Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1989. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1989. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 sierpnia 2017

Running Wild- Death or Glory (Noise Records 1989/ 2017)

Bez wątpienia jest to najlepszy album niemieckich prekursorów tzw. pirate metalu, spierać się nie ma sensu bo to arcydzieło nie tylko, nowo powstałego wtedy "gatunku", ale po prostu ogólnie pojętego heavy metalu. Album wypełniony jest po brzegi niesamowitymi riffami, masą wspaniałych, zapadających w pamięć melodii i świetnych tekstów. W swoim czasie było to niewątpliwie oryginalne i wyróżniające się granie. Klimat jaki tworzą "Evilution", "Running Blood" i "Battle of Waterloo" (konkurować z nim może tylko "Treasure Island" z płyty "Pile of Skulls") to kolejna cecha na plus. Jest podniosły, majestatyczny, a jednocześnie pełen mocy. Pamiętam jak kiedyś wracając skądś pks-em słuchałem tej płyty, a za oknem zachodziło słońce, niebo skąpane było w czerwonej poświacie, powoli nastawał mrok. Soundtrackiem do tego zjawiska było intro do "Evilution". Wciąż gdy słyszę ten utwór mam przed oczami ten obraz, coś niesamowitego. Kompozycje takie jak nieśmiertelny, koncertowy hymn "Riding the Storm", "Marooned", "Tortuga Bay" czy "Bad to the Bone" to już konkretne, szybkie i melodyjne galopady w których nie sposób nie śpiewać razem z zespołem, klasyka w ich dorobku. Alubum pomimo tylu już lat od nagrania nie starzeje się ani trochę.
Rok w którym ukazał się "Death or Glory" to szczyt popularności Running Wild i najlepszy skład, którym dysponował Rolf, na basie był wciąż Jens Becker (obecnie od dawna w Grave Digger), na drugiej gitarze Majk Moti, a za garami Iain Finlay. Wtedy też dawali najlepsze koncerty. Drobną tego namiastką jest nagranie jednego z występów w niemieckim klubie, które był niejako rozgrzewką przed pełną trasą. Materiał ten ukazał się na kasecie VHS ("Death or Glory Tour"), a w chwili obecnej krąży też na dvd jako bootleg. Dziwi mnie bardzo, że pomimo swojej popularności na przełomie lat 80-tych i 90-tych nigdy nie koncertowali poza Europą. Płyta "Death or Glory" nie tylko ponowiła sukces "Port Royal", ale przerosła go dwukrotnie osiągając 100 tys. sprzedanych egzemplarzy albumu w samych Niemczech, a 2 mln. na całym świecie stając się running-wildowym bestsellerem.
Jak sami widzicie, wyrażam się o tej płycie w samych superlatywach. Inaczej być nie może, bo po prostu uwielbiam ten album, nie powiem i nie dam powiedzieć o nim złego słowa. Młodym słuchaczom, którzy dopiero przymierzają się do Running Wild polecam zacząć właśnie tutaj, "Under Jolly Roger", chociaż przełomowy i równie udany, zostawcie sobie na potem.
Przedstawiona poniżej, tegoroczna reedycja, tak oczekiwana, niestety w moich oczach nie do końca sprostała wyzwaniu. Poza naprawdę bardzo dobrym brzmieniem, co jest głównym powodem dla którego warto to mieć, oraz bonusowym dyskiem z epką "Wild Animal" i dwoma podrasowanymi oryginałami z 2003 roku (po co to było to nie wiem) niespecjalnie ma się czym pochwalić. W porównaniu z tym jak Noise wydał reedycje Kreator (pomijam tu okładki o które wszyscy mają ból dupy) i Celtic Frost, Running Wild wypada nieco blado. Co prawda są ciekawe liner notes, jest co poczytać, ale poza tym cieniutko, tekstów utworów brak jakby się ktoś pytał. Zdjęcia zawarte w booklecie to nic ponad to co można znaleźć w internecie lub wersji winylowej albumu. Sam digipak (bo nie digibook) też jakiś biednawy i mało solidny. W skali szkolnej dałbym temu wydaniu 4/6, jest po prostu dobrze i nic ponadto, a zgodzicie się, że płyty Running Wild, zwłaszcza te klasyczne zasługują na wyjątkowe potraktowanie. Ani nie odradzam zakupu, ani specjalnie nie polecam owego wznowienia. Pewnym jest, że nie są adekwatne do swojej wysokiej ceny.


sobota, 5 sierpnia 2017

Blind Guardian- Follow the Blind (No Remorse 1989/ EMI 2007)

Wczesne albumy niemieckiego Blind Guardian to perfekcyjna mieszanka power, speed oraz thrash metalu z nieznacznymi, progresywnymi naleciałościami. Coś jakby wrzucić do jednego kotła takie grupy jak chociażby Testament, Metallica, Fates Warning, Forbidden, Iron Maiden czy Helloween i porządnie zamieszać. Zespołowi w swojej dziedzinie udało się stworzyć coś totalnie oryginalnego i niepodrabialnego, ich stylu i brzmienia nie da się pomylić z nikim innym, przynajmniej ja tak uważam. Ma w tym także spory wkład nietuzinkowa barwa głosu Hansiego Kurscha, oraz osadzona w fantastyce warstwa tekstowa (zwłaszcza w świecie stworzonym przez Tolkiena).
Nagrany w 1989 "Follow the Blind" jest naturalną, ale dojrzalszą i wyraźnie dopracowaną kontynuacją debiutanckiego "Battalions of Fear". Powstał album cięższy, bardziej agresywny (bardziej thrashowy od swojego poprzednika), dopracowany brzmieniowo i co więcej wprowadzający do historii grupy dwa nieśmiertelne klasyki z ich repertuaru, mianowicie "Banish from Sanctuary" oraz potężna "Valhalla" (w której gościnnie wystąpił na gitarze i wokalu sam Kai Hansen), utwory, które zespół grywa na koncertach regularnie po dziś dzień. Uważam, że i podniosły, a jednocześnie bardzo nośny i epicki "Hall of the King", także zasługuje tu na wyróżnienie. Największym atutem "Follow the Blind" jest ewidentnie bardzo solidna, mocna sekcja rytmiczna oraz fenomenalna praca gitar (solówki jak i same riffy takie, że klękajcie narody, po prostu porywające!). Płyta godna polecenia każdemu maniakowi metalowej klasyki lat 80-tych, oraz niemieckiej sceny metalowej tamtych lat. Obok Running Wild, Warlock i Helloween to dla mnie absolutny top.
Tak jak pierwszemu albumowi towarzyszyła konkretna trasa koncertowa, tak promocja "Follow the Blind" o dziwo ograniczała się tylko do regularnych, pojedynczych koncertów. Grupa znacznie więcej czasu poświęcała wtedy na próby i prace nad kolejnym materiałem. Po ukazaniu się winylowej wersji albumu zespół został poproszony o nagranie bonusowych kompozycji na kompaktową wersję płyty. Jako, że nie mieli żadnych utworów pozostałych z sesji, postanowili nagrać dwa covery. Tak oto na krążku znalazły się ich dobrze znane wersje kawałków Demon "Don't Break the Circle" oraz "Barbara Ann" zespołu The Regents.
Teraz kilka słów odnośnie przedstawionej poniżej reedycji. Wszystko byłoby super, serio, gdyby nie zwalony remastering. Czasem takie zabiegi wychodzą dobrze i płyta autentycznie zyskuje nową jakoś, ale w tym przypadku nie udało się tego osiągnąć. Brzmienie jest tu nieco płaskie, pozbawione pewnej głębi i niesamowicie sterylne, aż sztuczne. Oczywiście da się tego słuchać, ja jakoś z braku wybujałej wybredności daję radę, po czasie człowiek przywyka, ale w konfrontacji z oryginałem sprawa wypada naprawdę kiepsko. Jedynymi elementami, które ratują to wydanie to jego forma wizualna oraz ciekawe liner notes, zarówno od dziennikarzy muzycznych, jaki i samego zespołu. Niewiele, no ale zawsze to jakiś pozytyw. Jak jest szansa to zalecam sięganie po starsze wydania, pozwoli to w pełni delektować się tym genialnym materiałem.



czwartek, 20 lipca 2017

Holy Battalion- Cosmic War/ Breaking the Face (Thrashing Madness 2010)

Kolejna zapomniana już ekipa z naszego podziemia przełomu lat 80-tych i 90-tych. Holy Battalion ze Sławna, bo o nich tu będzie mowa, wykonywał bardzo poprawny, chociaż nieco chaotyczny, thrash. Zespół miał na koncie tylko 3 materiały demo, pełnego albumu niestety się nie doczekali. Dwa pierwsze demka, które są tu głównym rozkładem jazdy, czyli "Cosmic War" oraz "Breaking the Face" są względem brzmienia praktycznie bliźniacze lub przynajmniej takiemu faktowi bliskie. Nie słychać tu w tej kwestii znaczącego progresu. W obu przypadkach mamy brzmienie dosyć toporne, dalekie od doskonałości, surowe, szorstkie (jak na demo przystało) i w tym przypadku śmiem twierdzić, iż nie do końca działające na korzyść samych kompozycji. Materiał z obu dem jest nieco połamany, sporo się tu dzieje, ale wisi nad tym wszystkim jakiś nieokreślony chaos, podczas słuchania mam wrażenie, że zagrany jest na ogromnym spontanie, ale czasem aż za bardzo, przez co można mieć wrażenie pewnych wykonawczych niedociągnięć/ bałaganu. No, ale może w tym jest metoda, taki urok i zero dyskusji. Zdaję sobie sprawę, że spokojnie znalazły by się osoby, które nie podzieliłyby tego zdania, cóż, takie moje subiektywne odczucia. Niemniej jednak udało mi się wyłapać w dwóch utworach bardzo ciekawe, czy świadome- nie wiem, odnośniki do poza thrashowej, metalowej klasyki w postaci NWOBHMowego Blitzkrieg ("March") czy Celtic Frost (początek "The Temple") wplecione w thrashowe metalowe łojenie w bardzo misterny sposób. Zamieszczone tu jako bonus demo "Mr. Dolly" z 1994 to już widoczny krok naprzód zarówno w brzmieniu jak i samych utworach, o wiele więcej tu świeżości i bardziej dojrzałego technicznie grania, ale wciąż nie do końca porywającego.
Podsumowując, jakoś specjalnie Holy Battalion mnie nie zauroczył. Nie są to złe materiały, skąd, daleki jestem od takiej opinii, ale giną momentalnie w natłoku innych znacznie lepszych i bardziej oryginalnych (chociażby wplatające już w swą sztukę death metal, grające po sąsiedzku Slaughter z Koszalina, czy, jeszcze wtedy, słupski Betrayer). To po prostu dobre, żywiołowe, thrashowe granie bez specjalnych fajerwerków. Dla miłośników takiego właśnie grania jak i naszego undergroundu będzie to z pewnością niezła gratka i kolejny interesujący element historii naszej sceny. Co się tyczy samego wydania, to jak to już zwykłem mawiać, logo Thrashing Madness to wystarczająca rekomendacja, jednak płyta pochodzi z czasów kiedy owe krakowskie wydawnictwo wypuszczało cd jeszcze nieco skromniejsze, ale już wieszczące przyszły patos. Dla fanów tematu, pozycja warta polecenia.


środa, 5 lipca 2017

Candlemass- Tales of Creation (Music for Nations 1989)

Długi czas nie potrafiłem wybrać swojej ulubionej płyty z dorobku Candlemass (niesamowicie trudna sprawa, bo każda jest autentycznie świetna), a to raz szala przechylała się na rzecz "Nightfall", raz na "Ancient Dreams" aby w końcu zatrzymać się przy "Tales of Creation". Jest to chyba obecnie najmniej doceniana płyta "wynalazców" Doom Metalu z pośród ich czterech klasycznych wydawnictw, a moim zdaniem najbardziej dojrzała, najbardziej dopracowana i zbalansowana w zestawieniu z trzema poprzednimi, notabene genialnymi albumami.
W swoim czasie sławę przyniosły zespołowi "Epicus, Doomicus, Metallicus", który momentalnie zwrócił na siebie uwagę metalowej braci, oraz "Nightfall" po wydaniu, którego o Candlemass pisała już cała prasa w temacie, zbierali same pozytywne recenzje, a co za tym idzie koncertów nie brakowało. "Ancient Dreams" już tak nie zachwycił krytyki, opinie były tu różne (zachodzę w głowę dlaczego), ale już w tamtym czasie zespół zdążył zbudować sobie liczną i wierną grupę fanów. Rok 1989 przynosi "Tales of Creation" o którym dziś mowa. Album ponownie odzyskał pole utracone nieco poprzednią płytą, ponownie krytyka wypowiadała się w samych superlatywach, a grupa była wciąż u szczytu swojej popularności dzieląc deski scen min. z Motorhead, King Diamond, Savatage, Liege Lord czy Europe.
Leif Edling wspomina, że prace nad konceptem "Tales of Creation" zaczęły powstawać jeszcze za czasów Nemesis, w latach 1984-85, ale nie zostały wtedy ukończone. Wraz z nadejściem czwartego albumu pomysł znów powrócił i doczekał się realizacji. Wspomniałem wcześniej, że uważam ów album za najbardziej zbalansowany jeżeli chodzi o klasykę Candlemass. Zawiera wyraźnie równą dawkę utworów nieco szybszych oraz tych wolnych walcowatych, a za razem epickich z jakich zespół słynie najbardziej, zamiast zatapiać się przede wszystkim w transowych odmętach wolnych kompozycji. Jeżeli chodzi o te bardziej energetyczne numery to mamy tu genialny "Dark Reflections" (mój faworyt z całego dorobku Candlemass, niesamowicie porywający, ciary i co tylko), szarżujący (!), instrumentalny "Into the Unfathomed Tower" oraz dwa nieco wolniejsze, ale o konkretnym miarowym tempie, "Under the Oak" (klasa!) oraz "A Tale of Creation" (poziom epickości sięgnął tu zenitu). Pozostała część materiału to wolne majestatyczne kompozycje utrzymane w typowym dla zespołu ponurym, refleksyjnym, acz podniosłym klimacie. Tak oto dostajemy płytę doskonałą. Nawet brzmienie jest najbardziej dopracowanym spośród dorobku szwedów z Marcolinem na pokładzie (pomijam tu rzecz jasna "Candlemass" bo ciężko w tym przypadku dokonywać porównania ze względu na zbyt duży odstęp czasowy), jest klarowne i mocne co w takim graniu jest swoistą kropką nad "i".
Uważam, że "Tales of Creation" w pełni ukazuje, iż kultowy status jakim grupa może się poszczycić jest w pełni zasłużony. Jest to dzieło, którego nie trzeba polecać, a które najzwyczajniej trzeba znać. Kanon Doom Metalowej sztuki i perła w koronie Candlemass!


niedziela, 2 lipca 2017

Pascal- Agonia/ Bad Omen (Thrashing Madness 2017)

Kolejna perła z naszego metalowego podziemia, i kolejny, ogromny potencjał który przeszedł bez należytego uznania i echa. Mowa tu o warszawskim, thrash metalowym Pascal. Ostatnio Thrashing Madness wznowiło wszystkie materiały demo oraz debiut tej grupy wzbogacając je o bonusowe materiały oraz opasłe booklety z ogromem fotek i konkretną ilością czytadła. Dziś na pierwszy ogień pójdą "Bad Omen" (1989) oraz "Agonia" (1990), niby nagrania zawierające w połowie te same utwory, a zasadniczo się od siebie różniące.
"Bad Omen" jest surowy, szorstki w brzmieniu, okraszony bardziej złowieszczymi, nienawistnymi wokalami gitarzysty grupy, wtedy także wokalisty, Roberta Wieczorka. Jest w tym więcej żywiołu, bardziej prostolinijnego podejścia wykonawczego. Pascal serwują nam thrash najwyższej próby i na bardzo wysokim poziomie. Słychać, że panowie zasłuchiwali się w takich grupach jak Sodom, Metallica czy Destruction, dodając do tego nieco technicznego sznytu, który w pełni rozpostarł swoje skrzydła na "Agonii". No właśnie, "Agonia". Debiutancki materiał popchnął wszystko naprzód. Wydaje się, że to właśnie tu Pascal określi własne "ja". Nagrał płytę, moim zdaniem, o doskonałym jak na tamte czasy i możliwości brzmieniu, w znanych już kompozycjach uwydatniła się ich energia i lekko zawiła struktura, urozmaicona zmianami temp i melodii. Muzycy pokazali kunszt i autentyczny progres, już sam utwór "Egzystencja" może o tym świadczyć, czy też nowe propozycje w postaci "Pascal" i dwu częściowego, instrumentalnego "Agonia". Mamy tu mnóstwo świetnych pomysłów i przede wszystkim znakomitego gitarowego łojenia. Istotną zmianą był też nowy wokalista w osobie Artura Stepniewskiego, którego wokal bardzo podobny jest do tego którym dysponuje Grzegorz Kupczyk z Turbo. Apropo Turbo, to co muzycznie, a i wokalnie zawarł Pascal na "Agonii" ma pewne wspólne mianowniki z "Ostatnim Wojownikiem" Turbo czy chociażby debiutem Wilczego Pająka, co daje pewien obraz jak ta warszawska załoga brzmiała.
Bez wątpienia oba nagrania pokazały klasę zespołu, a z pewnością jego oryginalny charakter i talent w wykonywanej muzyce. To kolejny przykład jak świetną mieliśmy scenę, a jak mało szans aby te wszystkie autentycznie znakomite zespoły mogły konkretnie zaistnieć i dać się poznać szerszemu gronu metalowych maniaków. Jak najbardziej polecam każdemu kto jeszcze nie miał styczności z twórczością Pascal, a fanom thrashu zalecam z marszu sięgnąć po płytę, nie będziecie zawiedzeni, gwarantuję!



czwartek, 29 czerwca 2017

Silence- The Last Warrior (demo 1989/ Thrashing Madness 2014)

W latach 1988-89 istniał twór o nazwie Silence. Obecnie chyba kompletnie zapomniany zespół. Grupa w pewnym sensie powstała na zgliszczach Merciless Death (późnej rzecz jasna reaktywowanego) z inicjatywy perkusisty grupy- Gustawa, którego min. wspomógł w tej inicjatywie Żaku, także były muzyk Merciless Death przejmując wokal i bas. Na gitarach cięli Robert Kuraj i Piotr Sawinda. W takim oto składzie nagrali demo "The Last Warrior". Poza dodanym na niniejszej płycie instrumentalnym kawałku z próby to jedyny znany materiał tej załogi.
"Ostatni Wojownik" serwuje nam prostą, surową dawkę speed/ thrash metalu w tradycyjnym stylu. Silence koła tu nie odkryli. Była pasja i chęć do grania to grali, i rzecz jasna robili to dobrze. Problem w tym, że nie było to nic specjalnie wyróżniającego się na tle innych naszych grup parających się wtedy thrashem. No i gdzieś Silence w tym wszystkim przepadło, nie pomógł temu fakt, iż już w drugiej połowie 89' Żaku odchodzi do Egzekuthor, po czym zespół zawiesza działalność. Najciekawszym utworem jest tu moim zdaniem "Dzwon Bije Dla Mnie". Bardzo nośny kawałek, którego warto sobie posłuchać jako próby tego co Silence miało na "The Last Warrior" do zaproponowania.
Co się tyczy samego wydania to już rozpisywać się nie będę, bo nazwa Thrashing Madness mówi już wszystko. Co prawda, tym razem wkładka jest nieco skromniejsza, ale to dlatego, że zapewne nie zachowało się tak wiele materiałów dotyczących grupy. Mamy tu garść fotografii, teksty oraz krótką notkę biograficzną. Całość zdobią wspaniałe i bardzo klimatyczne grafiki namalowane przez samego wydawcę Leszka Wojnicza- Sianożęckiego.
Dla osób mocno zainteresowanych naszym metalowym podziemiem przełomu lat 80-tych i 90-tych, pozycja obowiązkowa i zaiste godna polecenia.


środa, 22 marca 2017

Merciless- Realm of the Dark/ Behind the Black Door (bootleg)

Wreszcie jakiś miły człowiek pokusił się o wydanie demówek szwedzkiego Merciless na cd. Nie wiem dlaczego nie miało to do tej pory miejsca oficjalnie, bo to co dziś przedstawiam to bootleg, przecież to legendarne, miażdżące i przełomowe dla szwedzkiego death metalu materiały! Dobra, zostawmy frustrację w temacie na boku i przejdźmy do rzeczy.
Nagrane w 1987 roku "Behind the Black Door" to same początki Merciless. Zespół grał wtedy intensywny thrash inspirowany takimi zespołami jak Kreator czy Sodom dodając do tego także zapatrzenie we wczesne dokonania Bathory. A jak pięknie słychać Slayera z czasów "Show No Mercy"! Kawałek "Satanic Slaughters" jest najlepszym tego przykładem, "Metal Storm/ Face the Slayer" po prostu się kłania. Gdy materiał się ukazał był wtedy z pewnością dziełem w jakimś stopniu przełomowym, na pewno przeskoczyli nim dokonania Mefisto oraz Obscurity po których nie było już śladu. Co się tyczy "Realm of the Dark"... To już jest klasa sama w sobie! Jak dla mnie jest to niezaprzeczalnie najlepsza i najważniejsza demówka dla szwedzkiego death metalu (ocena czysto subiektywna). Było tam już wszystko z czego Merciless zasłynęli i to właśnie na niej wyrobili swoją niepowtarzalną, agresywną hybrydę thrash i death metalu. Brzmieniowo posunęli sprawę niebotycznie w odniesieniu do poprzedniego dema, a swoistą wisienką na tym śmiercionośnym torcie był wokal Roggi, który dołączył do zespołu zaraz po opuszczeniu go przez Kallego. "Realm of the Dark" szturmem zdobyło ówczesną scenę, a taśmy śmigały pocztą po całym świecie. W tamtym czasie na szwedzkim podwórku rządzili niepodzielnie będąc ogromnym źródłem inspiracji dla pozostałych zespołów sceny, które wyrastały wtedy jak grzyby po deszczu.
Co się tyczy samego wydania, które poniżej wam przedstawiłem. No nie da się ukryć, że jest skromnie, no ale czego spodziewać się od bootlegowego wydania typu "not on label". Dostajemy tłoczony cd (chwali się, że nie cd-r jak to czasem w tym przypadku bywa) w pudełku typu dvd i skromną szatę graficzną, rzecz jasna w oparciu o oryginalne wydania tych dem. Zatem szału w tej kwestii nie ma, ale takowy jest z faktu, że te materiały się ukazały, przynajmniej w takiej formie. Przy dźwięku nikt nie grzebał, jest taki jak na oryginalnych taśmach, słychać delikatne trzaski itd. W tytułowym "Behind the Black Door" mam wrażenie, że taśma którą tu wykorzystano była już nieco skatowana. Ale wiecie co, ma to swój urok! Jak ktoś nie posiada kasetowych oryginałów, a pewnie sporo jest takich osób, to szczerze polecam! Brać i słuchać do upadłego!


czwartek, 23 lutego 2017

Doro- Force Majeure (Mercury/ PolyGram 1989)

Z założenia miał to być ostatni album Warlock, jednak z przyczyn takich jak rozpad składu i problemy z prawami autorskimi do nazwy zespołu Doro zmuszona była do realizacji tego materiału na własną rękę i pod własnym nazwiskiem. W nagraniach wziął udział Tommy Henriksen, były basista Warlock oraz dwóch nowych muzyków w osobach Jona Levina (gitara) oraz Bobbiego Rondinelli (perkusja). "Force Majeure" (w kontekście okoliczności towarzyszących tej płytce tytuł jest jak najbardziej adekwatny) to wciąż kawał dobrego, klasycznego heavy metalu, którego najważniejszym elementem są niesamowicie nośne riffy i wspaniały wokal Doro Pesch.
Może album nie eksploduje już takimi pomysłami i mocą jak poprzednie płyty, jest nieco łagodniejszy i nastawiony na szerszą publikę, ale wciąż trzyma poziom. Nadal są tu takie petardy jak "World Gone Wild" (najlepszy popis wokalny z całego albumu), singlowy "Hard Times", skrzący się ogniem "Under the Gun" czy krótki zadziorny, aczkolwiek konkretny "I Am What I Am" (ach ten perkusyjny wstęp!). Pewnym minusem, rzecz jasna można to również potraktować jako plus zależnie od odbiorcy, albumu może być spora dawka ballad, lub utworów o takowym zabarwieniu (np. ckliwe "Beyond the Trees" lub kompletnie niepotrzebna miniaturka "Bis Aufs Blut"). Przez to mamy co chwila przeplatające się ze sobą utwory wolniejsze, nastrojowe oraz te kipiące energią, co zakłóca spójność płyty. Za niebyt trafiony pomysł uważam też, rozpoczęcie albumu właśnie balladowym "A Whiter Shade of Pale" z repertuaru Procol Harum. To bardzo dobry kawałek, ale na koniec płyty, lub gdzieś w środku, w żadnym wypadku na początek, odbiera to materiałowi tak ważne pierwsze wrażenie. W przypadku starego dobrego heavy metalu z jakim mamy tu do czynienia powinno to być konkretne mocarne uderzenie, swoiste zaproszenie do dalszego obcowania z tym krążkiem, a byłoby tu z czego wybierać. Mimo tej garści uwag, uważam "Force Majeure" za przednie wydawnictwo i bez wątpienia najlepsze ze wszystkich, które ukazały się później pod szyldem Doro. Album niestety nie odniósł jakiegoś spektakularnego sukcesu i poza obszarem Niemiec przeszedł bez specjalnego echa, to był już 1989 rok i tego typu brzmienia były już nieco w odwrocie, oddając pole bardziej ekstremalnym odmianom metalu. Moim zdaniem zasługiwał na nieco więcej uwagi, ale cóż, nie trafił w swój czas.
Zarówno dyskografia Warlock jak i niniejsza płyta bez wątpienia należą do klasyki niemieckiego metalu i to raczej tego mniej oklepanego, niszowego. Tych, którzy do tej pory nie mieli okazji zapoznać się z wczesnymi dokonaniami Doro i jej zespołu szczerze zachęcam do sięgnięcia po "Force Majeure" oraz wcześniejsze wydawnictwa wydane pod szyldem Warlock. Fani starego, nieprzekombinowanego, hm-owego łojenia nie będą zawiedzeni.


środa, 7 września 2016

Alice Cooper- Trash (Epic 1989)

Alice Cooper, jedna z ikon muzyki rockowej z bogatym i wieloletnim stażem na scenie, źródło inspiracji dla niezliczonych rzesz muzyków, idol z dzieciństwa dla wielu młodych fanów rocka i metalu. Tak właśnie! Mało kto nie wymienia tego twórcy wśród swoich pierwszych fascynacji ciężkimi brzmieniami. Nazwa Alice Cooper często wymieniana jest w towarzystwie takich zespołów jak chociażby Kiss, W.A.S.P. czy Venom, nie tylko ze względu na swoją muzykę, ale także na wyrazisty i oryginalny wizerunek. Demoniczny make-up, show sceniczny pełen pirotechniki i otoczki rodem z horroru. Wykonawca bez wątpienia przełomowy i ważny w historii rocka.


Płyta "Trash" należy chyba do najpopularniejszych i najbardziej przebojowych w karierze Alice'a. Wypełniona jest po brzegi hitami, perfekcyjnie wyprodukowana i bardzo przystępna dla szerszego grona odbiorców. Bynajmniej nie jest to zarzut bo płyty słucha się wybornie. Kawałki takie jak singlowy "Poison", "House of Fire" czy "Bed of Nails" są tak chwytliwe, że chcąc nie chcąc chodzisz potem po domu i stale nucisz refreny pod nosem. Podobnie jest z innymi piosenkami z tego albumu, na uwagę zasługuję jeszcze chociażby "Spark in the Dark" i romantyczna ballada "Only My Heart Talkin'" zaśpiewana w duecie ze Stevenem Tylerem z Aerosmith. Z resztą co się dziwić, że płytka wygląda tak, a nie inaczej. Alice chciał się ponownie wybić po kryzysie z lat 80-tych, zawojować listy przebojów, także w pewnym sensie oczywistym zabiegiem było znalezienie producenta który zna się na robieniu hitów, a Desmond Child to był właśnie ktoś taki.
Reasumując, mimo swojej komercyjności, a może właśnie dzięki niej, wyszła bardzo przyjemna płytka i faktycznie naznaczyła powrót Alice'a do formy. Cel został zatem osiągnięty. Do krążka chce się wracać bo to po prostu solidne, hard rockowe granie które cieszy i które nigdy się nie zestarzeje.