Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Century Media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Century Media. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 listopada 2020

Necrophobic - Dawn of the Damned (Century Media 2020)

Czekało się na ten album, oj, czekało. Wreszcie mam chwilę, aby przysiąść i napisać o nim kilka słów. Nie powiem, oczekiwania wobec "Dawn of the Damned" były spore. Po niezwykle udanym "Mark of the Necrogram" ciężko, żeby było inaczej. Po powrocie Andersa Strokirka do zespołu, Necrophobic poczyna sobie nader dobrze, są w niesamowitej formie twórczej. "Dawn of the Damned" to dzieło bardzo spójne, koncepcyjne, którego należy słuchać jako jednej całości. No może z wyjątkiem "Devil's Spawn Attack" (gościnnie Schmier z Destruction na wokalu) i ewentualnie "Mirror Black", one mogą na spokojnie egzystować samodzielnie. To wyjaśnia wybranie ich jako singli promujących płytę - strzał w dziesiątkę. Reszta natomiast jest moim zdaniem litym tworem, którego nie należy rozdzielać. Może ta  płyta jest mniej "przebojowa" od poprzedniczki, ale na pewno są tu bardziej kompleksowe kompozycje. Mam wrażenie, że w jakiś sposób Necrophobic stworzyło swoje "A Night at the Opera", jakkolwiek by to nie brzmiało. Nadal jest melodyjnie, złowieszczo, materiał kipi energią, ale ma w sobie pewien pierwiastek, który daje wrażenie obcowania z dziełem bardzo ambitnym, na swój sposób wymagającym, czego nigdy wcześniej w kontekście Necrophobic nie odczułem aż tak wyraźnie jak tutaj. Płyta, moim zdaniem, ma również bardzo dopracowane brzmienie, pod tym względem to również najlepsze dzieło tego zespołu. "Dawn of the Damned" jest bez wątpienia pretendentem do płyty roku i albumem, który na dobre zagości wśród płyt wielokrotnie przeze mnie słuchanych, do których zawsze z przyjemnością będę wracał i odkrywał je na nowo. Myślę, że lepszej rekomendacji dać nie mogę.




English translation:

I have been waiting for this album, yes, I have really been looking forward to it. Finally, I have a moment to sit down and write a few words about it. Indeed, expectations concerning "Dawn of the Damned" were high. After the extremely successful "Mark of the Necrogram", it's hard for it to be otherwise. After Anders Strokirk's return to the band, Necrophobic is doing very well, they are in an amazing creative form. "Dawn of the Damned" is a very coherent and conceptual work that should be listened to as one piece. Well, maybe except for "Devil's Spawn Attack" (guest appearance of Schmier from Destruction on vocals) and possibly "Mirror Black", they can easily exist independently. That explains choosing them as singles promoting the album - it hit the spot. The rest, in my opinion, is a solid structure that should not be separated. Maybe the album is less "hit-like" than its predecessor, but there are certainly more complex compositions here. I have a feeling that somehow Necrophobic created their "A Night at the Opera", however it may sound. It is still melodic, ominous, the material is bursting with energy, but it has an element in it that gives the impression of dealing with a very ambitious art, demanding in its own way, which I have never felt so clearly in the context of Necrophobic as it is here. The album, in my opinion, also has a very refined sound, in this aspect it is also the best work of this band. "Dawn of the Damned" is undoubtedly a contender for the album of the year and one that will stay among the albums that I have listened to many times, to which I will always be happy to come back to and rediscover. I think I cannot give a better recommendation.




piątek, 24 stycznia 2020

Mayhem - Daemon (Century Media 2019)


Niektórzy skarżą się, że Mayhem dokonało autoplagiatu, powieliło pomysły i patenty znane już z "De Mysteriis Dom Sathanas" czy "Chimery"; że "Daemon" to dzieło przeciętne i mało interesujące. Ot, pójście na łatwiznę. Absolutnie się z tym nie zgadzam! Faktycznie, zespół poszedł w ślady swojego niedoścignionego klasyka, ale potrafił to odniesienie przekształcić w coś nowego, o nowej jakości i coś, co, mam wrażenie, przywraca ten zespół na dobry tor. Bezpośredniość i konwencjonalizm, jaki charakteryzował "Chimerę" też zrobił tej płycie dobrze. "Daemon" to dzieło dojrzałego zespołu, który wie, czego chce i jak to osiągnąć. Ten album to prawdziwe, uwielbiane oblicze Mayhem. Moim zdaniem od czasów wymienionego na początku kamienia milowego z ich dorobku, ten zespół nie brzmiał tak dobrze i nie proponował tak dobrych kompozycji (no może poza "Esoteric Warfare" - dla mnie to kapitalny album!). To nie jest tylko "dobra" płyta, to coś znacznie więcej. Co jeszcze warto zaznaczyć, to spójność tego materiału. Ma oczywiście utwory, które mocno zapadają w pamięć, takie jak "Agenda Ignis", "Falsified and Hated" czy chociażby "Invoke the Oath". "Daemon" to przede wszystkim dzieło zwarte, którego należy słuchać w całości, tu tkwi jego siła, to jeden lity organizm. Usłyszeć tę płytę wykonywaną na żywo w całości to byłoby coś! Nie jest to materiał, jak pozornie można by pomyśleć, pozostający w tzw. strefie komfortu, to próba redefinicji samych siebie, przeskoczenie lub przynajmniej dorównanie postawionej sobie niegdyś poprzeczce. I zespół wyszedł obronną ręką. Może nie skoczyli wyżej, ale udowodnili, że potrafią wznieść się praktycznie tak wysoko jak kiedyś. Tak, dokładnie, i nie ma co szukać dziury w całym. To materiał łączący Mayhem anno 1993/94 z obecnym. Ach, te basowe pasaże przywodzące na myśl "Life Eternal" (kłania się tu nie tylko bonusowy "Everlasting Dying Flame")... Attila jest w świetnej formie wokalnej, operuje głosem na różne sposoby, wciąż wykazując tę charakterystyczną, lekko teatralną manierę, a Teloch - gros kompozycji jest jego autorstwa - tworzy jakby natchniony duchem Euronymousa. Ja nie mogę się od tej płyty oderwać od kiedy wpadła mi w łapy. Powiem krótko - polecam, bo to Mayhem, o jaki walczyliśmy!

https://www.facebook.com/mayhemofficial/
https://www.thetruemayhem.com/

English translation:

Some complain that Mayhem copied themselves, duplicated the ideas and patents already known from "De Mysteriis Dom Sathanas" or "Chimera", that "Daemon" is an average and uninteresting work. Just an easy choice to fit the demands. I absolutely disagree with this! In fact, the band followed the footsteps of their unsurpassed classic, but they were able to transform this reference into something new, new quality, and something that, I feel, brings the band back on a good path. The directness and conventionalism that characterized "Chimera" also did this album well. "Daemon" is a work of a mature band that knows what they want and how to achieve it. This album is the true, beloved incarnation of Mayhem. In my opinion, since the time of their milestone mentioned at the beginning, this band did not sound that good and did not propose such excellent compositions (well, except for "Esoteric Warfare" - yes, for me it is a fantastic album!). This is not just a "good" album, it is much more than that. What else is worth noting is the consistency of this material. Of course, it has songs that are very memorable, such as "Agenda Ignis", "Falsified and Hated" or even "Invoke the Oath". "Daemon" is primarily a consistent work, which should be listened to in its entirety, here lies its strength, it is one solid organism. Hearing this album live in such form would be something great! This is not a material, as you might think, remaining in the so-called comfort zone, it is an attempt to redefine themselves, to jump over or at least reach the once set bar. And this is a successful attempt. Maybe they didn't jump higher, but they proved that they can rise almost as high as they used to. Yes, exactly, and it is pointless to look for a hole in the whole. This material combines Mayhem anno 1993/94 with the current one. Ah, these bass passages reminding of "Life Eternal" (not only the bonus "Everlasting Dying Flame" bows here)... Attila is in great vocal form, uses voice in various ways, still showing this characteristic, slightly theatrical manner, and Teloch - he is the author of the majority of the compositions - creates as if inspired by the spirit of Euronymous. I can't tear myself away from this record since adding it to my collection. I will say briefly, I totally recommend it, because it is the Mayhem we fought for!






wtorek, 10 grudnia 2019

Tribulation - Down Below (Century Media 2018)


Rok temu pojawił się czwarty album w dorobku Tribulation - "Down Below". I jak sobie Szwedzi na nim poczynają? Odpowiedź jest tu dosyć prosta i myślę, że większość osób podzieli moją opinię. "Down Below" jest naturalną kontynuacją "The Children of the Night", pogłębieniem obranej wtedy formuły i drugim krokiem w jej wnętrze. Teraz tak - czy to dobrze, czy źle? Cóż, tutaj można się spierać. Z jednej strony mamy konsekwencję i ugruntowanie stylu, co jest bardzo na plus. Mamy przynajmniej cztery naprawdę porywające numery. Nie ukrywam, że jestem zadowolony ze ścieżki, którą obrali. Ich notabene bardzo oryginalny Death Metal z pierwszej płyty mógłby, pomimo ogromnego potencjału, gdzieś po czasie przepaść, a tak ruszyli w kierunku jeszcze bardziej nietuzinkowym, totalnie własnym. Połączyli najlepsze elementy tzw. Dark Metalu oraz resztek swoich Death Metalowych początków (chodzi tu przede wszystkim o wokal, bez którego nie byłoby to to samo), posypując całość klasycznymi elementami gotyckiego grania, zarówno metalowej i rockowej formy. Na bogato i odważnie, tego nie można im odmówić (chociaż czasem balansują na granicy kiczu, ale w ostateczności wychodzą obronną ręką). Ważne, że płyta nie jest od swojej poprzedniczki gorsza, jest równie dobra, trzyma poziom i serwuje kilka naprawdę zapadających w pamięć momentów - "The Lament", "Nightbound", "Lacrimosa" oraz oryginalny, majestatyczny "The World". Owe kompozycje już wpisały się na stałe do setlisty Tribulation i grane są na większości koncertów. Atmosfera płyty też robi swoje, mroczna, niepokojąca, odwołująca się w swej estetyce do dawnych czarno-białych horrorów z "Nosferatu" na czele.
Druga strona medalu to fakt, że potencjalnie może brakować tu bardziej zauważalnego kroku (chociaż "The World" teoretycznie takowym jest) naprzód, jakiegoś konkretnego zaskoczenia. Płytę można śmiało potraktować jako drugą część "The Children of the Night" (brzmienie i konstrukcja utworów jest niemal bliźniacza), co dla wielu odbiorców może oznaczać stagnację, brak pomysłu, powtarzalność. Jednak ja uważam, że zespół podjął tu właściwy krok i nagrał płytę, która umocniła ich muzyczne "ja", zdefiniowała brzmienie. Jest jakby zwieńczeniem stopniowych przemian stylistycznych,  jakie zespół przechodził na swoich poprzednich płytach. Uważam, że właśnie w takim kontekście należy ją rozpatrywać. Potencjalny minus zaczyna być wtedy zaletą "Down Below".
Na Tribulation zacząłem zwracać uwagę już na poziomie debiutu, bardzo polubiłem po trzecim albumie, ale to wraz z omawianym tu materiałem i zobaczeniem zespołu na żywo stałem się ich ogromnym fanem. Nikt nie gra jak oni; grupa jest niepodrabialna, ma własny, oryginalny styl i umiejętność tworzenia wyjątkowego klimatu. "Down Below" może być śmiało ich wizytówką i dziełem stojącym na równi z przełomowym dla nich "The Children of the Night". Czekam na kolejny ich materiał i nawet nie będę oponował, gdyby dalej pozostało to w tym samym schemacie, bo on autentycznie się sprawdza. Niemniej liczę na kolejny, ciekawy krok naprzód. Tymczasem ogromnie ten album polecam!

http://www.tribulation.se/
https://kingsroadmerch.com/tribulation/region/

English translation:

A year ago, the fourth album in Tribulation's discography was released - "Down Below". And how did the Swedes manage to accomplish their goal? The answer here is quite simple and I think that most people will share my opinion. "Down Below" is a natural continuation of "The Children of the Night", a deepening of the formula chosen at the time and a second step into its interior. Now, is it good or bad? Well, here you can argue. On one hand, we have consistency and polishing the style, which is an advantage. We have at least four really exciting tracks. I must admit that I am happy with the path they have chosen. Their very original Death Metal from the first album could, despite the enormous potential, disappear somewhere after a while, and so they moved in an even more unusual, totally their own direction. They combined the best elements of the so-called Dark Metal and the remnants of their Death Metal beginnings (this is primarily about the vocals without which it would not be the same), sprinkling the whole with classic elements of gothic stuff, in its both metal and rock form. In a rich and bold manner, that can't be denied (although sometimes they balance on the verge of kitsch, but eventually they come out unscathed). It is important that the album is not worse than its predecessor, it is equally good, keeps the level and serves some really memorable moments - "The Lament", "Nightbound", "Lacrimosa" and the original, majestic "The World". These compositions are already permanently inscribed in the Tribulation setlist and are played at most concerts. The album's atmosphere also makes a lot here - dark, disturbing, referring in its aesthetics to the old black and white horrors with "Nosferatu" at the forefront.
The other side of the coin is the fact that there may potentially be a more noticeable step forward (although "The World" theoretically is), some specific surprise. The album can be safely treated as the second part of "The Children of the Night" (the sound and construction of the songs are almost identical), which for many recipients may mean stagnation, lack of idea, repetition. However, I think that the band has taken the right step here and recorded an album that strengthened their musical "I", defined the sound. It is like the end of the gradual stylistic changes that the band underwent on their previous albums. I believe that it is in this context that it should be considered. The potential disadvantage then becomes the "Down Below" advantage.
I started to pay attention to Tribulation at the debut level, I really liked it after the third album, but it was along with the material discussed here and seeing the band live that made me become their huge fan. No one plays like them, the group is one-of-a-kind, has its own original style and the ability to create a unique atmosphere. "Down Below" can be easily their showcase and work on a par with their groundbreaking "The Children of the Night". I am waiting for their next material and I will not even object if it still stays in the same pattern, because it works really well. Nevertheless, I am counting on another interesting step forward. In the meantime, I highly recommend this album!


niedziela, 23 września 2018

Deicide- Overtures of Blasphemy (Century Media 2018)

Minęła dłuższa chwila zanim zdobyłem się na zakup najnowszej płyty Deicide. Single które poprzedzały wydawnictwo przyprawiły mnie o zdumienie. Wprawdzie nie było ani negatywne, ani jakoś mocno pozytywne, ale zastanawiałem się czy na pewno dobrze słyszę. Byłem zaskoczony bo w tym graniu objawił mi się nie tyle Deicide co... Vader! Tak! "Seal the Tomb Below" z marszu, i brzmieniem i riffem, skojarzył mi się "Prayer to the God of War". Z resztą "Ecomunicated" podobnie, też iście vaderowski, nawet i w kwestii solówek. Gdy pierwszy szok opadł, podjąłem decyzję o zgarnięciu tego krążka. Ciekawość pozostałych kawałków była silniejsza i postanowiłem nie odkładać tej płytki na potem. Pierwszy odsłuch całości i faktycznie jest jeszcze co nieco pod Vader, poza wymienionymi utworami można do tego worka spokojnie  dorzucić jeszcze "Crawled from the Shadows". Da się te elementy znaleźć i w innych kompozycjach na albumie, ale w tych trzech widać to najwyraźniej. Pozostała cześć płyty to już Deicide znany dobrze z "In the Minds of Evil" (która notabene bardzo mi się podobała). Płyta zdaje się kontynuować pomysły z poprzedniczki, kładąc nacisk na nieco większą melodyjność (nawet nie tyle w riffach co w solówkach), a chwytliwość na pewno. Ogólnie rzecz biorąc album jest bardzo przystępny dla tych którzy nie są mocnymi zwolennikami dużych dawek brutalności i agresji. Deicide od dłuższego już czasu stopniowo przyjmuje, moim zdaniem,właśnie taką dosyć przystępną formułę. To wciąż dobra muzyka, ale Ci którzy są zatwardziałymi zwolennikami pierwszych trzech klasycznych albumów grupy, raczej niczego tu dla siebie nie znajdą. Tamten ogień, jad, brutalność i muzyczne, a nie liryczne, bluźnierstwo dawno gdzieś wyparowało. Jak zestawia się w tym momencie te płyty to ktoś mógłby powiedzieć, że to dwa różne zespoły. Wtedy była to, brutalna, Death Metalowa jazda bez trzymanki, teraz miejscami opiera się to na zapożyczonych z Thrashu, bardziej nośnych strukturach, niemniej wciąż mających u podstaw to co w Metalu Śmierci niezbędne i istotne. Mimo wszystko wciąż dają radę. Notowania nie są wysokie, ale wciąż ponad kreską.
Co można powiedzieć w podsumowaniu? Jak komuś pasowała poprzednia płyta, może brać w ciemno. Ci którzy kochają stary Deicide niech raczej sobie darują, bo może szkoda nerwów, zdrowia itd.. Mi po paru przesłuchania podpasowała, tym bardziej, że miała dobry grunt po poprzedniczce. Byłem trochę zaskoczony tymi patentami które tak dobrze słychać w Vader, ale mam wrażenie, że zespół wcale nie zagapił się tu na kolegów po fachu, a zdarzyło się to raczej przypadkowo. Cóż, nie ma co się oszukiwać,  już od dawna Deicide to inna bestia i z pewnością nie tak groźna jak kiedyś, lecz wciąż potrafiąca nagrywać przynajmniej przyzwoite albumy. I tego się trzymajmy, bo o powrocie do dawnej chwały już raczej nie ma mowy.


czwartek, 6 września 2018

At the Gates- To Drink from the Night Itself (Century Media 2018)

"To Drink from the Night Itself" to szósty pełny album wynalazców gothenburskiego brzmienia- At the Gates, a drugi od czasu gdy ponownie wrócili na scenę. Pierwsze co nasuwa się słuchając tej płyty to jej mroczny, posępny, miejscami nostalgiczny klimat. W tej kwestii to pierwszy taki album tego zespołu, pierwszy z takim ładunkiem tych emocji. Kolejna sprawa to brzmienie- bardzo gęste, z lekkim piachem, odrobiną surowości, jak najbardziej współgrające z atmosferą, i tak jak w przypadku innych albumów At the Gates, agresja nieco ustępuje pola melodyjności, ale u nich to akurat od dawna normalka. Chociaż nie, pierwsze dwa albumy dosyć zgrabnie temat balansowały, wraz ze "Slaughter of the Soul" nacisk na melodyjność stał się bardzo wyraźny. No, ale zostawmy to, bo oczywiście to nic na minus. Zaletą, a jednocześnie i jakby wadą płyty jest jej niebywała spójność. Już tłumaczę zagadnienie. Płyta jest bardzo zwarta i słucha się jej jak jednego, bardzo długiego utworu. Przynajmniej ja odniosłem dokładnie takie wrażenie. Lecz jakby zacząć ją rozbijać na poszczególne kawałki, to traci na mocy, bo żaden tak naprawdę jakoś mocno się nie wyróżnia, są po prostu dobre, poprawne, ale bez szału. Dobrze zobrazuje kwestię porzekadło "w kupie siła". I tutaj, mam wrażenie, wyłazi na wiesz brak w składzie Andersa Bjorlera, który w temacie riffów wiódł w At the Gates prym. Potrafił nadać utworom tych wybijających je cech. Brak jego twórczej ręki jest tu, w porównaniu do poprzedniej płyty, dosyć widoczny. Niemniej jednak nie brakuje płycie różnych smaczków i ciekawych rozwiązań wpływających na odbiór, choćby partii akustyków. Mimo, że album nie ma efektu "wow" i raczej nie będę się palił aby nazbyt często do niego wracać, to generalnie rzecz biorąc podoba mi się. Co najważniejsze, mimo braku konkretnego ognia i większej dawki chwytliwości i energii, nie jest to płyta przewidywalna i z marszu łatwa w odbiorze, trzeba dać jej szansę wybrzmieć i przemówić jako jedno spójne dzieło. Jest ambitna, pomysłowa, lecz nie dla każdego odbiorcy. Z pewnością wyróżnia się na tle pozostałych płyt grupy. Czy mogę polecić "To Drink from the Night Itself"? Tak, z całą pewnością wszystkim tym którzy zadurzeni są w Szwedzkich Death Metalu (min. dlatego dałem tej płycie nieco większy kredyt zaufania i dodatkową notę wyżej). Reszcie, cóż, jeżeli melodyjny Death Metal nie jest waszym priorytetem, a fanami At the Gates nie jesteście, to raczej niewiele tu dla siebie znajdziecie, odbierzecie to dzieło jako przeciętne. Kończąc, jak dla mnie bardzo udany materiał, ale z nóg nie ścina.




piątek, 10 sierpnia 2018

Necrowretch- Putrid Death Sorcery (Century Media 2013)

Jedna z nadziei Death Metalowej sceny. Necrowretch to stosunkowo młoda grupa (no w sumie działają już od 10 lat, ale omawiany tu debiutancki album pojawił się dopiero w 2013 roku, zatem nie tak dawno) adeptów Metalu Śmierci pochodząca z Francji. Dlaczego nadzieja sceny? Bo właśnie dzięki taki zespołom jak właśnie Necrowretch można być spokojnym o przyszłość Death Metalu, jak i sceny generalnie. Należą do tej grupy która potrafi czerpać z klasyki to co najlepsze i tworzyć coś nowej jakości, a ze starym feelingiem, zamiast iść tylko za przepisem i odtwarzać kropka w kropkę to co już było. Regresu też tu nie ma, a dobrze wiemy, że znajdą się grupy niepotrzebnie się uwsteczniające chcąc oddawać hołd weteranom i nie zawsze wychodzi to najlepiej. No, ale do rzeczy. To co Necrowretch prezentuje na swoim pierwszym pełnym albumie to synteza najlepszych cech trzech grup: Death, Asphyx oraz Necrophobic. Od Chucka i spółki wzięli te szaleńcze, tnące riffy z pierwszych lat działalności, od Asphyx swoisty ciężar i mocne brzmienie, a od Necrophobic mroczny klimat i diabelskie liryki. W sumie można powiedzieć, że haczy to już miejscami o Black/ Death Metal. Wszystko to opatrzyli swoistym nieokiełznaniem, pasją i energią (aż mi się debiut Merciless przypomina, to jest niemal dokładnie to samo). Już same obłąkane, wyrzucane w eter niczym grad pocisków wokale Vlada nadają temu materiałowi odpowiedniego ładunku furii jaka w takim graniu sprawdza się idealnie. Mówiąc szczerze kupowałem tę płytę niemal w ciemno, opierając się tylko na poleceniu przez znajomego, który jakiś czas temu przy jakieś rozmowie zwrócił mi na nich uwagę niespecjalnie zdradzając szczegóły. No i zawodu nie ma i być nie może, tyczy się to również ich kolejnych dwóch albumów. Często będę sobie do tej płyty wracał, bo ma w sobie ten ponadczasowy potencjał (ciężko to zjawisko wytłumaczyć, po prostu czuje się to słuchając), ma szansę za kilka lat stać się klasykiem, i to nie tylko na swoim podwórku, obok takich tuzów jak chociażby Massacra, ale ogólnie w ramach Death Metalu ze starego kontynentu. Uważam, że z nowszych rzeczy Necrowretch jest tym co po prostu trzeba znać i kojarzyć, zasługują na to. Century Media miało nosa!

https://www.facebook.com/Necrowretch/
http://necrowretch.net/


czwartek, 2 sierpnia 2018

Dark Funeral- Where Shadows Forever Reign (Century Media 2016)

Chociaż nie słyszałem płyty w dniu premiery, a dopiero kawał czasu potem, a i również własny egzemplarz wpadł dopiero ostatnio, to i tak byłem pod wrażeniem roboty jaką zespół tu wykonał już od dłuższego czasu. Niesamowite wrażenie zrobił na mnie "Unchain My Soul", wystarczył abym jeszcze na długo przed zakupem płyty był niemal pewien, że to nie będzie wyrzucona kasa. Przypomniał mi zarówno w dźwięku jak i obrazie stary, dobry "The Secrets of the Black Arts". Po przesłuchaniu całości moje przypuszczenia tylko się potwierdziły. Od razu na początku i bez ogródek powiem, że to jeden z najlepszych albumów Black Metalowych jakie zostały nagrane w ciągu ostatnich 10 lat! Tak, moim zdaniem jak najbardziej. Ahriman i spółka mogą być z niego dumni. Z czasem to będzie klasyk w ich dorobku, nie mam co do tego wątpliwości. Malkontenci mogą rzec, że Dark Funeral odgrzał starego kotleta, jak to podobnie oskarżano ostatnio Immortal, bo niby nie stać ich na nic nowego. Takie opinie się niestety pojawiały. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Zespół, tak jak ich norwescy koledzy po fachu, cofnął się do swojej starej twórczości, ubierając ją w nową jakość i nowe, porywające, mroczne i potężne riffy, jak to z resztą u nich na ogół bywało. To wszystko nabrało jeszcze większej mocy, a ich słynna ściana dźwięku rzuca na kolana i przyprawia o ciarki. U mnie były od samego początku. Spotkało się stare z nowym i powstało coś świeżego, równie dobrego, a i nie wiem czy nie lepszego chociażby pod względem technicznym. Od czasów "Diabolis Interium" Dark Funeral nie spłodził takiego ciosu. Powrócił też dawny klimat ich płyt z lat 90-tych, nie trzeba długo się wsłuchiwać, aby było to jasne. Najlepszą próbką wszystkiego o czym tu mówię jest wspomniany "Unchain My Soul", "The Eternal Eclipse" oraz tytułowy "Where Shadows Forever Reign". To esencja płyty. Na koniec kwestia brzemienia. Jak ktoś by się tu przyczepił, to można by go posądzić o powszechny ostatnio, tzw. ból dupy, bo byłoby to szukanie dziury w całym. Daniel Bergstrand po raz kolejny pokazuje tu swój kunszt produkcyjny. Koleś ma niesamowite wyczucie tematu, co już z resztą pokazywał pracując nad albumami Behemoth i Dimmu Borgir. Ale tutaj? To już mistrzostwo w lidze w której gra! Żeby odpowiedniej aurze płyty stało się zadość Dark Funeral nie mogli nie poprosić o okładkę Necrolorda. On zwieńczył dzieło, które dobitnie manifestuje: stare czasy wróciły, a Dark Funeral jest silniejszy niż kiedykolwiek!


piątek, 13 lipca 2018

Lucifer- Lucifer II (Century Media 2018)

Już od początku tygodnia jestem szczęśliwym posiadaczem wyczekiwanej przez siebie "II" Lucifer i kotuję ją praktycznie dzień w dzień. Jak zaznaczyłem posiadaczem jestem nad wyraz szczęśliwym, bo zespół sprostał zadaniu i stworzył album praktycznie tak dobry jak debiut, chociaż inny, i w innych nieco aspektach należy się jego plusów doszukiwać. Po pierwsze o wiele więcej tutaj hard rockowej energii i przebojowości, ta mistyczna posępna aura "I" gdzieś się nieco rozmyła, chociaż wciąż gdzieś jeszcze majaczy, np. w "Dreamer" czy "Faux Pharaoh". Kolejna sprawa to więcej szybszych riffów niż na Jedynce oraz wszechobecny już, sabbathowski charakter, wpływy Black Sabbath z czasów, "Vol.4", "Sabbath Bloody Sabbath" oraz "Sabotage" są bardzo wyraźne, rządzi tu niemal ta sama motoryka, która z marszu przywodzi na myśl patenty z rzeczonych płyt. Czy to źle? Jeżeli chodzi o Lucifer to nie, w żadnym wypadku. Potrafią to jakoś tak zmyślnie ubrać, że widzi się w tym nową jakość, owe tematy zyskują tzw. drugie życie. Co jeszcze, Johanna nie ma już tak wiele okazji jak na poprzedniczce aby urzec nas skalą i barwą swojego głosu, ale za to pokazuje się fanom od tej bardziej wypełnionej energią, a mniej nastrojowej odsłonie. I dobrze, nie ma powielania pomysłów, a jest kolejny krok naprzód. To właśnie "California Son" i "Dancing With Mr. D" odkrywają przed nami nowe oblicze grupy pokazując, że Lucifer potrafi zagrać inaczej niż tylko mrocznie, czy rytualnie. Możliwe, że sporo zadziałał tu nowy skład, bo jak dobrze wiadomo za garami zasiadł Nicke Andersson, a za partię gitar odpowiedzialny jest tym razem Robin Tidebrink zastępując Gaza Jenningsa, który komponował materiał znany z debiutu.
Czy to wszystko wyszło zespołowi na dobre? Myślę, że tak i uważam, że płyta warta była oczekiwania. Lucifer nie powielił pomysłów, nagrał nowy, pełen rockowego pazura materiał o zbalansowanej zawartości i przy którym nie odczułem ani krzty nudy. Różni się od debiutu, ale jest równie dobry, a materiał na nim zawarty ma szansę zawojować fanów, zwłaszcza na koncertach. Może zawitają do Polski? Jeżeli tak, to obecność jest obowiązkowa!

https://www.facebook.com/luciferofficial


piątek, 2 marca 2018

Necrophobic- Mark of the Necrogram (Century Media 2018)

Czekałem na ten album z niecierpliwością, a i sporo sobie co do niego obiecywałem. W końcu płytka zajechała, odfoliowałem, odpaliłem i... No i rozwałka! Gruchnęło jak z jakieś, za przeproszeniem, szwedzkiej Kolubryny. Necrophobic nie zawiódł, tak jak się spodziewałem, a kolejne minuty płyty tylko mnie w tym przeświadczeniu utwierdzały. Pierwsza i najważniejsza sprawa, na "Mark of the Necrogram" każdy jeden dźwięk nasycony jest niesamowitą mocą i siłą, każda nuta jest esencjonalna, głęboka i wybrzmiewająca. Album jest niesamowicie dynamiczny, spójny i przez całą swoją długość nie spuszcza z tonu i szarżuje niczym podsycana ogniem, wojenna maszyna. Jest intensywnie i wyczerpująco. Nieubłaganej potędze sekcji rytmicznej towarzyszą zapadające w pamięć riffy i melodie, a tutaj zespołowi nigdy pomysłów nie brakowało, czy za czasów Parlanda, czy też kiedykolwiek później. Zawsze na tym polu rodziły się w Necrophobic rzeczy bynajmniej nieprzeciętne, przed nimi w tej bardziej melodyjnej Black/ Death metalowej formule stawiam tylko Dissection, a ten album udowadnia, że nic się w tej kwestii nie zmieniło. Nadal mamy tu dopracowany balans między konkretnym, opętańczym łojeniem, kapitalnymi melodiami, a namiastką epickości, a wszystko ubogacają natchnione, czasem wręcz nostalgiczne solówki. Swoistą wizytówką albumu i najlepszym przykładem łączenia tych cech są takie kawałki jak tytułowy "Mark of the Necrogram", "Tsar Bomba" (oba oddające najlepsze cechy zespołu), oraz "Pesta" i "Requiem for a Dying Sun", o potężnym majestatycznym charakterze. Cały ten piekielny opus spowija dzieło Kristiana "Necrolorda" Wahlina, a dobrze wiemy, że każda jego praca to zaklęcie danego albumu w wizualną formę. Trudno o lepszego twórcę w tym zakresie.
Może moja ocena jest na wyrost, może mało obiektywna (bo po prostu uwielbiam tego typu granie), ale szczerze, ten album najzwyczajniej w świecie do mnie trafił i dostałem dokładnie to na co czekałem, a z kolejnymi odsłuchami wydaje mi się, że nawet więcej. Nie było nudy, a każdy możliwy aspekt płyty został wyczerpany. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko płytę polecić. Warta jest czasu, uwagi oraz kasy na nią wydanej, bez dwóch zdań! Necrophobic powrócił w najlepszym stylu!



sobota, 20 stycznia 2018

Watain- Trident Wolf Eclipse (Century Media 2018)

Najpotężniejszy cios wydawniczy początku roku należy do Watain! Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości! Załoga pod dowództwem Erika Danielssona nagrała chyba najlepszy album w całym swym dotychczasowym dorobku. Jestem pod niesamowitym wrażeniem spójności i skondensowania tej płyty, nie ma tu ani jedne zbędnej sekundy czy dźwięku, nic więcej nie można także dodać. Powstał materiał niesamowicie intensywny, esencjonalny, wyczerpujący (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Watain połączył na tym albumie najlepsze cechy nieśmiertelnej klasyki gatunku zespalając je swoim niepowtarzalnym stylem i brzmieniem. Zaklęli w tych kompozycjach furię starego Marduk, melodyjność Dissection, chłód dawnego Darkthrone, klimat i mistyczny, rytualny charakter Mayhem z "De Mysteriis Dom Sathanas" ("Teufelsreich" to nic innego jak watainowski "Life Eternal", natomiast "Sacred Damnation" to ogromny hołd dla utworu tytułowego z tej klasycznej, kultowej już płyty Mayhem) oraz majestat Bathory (zwłaszcza w "The Fire of Power"). Na wspomnienie zasługuję tu też ów gitarowa ściana dźwięku sprawiająca wrażenie, że ma się do czynienia z jednym, potężnym instrumentem. Do czegoś podobnego na swoich płytach zbliżył się mocno Dark Funeral, ale to Watain postawiło kropkę nad "i" w tej kwestii.
Rogaty musiał maczać tu swoje paluchy, czy może kopyta, bo wyszło dzieło absolutnie skończone, które z całą pewnością odbije się echem na scenie i stanie się jednym z najjaśniejszych punktów w dyskografii Watain, jeżeli nie tym najjaśniejszym. Z twórczości tej szwedzkiej hordy zawsze najbardziej ceniłem i wielbiłem "Casus Luciferi", najnowsza płyta zdetronizowała go już po drugim odsłuchu! Nie wiem jak Watain to zrobili, nawet nie podejrzewałem, że coś takiego w ich przypadku jest możliwe, ale prześcignęli na tej płycie samych siebie, i nie sądzę abym w tej ocenie przesadził. Tak właśnie moim zdaniem się stało. Warto było czekać te 4 lata na kolejny album, ba, warto by było nawet 10 żeby dostać takie dzieło. Niby 35 minut, a bije na łeb wiele dłuższych, bardziej kompleksowych materiałów. Potrzeba polecania tej płyty byłaby tu brakiem szacunku, niedocenieniem, ten album to po prostu totalny mus i koniec! Jedno z obliczy esencji Black Metalowej sztuki! Zdaję sobie sprawę, że leją się tu same superlatywy, ale ten album cholernie mi podszedł w każdym aspekcie, także ciężko żeby było inaczej.
Poniżej limitowana wersja w rozkładanym digiapku z bonusowym utworem i bookletem w formie plakatu A4. Dostępna jest także standardowa wersja w jewelcase oraz kilka w formacie winylowym.

https://www.facebook.com/watainofficial/
http://www.templeofwatain.com/






sobota, 26 sierpnia 2017

Vampire- Vampire (Century Media 2014)

Ach ta szwedzka scena! Studnia bez dna naprawdę świetnych zespołów, tak było kiedyś i tak jest teraz. Wciąż powstają nowe grupy w najlepszym stylu hołdujące przede wszystkim Black i Death Metalowym tradycjom swojej sceny. Wśród nich są właśnie bohaterowie niniejszej recenzji- Vampire. Ich debitancki, wydany w 2014, krążek to skondensowana, pełna mocy, Death Metalowa machina, której paliwem są riffy zakorzenione jeszcze w starym, dobrym thrashu lat 80-tych. Słychać tu nie tylko tuzów takich jak Dismember, Grave, Morbid czy Nihilist, a także dalekie echa takich prekursorów ekstremalnego grania jak Kreator, Destruction, Venom czy nawet wczesny Bathory. Te wszystkie szlachetne wpływy przewijają się przez całą płytą okraszone złowieszczą i niepokojącą atmosferą spowitą przez liryki inspirowane mrocznym światem horrorów. Nie ma tu miejsca na wytchnienie, już od pierwszych sekund wiadomo, że zespół nie pozwoli nam złapać oddechu. Mimo zapatrzenia na dawnych gigantów sceny Vampire potrafi wprowadzić w swoją sztukę dużo świeżości i nowej energii, które uatrakcyjniają ten materiał, i to nie tylko w sferze klimatu i tekstów, ale także w samej muzyce. Brawa należą się tu szczególnie za porywające solówki, w niektórych momentach nieco melodyjne, naprawdę klasa! Co szczególnie mi się tutaj podoba to fakt, że z każdego zagranego tu dźwięku można odczuć autentyczność tej grupy w tym co robi. Znajdziecie tutaj bezmiar totalnego oddania tej muzyce, czegoś co właśnie o wspomnianej autentyczności świadczy najlepiej. Nie ma tu silenia się na doganianie zespołów, którym w swoim graniu oddają cześć, kopiowania brzmienia, zdają się grać na kompletnym luzie, z wyczuciem tematu, co niebywale wpływa na nośność materiału i jego odbiór. Wchodzi bez popitki! Mają w sobie tą samą pasję jaka kiedyś tak zauroczyła mnie u Merciless. Mam nadzieję, że czeka ich świetlana przyszłość, a taką zwiastuje im już kolejny nagrany niedawno album. Takich płyt nigdy za wiele! Kto Vampire nie zna, niech szybko nadrabia zaległości! Jeżeli lubicie takie akty jak Tribulation czy Repugnant, to nie ma opcji żeby się nie spodobało.


środa, 29 marca 2017

Dark Funeral- The Secrets of the Black Arts (No Fashion 1996/ Century Media 2013)

Niesamowity album! To pierwsze co mi się nasuwa gdy myślę o debiucie Dark Funeral. Jest to bez wątpienia jedna z tych black metalowych płyt, które są dla mnie wzorcowe, które są dziełami skończonymi, w których płynie kwintesencja tej sztuki. Zapewne wielu się ze mną nie zgodzi lub miało by ochotę powiedzieć, że przesadzam, Cóż, tak naprawdę mocno średnio mnie to obchodzi, ponieważ album ten totalnie do mnie dotarł, a opinia jest czysto subiektywna. Zauważam w nim nie tylko muzyczny geniusz, ale i niesamowite pokłady emocji i autentycznego mroku, który wylewa się tu z każdym dźwiękiem.
Wydany w 1996 roku "The Secrets of the Black Arts" uważany jest za wizytówkę Dark Funeral, i w sumie nie ma co się dziwić. Był to czas kiedy zespół emanował weną twórczą, młodzieńczą energią i najlepszym w swojej historii składem z Blackmoonem na pokładzie. Wystarczy posłuchać takich symfonii nocy jak tytułowy "The Secrets of Black Arts", "My Dark Desires", "Shadows Over Transylvania" czy złowieszczy, wyciągnięty z najczarniejszych głębin ludzkiej wyobraźni "The Dawn No More Rises". Nad wszystkimi kompozycjami góruje gitarowy geniusz Parlanda, który do spółki z Ahrimanem zalał album riffami z samych czeluści piekieł, które dzięki znakomitej pracy Tagtgrena, brzmią fenomenalnie. Skoro już przy tym jesteśmy, z nagrywaniem tego albumu wiąże się pewna historia. Otóż pierwotna jego wersja została nagrana w studiu Unisound Dana Swano. Niestety, owoc jego pracy nie spodobał się zespołowi kompletnie i zanim ostatecznie trafili do studia Abyss aby nagrać album ponownie, szukali ratunku u Skogsberga w Sunlight. Ten jednak nie był w stanie im pomóc, nawet dzwonił do Swano aby ochrzanić go za taką fuszerkę. Po latach Dan przyznał się do błędów jakie popełnił i podobno jakoś to zespołowi zrekompensował. W tamtym czasie dysponował sprzętem, który jeszcze do końca nie ogarniał i trochę się w tym wszystkim pogubił.
Reedycja "The Secrets of the Black Arts" wydana przez Century Media cztery lata temu oferuje ową niepublikowaną wersję tejże płyty na dodatkowym dysku. Jest ona krótsza, zawiera tylko 8 utworów i faktycznie mamy na niej black metal, który nie brzmi jak black metal. Jest bardzo sterylnie, miejscami aż sztucznie, ale za to niesamowicie klarownie i wyraziście. Słuchanie tego materiału w takiej formie jest dosyć niecodziennym doświadczeniem. Powstało coś co zarówno w teorii jak i w praktyce nie ma racji bytu. Gdyby nie fatalne, pudełkowe brzmienie perkusji, pokusiłbym się o stwierdzenie, że mogłoby to być coś przełomowego w swojej estetyce, a z pewnością bardzo odważnego (a wyszło raczej przypadkiem).
Wydaniu niniejszego krążka towarzyszyły koncerty na których zespół nie przebierał w środkach, krew, świńskie łby, odwrócona krzyże, w tamtym czasie robiło to wrażenie i nadawało granym przez nich sztukom wyjątkowego klimatu i aury. Nie obeszło się rzecz jasna bez nagminnego zainteresowania mediów szukających w tym wszystkim sensacji (bo rzecz jasna sama muzyka ich nie interesowała) oraz jednostkowym przypadkom kiedy koncerty grupy były odwoływane.
W kwestii podsumowania, uważam, że jakakolwiek rekomendacja samego albumu jest tu zbyteczna, natomiast bardzo zachęcam aby sięgnąć po jego ostatnią reedycję. Nie tylko jest na najwyższym wydawniczym poziomie (konkretny booklet- wszystkie teksty, wspomnienia, zdjęcia, czarne płyty cd), ale właśnie zawiera tą niepublikowaną wersję albumu z którą warto się zapoznać i samemu ją ocenić. Rzadko wznowienia mogą poszczycić się tak konkretnym bonusem.



czwartek, 2 marca 2017

Entombed A.D.- Dead Dawn (Century Media 2016)



Ostatnimi czasy katuję tą płytę nieustannie. To co robi LG aby nazwa Entombed (końcówka A.D. jest jak najbardziej zbyteczna bo to jest nic innego jak właśnie najprawdziwsze Entombed!) była wciąż żywa jest godne pochwały i ogromnego szacunku. Byłem pod sporym wrażeniem "Back to the Front", ale "Dead Dawn" sprawił, że jestem wprost w grób wzięty! Ta płyta wręcz ocieka dawną, trupią stęchlizną i death'n'rollowym  duchem sprzed lat!
Na płycie niepodzielnie rządzą ciężkie, zapiaszczone gitary miotające mocarne i niesamowicie nośne riffy, które praktycznie nie dają słuchaczowi ani chwili wytchnienia. Ale żeby nie było. Mamy tu także okazyjne, nieco bardziej melodyjne momenty, wręcz heavy metalowe, które rzecz jasna świetnie wkomponowują się w tą stylistykę nadając jej dodatkowego kopa i luzackiego charakteru (np. "The Winner Has Lost"). Jest też garść wolniejszych temp, wciągających swoim ciężarem niczym najczarniejsze, cmentarne bagnisko (chociażby "As the World Fell"). Moimi osobistymi faworytami z niniejszego krążka jest właśnie utwór tytułowy, "Dawn to Mars to Ride" oraz "Silent Assassin". Cała trójka ma jedną cechę wspólną, rozpędzone, intensywne i wpadające w ucho motywy przewodnie, istne walce rozjeżdżające wszystko co stanie im na drodze. No nic tylko machać banią, aż się urwie! To jest własnie znak rozpoznawczy Entombed, który wieńczy znakomity growl Petrova. Swoją drogą gość ma niespożytą energią i wciąż jest w świetnej formie. Oby jak najdłużej!
Jeszcze na moment pragnę zatrzymać się przy okładce albumu, którą wykonał nie kto inny jak Erik Danielsson (Watain) i jego Trident Arts. Płytę zdobi profilowy przekrój ludzkiej głowy przedstawiony w jasnych odcieniach brązu z dodatkiem czerni i czerwieni. U dołu wyrasta horda nieumarłych jakby próbująca wciągnąć ją za sobą pod ziemię. Obraz ten pasuje do płyty oraz jej tytułu jak ulał i myślę, że w pełni odzwierciedla jej zawartość, a z pewnością przykuwa wzrok. Po prostu spitzenklasse!
"Dead Dawn" jest jednym z tych naprawdę znakomitych wydawnictw, w które tak obrodził ubiegły rok. Nowe- stare wcielenie Entombed z kolejną płytą nabiera mocy i rozpędu. Zżera mnie ciekawość co zaserwują nam następnym razem, czekam na kolejny tak udany, a może i jeszcze lepszy, wyziew jak niniejsza płyta. Jeżeli ktoś jeszcze nie słuchał to niech w te pędy nadrabia zaległości!


środa, 1 marca 2017

Samael- Eternal (Century Media 1999)

Płyta z czasów kiedy Samael odjechał w kompletnie inne rejony niż te znane z ich pierwszych trzech, kultowych albumów. Dla wielu dziwna, dla innych asłuchalna, dla jeszcze kolejnych zapewne samo jej wspomnienie to trauma. W każdym bądź razie szacun dla zespołu za odwagę i realizację własnych artystycznych wizji. Na "Eternal", poniekąd kontynuując niektóre patenty obecne już na "Passage", Samael stworzył muzyczną kreację mrocznych, astralnych przestrzeni i ich bezkresu, transową i barwną podróż po galaktyce. I co jest w Samael piękne, ano to, że praktycznie każda ich płyta jest inna, nie ma powielania pomysłów, stagnacji, ich sztuka cały czas gdzieś dąży, dokądś biegnie, odkrywa nowe pokłady artystycznego wyrazu.
"Eternal" to prawie 50 minut skondensowanej dawki wszechobecnej klawiszowej elektroniki połączonej z ciężkimi, idustrialnymi, lekko schowanymi na drugim planie gitarami i intensywną perkusją, wszystko okraszone świetnymi wokalami Vorpha. Po wielokrotnym przesłuchaniu płyty (no mimo, że to nie do końca mój ukochany metal w czystej postaci, to mam autentyczną ochotę do tego wracać) wyszczególniłbym zwłaszcza trzy utwory, mianowicie "The Cross", "Supra Karma"oraz "Ailleurs". Pierwszy z nich rozpoczyna się niesamowicie przejmującymi klawiszami, aby za chwilę przejść w subtelny walec (tak!) sekcji rytmicznej niosącej słuchacza w gwiezdną otchłań. Linia wokalna jest tu bardziej recytowana niskim chropowatym głosem, niż śpiewana. Sprawia to poniekąd wrażenie obecności lektora towarzyszącego w tej podróży poprzez nieskończoną pustkę. "Supra Karma" jest już bardziej mroczna, więcej tu niepokojących i dynamicznych dźwięków, totalny komos i to dosłownie! Co się tyczy "Ailleurs" to mamy tu do czynienia z konkretną industrialną galopadą, gdzie bardziej naprzód wysuwają się gitary. Bardzo energetyczny kawałek, gdzie sekcja rytmiczna gra pierwsze skrzypce.
Z pewnością "Eternal" należy do tych bardziej wymagających albumów i z niechybnie wzbudza wśród wielu fanów metalu mocno mieszane uczucia. Jest to biegunowo odległe od samaelowskiej klasyki, ale w swojej stylistyce równie dobre. Jeżeli są osoby które jeszcze nie miały okazji usłyszeć tego albumu, a nie boją się zejść na moment z jedynej słusznej drogi i zobaczyć co leży obok niej, szczerze zachęcam aby dać tej płycie szansę. To naprawdę kawał dobrej sztuki, którą z czasem się docenia.




sobota, 29 października 2016

Watain- The Wild Hunt (Century Media 2013)

Nie będę specjalnie ukrywał faktu, że Watain to obecnie jeden z moich ulubionych zespołów parających się black metalową sztuką, i z pewnością jeden z lepszych aktów na obecnej scenie. Kunsztu kompozytorskiego i pomysłu na siebie nie można im odmówić. Swoją drogą jest to też grupa, która miała i ma ogromny wpływ na wiele zespołów z tego nurtu powstałych w ciągu ostatnich kilku lat.
"The Wild Hunt" to ostatni jak dotąd krążek zespołu i chyba najbardziej zróżnicowany i kompleksowy w porównaniu do swoich poprzedników. Mamy tu nie tylko typowo black metalową jazdę ale i sporo motywów zaczerpniętych z metalowej klasyki, czy nawet wolniejsze utwory o balladowym zabarwieniu. Mamy tu jednym słowem dzieło bogate i dopracowane w każdym calu, słuchało i wciąż słucha mi się tego wybornie. Ciężko jest tu wyszczególnić jakieś konkretne kawałki, bo te autentycznie świetne to przynajmniej połowa płyty. No ale spróbuję wybrać takie absolutne top 3. Bez wątpienia, jako pierwszego wymienię tu "They Rode On", to spokojny, dostojny i klimatyczny kawałek w którym rozbrzmiewają echa Bathory, to pierwszy taki utwór w dorobku grupy, ale niewątpliwie udany. Kolejny to "Outlaw" w którym miesza się black metalowa nawałnica z naleciałościami metalowej klasyki lat 80-tych. Na trzecim miejscu postawiłbym "The Child Must Die" w którym także rozbrzmiewają trochę inne patenty niemniej jednak atmosfera aż kipi mrokiem i mistycyzmem, słychać tu też pewną melodykę obecną już na "Lawless Darkness" i tak dobrze znane w Watain inspiracje dokonaniami Dissection. Poza wymienioną trójką na uwagę zasługuję także "All That May Bleed" które ukazało się na 7'' singlu oraz instrumentalna kompozycja otwierająca płytę "Night Vision", wprowadzająca słuchacza w odpowiedni nastrój, równie dobrze mogąca zaistnieć w jakimś filmie o mrokach średniowiecza.
Kolejną sprawą jest bardzo udana okładka (z resztą, który ich artwork nie był, może co najwyżej z debiutanckiego "Rabid Death's Course", jakiś trochę przygaszony), po raz kolejny wykonana przez naszego rodzimego twórcę Zbigniewa Bielaka (ta do "Lawless Darkness" to także jego dzieło, podobnie singiel "All That May Bleed"). Obecnie nie wyobrażam sobie aby kto inny mógł być odpowiedzialny za okładki wydawnictw Watain, bo Zbyszek czuje w czym rzecz jak mało kto.
Watain jest zespołem, który zbiera bardzo skrajne opinie, zarówno bardzo pochlebne jak i te negatywne do granic możliwości, że pozerzy itd. Cóż, nie raz dowiedzione zostało, że im większy hejt tym lepszy zespół. Swoją drogą jest to także nieodzowny towarzysz sukcesu. Ja Watain bardzo cenię i złego słowa o nich nie powiem. Uważam ich za grupę bardzo konsekwentną w swym działaniu i nie idącą na kompromisy, której towarzyszy niesamowita aura. Co do ich muzyki to cóż, uważam że mówi sama za siebie. Osobiście bardzo polecam nie tylko omówioną płytę, ale generalnie cały ich dorobek, znakomite granie!
Poniżej limitowane wydanie tej płyty w formie tzw. digibooka wzbogaconego o dodatkowe etui. Wewnątrz znajduje się ten sam booklet co z zwykłym wydaniu, jest tylko wydrukowany w większym formacie, na kredowym papierze i wszyty w całość. Cudeńko!


poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Unleashed- Shadows in the Deep (Century Media 1992)

Przyznam, że szwedzki death metal cenię ponad każdy inny. Ich brzmienie i podejście do tematu najbardziej mi odpowiada. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych Szwecja wydała na świat całą masę wspaniałych zespołów z Entombed, Dismember i Unleashed na czele. O drugim krążku tego ostatniego będzie dziś mowa.


Po sukcesie "Where No Life Dwells" z 1991 Unleashed ruszyło w trasę po Europie i mimo napiętego grafiku rozpoczęło pracę nad kolejnym krążkiem. Wbrew panującemu trendowi na nagrywanie w Sunlight, zespół po raz kolejny wybrał niemieckie studio Woodhouse w Dortmundzie. Może min. dzięki temu zasadniczo różnili się od grup mniej lub bardziej naśladujących Entombed. "Shadows in the Deep", wydany w 1992, to płyta, która jest kolejnym krokiem ku wikingowej estetyce goszczącej w tekstach Unleashed, których namiastkę zespół serwował już na wcześniejszych nagraniach. Na tym krążku już w pełni ukształtowali swoje charakterystyczne brzmienie po którym nie sposób ich nie poznać. Riffy są ciężkie, mocarne, a jednocześnie łatwo wchodzące w pamięć. Ich struktura jest także znakiem rozpoznawczym tej grupy. No i oczywiście wokale Hedlunda, nie do podrobienia. Z utworów znajdujących się na albumie najbardziej cenię sobie sztandarowy "The Immortals" z genialnym refrenem, tytułowy "Shadows in the Deep" oraz "Onward Into Countless Battles". Bardzo podoba mi się okładka płyty, która znakomicie oddaje jej klimat. Mroczna jaskinia z której ścian wyłaniają się dziesiątki czaszek. Trudno tu o lepszą i bardziej wymowną grafikę.
Mimo faktu, że po twórczość Unleashed sięgam rzadziej niż po inne death metalowe dzieła ze Szwecji, to wysoko ich cenię, przede wszystkim za oryginalność i własny, niepowtarzalny styl.
P.S.
Warto wspomnieć, że płyta dedykowana jest pamięci Pellego "Dead'a" Ohlina.


piątek, 8 lipca 2016

Pentagram- Anatolia (Century Media 1997)

Dziwna płyta. Nie da się nijak zaszufladkować na potrzeby tej recenzji. Na tym krążku turecki Pentargam (znany też pod nazwą Mazarkabul) stworzył totalny miszmasz. Mamy tutaj sporo wpływów z ich rodzimego folku (jak słucham takiego "Gunduz Gece" to przypomina mi się obiad w greckiej knajpie, pełno tu wstawek rodem z bliskiego wschodu), klasycznych heavy metalowych zagrywek oraz dosyć dużo thrashowych motywów, progresywne wstawki też by się znalazły tu i tam. Jednym słowem ciężko jest ją wrzucić na jakiś jeden konkretny tor. To po prostu metal, ale metal z typu tych nieprzewidywalnych. Jeżeli wcześniej nie znało się zespołu i zobaczyłoby się okładkę tej płyty to pierwsze co przychodzi na myśl to to, że będzie to coś w stylu Moonspell czy Samael. A tu nic z tych rzeczy, chociaż może jakieś drobne podobieństwa do Moonspell są, ale znikome. Jednym słowem w takiej sytuacji osoba kupująca byłby mocno zaskoczona, czy pozytywnie, czy negatywnie to już kwestia gustu. Za chiny nie rozumiem też po co umieścili na płycie dwa razy utwór tytułowy, może chcieli podkreślić jaki jest świetny. Ale czy istotnie jest? Cóż, ocenę pozostawiam wam. Najciekawszymi kawałkami do próbnego odsłuchu są "1000 In the East" posiadający ciekawy, nośny riff, "Stand to Fall", instrumentalny "Time" oraz pseudo ballada "Give me Something to Kill the Pain". Pomyłką jest natomiast chaotyczny"On the Run", który nie pasuje do reszty i burzy układ albumu, stylistycznie mocno odstaje.
Z całą pewnością nie jest to płyta dla każdego. Stanowczo odradzam tym którzy przede wszystkim trzymają się tradycyjnego metalu i nie mają ochoty na eksperymenty. Niemniej jednak jest to album nietuzinkowy, oryginalny, aczkolwiek specyficzny i nie dla każdego odbiorcy. Myślę, że mógłby spodobać się fanom Dream Theatre. Ja osobiście nie specjalnie szaleję za tą płytką, ale od czasu do czasu ją sobie odpalam, uszy nie bolą, a urozmaicenie czasem się przyda.