Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2000. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2000. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 września 2017

Running Wild- Pile of Skulls (1992/ 2000 Noise/ Nems Eterprises)

Od tej płyty zacząłem niegdyś swoją przygodę z Running Wild, i choć moim numerem jeden jest u nich "Death or Glory", to do "Pile of Skulls" mam największy sentyment. Wciąż, nieprzerwanie słucham jej z wypiekami na twarzy, ani jednego słabego utworu, ani jednego zbytecznego dźwięku, dzieło kompletne i tak niesamowicie nośne, że nie sposób po przesłuchaniu nie nucić pod nosem tych numerów, czy nawet śpiewać je razem z zespołem podczas słuchania.
Po genialnym "Blazon Stone" (czy właściwie Running Wild nagrał jakąś kiepską płytę między swoim powstaniem, a 2000 rokiem?) nastąpiła drobna zmiana w składzie, nie tyle co odszedł AC (zmieniony przez znanego już dobrze Schwarzmanna), ale na stanowisku basisty w miejsce Jensa Beckera pojawił się Thomas Smuszyński. I wpasował się znakomicie. Zawsze uważałem Beckera za jeden z filarów Running Wild- jego partie basu to istna poezja na każdej z nagranych z nim płyt, ale Thomas okazał się godnym następcą i też pokazał klasę.
"Pile of Skulls" jest kolejnym krokiem naprzód w brzmieniu Running Wild, mamy tu większy nacisk na sekcję rytmiczną, mocarniej, zadziorniej, ale i bardziej melodyjnie za jednym zamachem. Wszystko sprawia, że mamy tu same metalowe hiciory oraz olbrzymi klasyk w postaci "Treasure Island". Niesamowity, bardzo klimatyczny (cała płyta mogła by być ścieżką dźwiękową do jakieś dobrego filmu o korsarzach, a sama okładka autorstwa Marshalla wieńczy temat, atmosfera jest tu nie do podrobienia) drugi po "Battle of Waterloo" tak rozbudowany utwór w repertuarze zespołu. Jest to także ich najbardziej naszpikowane piracką tematyką dzieło. Czego można chcieć więcej? Grupa pokazała, że w zdominowanych Death i Black Metalem latach 90-tych wciąż powstawały potężne heavy metalowe dzieła, a niestety docenione dopiero po latach. Dla mnie bezapelacyjnie pierwsza trójka Running Wild i płyta na której zespół jest w szczytowej formie!
Poniżej reedycja "Pile of Skulls" wydana przez argentyńską Nems Eterprises w 2000. Poza bardzo smacznymi bonusami min. z singla "Lead or Gold" na plus działa fakt, że ów wznowienie w niczym nie odbiega jakościowo od wydań europejskich, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że biorąc pod uwagę reedycje wyszło lepiej (a cena niższa). Także jeżeli ktoś napotka wydania Nems chcąc skompletować sobie dyskografię Running Wild, to bardzo polecam sięgnąć właśnie po nie.


czwartek, 4 maja 2017

Decapitated- Winds of Creation (Wicked World/ Koch International 2000)

Jedna z naszych nieodżałowanych death metalowych potęg (sorry, i z całym szacunkiem, ale obecne oblicze Decapitated to już niestety nie to samo). Debiut formacji z Krosna był niczym świeży powiew, był którymś już z kolei dowodem jak ogromny potencjał drzemał i nadal drzemie w naszej rodzimej, metalowej scenie. Można powiedzieć śmiało, że "Winds of Creation" to jeden najbardziej okazałych i obiecujących debiutów jakie się w tamtych latach ukazały. Wtedy była moc, i jest nadal gdy wraca się do tego krążka.
Na "Winds of Creation" młoda załoga Decapitated (najstarsi członkowie mieli wtedy po 19 lat- Vogg i Sauron) precyzyjnie odegrała techniczną, brutalną death metalową sztukę w której słychać inspirację takimi tuzami gatunku jak Cannibal Corpse, Morbid Angel, Deicide czy Vader (notabene Peter był producentem płyty, a Docent pomógł chłopakom przy nagłośnieniu perkusji). Rzecz jasna nie ma tu jakiekolwiek mowy o bezczelnym zrzynaniu od wspomnianych grup, mimo lekko vaderowskiego klimatu (no ale wiadomo dlaczego). Decapitated korzystając z bogatego dorobku klasyki śmierć metalu tchnęło do życia swoją własną sztukę zagraną z niesamowitą precyzją, wyczuciem, pasją i lekkością, jakby ta muzyka samoczynnie z nich wypływała. Na tym albumie wszystko chodzi jak w misternie skonstruowanej maszynie, czuć tą perfekcyjną spójność i niemal idealne brzmienie. Kompozycje są przemyślane i nie znajdziecie tu ani jednego zbytecznego elementu. Umiejętności techniczne każdego z członków zespołu to światowy poziom, solówki i riffy Vogga oraz perkusja Vitka to klasa sama w sobie. Znakomity, głęboki growl Saurona i bas Martina wcale nie pozostają w tyle dopełniając dzieła. Można powiedzieć death metalowy dream team. Wystarczy posłuchać takich śmiercionośnych strzałów jak znane już z dem "The First Damned" oraz "The Eye of Horus", cholernie nośnego "Nine Steps" czy otwierającej płytę kanonady tytułowej "Winds of Creation" aby przekonać się jaka to była bestia i jaki nietuzinkowy talent (nawet odegrany na koniec hołd dla Slayer w postaci "Mandatory Suicide" pokazuje, że sroce spod ogona to oni nie wypadli!). Nie ma dziwota, że z marszu zainteresowało się nimi Earache.
Pierwszy, pełny krążek Decapitated to dzieło skończone i wciąż jaśniejący punkt na death metalowej mapie Polski. Wielka szkoda, że wydarzenia sprzed lat zaprzepaściły drogę tej znakomitej grupy do autentycznej wielkości. "Winds of Creation" to mocarny i konkretny wstęp do klasycznej twórczości zespołu i znaczący death metalowy monument. Mus znać!

wtorek, 17 stycznia 2017

Graveland- Creed of Iron (No Colours 2000/ 2009)

O płycie „Creed of Iron” (Prawo Stali) pisano już wiele, ale i ja chciałbym dorzucić swoje trzy grosze na jej temat bo jest to płyta niewątpliwie istotna w dorobku Graveland. Po pierwsze album ten zapoczątkował poniekąd nowy, trwający do dnia dzisiejszego etap w twórczości zespołu. Na tej płycie utrwaliły się styl i naleciałości które przewinęły się przez jego poprzedników w postaci „Following the Voice of Blood” oraz „Immortal Pride”. Jest epicko, podniośle, wojennie ze szczyptą folku w tle, ale tego bardziej bitewnego. Aczkolwiek w porównaniu do „Immortal Pride” gdzie pierwsze skrzypce należały do klawiszy, tak na „Creed of Iron” rządzą mocarne gitarowe riffy które na długo zapadają w pamięć słuchacza. Na album składa się pięć, średnio dziesięcio-minutowych kawałków, oraz świetne budujące atmosferę intro otwierające płytę. Poniekąd można by „Prawo Stali” potraktować jako następcę poprzedniej płyty, ale zbyt dobrze widoczna jest wspomniana zmiana ról klawiszy i gitar, tutaj te pierwsze podbijają brzmienie i głębię tych drugich. Pomimo faktu iż kompozycje są rozbudowane, album się nie nudzi. Melodyka jest na tyle chwytliwie skonstruowana że wciąga i utwory płyną. Pamiętam kiedy pierwszy raz słuchałem tej płyty, byłem pod wrażeniem jak długie i podniosłe hymny potrafią wpadać w ucho, a jednocześnie nie niszczyć atmosfery tego typu nagrań gdzie jest ona istotnym elementem.
„Creed of Iron” jest jedną z najważniejszych płyt Graveland, może nie tyle przełomową co wyznaczającą pewną drogę którą Graveland podąża do dziś, pewnym kamieniem milowym. To tu wszystko się zaczyna, a to co było wcześniej kończy. Będąc szczerym to właśnie ta płyta jest moim faworytem jeżeli chodzi o twórczość zespołu od 2000 roku w górę. Ma w sobie to co każdy album rozpoczynający pewien etap, pierwotną świeżość i masę pomysłów, tą swoistą energię i pasję. Jeżeli ktoś nie przepada zbytnio za black metalem, a lubi epickie klimaty z echami bitwy i folku w tle, a jeszcze na dodatek nie zna twórczości Graveland, to właśnie od tej płyty powinien zacząć. Miecze pójdą w ruch a tarcze w drzazgi, na ziemi rozpoczyna się bitwa, a w Valhalli wieczna uczta!



poniedziałek, 5 grudnia 2016

Behemoth- Live ΕΣΧΗΑΤΟΝ: The Art of Rebellion (Metal Mind 2000/ 2015)

Dziś postanowiłem przypomnieć wam, niektórym może przybliżyć, jedno z dosyć dziwnych, z pewnych aspektów kontrowersyjnych, wydawnictw naszego rodzimego metalu. W 2000 roku, po wydaniu płyty "Satanica", w ramach zawartej z wytwórnią Metal Mind umowy, Behemoth zobowiązany był zagrać koncert poniekąd na potrzeby wydawnictwa live. Cały występ był pod wieloma względami jedną wielką reżyserką. Występ odbył się w studiu telewizyjnym Łęg pod Krakowem. W tamtym czasie wytwórnia nagrała tam kilka materiałów tego typu z innymi zespołami (chociażby Dimmu Borgir). Miejsce nie cieszyło się specjalnie uznaniem publiki, zatem fani byli tam raczej spędzani w roli bliskiej statystom, chodziło o samo nagranie występu danej grupy, reszta mało się tutaj liczyła. Pomimo tego, że Behemoth zagrali bardzo przyzwoicie, i swoją energią próbowali to wszystko jakoś ratować, to całe to przedsięwzięcie jedzie na kilometr sztucznością i wręcz nienaturalną sterylnością jakiej na ogół próżno na koncertach szukać. Nergal coś tam usiłował z tą publiką zrobić, ale jakoś specjalnie nie szło. Zespół zaprezentował 10 kompozycji, głównie materiał z płyt "Pandemonic Incantations" oraz "Satanica" plus dwa stare klasyki w postaci "From the Pagan Vastlands" oraz "Pure Evil and Hate", (ciekawostką jest, że zaraz po tym jak ten kawałek ujrzał świtało dzienne sporo fanów myślało, że to cover jakiegoś nieznanego bliżej utworu Bathory) plus cover z repertuaru Mayhem- "Carnage". Video zostało w 2000 roku wydane przez Metal Mind na kasecie VHS, a w późniejszym czasie także na dvd, rok temu doczekało się wersji audio. Istotnym jest fakt, że grupa nigdy tego wydawnictwa nie autoryzowała.
Pomimo miernego charakteru tego materiału ma to w sobie pewien klimacik. Te nagranie zaklęło w sobie pewnego ducha przeszłości, końca lat 90-tych i początku nowego tysiąclecia. Podczas słuchania, oglądania odczuwa się pewną nostalgię i chociażby z tego jednego powodu warto sięgnąć po "The Art of Rebellion". Koncert, jako całość, kiepski bo zrobiony na "zamówienie", ale jest jednym z niewielu nagrań video Behemoth z tamtych lat jakie zostały udostępnione. Jako pewną ciekawostkę można polecić!






czwartek, 1 września 2016

Immortal- Sons of Northern Darkness (Nuclear Blast 2002)

Ostatnio mam niczym nie uzasadnioną fazę na odświeżanie sobie różnych black- metalowych płyt, których nie słuchałem od dłuższego czasu no i generalnie na black metal. Cóż miałem od tego parę miechów przerwy. Dziś padło na Immortal. Od tego zespołu zaczynałem swoją przygodę z tą muzyką. Pamiętam jak będąc jeszcze w liceum wybrałem się do któregoś z warszawskich Media Marktów i zakupiłem sobie kompletnie w ciemno ich płytkę "At the Heart of Winter", Wcześniej słyszałem tylko od kolegi, że nieźle grają i że warto. Także poszedłem za namową. Mocno przypadli mi do gustu i od tamtego czasu regularnie sobie czegoś słucham z ich dorobku. Najbardziej cenię wspomnianą wyżej, wiadomo sentyment, "Diabolical Fullmoon Mysticism" za niesamowity klimat no i "Sons of Northern Darkness", którą to właśnie chciałbym dziś przybliżyć.
Płyta została wydana w 2002 roku i jest chyba najbardziej przystępną w dorobku grupy. Ma sporo smaczków zaczerpniętych z heavy metalu (chociażby w "One by One" mamy taki motyw), trochę epickich momentów rodem z Bathory ("Beyond the North Waves") czy nawiązania do klasycznych riffów ("Tyrants" inspirowane było "Kashmir'em" Led Zeppelin jak to kiedyś wspomniał Abbath). Mamy tu też fajną petardę w postaci utworu tytułowego, który otwiera genialna partia perkusji, "Within the Dark Mind" też niczego sobie. Ma bardzo nośny i zapadający w pamięć refren. Produkcyjnie płyta jest dopracowana, ma mocne, czyste brzmienie. Same kompozycje też się wyróżniają na tle reszty ich dokonań, a wokale Abbatha są bardzo wyraźne i odpowiednio wyeksponowane. Po nieco bardziej intensywnej muzycznie "Damned in Black" dostaliśmy tutaj bardzo dobrą kontynuację tego co zaczęło się na "At the Heart of Winter". Najbardziej moim zdaniem dojrzała płyta Abbatha i spółki, pełna pomysłów i ciekawych riffów. Bardzo płytę polecam, i to nie tylko jako fan Immortal, ale generalnie. Kto nie zna niech w te pędy nadrabia zaległości!
Poniżej moja kopia tego dzieła w pierwszym limitowanym biciu z Nuclear Blast.




poniedziałek, 29 sierpnia 2016

The Hellacopters- Toys and Flavors (Polar 2000, singiel)

Dziś dla od miany coś niemetalowego, ale z metalem powiązanego. Jakiś czas temu postanowiłem uśmiechnąć się do twórczości Nicke'go Anderssona nie związanej z Entombed. Na pierwszy ogień poszło The Hellacopters. Cóż to za genialna mieszanka hard rocka i r'n'r! Jak usłyszałem ich po raz pierwszy to szczękę zbierałem z podłogi przez dłuższą chwilę. Nie dość, że jest to niesamowicie chwytliwe i nośne to jeszcze Nicke udowadnia, że nie samym death metalem człowiek żyje i, że potrafi się odnaleźć także w innej muzyce. Ponad to udowadnia tu swój multi-instumentalny kunszt, w The Hellacopters poza komponowaniem odpowiada za wokal i gitarę. Jest moc i nie ma co do tego wątpliwości.


Ostatnimi czasy znalazłem na aukcji za grosze ich singiel z 2000 roku, który promował album "High Visibility". Płytka trwa niespełna 7 minut i serwuje nam dwa utwory, "Toys and Flavors" oraz "Cross for Cain". Pierwszy to urodzony hicior ze znakomitymi partiami gitar i fajnymi solówkami, a partie pianina nadają całości oldschoolowego sznytu. Utwór bez wątpienia daje się zapamiętać na o wiele dłużej niż chwilę. Kolejny to doskonały back-up dla swojego poprzednika. Dynamiczny i szarżujący "Cross for Cain" to doskonałe dopełnienie na tzw. stronę B. Z singla aż kipi frajda z grania, a przecież w tej muzyce o to chodzi. Czuć tutaj autentyczną pasję i czerpanie graściami z najlepszych wzorców z lat 70-tych. Nic tylko polecać ten zespół, to naprawdę solidne rock 'n' rollowe granie z potężną dawką energii. Ogromna szkoda, że parę lat temu postanowili zawiesić działalność. Cóż, przynajmniej zostawili po sobie zacny płytowy dorobek do zapoznania się z którym szczerze zachęcam.