamowity wokal Johanny Sadonis- mocny, przeszywający, a jednocześnie aksamitny w tej swojej sile. W ciągu tych 43 minut trwania płyty słyszymy sporo inspiracji pierwszą, trzecią oraz czwartą płytą Black Sabbath (chodzi mi tu o ciężar i wyraźnie odznaczającą się sekcję rytmiczną), wczesnymi dokonaniami Pentagram (zwłaszcza "Relentless"), chwytliwością i rockową energią "Sad Wings of Destiny" oraz "Sin After Sin" Judas Priest oraz mrokiem i riffami, które swoją strukturą puszczają czasem oko do tych znanych z pierwszych dzieł Mercyful Fate. Do tego pojawiające się gdzie nie gdzie nieco maidenowskie solówki. Połączenie bardziej niż dobre, sami przyznajcie. Do tego dochodzi klimat jakim charakteryzowały się te wszystkie płyty, klimat który zespół podkręca jeszcze bardziej, głównie dzięki głosowi i charyzmie swojej wokalistki. Posłuchajcie sobie takich kawałków jak "Abrakadabra", "Purple Pyramid", "Morning Star" czy "Total Eclipse" (ach to przyspieszenie w środku, odlot totalny!) i wszystko będzie jasne. To jest ewidentnie jeden z najlepszych debiutów jakie w życiu słyszałem i z całą stanowczością zalecam sięgnięcie po tę płytę, a potem po jej następczynię, która właśnie wychodzi na światło dzienne. Takie zespoły jak Lucifer BUDUJĄ scenę i mają szansę wyraźnie zapisać się na kartach jej historii. Takich zespołów chce się słuchać i takich nigdy nie jest dość.
https://www.facebook.com/luciferofficial/
piątek, 8 czerwca 2018
Incinerator/ Profanity Angel- Execration of the Holy Spirit split (Prior Satanae 2018)
Cóż to jest za odjechany split wiedzą wszyscy Ci którym udało się już położyć na nim łapska. Dwie demówki jakże obiecujących, polskich załóg, które swoją sztuką w sposób niemal niedościgniony potrafią przenieść nas do pierwszej połowy lat 90-tych. A tak, nie inaczej! O Epce Incinerator miałem okazję już pisać i zawrzeć w niej wszystko co można o tej grupie w tej chwili powiedzieć. Demo "Death Descend" (2015), chociaż bardziej obskurne i brudne brzmieniowo od "Rotten Flesh Macabre" tylko to wszystko potwierdza. Narodził się nasz polski Cannibal Corpse i to żywcem wyrwany z czasów ich pierwszych dwóch, trzech płyt i to w każdym możliwym aspekcie. No klasa Panowie! Słychać tu też echa starego Death, Grave, czy nawet Carnage. O równie oddany tamtym czasom i estetyce Death Metal u nas trudno. Incinerator uderza w samo sedno tematu i nie bierze jeńców! Tak się powinno czcić dawnych Bogów gatunku!
Co się tyczy Profanity Angel, no wieje tu Black Witchery, Blasphemy czy Archgoat na kilometr. Do tego jest ciężko, mrocznie, smoliście. Podobnie działają u nas Bestial Raids, czy Freezing Blood, a Profanity Angel z "Acts of Desecration and Blasphemy" (2014) można śmiało do tego zacnego grona zaliczyć. Jak na demo brzmi bardzo mocarnie i emanuje niemal wszystkim co najlepsze w Bestialskim Black Metalu (czy też tzw. War Metalu) dolewając do tego wszystkiego Doomwej cieczy. No i wokal, niski, chropowaty, z pogłosem, niczym pomruk potwora z najgłębszych otchłani piekła. Profanity Angel zdają się czuć niczym ryba w wodzie w swoim fachu.
Pragnę też wspomnieć, że bardzo spodobało mi się również zestawienie własnie tych grup, grup które poruszają się po nieco odmiennej od siebie stylistyce. Dzięki temu każdy z materiałów słuchany jest ze stosowną atencją i nie zlewa się tematycznie z poprzednim jakby to mogło mieć miejsce w przypadku dwóch z tej samej niszy. Także reasumując wydawnictwo jak najbardziej godne uwagi i posiadania na półce. Polecam!
poniedziałek, 6 listopada 2017
Mayhem- Live in Leipzig (Obscure Plasma 1993/ Peaceville 2015)
"When it's cold and when it's dark, freezing moon can obsess you!" No kto zadurzony w metalowych wyziewach nie zna tego zawołania? Chyba tylko ktoś kompletnie nie zapędzający się w ekstremalne oblicze tej sztuki. Słowa te rozbrzmiewają na najsłynniejszej koncertówce w dziejach Mayhem- "Live in Leipzig", poświęconej nieodżałowanemu wokaliście z którego ust niegdyś padły. Zatem do rzeczy proszę Państwa.
Złoty okres w historii Mayhem przypada na lata 1989-1991. Wtedy na pokładzie był właśnie Dead, którego wkład w zespół był moim zdaniem nieoceniony, wręcz kluczowy. Chodzi mi tu o pewną aurę którą ze sobą wniósł, której to zespół nie miał wcześniej, ani nigdy później. Miał niesamowitą charyzmę sceniczną, pisał genialne teksty inspirowane jego obsesją w temacie śmierci, Transylwanii i wampirów. To on dał początek wizerunkowi, który towarzyszy Mayhem do dziś.
Wydana oryginalnie w 1993 przez Obscure Plasma "Live in Leipzig" (zapis pochodzi z 1990) jeszcze do niedawna był jedynym oficjalnym materiałem na którym mogliśmy usłyszeć osławionego wokalistę. Oczywiście istniała i nadal istnieje cała masa bootlegów takich jak chociażby niesławny "Dawn of the Black Hearts" do którego wykorzystano fotografię Dead'a, zrobioną przez Euronymousa niedługo po samobójstwie Pelle'go. W chwili obecnej Peceville postarał się o oficjalne wydanie prawie wszystkich zarejestrowanych koncertów Mayhem, które miały miejsca podczas ich krótkiej trasy w 1990 roku (wyszły kapitalnie, z resztą zerknijcie na zdjęcia). Jakiś tłumów na gigach Mayhem w tamtym czasie nie było, ludziska nie walili drzwiami i oknami, ale były to niewątpliwie wyjątkowe wydarzenia. Strój Dead'a cuchnął rozkładem, a on sam ciął się w trakcie koncertu nożem, czy stłuczonymi butelkami, lub też dźgał nim świńskie łby przytargane przed koncertem z jakieś ubojni. Obaj z Euronymousem nosili tzw, corpsepaint, byli jednymi z pierwszych na ekstremalnej scenie, którzy zaczęli to praktykować, za ich przykładem niebawem poszło niemal całe grono muzyków którzy formowali Black Metalową scenę. Klimat występów Mayhem z tamtego czasu można przynajmniej w części poczuć na tej właśnie koncertówce. To właśnie tu możemy podziwiać w pełnej krasie osobliwe wokale jakimi władał Dead, miały w sobie coś totalnie niezwykłego i obłąkańczego. Jakość tego nagrania może jakoś specjalnie nie powala (chociaż i tak jak na warunki w których powstało i było rejestrowane jest naprawdę dobrze), ale przecież nie o to tu chodzi. Jest to zapis historyczny, ma głęboki poza muzyczny wymiar, to pomnik tamtych czasów oraz świadectwo fenomenu jakim było wtedy i jest obecnie Mayhem.
"Liepzig! Come on, join us! Pure fucking armageddon!"
Złoty okres w historii Mayhem przypada na lata 1989-1991. Wtedy na pokładzie był właśnie Dead, którego wkład w zespół był moim zdaniem nieoceniony, wręcz kluczowy. Chodzi mi tu o pewną aurę którą ze sobą wniósł, której to zespół nie miał wcześniej, ani nigdy później. Miał niesamowitą charyzmę sceniczną, pisał genialne teksty inspirowane jego obsesją w temacie śmierci, Transylwanii i wampirów. To on dał początek wizerunkowi, który towarzyszy Mayhem do dziś.
Wydana oryginalnie w 1993 przez Obscure Plasma "Live in Leipzig" (zapis pochodzi z 1990) jeszcze do niedawna był jedynym oficjalnym materiałem na którym mogliśmy usłyszeć osławionego wokalistę. Oczywiście istniała i nadal istnieje cała masa bootlegów takich jak chociażby niesławny "Dawn of the Black Hearts" do którego wykorzystano fotografię Dead'a, zrobioną przez Euronymousa niedługo po samobójstwie Pelle'go. W chwili obecnej Peceville postarał się o oficjalne wydanie prawie wszystkich zarejestrowanych koncertów Mayhem, które miały miejsca podczas ich krótkiej trasy w 1990 roku (wyszły kapitalnie, z resztą zerknijcie na zdjęcia). Jakiś tłumów na gigach Mayhem w tamtym czasie nie było, ludziska nie walili drzwiami i oknami, ale były to niewątpliwie wyjątkowe wydarzenia. Strój Dead'a cuchnął rozkładem, a on sam ciął się w trakcie koncertu nożem, czy stłuczonymi butelkami, lub też dźgał nim świńskie łby przytargane przed koncertem z jakieś ubojni. Obaj z Euronymousem nosili tzw, corpsepaint, byli jednymi z pierwszych na ekstremalnej scenie, którzy zaczęli to praktykować, za ich przykładem niebawem poszło niemal całe grono muzyków którzy formowali Black Metalową scenę. Klimat występów Mayhem z tamtego czasu można przynajmniej w części poczuć na tej właśnie koncertówce. To właśnie tu możemy podziwiać w pełnej krasie osobliwe wokale jakimi władał Dead, miały w sobie coś totalnie niezwykłego i obłąkańczego. Jakość tego nagrania może jakoś specjalnie nie powala (chociaż i tak jak na warunki w których powstało i było rejestrowane jest naprawdę dobrze), ale przecież nie o to tu chodzi. Jest to zapis historyczny, ma głęboki poza muzyczny wymiar, to pomnik tamtych czasów oraz świadectwo fenomenu jakim było wtedy i jest obecnie Mayhem.
"Liepzig! Come on, join us! Pure fucking armageddon!"
wtorek, 25 lipca 2017
Behemoth- Thy Winter Kingdom promo rehearsal 1993/ ...From The Pagan Vastlands adv. III demo '93 (Witching Hour 2015)
Wreszcie nadszedł czas żeby co nieco skrobnąć o tym niesamowitym, wręcz nostalgicznym wydawnictwie. W 2015 Witching Hour wydało na świat, w formie 2- płytowej kompilacji, stare materiały Behemoth z prób oraz pierwotne wersje utworów znanych min. z dema "...From the Pagan Vastlands" oraz częściowo z epki "...And the Forests Dream Eternally". Zarówno "Thy Winter Kingdom promo rehearsal" jak i "...From the Pagan Vastlands adv. III demo", bo o tak zatytułowanych taśmach będzie mowa, były wypuszczone w bardzo małej liczbie kopii przez co zaległy w odmętach czasu będąc materiałami do tej pory nieosiągalnymi. Z tego co mi wiadomo rozeszły się tylko po bliskich znajomych zespołu oraz niektórych zinach i tyle o nich słyszano. Wtedy jeszcze w składzie Behemoth figurował dopiero co skaptowany Frost oraz Orcus (i tylko tutaj można usłyszeć całą czwórkę grającą razem). Teraz, dzięki tym płytom (wyszła także wersja winylowa) można doświadczyć tego jak kształtowała się niegdyś muzyka Behemoth "od kuchni", jak brzmieli poza studiem i poza sesjami do oficjalnie wydanych materiałów, jak formowały się kawałki których ostateczne wersje słyszeliśmy na wspomnianym demie i epce. Ciekawą ewolucję przeszedł tu zwłaszcza "Moonspell Rites" oraz "Thy Winter Kingdom, który nawet zagrany wolniej nie traci nic ze swojego uroku. Od razu powiem, że nie ma tu miejsca na rozkminianie brzmienia, umiejętności itd. Tutaj liczy się klimat i duch, pasja i oddanie. Dźwięki totalnie niedoskonałe, pełne błędów i niedociągnięć, jakościowo niekiedy ciężkie do strawienia (zwłaszcza rehearsal "Thy Winter Kingdom", wokal kompletnie nieczytelny), ale jakże prawdziwe i oddane wykonywanej wtedy sztuce. To jest totalnie bezcenne, a dzięki takim białym krukom można w pełni to wszystko odczuć! Niesamowita podróż w przeszłość naszej Black Metalowej sceny!piątek, 19 maja 2017
Hellias- Closed in a Fate Coffin/ Noc Potępienia (Thrashing Madness Productions 2015)
Mówisz Thrashing Madness i już wiesz, że będzie dobrze i z dbałością o każdy szczegół. Jak wiadomo wydawnictwo słynie z przypominania starych, autentycznie świetnych, a niestety odrobinę zapomnianych, dem oraz albumów naszego rodzimego, metalowego podziemia przełomu lat 80-tych i 90-tych. I rzecz jasna robi to diabelnie dobrze. Dwa lata temu wypuścili na światło dzienne debiut, oraz poprzedzającą ten materiał EPkę, krakowskiego Hellias (niby materiał był już wznawiany jakoś w 2004, ale bez bonusów i nie w tak wypasionej formie). Są to materiały, które z pewnością warto było odkopać i przypomnieć wszystkim metalowym maniakom, zarówno tym którzy zdążyli odrobinę o nich zapomnieć, jak i tym którzy jeszcze się z nimi nie zetknęli.Jak najbardziej trafionym pomysłem było zestawianie ze sobą na jednym cd EPki oraz pełnego albumu. Dzięki temu mamy tu szansę usłyszeć jak kształtowała się thrash metalowa sztuka jaką para się Hellias. "Noc Potępienia" (1988) to surowy, obskurny materiał, ale za to jak niesamowicie kipiący energią, nieokiełznaną dzikością i pasją do grania. Każdy z kawałków to istna thrashowa chłosta wypluwająca rozwścieczone riffy wraz z każdym smagnięciem gitarowego bata! Przebija się z owych dźwięków przede wszystkim niemiecka szkoła spod znaku Destruction czy Kreator. Słychać w tym nawet echa naszego Kata z okresu debiutu (kluczowa jest tu zwłaszcza "Wyrocznia") oraz "Oddechu Wymarłych Światów". Z kolei debiutancki, wydany trzy lata później, "Closed in a Fate Coffin" odrobinę hamuje na rzecz bogatszych kompozycji, instrumentalnych dodatków czy nawet ballad ("Sentence of..."). Mimo wszystko to i tak kawał solidnego thrashu, tyle, że bardziej wysublimowanego i nieco lepiej brzmiącego niż ten z "Nocy Potępienia". Widać tu, iż zespół zaczynał szukać na tym albumie swojego własnego charakterystycznego stylu. Na finał, jako bonus, dostajemy nagrania koncertowe z 88'. Mają one, jakby nie patrzeć, przeogromną wartość historyczną, pełne różnorakich niedoskonałości, słabo brzmiące, ale zachowujące magię tamtych dni i niepowtarzalny klimat, a to coś absolutnie bezcennego.
Co się tyczy samej formy wydania, to powodów do narzekań brak, jak z resztą sugeruje sam początek tej recenzji, a do zachwytów całe mnóstwo. Dostajemy bowiem booklet wypełniony całą masą archiwalnych fotografii zespołu oraz obszerny wywiad przeprowadzony przez Wojciecha Lisa specjalnie na potrzeby tego wydawnictwa. Całość poligrafii jest laminowana i wydrukowana w najwyższej jakości i na grubym papierze. Mistrzostwo świata, chyba nikt u nas w kraju nie wydaje płyt z taką dbałością o każdy aspekt danego wydawnictwa.
Podsumowanie będzie krótkie, polecam z całą stanowczością bo to kawał historii naszej sceny, granie, mimo tylu lat, wciąż niosące masę energii, inspiracji, a dla wielu niezliczone pokłady wspomnień. Tak właśnie wykuwał się metal w naszej ojczyźnie!
wtorek, 16 maja 2017
Vader- Future of the Past II: Hell in the East (Witching Hour Productions 2015)
Nie jestem i nigdy nie byłem specjalnym zwolennikiem różnego rodzaju tributów i albumów z coverami, niemniej jednak zdarzały się wyjątki jak chociażby w przypadku "Masterpieces" Hammerfall czy "Originators of the Northern Darkness" nagranego w hołdzie Mayhem. Teraz do tej skromnej listy mogę dopisać także drugą część "Future of the Past" Vader, który poświęcony jest przede wszystkim grupom thrash oraz death metalowym z naszego podziemia (poza czeskim Krabathorem) przełomu lat 80tych i 90tych.Już pierwsze co rzuca się na uszy podczas odsłuchu płyty to fakt, że Vader nie odegrał po prostu tych kawałków, a tchnął w nie swoje własne brzmienie i styl, jednocześnie nie pozbawiając tych utworów ich oryginalnego ducha i wydźwięku. Nabrały nowej jakości i mocy, a co za tym idzie słucha się tego z piekielną przyjemnością i ochotą na więcej. Mi najbardziej podobało się jak załoga Vader zagrała "Ostatniego Diakona" Exorcist, "Sen Schizofrenika' Marikza de Sade oraz "Necromaniac" Thanatos. Co tu dużo mówić, no jest moc i widać, że zespół włożył w te covery mnóstwo pracy i serca, a tak znamienite grupy jakich utwory znalazły się na tym krążku zostały należycie uhonorowane. Tak właśnie należy to robić!
Wydanie takiej płyty ma też swój ważny i zasadniczy plus, zwrócenie uwagi na naszą dawną scenę podziemną i jej zespoły, przypomnienie ich dokonań, dem oraz albumów autentycznie genialnych, a które popadły nieco w zapomnienie. O takich zespołach jak Merciless Death, Exorcist, Slashing Death, Slaughter, Imperator oraz całej reszcie trzeba pamiętać, kultywować ich dziedzictwo bo to istotny i niesamowicie ważny element historii kształtowania się metalowej sztuki w naszym kraju, a takie płyty jak ta przyczyniają się do tego aby tak właśnie było.
Wydawniczo także wyszło solidnie, i poza ciekawą i odnoszącą się do pierwszej części "Future of the Past" grafiką, dostajemy opasły booklet z archiwalnymi zdjęciami i notkami biograficznymi każdego z zespołów których kompozycje znalazły się na płycie. Wszystko dopięte na ostatni guzik i nie ma się do czego przyczepić. Ilekroć słucham i spoglądam na owe wydawnictwo to bardzo się cieszę, że dane mi było dorzucić do jego powstania swoje trzy grosze przyczyniając się dzięki temu do powstania tak wartościowej płyty. Wszystkim, którzy jeszcze nie mieli szansy zapoznać się z tym albumem, szczerze polecam!
wtorek, 9 maja 2017
Mgła- Exercises in Futility (Northern Heritage/ No Solace 2015)
Mgła to obecnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych i cenionych black metalowych aktów z naszego kraju. Nie będę czarował, trochę czasu zajęło mi zanim ostatecznie przekonałem się do ich twórczości, zanim w pełni ich doceniłem i autentycznie polubiłem. Przede wszystkim za oryginalność, a co za tym idzie własny, rozpoznawalny styl, niesamowicie profesjonalne podejście do wykonywanej sztuki oraz klimat. Może to i lepiej, że ta recenzja pojawia się właśnie teraz, emocje już opadły i nikt nie posądzi mnie o chęć wstrzelenia się w ogólne zachwyty nad ową płytą haha. Chociaż mówiąc szczerze, faktycznie jest się czym zachwycać."Exercises in Futility" to już trzeci z kolei krążek Mgły i pokuszę się o stwierdzenie, że najbardziej dojrzały. Nie brakuje na nim dosłownie niczego z czego ten zespół słynie, wszystko jest tu misternie dopracowane zaczynając od samych kompozycji na brzmieniu kończąc. Już podczas pierwszego odsłuchu narzuca się charakterystyczny balans jak został tutaj wprowadzony, wszystkie kompozycje są znakomicie zrównoważone, mamy wolniejsze motywy, które po czasie przekształcają się w ciekawe, a za razem nośne galopady nostalgicznych, majestatycznych, i można nawet powiedzieć, że odrobinę melodyjnych, riffów. Pozornie mogą wydawać się proste i niewyszukane, ale należy zwrócić uwagę jak wiele emocji ze sobą niosą, jaką mają moc zagarniania uwagi. No i ta atmosfera, no do tego to już trzeba mieć talent, a załoga Mgły go niechybnie ma. Każda z kompozycji ma tą drugą głębię, gdzieś spod pasaży gitar, wokalu i perkusji wyłania się duch tej sztuki, jakby oddzielna muzyczna ścieżka budzona wraz z dźwiękiem każdej kolejnej kompozycji. Niby jest w tym wszystkim tęsknota, smutek, marność egzystencji, ale ja słyszę także konkretną moc i siłę jaką ta muzyka ze sobą niesie, słychać to z każdym dźwiękiem już od początku płyty. Nie tak dużo grup parających się black metalem potrafi zawrzeć w swoich dziełach tak nieokiełznaną, emocjonalno- klimatyczną bombę z jaką mamy do czynienia w przypadku niniejszego krążka.
Muszę stwierdzić, że nie będę w swojej opinii specjalnie oryginalny, bo tak jak głosi sporo innych recenzentów, to faktycznie jest album doskonały. Tak, tak właśnie jest i nie ma co do tego wątpliwości. "Exercises in Futility" ma w sobie potencjał i charakter, który sprawia, że dane dzieło ma predyspozycje do tego aby stać się ponadczasowym, zaznaczającym wyraźnie swój ślad na kartach przeobszernej historii metalu. Mgła już zawsze gdzieś tam będzie. Uważam, że ten album jakiejkolwiek rekomendacji nie potrzebuje, ta muzyka broni się sama i, co tu dużo mówić, rządzi!
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Vader- Before the Age of Chaos: Live 2015 (Witching Hour 2015)
Niniejszy materiał to zapis specjalnego koncertu Vader, który odbył się w Białymstoku 4 Marca 2015. Zespół zagrał wtedy same stare, klasyczne utwory z dem oraz pierwszych płyt. Czy przebili swoje nagrane do tej pory materiały live? Raczej nie, wciąż "Live in Japan" króluje w tej materii, niemniej jednak ów koncert, zarówno gdy słucha się go w wersji audio czy ogląda (dostajemy zarówno płytkę audio jak i dvd), emanuje niezwykłą aurą. Jakiś specjalnych fajerwerków się tu nie znajdzie, brzmienie też nie powala, ale ma coś w sobie. Vader obudził ducha dawnych dni, przypomniał utwory, które mimo tylu lat, zabrzmiały świeżo i porywająco. Słychać co prawda, że Peter ma już nieco zdarte gardło, no ale z takim stażem na scenie i z tyloma koncertami za sobą to kto by nie miał, lecz mimo wszystko daje radę i świetnie prowadzi to piekielne, death metalowe misterium, nie dając publice wytchnąć ani na moment. Może mało tu dialogu z narodem zgromadzonym pod sceną, ale czy jest to tak mocno potrzebne w nie wiadomo jakiej ilości? Najważniejszy jest generalny kontakt, który jest, i sama sztuka, a tej tutaj pod dostatkiem. Vader ze Spiderem (stale jestem pod wrażeniem solówek Marka, mistrzostwo świata!), Halem i Jamesem w składzie to odrodzona bestia, która łoi aż miło na najwyższych obrotach. Zespół przez niespełna godzinę częstował publikę swą energią, pasją i oddaniem najbrutalniejszym dźwiękom poczynając od otwierającego koncert, niemiłosiernego "The Wrath", przez takie klasyki jak "Final Massacre", "Vicious Circle" czy "Dark Age", kończąc wręcz hymnowym "Necropolis". Brawa należą się także za klimatyczną, grobową scenografię (kto nie widział to ma teraz pretekst aby obejrzeć koncert), która była dopełnieniem tego co działo się na deskach sceny w białostockiej "Zmianie Klimatu".
Niniejsza sztuka może i nie przebiła dotychczasowych osiągnięć Vader jeżeli chodzi o wydawnictwa koncertowe, ale z pewnością zasługiwała na rejestrację i wydanie, przede wszystkim za niecodzienną atmosferę i tak genialne odegranie starych, kultowych utworów, zwłaszcza tych jeszcze z lat 80-tych (Giń Psie!). Jak widać na poniższym zdjęciu Witching Hour dołożyło wszelkich starań aby i wizualna oprawa tego materiału była wyjątkowa, wybór Chrisa Moyena na autora okładki był strzałem w dziesiątkę. Wyszło totalnie!!! Wydawnictwo zaiste godne polecenia, i to nie tylko fanom Vader!
piątek, 7 kwietnia 2017
Armagedon- Dead Condemnation (Carnage Records 1991/ Witching Hour 2015)
Kwidzyński Armagedon to jedna z pereł naszego rodzimego, metalowego podziemia i jedni z prekursorów ekstremalnego grania w naszym kraju. Z przerwami trwają na posterunku już od drugiej połowy lat 80-tych, co jakiś czas racząc nas kolejnymi porcjami swej niemiłosiernej, death metalowej sztuki.Dziś postanowiłem przypomnieć ich trzecie demo "Dead Condemnation" wydane oryginalnie w 1991 przez Carnage Records. Co się wyczynia na tej taśmie to mózg staje, a kopara opada! Owe demko to betoniara do której wrzucono wszystko co najlepsze z chociażby Morbid Angel, Immolation czy Vader, porządnie zmieszano, dodając do tego furię, agresję i niespożytą energię jaką ten zespół się charakteryzuje. Nie ma co owijać w bawełnę, jest to śmierć metal najwyższej próby! "Dead Condemnation" serwuje nam sześć surowo brzmiących hymnów chaosu, które trwają niespełna 17 minut. Krótko, ale co z tego, skoro jakość tego co słyszymy mówi sama za siebie! Znakomita praca perkusji, pełne wściekłości wokale, pierwszorzędne, tnące niczym brzytwa solówki to kwintesencja owego dema. Świetne umiejętności techniczne muzyków i niebanalne, pełne mocy kompozycje, aż prosiły się o szerszy odbiór i uznanie nie tylko na naszym własnym metalowym podwórku. Wieńczący demo "Fate" w którym, mamy nie tylko konkretne łojenie, ale także znakomite, nastrojowe akustyki jest dowodem na potencjał jaki ta grupa miała i nadal ma. Czuć w tym autentyczną pasję i oddanie uprawianej sztuce. Uważam, że zasługiwali na to aby odnieść co najmniej taki sukces jakim może pochwalić się Vader. Mimo upływu tylu lat te kompozycje wciąż brzmią świeżo i inspirująco, czas nie odcisnął na nich swojego piętna, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej uszlachetnił.
Dwa lata temu Witching Hour wznowiło "Dead Condemantion" na kasecie i winylu. Oba wydawnictwa wyszły przednio i w pełni oddają hołd temu znakomitemu materiałowi. Zadbano o każdy szczegół przez co oba formaty będą nie tylko dawać piekielną radość ze słuchania, ale także cieszyć oko i zdobić każdą metalową kolekcję. To demo trzeba mieć bo to czołówka naszej death metalowej sceny początku lat 90-tych. Kawał historii i jeden z najlepszych materiałów polskiego death metalu!
sobota, 18 marca 2017
Damnation- Demo(n)s (Witching Hour 2015)
Jest środek nocy. Blade światło księżyca oświetla stary, zapomniany cmentarz. Gdy zapada zmierzch to miejsce zdaje się ożywać, ale nie jest to życie jakie znamy. Budzą się nieumarli...Kompilacja "Demo(n)s" to nic innego jak dokumentacja początków Damnation zawierająca ich dwa pierwsze dema "Everlasting Sickness" oraz "Forbidden Spaces". Pierwsze z nich, wciąż obskurne, niesamowicie surowe i nieco zamulone, to czysta esencja typowo demówkowej, death metalowej sztuki. Trupi jad po prostu wylewa się z głośników podczas słuchania! To jeszcze nie było to Damnation, które tak dobrze znamy. Na tym materiale zespół dopiero próbował swoich sił w studio, szukał własnego stylu i drogi, którą miałby podążać. Mimo to zawarł na tym demie zalążek swojego diabelskiego, zakorzenionego w oldschoolu stylu, tu padła pierwsza iskra rozniecająca przyszły ogień. Wystarczy posłuchać otwierającego demo niepokojącego i złowieszczego intra po, którym rozpętuje się burza zza grobu w postaci tytułowego "Everlasting Sickness".
Drugi z kolei materiał, czyli "Forbidden Spaces" to już klasa sama w sobie. Powiedziałbym, że to demo to swoiste preludium do debiutanckiego "Reborn..." (z resztą gro utworów z demka pojawiło się ponownie na owym krążku). Mamy tu już zespół dojrzały, z własnym charakterystycznym stylem. Brzmieniowo i kompozycyjnie to także niesamowity progres, czasem ciężko uwierzyć, że to ten sama grupa, zmiany są tak znaczne. Jest potężniej, klarowniej, bardziej esencjonalnie. Nie zapomnę jak usłyszałem basowy pomruk w "Pagan Prayer", no jest moc! Partie gitar to też miazga, zdają się rzeźbić dźwięki z żywych płomieni! Tak właśnie rodził się jeden z klasyków polskiego death metalowego podziemia.
Reedycja tych materiałów w formie cd, którą w 2015 wypuściło Witching Hour nie jest jakaś specjalnie bogata, wydanie jest stosunkowo ubogie, ale nie pozbawione klimatu. Prosi się o nieco więcej, ale chyba chciano specjalnie zachować ową prostotę, aby współgrała z bezkompromisową i surową zawartością płyty. Jeżeli takie było założenie, to jak najbardziej jestem na tak.
W kwestii podsumowania powiem tylko jedno, to trzeba mieć, czy to w wersji kompaktowej czy też pokwapić się o oryginalne wydania na taśmach, ale trzeba. Kawał znakomitego kopiącego zad death metalu, a przy okazji kawał historii!
środa, 8 marca 2017
Eternal Deformity- No Way Out (Temple of Torturous 2016)
Grupa istnieje od 1993 roku i ma obecnie na koncie 6 pełnych albumów. Ich muzyka to znakomita mieszanka avantgardy, doom metalu oraz symfonicznej, bardziej melodyjnej odsłony black metalu. Ich kompozycje zawsze są bogate, pełne różnorodności i ciekawych rozwiązań w obrębie swojej stylistyki, nie brakuje w niej instrumentalnych pasaży czy wokalnej różnorodności. Nudy z pewnością nie da się tu doświadczyć.
"No Way Out" to 6-sty studyjny album Eternal Deformity nagrany w 2015 roku i wydany przez zespół własnym sumptem. Dopiero rok później doczekał się, nazwijmy to, oficjalnego wydania przez szwedzką Temple of Torturous. Krążek ten w pierwszej kolejności zaskakuje swoim autentycznie świetnym, przestrzennym i wyrazistym brzmieniem co uwydatnia wszystkie walory kompozycji zawartych na płycie. Mamy tu nie tylko mocne, mroczne kawałki, z jadowitym, praktycznie black metalowym wokalem przeplatanym także czystym głosem (warto wspomnieć, że mamy tu do czynienia z dwoma wokalistami, co nie często się zdarza), ale i bardzo subtelne utwory, gdzie swoje pięć minut mają klawisze oraz akustyczne wstawki, jak ma to miejsce w chociażby instrumentalnym "Mothman" czy, krótkim otwierającym płytę "I". Za absolutną wizytówkę płyty uważam natomiast "Esoteric Manifesto" oraz zamykający album "Glacier". W tych utworach jest dosłownie wszystko czym zespół się charakteryzuje, a o czym zdążyłem już wspomnieć na początku. Dodam jeszcze, że od 6 minuty "Glacier" mam wrażenie, że słyszę bardzo mocne inspiracje starszym Ulver (przez chwilę), oraz dokonaniami Immortal od "At the Heart of Winter" w górę. W kwestii tych drugich to podobne echa da się zauważyć już w "I". Nie wiem, czy faktycznie tak było, ale pewne podobieństwo słychać. Warto napomknąć, że i wpływy Candlemass da się na tej płycie usłyszeć tu i ówdzie.
Osobna kwestia, to okładka tego wydania płyty. Przykro mi ale tutaj, w moim mniemaniu, nie ma czego zachwalać, niestety. Wersja, którą zrobił sam zespół miała oryginalne logo grupy (nie wiem dlaczego zostało w drugim wydaniu zmienione, niech ktoś mnie oświeci po co taki zabieg) i przede wszystkim klimat odzwierciedlający zawartość krążka. Poniższe wydanie go po prostu nie ma. Mamy wszechobecne piramidy, które niby współgrają z tytułem płyty, ale nie oddają charakteru muzyki. Czarno, srebrno biała szata pierwszej wersji wypełniona zdjęciami starych budynków i podziemi robi o niebo lepsze wrażenie i przede wszystkim współgra z muzyką. Także oprawa graficzna wydania z Temple of Torturous niestety wypada słabo.
Podsumowując, zawartość płyty szczerze polecam dosłownie każdemu fanowi ciężkiego grania. "No Way Out" jest jak dla mnie fenomenalny i nie raz będę do niego wracał. Jeżeli ktoś nie miał do tej pory okazji zapoznania się z twórczością Eternal Deformity to po stokroć zachęcam!
https://www.facebook.com/eternaldeformity/
https://www.last.fm/pl/music/Eternal+Deformity
http://templeoftorturous.com/shop/product_info.php?products_id=463&XTCsid=lpt933b0341jbh8iq75m86u5s2
niedziela, 5 lutego 2017
Necrophobic- The Nocturnal Silence (Black Mark 1993/ Hammerheart Records 2015)
Rok 1993 na mroźnej północy nie był już tak sprzyjający dla death metalowych wydawnictw jak poprzedzające go lata, głównie ze względu na rosnącą w siłę scenę Black Metalową. Niemniej jednak wciąż powstawały płyty autentycznie wybitne, które dopiero po latach doczekały się należnego im wtedy uznania. Jednym z takich dzieł jest niezaprzeczalnie "The Nocturnal Silence" szwedzkiego Necrophobic.Album nagrany został w marcu 1993 roku nie gdzie indziej jak w sztokholmskim studiu Sunlight pod czujnym okiem Tomasa Skogsberga. "The Nocturnal Silence" nie należy może do kamieni milowych gatunku i z pewnością na tamtą chwilę, w generalnym rozrachunku, nie dał rady przebić wydanego w tym samym czasie "The Somberlain", poniekąd bratniego w sztuce, Dissection. Myślę, że spowodowane to było głównie tym, że zespół Nodtveidta, nie tyle co bardziej otwarcie korespondował z rządzącym wtedy Black Metalem, co po prostu miał więcej szczęścia jeżeli chodzi o wydawcę. No Fashion z pewnością poradziła sobie z promocją lepiej od Black Mark (które wydało debiut Necrophobic), której nie udało się specjalnie wypromować żadnej ze swoich grup z wyjątkiem Bathory i może Edge of Sanity.
"The Nocturnal Silence" jest jednym z pierwszych albumów na których Death Metal połączył swe siły z namiastką swojego młodszego i mroczniejszego kolegi (głównie ze względu na wokal), oraz odrobiną melodyjności (solówki Parlanda na tej płycie to czysty geniusz!). Na albumie prym wiodą gęste wysunięte naprzód gitary, które serwują słuchaczowi cały wachlarz niezrównanych riffów, wypełnionych okazyjnymi smaczkami. Wszystko to podparte jest solidną sekcją rytmiczną, , klarownym, dynamicznym brzmieniem, a kropką nad "i" jest wszechobecna, zakorzeniona w mroku atmosfera. Myślę, że gdyby ta płyta ukazała się w bardziej sprzyjającym czasie i warunkach miałby szansę zyskać o wiele większy rozgłos i uznanie, na jakie autentycznie zasługiwała. Kunsztem kompozytorskim i niepodważalnym talentem Panowie z Necrophobic, a zwłaszcza Parland (często zastanawiam się jak daleko Necrophobic mógłby zajść gdyby nie opuścił grupy), wcale nie ustępują tuzom z Entombed, Dismember czy właśnie Dissection. "The Nocturnal Silence" niewątpliwie znajduje dla siebie miejsce wśród tych albumów z których szwedzka scena powinna być dumna. W tym przypadku jakakolwiek rekomendacja jest zbyteczna, tą płytę trzeba znać!środa, 25 stycznia 2017
Blasphemy- Fallen Angel of Doom (Wild Rags 1990/ Nuclear War Now! 2015/ Evil Dead 2017)
"Fallen Angel of Doom" zaliczam osobiście do najbardziej ekstremalnych, mrocznych i przesiąkniętych stęchlizną zła albumów jakie kiedykolwiek zrodziła metalowa scena (zaraz obok dwóch pierwszych krążków Abruptum, debiutu Deicide oraz "The Oath of Black Blood" Beherit). Przez ok. 30 lat istnienia, Blasphemy wydało tylko jedno demo i dwa albumy studyjne (koncertówek itd. nie liczę), a mimo to przylgnął do nich status zespołu kultowego. W sumie nie ma zdziwienia, ich bezkompromisowa mieszanka Black i Death Metalu o wyraźnie diabelskim zabarwieniu powiązana z niesławnym Ross Bay Cult zrobiła swoje.
Wydany w 1990 roku "Fallen Angel of Doom" był płytą, która zdobyła sobie rzesze fanów na całej podziemnej scenie metalowej i to praktycznie z marszu. Wg. danych Wild Rags sprzedało kilka tysięcy egzemplarzy płyty w samej Europie! Oczywiście z samą wytwórnią to były przeboje, nie tylko Blasphemy miało z nimi problemy. Najnormalniej w świecie nie płacili zespołom lub wysyłali kwoty nie współmierne do tego co na grupach zarobili. Po niedługim czasie zniknęli z wydawniczego podwórka i tyle ich widziano. No dobra, ale nie o nich teraz mówimy. Zespół zaklął w krążku wściekłe, ciężkie, tnące riffy, galopującą sekcję rytmiczną oraz niskie warczące wokale brzmiące niczym jakaś bestia z samych czeluści podziemnego świata. Dopełnieniem tych potępieńczych dźwięków są piekielne, bluźniercze liryki oraz surowe, zaśniedziałe brzmienie (podobno zespół nie był z niego zadowolony, jako że w studio efekt był z goła inny, jakimś dziwnym cudem wyszło jak wyszło, dla słuchaczy raczej na plus). W tamtym czasie taki materiał to było łupnięcie, i jeszcze ta okładka! Niby minimalistyczna, ale wymowna do bólu. Przedstawiony na niej strzelający z łuku Baphomet stał się niemal tak samo rozpoznawalny jak kozioł z okładki pierwszej płyty Bathory.Blasphemy swoją pierwszą płytą niewątpliwie stało się wzorcem dla zespołów parających się najbardziej brutalnymi i ekstremalnymi odmianami Death i Black Metalu. Swoim bezkompromisowym podejściem do tematu i niewydumaną acz bijącą w pysk muzyką zaskarbili sobie szacunek sceny po dziś dzień. "Fallen Angel of Doom" to jeden z kamieni milowych mrocznej sztuki i trzeba, a przynajmniej wypada go znać, jakby nie było kawał historii.
W ostatnich latach Nuclear War Now! zapewniło kilka wznowień tej płyty zarówno na winylu jak i cd, każde prezentuje się wybornie z dbałością o każdy szczegół. Wydania na czarnym krążku zaopatrzone były w dodatkowe bonusy w postaci chociażby plakatów. Pod reedycją z NWN znajduje się najnowsze wznowienie na cd z ramienia malezyjskiej Evil Dead Production. Chociaż skromne, to wydane nieco bardziej pomysłowo- z dwiema wersjami okładki i ładną, laminowaną poligrafią. Nic tylko brać i zasilać nimi kolekcję!
poniedziałek, 23 stycznia 2017
Dismember- Like An Everflowing Stream (Nuclear Blast 1991/ Hammerheart 2015)
Z marszu i bez ogródek mówię, że dla mnie ta płyta to pieprzony majstersztyk! Osobiście uważam ją za najlepszą jaką w kwestii śmierć metalu wydała na świat szwedzka scena (zaraz obok Merciless- "The Awakening")! Schodząc teraz na pułap obiektywizmu jest to album, który do spółki z "Left Hand Path" Entombed bez wątpienia zdefiniował brzmienie szwedzkiego death metalu."Like An Everflowing Stream" był nie tylko jedną z ważniejszych płyt w gatunku jakie ukazały się w 1991 roku, ale także pierwszą tak ważną dla, wtedy jeszcze raczkującej, Nuclear Blast. Szef wytwórni Markus Staiger po przesłuchaniu dema "Reborn in Blasphemy" dostał fioła na punkcie grupy i robił wszystko aby podpisać z nimi kontrakt. Aż żal bierze, że takie wytwórnie jak Peaceville czy Earache nie miały ochoty poświęcić Dismember nawet chwili, cóż z pewnością później mocno tego żałowały.
Album został zarejestrowany w studiu Sunlight w ciągu 12 dni marca 1991. Wiadomym jest, że duży wpływ miało na zespół Entombed, ale to co Dismember pokazało na swoim debiucie, jest dokładnie tym czego brakowało ich kolegom na "Left Hand Path". Chodzi tu o pokłady agresji i bezpośredniego podejścia do wykonywanej sztuki, mniej kombinowania, a więcej mięcha i mocy. Nie da się ukryć, że sekcja gitar jest na tym krążku najważniejsza, gęste, mocarne, wysunięte na przód wiosła niewątpliwie dominują, a sekcja rytmiczna nadaje całemu dziełu tak charakterystycznej dla Dismember chwytliwości. Na tej płycie znalazła się kompozycja, która tak na prawdę jest kwintesencją tego zespołu. Mowa tu oczywiście o "Dismembered"! Znakomite połączenie melodii i rasowego, death metalowego łojenia! Warto także wspomnieć kawałek "Sickening Art" zawierający pierwiastki tego co w całej krasie zostało rozwinięte na "Massive Killing Capacity", czyli połączenie death metalu i heavy metalowej motoryki. Co się natomiast tyczy okładki, komentarz zbędny, czysta poezja (Necrolord rządzi po kres czasu!)!"Like An Everflowing Stream" był ogromnym sukcesem zarówno dla Nuclear Blast jak i samego Dismember. Zaowocowało to dużym zainteresowaniem metalowych mediów (i nie tylko, wiecie co mam na myśli ;) ) oraz trasą u boku takich potęg jak Obituary, Napalm Death czy nawet nasz rodzimy Vader. Ta płyta zapewniła Dismember miejsce wśród najlepszych i zyskała status jednego z niedoścignionych klasyków gatunku!
Poniżej przedstawiam drugą już reedycję tego albumu w barwach Hammerheart Records. Praktycznie niczym nie różni się od pierwszej edycji. Wykonana na wzór pierwszego wydania, jest trochę fotek, są teksty, skromnie, ale solidnie. Jak ktoś nie ma ciśnienia na bicie z Nuclear Blast to śmiało może zainwestować. Szczerze polecam!
środa, 4 stycznia 2017
Christ Agony- Epitaph of Christ (Carnage Records 1992/ Witching Hour 2015)
Na swoim drugim demie Christ Agony zaczęli już powoli wypływać na szersze wody i definiować swój styl oraz brzmienie. Materiał po raz kolejny nagrano w olsztyńskim Pro Sound. Tym razem, w stosunku swego poprzednika "Sacronocturn", jakość uległa znacznej poprawie (nadal jest surowo i obskurnie jak to na demo przystało, ale to już nie to co było wcześniej). Jest potężniej, a całość sekcji instrumentalnej jest bardziej zwarta. Zmieniły się także wokale Cezara, które przybrały postać death metalowego growlu, zastępując burczenie z poprzedniej taśmy. Zespół, w myśl zasady z "Sacronocturn", zaserwował schemat złożony z czterech rozbudowanych utworów.Zarejestrowany w marcu 1992 "Epitaph of Christ" zaczął budować już niebawem tak rozpoznawalny styl z jakiego zasłynął zespół. W kompozycjach sporo się dzieje, nie ma tu oklepanych struktur. Obecna jest różnorodność melodyjnych, acz posępnych riffów oraz zmian tempa (górują średnie oraz wolne). Z resztą nie ma co się specjalnie dziwić. Przybranie takiego właśnie kierunku lepiej buduję atmosferę i pewny rytualny charakter utworów, co jest jedną z cech charakterystycznych rzemiosła Christ Agony. Każdy opus z niniejszego dema sączy mrok i jad, a całość otula piwniczne, zaśniedziałe brzmienie. Tworzy to niezaprzeczalnie niesamowity klimat.
Niniejszy materiał demo, wydany z początku własnym sumptem, szybko został dostrzeżony przez Carnage Records i wydany na profesjonalnej taśmie, co pozwoliło zaistnieć zespołowi w nieco szerszych kręgach. Poniżej przedstawiłem kompaktową reedycję tego materiału jaką rok temu popełniło Witching Hour Productions (dostępna jest także wersja winylowa i kasetowa, podobnie ma się sprawa z "Sacronocturn" o którym nie dawno pisałem). Wznowienie zrobione jest z dbałością o każdy szczegół, mamy teksty, są archiwalne fotografie oraz nowa szata graficzna prezentująca się o wiele okazalej od oryginału.
W kwestii podsumowania, krótko i zwięźle. Ten materiał nie potrzebuje specjalnego zachwalania, to już poniekąd klasyka i nieodłączny element historii naszej polskiej metalowej sceny. Trzeba mieć, a przynajmniej znać! Tyle w temacie.
piątek, 30 grudnia 2016
Iron Maiden- The Book of Souls (Parlophone 2015)
Zespół legenda, 41 lat na scenie i mimo tak znacznego stażu nie zwalniają. Wciąż raczą nas płytami, nieustannie koncertują, trudno o drugi zespół, który byłby w takiej znakomitej formie jak oni i wciąż trzymał tak wysoki poziom.
"The Book of Souls" jest już 16 albumem studyjnym w dorobku Iron Maiden i śmiem twierdzić, że obok "Brave New World" najlepszym jaki nagrali w ciągu ostatnich 24 lat. To już tyle czasu, tyle znakomitych wydawnictw, można pomyśleć, że przy takim układzie nie ma już szans na dzieło wybitne, a oni nagrywają coś takiego, dla mnie to niesamowite, i wręcz nieprawdopodobne. Nieustannie przenoszą swoją muzykę w kolejne dziesięciolecia stale zachowując świeżość i serwując tą samą energię, którą zarażali fanów w latach 80-tych. Na płycie znajdują się przede wszystkim długie, rozbudowane i ambitne kompozycje, ale jest też miejsce dla bardziej klasycznych struktur. Już sam fakt, że zespół zafundował nam dwupłytowy album trwający ponad półtorej godziny jest zwiastunem czegoś wyjątkowego.
Nie chcę rozwodzić się nad każdym utworem, a uwierzcie, że każdy ma coś do zaoferowania i zasługuje na uwagę, także jak to zwykłem robić, wyszczególnię te, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Na pierwszy ogień idą najbardziej zwięzłe i nośne kompozycje czyli singlowy "Speed of Light" (uwielbiam to echo w refrenie!) nawiązujący mocno do klasycznych maidenowskich brzmień i struktur, oraz melodyjny, także nadający się na singiel "When the River Runs Deep". Kolejne perły tego wydawnictwa to już konkretne, długie i bogate utwory. Moim absolutnym faworytem jest tu "The Red and the Black". Sekcja rytmiczna jest tu istną poezją, chciałbym kiedyś doświadczyć tego kawałka na żywo. Słuchając go momentami przypomina się nieśmiertelny "The Clansmen" z płyty "Virtual XI". Kolejny wybór padł na zwieńczający ten materiał, prawie 20- minutowy "Empire of the Clouds". No to już jest wyższa szkoła jazdy i autentyczny kunszt! Utwór otwiera ujmująca, zagrana na fortepianie melodia, która przewija się przez jakiś czas przez cały utwór. Jest tu mnóstwo zmian tempa, ciekawych wstawek, nawet instrumenty smyczkowe znalazły dla siebie miejsce. Jednym słowem szacun! Warto jeszcze wspomnieć o "Tears of a Clown", dedykowanym pamięci Robina Williamsa, oraz "Shadows of the Valley" w którym zespół puszcza oko do fanów otwierając utwór zagrywką łudząco przypominającą tą z "Wasted Years". Rzecz jasna utwory o których tu nie wspomniałem wcale nie ustępują reszcie, to także kawał znakomitego grania, po prostu nie zachwyciły mnie w tak znaczącym stopniu jak wymienione powyżej.
Bardzo podoba mi się szata graficzna którą przygotował na tą płytę Mark Wilkinson. Okładka może jest odrobinę minimalistyczna, ale za to w środku już na bogato. Booklet posiada dodatkowe, kolorowe grafiki Eddiego, którym tym razem wcielił się w coś na kształt majańskiego wojownika. Całość wkładki stylizowana jest na starą księgę. Na każdej stronie, w tle tekstów, widnieją klimatyczne grafiki związane z motywem przewodnim tej płyty. Jednym słowem jest na czym zawiesić oko.
Nagraniem takiego krążka jakim jest "The Book of Souls" Iron Maiden dali do zrozumienia, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Są żywym przykładem na to, że chcieć znaczy móc, i że upływ czasu nie ma tu nic do gadania. Mistrzostwo!
"The Book of Souls" jest już 16 albumem studyjnym w dorobku Iron Maiden i śmiem twierdzić, że obok "Brave New World" najlepszym jaki nagrali w ciągu ostatnich 24 lat. To już tyle czasu, tyle znakomitych wydawnictw, można pomyśleć, że przy takim układzie nie ma już szans na dzieło wybitne, a oni nagrywają coś takiego, dla mnie to niesamowite, i wręcz nieprawdopodobne. Nieustannie przenoszą swoją muzykę w kolejne dziesięciolecia stale zachowując świeżość i serwując tą samą energię, którą zarażali fanów w latach 80-tych. Na płycie znajdują się przede wszystkim długie, rozbudowane i ambitne kompozycje, ale jest też miejsce dla bardziej klasycznych struktur. Już sam fakt, że zespół zafundował nam dwupłytowy album trwający ponad półtorej godziny jest zwiastunem czegoś wyjątkowego.
Nie chcę rozwodzić się nad każdym utworem, a uwierzcie, że każdy ma coś do zaoferowania i zasługuje na uwagę, także jak to zwykłem robić, wyszczególnię te, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Na pierwszy ogień idą najbardziej zwięzłe i nośne kompozycje czyli singlowy "Speed of Light" (uwielbiam to echo w refrenie!) nawiązujący mocno do klasycznych maidenowskich brzmień i struktur, oraz melodyjny, także nadający się na singiel "When the River Runs Deep". Kolejne perły tego wydawnictwa to już konkretne, długie i bogate utwory. Moim absolutnym faworytem jest tu "The Red and the Black". Sekcja rytmiczna jest tu istną poezją, chciałbym kiedyś doświadczyć tego kawałka na żywo. Słuchając go momentami przypomina się nieśmiertelny "The Clansmen" z płyty "Virtual XI". Kolejny wybór padł na zwieńczający ten materiał, prawie 20- minutowy "Empire of the Clouds". No to już jest wyższa szkoła jazdy i autentyczny kunszt! Utwór otwiera ujmująca, zagrana na fortepianie melodia, która przewija się przez jakiś czas przez cały utwór. Jest tu mnóstwo zmian tempa, ciekawych wstawek, nawet instrumenty smyczkowe znalazły dla siebie miejsce. Jednym słowem szacun! Warto jeszcze wspomnieć o "Tears of a Clown", dedykowanym pamięci Robina Williamsa, oraz "Shadows of the Valley" w którym zespół puszcza oko do fanów otwierając utwór zagrywką łudząco przypominającą tą z "Wasted Years". Rzecz jasna utwory o których tu nie wspomniałem wcale nie ustępują reszcie, to także kawał znakomitego grania, po prostu nie zachwyciły mnie w tak znaczącym stopniu jak wymienione powyżej.
Bardzo podoba mi się szata graficzna którą przygotował na tą płytę Mark Wilkinson. Okładka może jest odrobinę minimalistyczna, ale za to w środku już na bogato. Booklet posiada dodatkowe, kolorowe grafiki Eddiego, którym tym razem wcielił się w coś na kształt majańskiego wojownika. Całość wkładki stylizowana jest na starą księgę. Na każdej stronie, w tle tekstów, widnieją klimatyczne grafiki związane z motywem przewodnim tej płyty. Jednym słowem jest na czym zawiesić oko.
Nagraniem takiego krążka jakim jest "The Book of Souls" Iron Maiden dali do zrozumienia, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Są żywym przykładem na to, że chcieć znaczy móc, i że upływ czasu nie ma tu nic do gadania. Mistrzostwo!
czwartek, 15 grudnia 2016
Throneum- CACOMetamorphoseN EP (Witching Hour 2015)
Throneum po raz kolejny otwiera wrota chaosu, które poprzedza ostra woń siarki. Ten zespół nigdy nie kłaniał się żadnym modom, nie kombinował tylko łoił równo w swoim wypracowanym death/ black metalowym stylu. Tym razem jednak uraczył nas czymś w pewnym sensie odmiennym. Na niniejszy mini album składają się cztery kompozycje zatytułowane kolejno Metamorphose I, II, III oraz IV. To konkretne surowe granie bez jakichkolwiek kompromisów. Teksty bazują na fragmentach "Metamorfoz" Owidiusza, stąd takie właśnie tytuły. Całość jest stylistycznie mocno spójna i tak naprawdę każda metamorfoza to ta sama jazda wśród mroku i ogni piekielnych. Słychać, że jest to kawał dobrego oldschoolowego grania, jednakże produkcyjnie niestety ta epka leży. Wokale znikają gdzieś w tle, a mocno obskurnie brzmiąca perkusja wysunięta jest na pierwszy plan. Coś tu niestety nie wyszło, aczkolwiek nie przeczę, że komuś może taki zabieg przypaść do gustu. No mnie, przykro mi, nie przekonał i wręcz przeszkadza w odbiorze tego materiału.
Throneum to już weterani naszej sceny i mogą poszczycić się naprawdę zacnym dorobkiem, lecz tym razem odnoszę wrażenie, że coś nie wypaliło. Gdyby nie ta produkcja to mógłby to być naprawdę kawał solidnego, bezkompromisowego death/ black metalu, a tak pozostaje pewne rozczarowanie i niedosyt. Fani Throneum z pewnością zapoznali się z tym materiałem, co się tyczy reszty, ten kto jeszcze nie słyszał niech sam zadecyduje. Mi, pomimo ogromnego szacunku to tej grupy, produkcja kompletnie zdewastowała odsłuch przez co nie mogę wyrazić pozytywnej opinii, a uwierzcie, że bardzo bym chciał bo te kompozycje na to zasługują.
Tak na marginesie, i na plus, fajnie wydana ta epka. Pamiętam jak kiedyś kupowałem single Iron Maiden wydane na cd w podobny sposób. Prosta forma, ale zawsze dobrze się prezentuje.
Throneum to już weterani naszej sceny i mogą poszczycić się naprawdę zacnym dorobkiem, lecz tym razem odnoszę wrażenie, że coś nie wypaliło. Gdyby nie ta produkcja to mógłby to być naprawdę kawał solidnego, bezkompromisowego death/ black metalu, a tak pozostaje pewne rozczarowanie i niedosyt. Fani Throneum z pewnością zapoznali się z tym materiałem, co się tyczy reszty, ten kto jeszcze nie słyszał niech sam zadecyduje. Mi, pomimo ogromnego szacunku to tej grupy, produkcja kompletnie zdewastowała odsłuch przez co nie mogę wyrazić pozytywnej opinii, a uwierzcie, że bardzo bym chciał bo te kompozycje na to zasługują.
Tak na marginesie, i na plus, fajnie wydana ta epka. Pamiętam jak kiedyś kupowałem single Iron Maiden wydane na cd w podobny sposób. Prosta forma, ale zawsze dobrze się prezentuje.
sobota, 3 grudnia 2016
Cradle of Filth- Hammer of the Witches (Nuclear Blast 2015)
Natchniony dziś poniekąd przez swoją drugą połówkę udałem się na lokalne stoisko płytowe i kompletnie tego wcześniej nie planując zakupiłem ostatnie dzieło Cradle of Filth. No traf chciał, że z pośród innych, które brałem pod uwagę padło akurat na nią. Niby przymierzałem się do tego albumu już w ubiegłym roku, ale jakoś rozeszło się po kościach. Od tamtego czasu słyszałem tu i ówdzie bardzo pochlebne opinie na jego temat, że wrócili tą płytą do dawnych czasów, generalnie cud, miód i orzeszki. Cóż, po przesłuchaniu wiem, że nie było w tym nic na wyrost, a zakupu nie żałuję ani trochę. Cradle of Filth faktycznie nawiązali na krążku "Hammer of the Witches" do najlepszych lat swojej twórczości. Kto nie pamięta jak w latach 90-tych magazyny muzyczne wychwalały pod niebiosa debiut, "Dusk..." oraz epkę "Vempire" i jak wielu ludzi autentycznie zasłuchiwało się w te wydawnictwa. Na niniejszej płycie znów dała się usłyszeć ta niegdyś utracona chwała.
Po diametralnej zmianie składu (obecnie jedynym oryginalnym członkiem jest sam Dani) w zespół wstąpiły nowe siły, nowa iskra, która zaowocowała najlepszym ich albumem od wielu lat. W dużym stopniu powróciła dawna magia obecna na pierwszych płytach grupy. Mamy tu elementy wściekłości i mroku z "Principle of Evil Made Flesh" oraz niesamowitą atmosferę, gotycki klimat i symfonikę obecną na "Dusk and Her Embrace". Dani znów sięgnął do swoich niegdyś charakterystycznych wysokich wrzasków, przeplatanych złowieszczymi, niżej osadzonymi wokalami. Co się tyczy samych utworów. Naprawdę ciężko jest wybierać tu jakieś kawałki wiodące. Płyta jest bardzo równa i praktycznie rzecz biorąc nie ma tu słabych numerów. Aczkolwiek z pewnością po pierwszym przesłuchaniu zapadają w pamięć takie kompozycje jak rozpoczynający płytę"Yours Immortally" (następujący po posępnym intrze niczym z filmu osadzonego w mrokach Transylwanii), rozbudowany (od razu zaznaczę, że nużących i niepotrzebnych dłużyzn na tej płycie nie ma), bogaty w zmiany tempa i klimatu "Deflowering The Maidenhead. Displeasuring the Goddess", czy wręcz przebojowy "Blackest Magick in Practice". Płyta autentycznie mnie wciągnęła i nieprzerwanie słuchałem jej do końca z rozdziawioną japą. Może ktoś pomyśli, że przesadzam, ale dla mnie "Hammer of the Witches" udowodnił, że Cradle of Filth nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i są w stanie wykrzesać z siebie ten ogień, który wydawał się już przeszłością.
Rzecz jasna grupa ma tak samo wielu entuzjastów, jak i tych którzy wieszają na nich psy. Cóż, nie każdemu musi się podobać, ale jedno jest pewne, czy się lubi czy nie, nie można im odmówić kunsztu instrumentalnego i oryginalności, nawet biorąc pod uwagę te słabsze i mało udane albumy z poprzednich lat. Po tym co zaserwował mi "Hammer of the Witches" z ciekawością spoglądam na poczynania Cradle of Filth i czekam na kolejną płytę. Mam nadzieję, że ten przypływ nowej energii nie zgaśnie, zespół ponownie uraczy nas przynajmniej równie udanym dziełem, a obecny tu powrót do korzeni nie będzie tylko chwilową zajawką. Szczerze polecam!
Po diametralnej zmianie składu (obecnie jedynym oryginalnym członkiem jest sam Dani) w zespół wstąpiły nowe siły, nowa iskra, która zaowocowała najlepszym ich albumem od wielu lat. W dużym stopniu powróciła dawna magia obecna na pierwszych płytach grupy. Mamy tu elementy wściekłości i mroku z "Principle of Evil Made Flesh" oraz niesamowitą atmosferę, gotycki klimat i symfonikę obecną na "Dusk and Her Embrace". Dani znów sięgnął do swoich niegdyś charakterystycznych wysokich wrzasków, przeplatanych złowieszczymi, niżej osadzonymi wokalami. Co się tyczy samych utworów. Naprawdę ciężko jest wybierać tu jakieś kawałki wiodące. Płyta jest bardzo równa i praktycznie rzecz biorąc nie ma tu słabych numerów. Aczkolwiek z pewnością po pierwszym przesłuchaniu zapadają w pamięć takie kompozycje jak rozpoczynający płytę"Yours Immortally" (następujący po posępnym intrze niczym z filmu osadzonego w mrokach Transylwanii), rozbudowany (od razu zaznaczę, że nużących i niepotrzebnych dłużyzn na tej płycie nie ma), bogaty w zmiany tempa i klimatu "Deflowering The Maidenhead. Displeasuring the Goddess", czy wręcz przebojowy "Blackest Magick in Practice". Płyta autentycznie mnie wciągnęła i nieprzerwanie słuchałem jej do końca z rozdziawioną japą. Może ktoś pomyśli, że przesadzam, ale dla mnie "Hammer of the Witches" udowodnił, że Cradle of Filth nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i są w stanie wykrzesać z siebie ten ogień, który wydawał się już przeszłością.
Rzecz jasna grupa ma tak samo wielu entuzjastów, jak i tych którzy wieszają na nich psy. Cóż, nie każdemu musi się podobać, ale jedno jest pewne, czy się lubi czy nie, nie można im odmówić kunsztu instrumentalnego i oryginalności, nawet biorąc pod uwagę te słabsze i mało udane albumy z poprzednich lat. Po tym co zaserwował mi "Hammer of the Witches" z ciekawością spoglądam na poczynania Cradle of Filth i czekam na kolejną płytę. Mam nadzieję, że ten przypływ nowej energii nie zgaśnie, zespół ponownie uraczy nas przynajmniej równie udanym dziełem, a obecny tu powrót do korzeni nie będzie tylko chwilową zajawką. Szczerze polecam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































