Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peaceville Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peaceville Records. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2019

Darkthrone - Transilvanian Hunger (Peaceville Records 1994/ 2019)

W 1993 roku Darkthrone miał już na swoim koncie trzy pełne albumy. Po bardzo udanym, wręcz ikonicznym "Under a Funeral Moon" przyszedł czas na kolejny materiał. W tamtym czasie Fenriz i Nocturno Culto mieli ze sobą nieco słabszy kontakt, głównie z powodu śmierci Euronymousa i wszystkich wydarzeń temu towarzyszących. Każdy zaszył się na swoim podwórku ażeby przeczekać sytuację i całą policyjną (nie tylko) zawieruchę temu towarzyszącą. Ciekawym jest, że obaj członkowie Darkthrone napisali swoje własne kompozycje na nadchodzącą płytę, lecz zanim Nocturno zdążył wyjść ze swoimi pomysłami zdążył otrzymać już taśmę z gotowymi utworami autorstwa Fenriza. Traf chciał, że się spodobały i Nocturno nagrał do nich tylko wokale, natomiast za wszystkie instrumenty oraz połowę tekstów odpowiedzialny jest Fenriz. Część liryków, na jego prośbę, napisał Varg Vikernes przebywający wtedy w więzieniu w Trondheim. Udział Varga w tym wydawnictwie nie uszedł uwadze sceny i pojawiły się różnej maści sygnały dezaprobaty, jak chociażby groźby wystosowane prze Jon'a Nodtveidt'a (Dissection) czy It'a z Abruptum na łamach Slayer Mag. Jak mozna się domyślić, na gadaniu się skończyło. Swoją drogą w tamtym czasie Fenriz był m.in mocno zasłuchany w trzy pierwsze płyty Burzum co rzecz jasna da się słyszeć na "Transilvanian Hunger". Nagrań dokonano w listopadzie i grudniu 1993 roku, wokale dograno już w kolejnym.
Tak oto powstała płyta jeszcze bardziej surowa i zimna niż jej poprzedniczka, bardziej mroczna i bezkompromisowa. Brzmienie jest prymitywne, niemal demówkowe, riffy prostsze, grane prawie przez całą płytę tą samą techniką, o wiele więcej tu monotonii i prostoty. Dakrthrone serwuje nam czystą black metalową esencję. Jeżeli miałbym wyszczególnić jakieś kompozycje to bez wątpienia byłby to utwór tytułowy. Jego riff wystarczy usłyszeć tylko raz i już potem zawsze będzie świdrował mózgownicę. Drugim, który bym wyróżnił jest "Skald as Satans sol" z podobnie chwytliwym riffem, ale za to jeszcze większą dawką wszechobecnej czerni.
Wypuszczonemu w 1994 roku albumowi towarzyszyły problemy natury wydawniczej. Mianowicie chodziło o hasło "Norsk Arisk Black Metal", które widniało na tylnej części poligrafii płyty. Przez nie wiele wydawnictw wycofało ją ze swojej dystrybucji. Nie obyło się bez tłumaczeń czy sprostowań, co zaowocowało złością i frustracją samych muzyków, ale jak to zwykle bywa, ostatecznie rozeszło się po kościach, a kolejne tłoczenie albumu zostało wydane już bez wspomnianej frazy. Wraz z tym wydawnictwem narodziło się też określenie "True Norwegian Black Metal", także zawarte w poligrafii.
Tak oto Darkthrone (a raczej Fenriz) stworzył jedną ze swoich trzech najsłynniejszych i najbardziej poważanych płyt, album, który stał się wzorcem dla kolejnych rzesz muzyków parających się black metalową sztuką. Bezapelacyjnie kanon tego typu grania, a jednocześnie kawał historii! Bez dwóch zdań, mój ulubiony album w dyskografii Darkthrone.

http://peaceville.com/
https://www.facebook.com/Darkthrone-101075189934422/

English version:

In 1993, Darkthrone already had three full-length albums. After the very successful, almost iconic "Under a Funeral Moon", the time has come for another material - "Transilvanian Hunger". At that time, Fenriz and Nocturno Culto had a somewhat weaker contact, mainly due to the death of Euronymous and all the accompanying events. Everyone holed up in his yard to wait out the situation and all the police (not only) turmoil accompanying it. It is interesting that both members of Darkthrone wrote their own compositions for the upcoming album, but before Nocturno managed to come up with his ideas, he had already received the tape with the finished stuff by Fenriz. Luck would have liked them, and Nocturno recorded only vocals, while Fenriz is responsible for all instruments and half of the lyrics. The other half, at his request, were written by Varg Vikernes who was then in prison in Trondheim. Varg's participation in this release has not escaped the scene and there have been various signs of disapproval, like the threats made by Jon Nodtveidt (Dissection) or It from Abruptum published in Slayer Mag. As you can guess, it was just a talk. By the way, at that time, Fenriz was, among others, very much into the first three albums of Burzum, which can of course be heard on "Transilvanian Hunger". Recordings were made in November and December 1993, the vocals were recorded the following year.
This is how the album was made even more severe and cold than its predecessor, more dark and uncompromising. The sound is primitive, almost demo-like, riffs are simpler, played almost the with the same technique during the whole album, there is much more monotony and simplicity. Dakrthrone serves us with a pure black metal essence. If I had to specify any compositions, it would undoubtedly be the title track. Its riff is enough to hear only once and then it will always drill your brain. The second track I would like to distinguish is "Skald as Satans sol" with a similarly catchy riff, but with even greater dose of ubiquitous darkness.
Released in 1994, the album was accompanied by publishing problems. Namely, it was all about the slogan "Norsk Arisk Black Metal", which appeared on the back of the printing of the record. Because of it, many publishers withdrew it from their distribution. There were a lot of explanations and corrections, which resulted in the anger and frustration of the musicians themselves, but as it usually happens, eventually it spread on the bones, and the subsequent pressing of the album was released without the phrase mentioned above. Along with this release, the term "True Norwegian Black Metal" was born, also included in the polygraphy.
This is how Darkthrone (or rather Fenriz) created one of his three most famous and most respected albums, an album that became an inspiration for the next multitude of musicians engaged in Black Metal art. Undoubtedly the cream of the crop of its style, and at the same time a piece of history! No question, my favorite album in Darkthrone's discography.


sobota, 8 czerwca 2019

Darkthrone- Old Star (Peaceville Records 2019)

Po trzech latach Darkthrone powraca do nas z kolejną płytą. Nie mogę powiedzieć, że na nią nie czekałem, każde kolejne wydawnictwo duetu Fenriz/ Nocturno Culto to konkretna dawka ciekawości cóż to panowie znów wysmażą w kwestii oldschoolowego grania. Jak tak sobie teraz przypominam, to chyba nigdy mnie nie zawiedli, od lat totalnie kupuję to co robią, na jaką ścieżkę wkroczyli wraz z "The Cult is Alive", a nawet już "Sardonic Wrath". Co już pragnę zaznaczyć, "Old Star" to cios znacznie silniejszy i bardziej esencjonalny niż "Arctic Thunder". Może na początku nie powaliły mnie jakoś szczególnie same kompozycje podczas próbnego odsłuchu, ale po odpaleniu materiału z płyty wszystko zagrało jak trzeba i album jak dla mnie sporo zyskał. Przede wszystkim płyta potężnie brzmi, soczyście, ładnie chodzi tutaj bas i perkusja. To właśnie w tym tkwi siła tego krążka. Wracając do samych numerów, to dobrze słychać tu totalny odjazd w lata 80-te i oldschoolowy Black Metal pierwszej fali, ale nie jest to tutaj trzonem materiału. Dominują nieskończone pokłady wczesnego Celtic Frost (to już niemal tradycja), amerykańskiego Pentagram oraz Candlemass. Mamy tu też bardzo fajne akcenty w powoli kroczącym utworze tytułowym nawiązujące do najlepszych Metalowych ballad wspomnianych lat 80-tych. Tak oto dostaliśmy chyba najcięższe strukturowo wydawnictwo Darkthrone od wielu lat, acz niepozbawione nowych inspiracji i klimatu. Oczywiście nie jest tak, że mamy tu tylko wolne i średnie tempa, jest i trochę galopady jaką mieliśmy na poprzednich krążkach i sporo dobrych, nośnych riffów. Zdążyłem się już naczytać i nasłuchać jak to nie ściągnęli tego riffu od tego zespołu, a jeszcze innego od tamtego, że brzydko się zestarzeli. To szukanie problemów na siłę. Wiadomym jest, że nie da się cały czas w tej kwestii błyszczeć, czasem bazuje się na gotowych już patentach nadając im nową formę, brzmienie, charakter czy klimat. To robi Darkthrone i uważam robią to nad wyraz dobrze. Mają swój własny, wyrobiony, charakterystyczny styl. Autentycznie czekam na każdy kolejny ich album. Może bez wypieków, ale wciąż. "Old Star" mnie nie zawiódł mimo trudnego początku. Dla mnie to nadal są herosi w swoim graniu i to już nigdy się nie zmieni, a takich płyt jak niniejsza życzę sobie nadal!

Darkthhrone on Facebook
Peaceville Records

English version:

After three years, Darkthrone returns to us with another record. I cannot say I have not waited for it, each subsequent release of the duo Fenriz / Nocturno Culto goes with a specific dose of curiosity from me, what these gentlemen will serve again in their oldschool art. As I recall now, they probably never disappointed me, I've been completely into everything they've been doing for years, what path they've chosen starting with "The Cult is Alive" or even "Sardonic Wrath". What I want to point out, "Old Star" is a blow that is much stronger and more intense than the "Arctic Thunder". Maybe at the beginning, during the pre-listening the compositions did not appeal to me that much, but after playing the material from the physical copy everything turned out as it should be and the album gained a lot. First of all, it sounds powerful, heavy, with a significant work of bass and drums. This is the strength of this record. Returning to the compositions themselves, it's good to hear a total tribute to the 80's and old-school Black Metal of the first wave, but this is not the core of the material here. The endless inspirations taken from early Celtic Frost (almost traditionally), the American Pentagram and Candlemass dominates here. We also have very nice elements in the title track, referring to the best Metal ballads of the mentioned 80's. This is how we got the heaviest Darkthrone's release for many years, though not devoid of new inspiration and climate. Of course, it's not like we have only slow and medium pace stuff, there are some fast ones compared to what we had on previous albums and a lot of good, load-bearing riffs. I have already read and listened to how they did not steal this riff from this band, and yet another from that, that they got old in not exactly good way. It's searching for problems at a push. It is known that it is impossible to always shine in this matter, sometimes it is all based on already-made patents, giving them a new form, sound, character and atmosphere. So does Darkthrone and I think they do it extremely well. They have their own, characteristic, unique way of playing. I really look forward to any new releases by them. Maybe without a lot of excitement, but still. "Old Star" did not disappoint me despite the difficult beginning. For me, they are still heroes in their style and it will never change. I still want them to record such albums as this one!


czwartek, 25 kwietnia 2019

Mayhem- Live in Sarpsborg (Peaceville Records 2017/2019)

Kolejny kawał historii Mayhem zaserwowany przez Peaceville. Jest to jeden z dwóch zarejestrowanych koncertów zespołu jakie odbyły się w Norwegii w 1990 roku. Niniejszy z Sarpsborg, z sali o nazwie Furuheim, miał  miejsce 28 lutego, i jest to dokładnie ten który zasłynął już na scenie pod tytułem "Dawn of the Black Hearts". Głównie za sprawą okładki na której wylądowało jedno ze zdjęć post mortem Dead'a. Tym razem dokopano się do nagrań o lepszej jakości i wreszcie można tego całkiem przyzwoicie posłuchać.
Koncert zorganizował Metalion, aby zebrać trochę kasy na kolejne numery Slayer Mag. Tamtego wieczora przed Mayhem zagrał jeszcze Cadaver, Equinox, So Much Hate oraz Buttocks. Grupy zgodziły się zagrać niemal za darmo, za symboliczną kasę i piwo. Jak wspomina Metalion cała impreza wyszła fenomenalnie i zdołał zgromadzić konkretną sumę na kolejne numery Slayer'a. Sam koncert Mayhem był magiczny. Zespół zagrał w półmroku. Dead i Euronymous pojawili się w tzw. corpsepaincie. Aura występu była podobno niesamowita, zagrany materiał perfekcyjny. Poza nowymi wtedy kawałkami, czyli "Funeral Fog", "Freezing Moon" oraz "Buried By Time and Dust", zagrali niemal cały set ze swojej epki: "Deathcrush", "Necrolust", "Chainsaw Gutsfuck", "Pure Fucking Armageddom" i w bonusie "Carnage". Nie brzmi to tak jak obecne koncertówki, oj daleko do tego, ale mimo niedomagającej, acz i tak lepszej od poprzedniej, jakości chłonie się te dźwięki. Każdy żył wtedy chwilą, nikt nie myślał, że doświadcza pierwszych, a za razem ostatnich koncertów Mayhem w tym legendarnym, prawilnym składzie. Dla mnie i pewnie dla wielu z was to więcej niż tylko płyta z zapisem koncertu, to historia, nostalgia, dźwięki wielbionej muzy w chwili kiedy miała swój najlepszy czas. To coś totalnie bezcennego, zwłaszcza dla oddanego fana Mayhem.
Peaceville dało nam pierwsze w historii, oficjalne wydanie tego materiału, w lepszej jakości i formie. Samemu audio towarzyszy materiał na DVD zgrany z taśmy VHS- cały występ Mayhem z tamtego dnia. Jakość podła, ale klimat niepowtarzalny. Całości towarzyszy opasły booklet z masą starych zdjęć, wspomnieniami Metaliona, wywiadami z min. Manheimem, Messiahem oraz członkami Buttocks oraz Equinox. Wydawnictwo wyszło wspaniale i godnie oddało hołd tamtym czasom i tamtemu Mayhem. Mus!










środa, 19 grudnia 2018

Bloodbath- The Arrow of Satan is Drawn (Peaceville 2018)

"Grand Morbid Funeral" miał być, jeżeli wierzyć plotkom, ostatnim krążkiem Bloodbath, ale... Dobrze, że tak się nie stało! Jak się okazało zespół nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a wręcz przeciwnie, uraczył nas płytą na wysokim poziomie, a przy okazji rozpoczął regularne koncertowanie.
"The Arrow of Satan is Drawn" jest pełnym popisem możliwości tej grupy oraz jej stosunku do własnego grania. To przede wszystkim uwielbienie dla starego, Szwedzkiego Death Metalu jaki członkowie Bloodbath pamiętają z czasów kiedy zaczynali grać (a słychać tu klasyki sceny i to mocno) oraz luzackie podejście do tematu. Jak dla mnie to dobrze, że póki co Renske i Nystrom odpuścili sobie Katatonię i skupili siły na Bloodbath, bo tu jest potencjał co z resztą nie od dziś słychać. Nie kombinują, nie analizują, nie eksperymentują. Po prostu łoją w temacie nie oglądając się na nikogo, tak jak chcą, na swoich warunkach. W tym tkwi siła tej płyty i tego zespołu. Poza gęstym, pisakowym brzmieniem charakterystycznym dla tamtejszej sceny DM, dostajemy również gdzie trzeba odrobinę Death 'n' Rollowego kopa i garść nawiązujących nieco do Black Metalu riffów (prawdopodobnie jest to zasługa Joakima Karlssona z Craft, który w tym roku zasilił również szeregi Bloodbath). Jak dla mnie bomba! Buja to wszystko świetnie i słucha się płyty z niezaprzeczalną przyjemnością od początku do końca. Oczywiście, żeby nie było, nie ma tu tylko i wyłącznie samych kanonad. Bloodbath zwalnia nieco i miesza powoli smołę przy takich kawałkach jak "March of the Crucifiers" oraz "Levitator". Szacunek należy się też Nickowi Holmesowi za wokale, dla mnie już na stałe wpasował się w zespół i wcale nie tęsknię, jak wielu, za Akerfeldem.
Cieszy mnie bardzo, że od paru ładnych lat zespół konsekwentnie robi swoje i wychodzą z tego same dobre materiały. "The Arrow of Satan is Drawn" nie jest wyjątkiem, trudno o lepszy Death Metalowy akcent na koniec roku. Ta płyta spośród wszystkich ostatnich nowości w tym graniu usatysfakcjonowała mnie w 2018 najbardziej.

https://www.facebook.com/bloodbathband/


niedziela, 2 grudnia 2018

Darkthrone- Panzerfaust (Moonfog Records 1995/ Peaceville 2018)

Obok "Transilvanian Hunger" to najsurowszy album Darkthrone, a i jeden z czterech najsłynniejszych w ich dorobku i definiujących ten gatunek oraz ową muzykę. Jest natomiast jedynym na którym nagrane zostały tak nienawistne, szorstkie, przepełnione chłodem wokale. Nocturno Culto, będący wtedy raczej gościem niż twórcą (w tamtym czasie Darkthrone praktycznie równał się Fenriz), położył tu jedne z najlepszych swoich linii wokalnych. Surowe nieokiełznane, takich nikt nie nagrał ani wcześniej, ani nigdy później. Całość kompozycji oraz nagranie wszystkich ścieżek instrumentów należała tu do Fenriza. Gościnnie, po raz drugi i już ostatni zagościł tu też Varg Vikernes w roli tekściarza. Mowa tu o ponurym, acz majestatycznym "Quintessence". Kolną cechą charakterystyczną "Panzerfaust" jest to, że chyba właśnie tu najbardziej słyszalne jest to jak zawsze ważną rolę w twórczości zespołu odgrywał Hellhammer/ Celtic Frost. Niemal każdy utwór jaki został tu zawarty zawiera pierwiastki i elementy struktur niesamowicie wyraźnie odnoszące się do wczesnych materiałów tej szwajcarskiej ekipy pod dowództwem Toma G. Warriora. Niezaprzeczalnym jest, że "Panzerfaust" wyznaczył wtedy nowe standardy jeżeli chodzi o Black Metal, a Darkthrone po raz kolejny pokazał kto tu rządzi. Swoją surowością, mizantropicznym charakterem i przeszywającym chłodem pokazał starą- nową ścieżkę powstającym wtedy jak grzyby po deszczu kolejnym zespołom. Warto również wspomnieć, że lata 94'-95' były dla Fenriza niesamowicie płodne jeżeli chodzi o jego muzyczne projekty jak i udzielanie się w innych zespołach. Prawdopodobnie dzięki temu "Panzerfaust" okazał się takim strzałem i tak inspirującym albumem. W owym okresie ukazała również druga płyta zarówno Isengard ("Hostmorke") jak i Neptune Towers ("Transmissions from Empire Algol"). Fenriz zagościł również na basie na "Kronet Til Konge" Dodheimsgard oraz zasiadł za garami jako Gribb na debiutanckim krażku Valhall "Moonstoned", o wspólnym projekcie z Satyrem jakim był Storm nie wspominając.
"Panzerfaust" w swojej estetyce pozostaje, moim zdaniem, albumem niedoścignionym jeżeli chodzi o wszechobecną piwnicę w brzmieniu i totalnie bezkompromisowy charakter kompozycji i poszczególnych jej elementów składowych. To kolejna karta księgi o tym czym niegdyś był Black Metal, co było jego pierwotną esencją.


sobota, 18 sierpnia 2018

Darkthrone- Hate Them (Moonfog 2003/ Peaceville 2012)

Coś w temacie nowości pojawi się w nadchodzącym tygodniu, a dziś cofamy się poniekąd do, można powiedzieć, klasycznego dla niektórych materiału w dorobku Darkthrone- "Hate Them". Tak naprawdę to już od tej płyty zespół zaczął znacząco przeobrażać swoje granie w to czego możemy doświadczyć na kilku ostatnich albumach. Cofanie się do korzeni metalu, do spuścizny zespołów, które królowały w tym ostrzejszym, mroczniejszym graniu w latach 80-tych. Do materiałów, które tak naprawdę stworzyły tę grupę, dały bodziec i inspirację do własnej twórczośći. Zawsze byłem pod wrażeniem tego jak Darkthrone misternie potrafił przemycać na swoich płytach odnośniki do zespołów pod których wpływem byli i nadal są, jak wplatać to wszystko w swój, jakby nie patrzeć, charakterystyczny styl. Na "Hate Them" dali się już porwać nie tylko nieco innemu stylowi pisania tekstów, nieco innej ich zawartości, ale także czerpaniu pełnymi garściami już nie tylko z Celtic Frost, ale i Bathory (kłania się tu zwłaszcza debiutancka płyta, porównajcie sobie "Rust" z "Raise the Dead"), Motorhead czy Death z czasów "Scream Bloody Gore"(!). Płyta jest bezpośrednia, prostolinijna, można powiedzieć dość minimalistyczna w swej konstrukcji, czasem wręcz nachalna w odniesieniach do wspomnianych klasyków oldschoolu, ale wszystko to układa się w twór od którego na dobrą sprawę nie idzie się uwolnić. To najnormalniej w świecie wciąga. Fenriz i Nocturno Culto robią to z takim wyczuciem i autentycznym zaangażowaniem, pasją do grania, że nie można tego nie kupić i nie chwalić. Już na tym albumie bili po mordzie wszelkiej maści trendziaży (sam tytuł to już swoisty manifest), pokazując o co w tym wszystkim chodzi. Od jakiegoś czasu traktuję ten album jako swoistą odskocznię po wszelkiej maści stresie, złości, generalnie rzecz ujmując przeciwnościach dnia codziennego. Te dźwięki skutecznie zbierają wspomniane emocje i wypluwają je wraz z każdym kawałkiem z płyty jakby to była Twoja własna złość przekuta w materiał z albumu.
Co tu więcej mówić w kwestii tej płyty, to najnormalniej w świecie czczenie metalowych staroci, wyładowanie wszelkich emocjonalnych brudów oraz uwielbienie grania. Tak jak w latach 90-tych na podium dyskografii Darkthrone stawia się najczęściej dobrze znaną "trylogię", tak "Hate Them" to bez wątpienia numer jeden tego późniejszego okresu.


poniedziałek, 6 listopada 2017

Mayhem- Live in Leipzig (Obscure Plasma 1993/ Peaceville 2015)

"When it's cold and when it's dark, freezing moon can obsess you!" No kto zadurzony w metalowych wyziewach nie zna tego zawołania? Chyba tylko ktoś kompletnie nie zapędzający się w ekstremalne oblicze tej sztuki. Słowa te rozbrzmiewają na najsłynniejszej koncertówce w dziejach Mayhem- "Live in Leipzig", poświęconej nieodżałowanemu wokaliście z którego ust niegdyś padły. Zatem do rzeczy proszę Państwa.
Złoty okres w historii Mayhem przypada na lata 1989-1991. Wtedy na pokładzie był właśnie Dead, którego wkład w zespół był moim zdaniem nieoceniony, wręcz kluczowy. Chodzi mi tu o pewną aurę którą ze sobą wniósł, której to zespół nie miał wcześniej, ani nigdy później. Miał niesamowitą charyzmę sceniczną, pisał genialne teksty inspirowane jego obsesją w temacie śmierci, Transylwanii i wampirów. To on dał początek wizerunkowi, który towarzyszy Mayhem do dziś.
Wydana oryginalnie w 1993 przez Obscure Plasma "Live in Leipzig" (zapis pochodzi z 1990) jeszcze do niedawna był jedynym oficjalnym materiałem na którym mogliśmy usłyszeć osławionego wokalistę. Oczywiście istniała i nadal istnieje cała masa bootlegów takich jak chociażby niesławny "Dawn of the Black Hearts" do którego wykorzystano fotografię Dead'a, zrobioną przez Euronymousa niedługo po samobójstwie Pelle'go. W chwili obecnej Peceville postarał się o oficjalne wydanie prawie wszystkich zarejestrowanych koncertów Mayhem, które miały miejsca podczas ich krótkiej trasy w 1990 roku (wyszły kapitalnie, z resztą zerknijcie na zdjęcia). Jakiś tłumów na gigach Mayhem w tamtym czasie nie było, ludziska nie walili drzwiami i oknami, ale były to niewątpliwie wyjątkowe wydarzenia. Strój Dead'a cuchnął rozkładem, a on sam ciął się w trakcie koncertu nożem, czy stłuczonymi butelkami, lub też dźgał nim świńskie łby przytargane przed koncertem z jakieś ubojni. Obaj z Euronymousem nosili tzw, corpsepaint, byli jednymi z pierwszych na ekstremalnej scenie, którzy zaczęli to praktykować, za ich przykładem niebawem poszło niemal całe grono muzyków którzy formowali Black Metalową scenę. Klimat występów Mayhem z tamtego czasu można przynajmniej w części poczuć na tej właśnie koncertówce. To właśnie tu możemy podziwiać w pełnej krasie osobliwe wokale jakimi władał Dead, miały w sobie coś totalnie niezwykłego i obłąkańczego. Jakość tego nagrania może jakoś specjalnie nie powala (chociaż i tak jak na warunki w których powstało i było rejestrowane jest naprawdę dobrze), ale przecież nie o to tu chodzi. Jest to zapis historyczny, ma głęboki poza muzyczny wymiar, to pomnik tamtych czasów oraz świadectwo fenomenu jakim było wtedy i jest obecnie Mayhem.
"Liepzig! Come on, join us! Pure fucking armageddon!"





piątek, 25 sierpnia 2017

Mysticum- Planet Satan (Peaceville 2014)

Jeżeli się nie mylę Mysticum było pierwszym zespołem, który połączył Black Metal z elektronicznymi brzmieniami tzw. industrialu. Kiedy zaczynali byli jednym z najoryginalniejszych tworów na norweskiej scenie. Swoimi materiałami demo z marszu przyciągnęli uwagę Euronymousa, który widział ich w swojej Deathlike Silence. Niestety, w tydzień po podpisaniu umowy na nagranie płyty Aarseth już nie żył. Pod swoje skrzydła przygarnęło wtedy zespół Fullmoon Productions wydając w 1996 ich pierwszy pełny krążek "In the Streams of Inferno", materiał dla gatunku przełomowy i nowatorski, a jednocześnie prześcigający swój czas, przez co nie do końca doceniony. Potem prze wiele lat Mysticum trwało w uśpieniu, aż do 2011. Wtedy to zespół wznowił działalność i w 2014 wydał swój drugi w karierze album "Planet Satan". Warto było czekać tak długo!
Można by przypuszczać, że po takim czasie w muzyce Mysticum nastąpią jakieś znaczące zmiany, nic podobnego. Grupa podąża tą samą ścieżką, którą wytyczyła sobie jeszcze w latach 90-tych. Jedyna nowość w stosunku do materiału z debiutu to dopracowane, czyste i pełne mocy brzmienie, przez co sztuka zespołu zyskuje na jakości i czytelności, teraz w pełni można rozkoszować się ich unikalnym stylem. "Planet Satan" to bardzo spójny materiał, od początku do końca odegrany w jednym, określonym, stylistycznym schemacie. Pewnie znaleźliby się tacy, dla których mógłby być trochę nudny i za mało urozmaicony, ale tej ściany z gitar, elektroniki i zaprogramowanej perkusji słucha się tu wybornie. Z każdym następnym odsłuchem odnajduje się tu kolejne z początku ukryte atuty, ta płyta jest trochę jak wino, im dłużej się nią delektujesz tym więcej przed Tobą odkrywa, z czasem smakuje tylko lepiej.  No i te złowieszcze, pełne wściekłości wokale. Układanka skończona i kompletna.
Ta płyta to nie tylko godny następca debiutu, ale i dzieło, uważam, go przewyższające, bardzo dojrzałe i dopracowane. Brawa należą się nie tylko zespołowi, za tak owocną pracę, ale także twórcy okładki do "Szatańskiej Planety", strzał w dziesiątkę, nie wyobrażam sobie innej na to miejsce. Daniele Valeriani- chylę czoła!


sobota, 17 czerwca 2017

Darkthrone- Arctic Thunder (Peaceville 2016)

Wreszcie zasiadam do refleksji odnośnie ostatniego wydawnictwa Darkthrone. Od wydania minęło już ponad pół roku, no ale cóż, chyba lepiej późno niż wcale, a pominąć tą płytę byłoby rzeczą niewybaczalną. Pamiętam, że na samym początku nie byłem pod specjalnie dużym wrażeniem tego materiału, ot kolejne solidne wydawnictwo duetu Fenriz/ Nocturno Culto i tyle w temacie. Z czasem jednak album zaczyna mocno zyskiwać, im więcej się go słucha, tym więcej odkrywa kart i autentycznie zaczyna przestawiać się o wiele lepiej niż tylko dobrze. Bardzo dużo jest w nim inspiracji heavy metalem lat 80-tych, tym spod znaku ciężkich riffów i bardziej średnich i wolnych temp. Mam tu na myśli takie grupy jak Candlemass, Dream Death czy np. Sacrilege, a i jak na nich przystało i Celtic Frost się w tym znajdzie. Darkthrone wygenerowali na tym krążku bardzo dużo chwytliwych, nośnych, aczkolwiek prostych riffów, które łapie się w lot i nuci pod nosem chcąc nie chcąc. Świetnym przykładem jest tu "Tundra Leech", "Boreal Fiends" czy tytułowy "Arctic Thunder", a i "The Wyoming Distance" sroce spod ogona nie wypadł. Nad całością czuwa, jak zwykle, ten surowy i brudny black metalowy pierwiastek. Kolejna sprawa warta wspomnienia to solówki w wykonaniu Nocturno Culto. Tak jak w przypadku poprzednich materiałów Darkthrone gdzieś mi te sola uciekały, niespecjalnie zapamiętywałem, niespecjalnie zwracałem na nie uwagę, tak tutaj mi o sobie przypomniały. To co Ted zagrał we wspomnianym już wcześniej "Boreal Fiends" oraz "Deep Lake Trespass" to klasa sama w sobie. Może nie są specjalnie wyszukane, nie ma tu jakiś wydumanych dźwięków, ale są zagrane z wyczuciem i pewną dozą jakieś nieokreślonej nostalgii czym uderzono w mój czuły punkt. W przeciwieństwie do poprzedzających płyt Fenriz nie zaśpiewał w ani jednym ze znajdujących się tu kawałków, dając w tym aspekcie pełne pole do popisu Nocturno Culto. Brakowało mi tu trochę wokali Gylve w jego kompozycjach, ale Ted dał z siebie wszystko pokazując, że wciąż nie wychodzi z formy, także równowaga zachowana.
Drobnym zaskoczeniem mógł być wybór okładki, która wielu zrobiła smaka na powrót zespołu do ich dawnego stylu. Cóż, jak się okazuje nic bardziej mylnego. Niemniej jednak owa fotografia z jednej z wielu wojaży Fenriza po norweskich ostępach bardzo do "Arctic Thunder" pasuje. Buduje pewną atmosferę i oddaje w pełni obecnego ducha zespołu, który nie daje się zaszufladkować i który na przekór wszystkim i wszystkiemu kroczy swoją własną ścieżką. Co ciekawe owe zdjęcie wyszło ciemniej niż wygląda w rzeczywistości. Zespół, jak sam przyznał, zapomniał o tym, że w druku kolory wychodzą ciemnej niż na wykorzystanym do projektu oryginale, no ale było już za późno żeby cokolwiek poprawić. Fakt, żeby dostrzec pewne detale trzeba patrzeć pod światło, ale co tam, generalnie ujmując jest dobrze.
Darkthrone po raz kolejny udowodnił, że można na nich polegać, rzecz jasna jeżeli, podobnie jak to ma miejsce w moim przypadku, ktoś szczerze kibicuje ich obecnej sztuce. Konsekwentnie podążają drogą teoretycznie obraną swojego czasu na "The Cult is Alive" (w praktyce bardziej "F.O.A.D."). Na nic zdadzą się stęki o kolejny "Under A Funeral Moon" czy "Panzerfaust" bo to już zamknięty rozdział, chwalebny i niedościgniony, ale należący już do przeszłości. Zespół nagrał kolejny bardzo dobry, równy i spójny album i oby tak dalej. Czekam na ich kolejną płytę i mam nadzieję, że nie będą to znowu 3 lata przerwy.


czwartek, 20 kwietnia 2017

Darkthrone- Under A Funeral Moon (Peaceville 1993/ 2013)

Ach, co to jest za album proszę Państwa! Black Metalowa potęga i niedościgniony wzorzec w temacie. Mamy tu wszystko co najlepsze, surowe, obskurne, ociekające mrokiem brzmienie, brzęczące niczym stado os, zakorzenione w latach 80-tych riffy, perkusyjne zniszczenie i charakterystyczne, upiorne wokalne Nocturno Culto. Powstało w swej materii dzieło wybitne i chyba wszyscy się zgodzą, że ponadczasowe.
Zespół zaczął nagrywać "Under A Funeral Moon" nie tak długo po ukazaniu się "A Blaze in the Northern Sky". Latem 92' Zephyrous, Fenriz oraz Nocturno Culto ponownie przekroczyli próg Crative Studios w Kolbotn aby dokonać rejestracji 8 kompozycji, które złożyły się na płytę (wydaną dopiero w 1993). Próby materiału odbywały się w tamtym czasie w mieszkaniu Fenriza. Podobno w pokoju w którym grali poustawiane były czarne, płonące świece, także wyobraźcie sobie ten swoisty klimacik. Kult musiał być! W przeciwieństwie do poprzedniego krążka, tym razem partiami gitar w całości zajął się Zephyrous (niby miał grać na świeżo zakupionym wtedy basie, ale jakoś się w tym nie odnajdywał), a Nocturno Culto przesiadł się na bas. Z tego co wspomina odnośnie płyty Fenriz, album wyszedł im dokładnie tak jak tego chcieli i do tej pory są z niego bardzo zadowoleni. Jak twierdzi to najbardziej black metalowa, w pełnym tego słowa znaczeniu, płyta w ich dorobku.
"Under A Funeral Moon" wypełniony jest korzeniami black metalowej sztuki, aż roi się tu od wpływów starego Bathory i Hellhammer/ Celtic Frost, a w takich utworach jak chociażby "Summer of the Diabolical Holocaust" czy "Crossing the Triangle of Flames" mamy echa nagrań Mayhem jeszcze z Deadem w składzie. Nie brakuje tu też gdzie nie gdzie pewnego motorheadowego feelingu. Warto też wspomnieć, że w tytułowym "Under A Funeral Moon" grupa dała upust swojemu niegdysiejszemu zafascynowaniu taśmą "Necrolust" Vader. W "refrenowym" riffie wyraźnie słychać inspirację jedną z zagrywek otwierających kawałek "The Final Massacre".
Po nagraniu niniejszego albumu drogi członków zespołu na moment się rozeszły. Na stałe grupę opuścił Zephyrous, a Nocturno Culto wyniósł się z Oslo na odległą prowincję. Także do 1994, kiedy to nagrany został "Transylvanian Hunger", grupa była w zawieszeniu.
Nie da się ukryć, że Darkthrone spłodzili dzieło, które jest jedną z tych najbardziej okazałych i wiodących płyt jakie powołała do życia black metalowa scena, i biorę tu pod uwagę nie tylko Norwegię. Styl i brzmienie tego krążka kopiowały potem rzesze zespołów, a sam album stał się wzorcem czarnej sztuki. "Under A Funeral Moon" to klasyk, kawał genialnego, miażdżącego grania, które nigdy się nie zestarzeje, i które się po prostu wielbi, po wsze czasy!
Poniżej jubileuszowe, wypuszczone w 2013 roku przez Peaceville, wydanie owego albumu. Mamy tu 2 płytowy digibook, zawierający wewnątrz książeczkę z tekstami utworów oraz wspomnieniami Fenriza i Nocturno Culto. Wydanko bardzo solidne, także śmiało mogę polecić.


piątek, 10 marca 2017

Mayhem- Live in Zeitz (Peaceville 2017)

Zdjęcie ze zbiorów "The True Mayhem Collection"
Wiadomym jest, że wszelakie nagrania Mayhem w klasycznym składzie z Deadem i Euronymousem to kult absolutny, każde jest na wagę złota, nie tylko ze względu na te dwie jakże ważne persony, których nie ma już wśród żywych, ale także znakomitą muzykę pełną niesamowitej atmosfery i ducha tamtych dni. Ostatnio Peaceville wzięło się za wznowienia oraz pierwsze oficjalne wydania, na razie 3 z 4 nagranych, koncertów Mayhem jakie zespół zagrał w 1990 roku (Leipzig, Zeitz, Sarpsborg oraz Jessheim). Na razie na winylu i cd ukazały się reedycje dwóch pierwszych ("Live in Zeitz" było do tej pory dostępne tylko jako bootleg), natomiast Sarpsborg jest w przygotowaniu. Znaczenie tamtych kilku występów miało niesamowity wpływ na rodzącą się scenę Black Metalową oraz estetykę związaną z tą sztuką. Corpsepaint, świńskie łby, krew na scenie, muzyczny chaos i totalnie bezkompromisowa postawa było tym co Mayhem zaserwowało muzyce metalowej na zawsze zapisując się na kartach jej historii.
Co mogę powiedzieć o nagraniu z Zeitz? Jest odrobinę gorszej jakości od tego z Leipzig (lecz nieznacznie, trochę czepiam się szczegółów hehe), ale wciąż zachowuje ten unikalny klimat i autentycznie przenosi słuchacza do tamtego miejsca i czasu, a coś takiego jest absolutnie bezcenne i w tym przypadku najważniejsze. Warto wspomnieć, że owe nagranie nie pochodzi z dotychczas dostępnego bootlegu, a z nowego źródła i znacząco lepszej jakości. Setlista jest ta sama, z jednym wyjątkiem. W Zeitz nie zagrali "Pure Fucking Armageddon", a przynajmniej nagranie tego nie uwzględnia. Poza tymi dwoma drobiazgami to tak samo dobry gig, niosący te same wyjątkowe przeżycia. Zespół zagrał z pasją i furią, jakby miało nie być jutra! Jest mrok, chaos i zniszczenie, które nie przybrało już nigdy takiej formy jaką Mayhem emanował w tym składzie.
W kwestii samego wydania to muszę przyznać, że Peaceville odwalił kawał dobrej roboty. Z pozoru skromny digipak skrywa, nie tylko genialną płytę, ale także opasły booklet z mnóstwem archiwalnych fotografii z tamtego czasu oraz kilkoma świetnymi, wspomnieniowymi wywiadami dotyczącymi Mayhem. Przepytani zostali min. Samoth, Faust, Hellhammer oraz Anders Ohlin (brat Deada). Także jest co czytać i co oglądać (wystarczy zerknąć na przykładowe zdjęcia poniżej, mówią same za siebie)!
W kwestii podsumowania nie ma co się specjalnie produkować. Polecam to wydawnictwo każdemu fanowi Mayhem i nie tylko, po prostu każdemu entuzjaście black metalowej sztuki!



piątek, 17 lutego 2017

Darkthrone- Soulside Journey (Peaceville 1991/2016)

Nagrany w 1990, a wydany w styczniu 1991 roku debiutancki "Soulside Journey" to jedyny, poza materiałami demo, album Darkthrone związany ze sceną death metalową. Ale za to jaki! Bez zbędnego kręcenia mogę powiedzieć, że to jeden z moich dwóch ulubionym death metalowych krążków jakie kiedykolwiek zostały wydane!
"Soulside Journey" nagrano w słynnym, sztokholmskim studiu Sunlight z Tomasem Skogsbergiem za konsoletą, w miejscu gdzie w owym czasie nagrywały prawie wszystkie zespoły ze Szwecji. Pierwotnie planowano zarejestrować materiał w studiu Creative (gdzie Mayhem powołało do życia swój "Deathcrush"), w ich rodzinnym Kolbotn, ale niestety, jak to zwykle z powodów finansowych, nie było to możliwe. Potrzebne było 25 tys. koron, a zespół dysponował tylko 10-cioma. Na czas pobytu w Szwecji załoga Darkthrone przygarnięta została przez chłopaków z Entombed, którzy służyli im radą i pomocą podczas rejestrowania albumu. Uffe został wspomniany we wkładce do płyty jako współproducent partii gitar.
Tak oto powstał majstersztyk, można powiedzieć, technicznego death metalu inspirowany wczesnymi dokonaniami takich grup jak Morbid Angel, Nocturnus (jak podkreśla sam Fenriz drugie demo owego zespołu miało na nich ogromny wpływ), Necrophagia czy Autopsy. Pojawiają się także, jak to zwykle u Darkthrone, przemykające niczym cienie echa Celtic Frost. Płyta ma przyciągający, specyficzny, grobowy klimat, szorstkie, aczkolwiek mocne brzmienie. Cholernie wciąga, a grafika z okładki nadaje jej odbiorowi jakby metafizycznego, astralnego klimatu, niekończącej się wędrówki przez ponure i puste przestrzenie. Nie znajduję drugiego albumu o podobnej atmosferze, wywołującego takie emocje i skojarzenia. Powplatane w kompozycje elementy klawiszy dodają wszystkiemu smaczku. Nocturnus zrobił swoje ;). No i te solówki Teda, masakra! Intryguje mnie, od tak po prostu, bo lubię każdą z odsłon tego zespołu, jak mogłaby wyglądać kariera Darkthrone gdyby jednak zamiast następującego później"A Blaze in the Northern Sky" zarejestrowali porządnie "Goatlord"... Cóż, chyba nigdy się tego nie dowiemy, ale ciekawość pozostaje ;)
Poniżej przedstawiam jubileuszowe wydanie tego iście wybitnego dzieła, którym uraczył nas w ubiegłym roku Peaceville. Dostajemy ładny, 2-płytowy digibook z dodatkowym dyskiem z komentarzami Fenriza do każdego z utworów, oraz książeczkę wypełnioną fotografiami zespołu z tamtego okresu. Trudno o lepsze wydanie tej płyty. Czapki z głów, cudo!
Co tu dużo mówić, "Soulside Journey" nie trzeba polecać, ani zachwalać, to zabieg kompletnie zbyteczny. Ta płyta powinna znajdować się w każdej szanującej się metalowej kolekcji, bezapelacyjnie!



piątek, 2 grudnia 2016

Darkthrone- A Blaze in the Northern Sky (Peaceville 1992/ 2012)

W 1992 drugim Darkthrone wydał płytę, która poniekąd zdefiniowała black metal rodzący się już jako odrębny gatunek muzyczny. Biorąc ten aspekt pod uwagę, jest to pierwsza black metalowa płyta jaka została nagrana. Album został zarejestrowany w Creative Studios, mieszczącym się w Kolbotn (Norwegia), w sierpniu 1991, tym samym studio w którym Mayhem zarejestrował swój legendarny "Deathcrush". Skoro już wspomniałem o Mayhem, ścieżka którą Darkthrone obrał na tej płycie nie była w jakikolwiek sposób podyktowana domniemanym wpływem Euronymousa (jak wspomina sam Fenriz, ich kontakt był wtedy raczej sporadyczny). To wszystko stało się bardziej naturalnie. Już w trakcie nagrywania "Soulside Journey", a nawet wcześniej, zespół zaczynał być zmęczony i zawiedziony ścieżką jaką podążał w ich mniemaniu death metal, chcieli dać sobie z tym spokój i podążyć w stronę grania inspirowanego tą cięższą i mroczniejszą stroną metalu lat 80-tych, w główniej mierze takimi grupami jak Celtic Frost, Bathory, Sodom, Sarcofago itd. Co ciekawe, kompozycjami napisanymi stricte na tą płytę są "Kathaarian Life Code" (genialne intro, jak wspomina sam Fenriz po części inspirowane twórczością Diamandy Galas), kultowy "In the Shadow of the Horns" (poza oczywistym i wszechobecnym Celtic Frost, można tu nawet usłyszeć bardzo odległe echa Motorhead) oraz "Where Cold Winds Blow". Pozostałe trzy kawałki, czyli "Paragon Belial", "A Blaze in the Northern Sky" i "The Pagan Winter" są przerobionymi, zagranymi na black metalową modłę utworami z sesji do albumu "Goatlord", z którego wydania zespół w tamtym czasie zrezygnował. Jako, że wykupiony był czas w studio na nagranie pełnej płyty taki zabieg był jak najbardziej uzasadniony. Trzeba było wypełnić miejsce na krążku, w przeciwnym razie wyszłaby z tego epka, a nie było już czasu na pisanie kolejnych, nowych utworów. Niemniej jednak nie mam im nic do zarzucenia, wyszło genialnie, z resztą jak cała płyta. Darkthrone nagrał płytkę monument, jeden z kamieni milowych black metalu. Wtedy było to coś nowego, pewnie wielu z was znana jest historia jak to Peaceville chciało ponownie miksować/nagrywać ten materiał. Byli zaszokowani brudnym, surowym brzmieniem, które ciężko im było zaakceptować. Ostatecznie wymiękli gdy zespół zagroził odejściem w szeregi Deathlike Silence. Wytwórnia nie miała wyboru, wydała płytę w takiej formie jak dostarczył ją zespół i cóż, do tej pory jest z tej decyzji zadowolona. Po nagraniach szeregi grupy opuścił Dag Nilsen, któremu bliższe było techniczne granie zorientowane na death metal, niż nowa droga, którą zespół postanowił kroczyć.


Tak oto dostaliśmy jedno z ponadczasowych arcydzieł czarnej sztuki, materiał wybitny, dzieło skończone, które okala nieopisana atmosfera. Jeżeli znajdzie się ktoś osłuchany w ekstremalnych metalowych klimatach kto tej płyty nie lubi to nie wiem, chyba nikogo i niczego nie lubi haha. Jakakolwiek rekomendacja jest tu zbyteczna. Mus znać i wielbić po grób!
Poniżej zawarłem przykładowe fotografie jubileuszowego wydania tej płyty z 2012, które posiadam w swojej kolekcji. Wydane bardzo solidnie w formie tzw. digibooka. Jest co poczytać, są archiwalne, nie publikowane wcześniej fotografie oraz dodatkowy dysk z komentarzami Fenriza do każdego z utworów. Co tu dużo mówić, Peaceville zna się na swojej robocie.



czwartek, 1 grudnia 2016

Gallhammer- Ill Innocence (Peaceville 2007)

Gallhammer to niewątpliwie jeden z bardziej intrygujących zespołów z jakimi się do tej pory zetknąłem. Niby to co grają to nie do końca moja bajka, ale jest w ich muzyce coś co mnie przyciąga (i bynajmniej nie ma z tym nic wspólnego fakt mojego zainteresowania Japonią). Ta żeńska grupa z Tokio pod dowództwem basistki/ wokalistki Vivian Slaughter uprawia hybrydę doom i black metalu mocno inspirowaną dokonaniami Hellhammer/ Celtic Frost z domieszką wpływów norweskiej sceny. W ich kompozycjach dominuje mocarne, wyraźne brzmienie basu, niskie stroje oraz posępny, grobowy klimat.
Do przybliżenia grupy wybrałem ich drugi krążek "Ill Innocence". Na tym albumie zdefiniował się ich oryginalny styl i objawiły wszystkie aspekty ich twórczości. Sporo w tym nieszablonowych pomysłów, a wszystko okrasza brudne, undergroundowe brzmienie. Tak jak już wspomniałem, motywem przewodnim całości jest mikstura black i doom metalu ("Speed of Blood", "At the Onset of the Age of Despair" czy "Killed by the Queen", w tym ostatnim to już konkretnie jedzie Hellhammerem), ale dochodzą do tego jeszcze naleciałości crust punkowe ("Ripper in the Gloom", brawa za niesamowite akustyczne intro) czy nawet sludge'owe ("SLOG"). Zróżnicowanie jest dosyć spore, ale zespolone jednym klimatem. Osobną kwestią są tu jeszcze wokale, też totalny miszmasz. Mamy to growle, ryki, wrzaski, co tylko, totalny odjazd proszę Państwa!
Materiał jakby nie było trendom się nie kłania, jest absolutnie spontaniczny i szczery. Nie ma tu wirtuozerki, nie ma jakiejś specjalnej złożoności, jest prosto i konkretnie. Nad całością wisi jednak jakiś nienazwany pierwiastek, który mimo tej swoistej prostoty czyni muzykę Gallhammer niesamowicie oryginalną. Jest coś na rzeczy skoro za mastering materiału tych Pań wziął się sam Nocturno Culto z Darkthrone. Przypadek? Nie sądzę. Szkoda, że w 2013  grupa zawiesiła działalność, nie tak długo po wydaniu swojego trzeciego albumu "The End" (2011). Panie ewidentnie miały potencjał i chętnie posłuchałbym ich kolejnych płyt. No ale cóż, trzeba się cieszyć tymi, które są. Krótko i zwięźle- polecam!




poniedziałek, 19 września 2016

Enslaved- Yggdrasill demo (1992/ Peaceville 2014)

Dziś tak na szybko chciałbym omówić reedycję drugiego dema Enslaved. "Yggdrasill" zespół wypuścił własnym sumptem w 1992. Już wtedy Grutle i spółka byli pod czujnym okiem Euronymousa, który miał w planach wydanie ich debiutanckiego albumu w barwach Deathlike Silence. Samo demo to wycieczka do korzeni nie tyle samego, norweskiego black metalu i norweskiej sceny, ale także do początków tematyki nordyckich legend i tradycji w tejże muzyce (wcześniej był chyba tylko Bathory). Enslaved już na dzień dobry zaznaczył, że z typowym black metalem nie będzie miał wiele wspólnego poza samą warstwą instrumentalną, aczkolwiek wyraźnie zaznaczali swój anty- religijny stosunek. Osobiście zaliczam "Yggdrasill" to grona moich ulubionych dem z tamtych czasów, ma swoisty klimat i odznacza się oryginalnością biorąc pod uwagę materiały wtedy powstające. Nie tylko za sprawą tematyki tekstów i pewnej estetyki, ale także dzięki dosyć nieschematycznemu zastosowaniu klawiszy. Nie tyle robiły tło, co intensyfikowały partie gitar i samą melodykę utworów niekiedy wysuwając się znacznie naprzód. Zauważalne są pewne podobieństwa do tego co robił w tej kwestii Emperor, ale to jednak nie to samo. Wisienką na torcie jest tu majestatyczny, instrumentalny "Resound of Gjallarhorn".


Reedycja tego materiału w 2014 przez Peaceville uważam za świetne posunięcie, warto jest te nagrania przypomnieć, a i pokazać tym którzy nie mieli okazji go usłyszeć bo tak właśnie zaczynało Enslaved. Wydanie zrobione jest na wzór oryginalnego dema. Nie ma tu jakiś niepotrzebnych cudów niewidów, zmian grafiki, rewitalizacji czy innych bajerów. W przypadku wznawiania starych demówek uważam, że jest to jedyne słuszne posunięcie aby oddać w jak największym stopniu ich klimat i charakter. I coś takiego tu dostajemy. Jakieś ingerencji w oryginalne nagrania także nie zauważam. Materiał wznowiony został na cd oraz na winylu, po raz pierwszy od czasu oryginalnej, kasetowej demówki. Do pełni szczęścia brakuje tylko wznowienia promówki "Nema", która zaowocowała wspomnianym zainteresowaniem ze strony Oysteina Aarsetha.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Candlemass- Ancient Dreams (Active Records 1988/ Peaceville 2001)

Nie wyobrażam sobie szwedzkiej sceny metalowej bez Candlemass. W jakimś stopniu zespół miał znaczenie porównywalne do tego, które wywarła na młodych metali w USA Metallica. Podobnie jak Bathory, Candlemass sprawiło, że wielu szwedzkich fanatyków ciężkiego grania postanowiło grać i zakładać zespoły. To oni byli jednym z pierwszych fenomenów tamtejszej sceny, i to oni zapoczątkowali w pełni zjawisko nazwane doom metalem.
Ciężko jest mi wybrać jakiś sztandarowy album tego zespołu bo debiut oraz wszystkie z Marcolinem w składzie są świetne. Pozornie wybór powinien paść na "Epicus Doomicus Metalicus", jako obecnie najsłynniejszy krążek grupy, ale ja jednak nie skłonię się ku takiemu rozwiązaniu. Postanowiłem wyszczególnić trzeci w kolejności "Ancient Dreams" wydany w 1988 przez Active Records. W tamtym czasie Candlemass było u szczytu swej popularności.
Jest to album nieco mniej mroczny ale i nieco mniej wygładzony niż "Nightfall". Zawiera drobną dawkę nieco żywszych utworów reprezentowanych tu przez "Mirror Mirror" (tutaj Marcolin dał niesamowity popis swoich możliwości wokalnych) oraz "The Bells of Acheron", nadal są to raczej średnie tempa, ale wprowadzają trochę urozmaicenia w ogólnie majestatyczną, wolną oraz epicką stylistykę. Bardzo fajnie wyszedł także medley kawałków Black Sabbath wrzucony na koniec płyty. Klasyczne utwory Toniego i spółki wyszły tu jakby były autorstwa Candlemass. Z utworów w typowej dla grupy stylistyce wyróżniłbym tu tytułowy "Ancient Dreams" oraz "Darkness in Paradise" (Leif Edling wielkim kompozytorem jest!). Płytę zdobi znakomita, oddająca klimat muzyki okładka zapożyczona z twórczości Thomasa Cole'a, konkretnie z dzieła "Journey of Life: Youth".
Podobno zespół nie był zadowolony z miksów, będąc pod presją ograniczeń czasowych nałożonych przez wytwórnię (w związku z amerykańską trasą) zabrakło nieco więcej przestrzeni nad pracę przy produkcji albumu. Ciężko jest w tej kwestii wystawić jakąś ocenę, mi podoba się to co zrobili. Ciekaw jestem jakby było to brzmiało po tych poprawkach, których album rzekomo wymagał.
Poniżej moja dwupłytowa reedycja "Ancient Dreams" wydana w 2001 przez Peaceville. Zawiera dodatkowy dysk z nagraniami live, wywiadem i video. Fajna i solidna reedycja.


czwartek, 11 sierpnia 2016

Darkthrone- The Underground Resistance (Peaceville 2013) i nie tylko

Zbliżający się drobnymi krokami nowy album Darkthrone to doskonały pretekst żeby przypomnieć ich ostatni krążek oraz poruszyć temat tego co się ostatnimi czasy wokół zespołu dzieje. Od tego pragnę zacząć.
Jak czytam opinie, komentarze różnych osób w temacie co zespół powinien robić, a czego nie, co grać powinni, a czego nie, to po prostu ciśnienie mi strzela. Koniecznie chce się na nich "wymóc" granie/ powrót do black metalu w którym niegdyś wiedli prym. Rozumiem nostalgię itd, ale niektóre opinie skierowane pod ich adresem to już przesada. Ich jakże kultowa, przeszła twórczość ciągnie się za nimi w pewnym sensie jak smród po gaciach, a gro słuchaczy nie rozumie, że to dla Darkthrone już zamknięty rozdział. Oczywiście były to albumy świetne których z chęcią słucham, definiujące gatunek, taki "A Blaze in the Northern Sky" to dla mnie mistrzostwo. Tą muzyką wtedy żyli, z nią się utożsamiali i takową wtedy tworzyli. Wiadomym jest, iż człowiek nie jest krową, która całe życie żre trawę z jednego pastwiska i zmienia upodobania czy też priorytety w mniejszym lub większym stopniu (wyjątki potwierdzają regułę). W pewnym momencie przestali czuć tą muzykę, obudziły się w nich inne fascynacje, poczuli zew tego czego kiedyś sami słuchali, zatem naturalną koleją rzeczy było dla nich pójść tą drogą. Czy naprawdę byłoby tak fajnie gdyby raptem wrócili to swojego grania sprzed kilkunastu lat? Come on... Jakby to o nich świadczyło. Graliby wtedy pod publiczkę zamiast tworzyć to co jest zgodne z ich wizją. Ulegliby presji, a wiadomym jest, że nigdy takowej się nie poddali. Nie chcę tu nikogo specjalnie ganić czy coś. Staram się obiektywnie przedstawić sytuację i zmusić do pewnych refleksji. Jeżeli komuś nie pasuje to co grają to po prostu niech nie słucha i tyle.


Do rzeczy w kwestii samej płyty. "The Uderground Resistance" to obok trzech pierwszych płyt mój faworyt z dyskografii Darkthrone. Płyta szczera do bólu, bezkompromisowa, oryginalna (tak, od razu wiadomo, że to nikt inny). Fenriz i Nocturno Culto czerpią to co najlepsze ze starej szkoły metalu lat 80-tych dodając swój unikatowy charakter. Tu po prostu wylewają się nieskończone pokłady metalowego oldschoolu i klasyki w temacie. Przelewają swoje muzyczne fascynacje w czyn. Tego nie tylko świetnie mi się słucha ale jest to także płytowa lekcja jako, że Fenriz bardzo lubi w booklecie polecać różne grupy i płyty. Moje ulubione kompozycje z albumu to "Valkyrie" oraz "Leave No Cross Unturned", oba autorstwa Fenriza i oba przez niego zaśpiewane (przyznać trzeba głos ma niezły). No i okładka, Manilla Road bije od niej na kilometr. Czy to dobrze? Mi się taki zabieg w ich przypadku podoba. Fajny pomysł z dosłownym przekazem. Niby mamy tu 6 kompozycji, ale to wręcz wizytówka obecnego oblicza zespołu, czysta esencja tego co chcą swym graniem przekazać. Do płytki wracam regularnie!
Także jeżeli nie macie problemu z tym, że Darkthrone pożegnało się z black metalową sztuką to bierzcie i słuchajcie z tego wszyscy, jeżeli nie to zostawcie w spokoju.