Ostatnio troszkę szerzej eksploruję sobie temat swojego ulubionego Szwedzkiego Death Metalu i dzięki znajomemu sprzedawcy natknąłem się na Demiurg. Co prawda zespół już nie istnieje, ale zdążył poczęstować scenę trzema pełnymi albumami. Dziś mowa o trzecim, a za razem ostatnim z nich- "Slakthus Gamleby". Płytę przygarnąłem niemal w ciemno, bo po przesłuchaniu tylko utworu ją otwierającego. Starczyło. Na płytce znalazłem dokładnie to czego szukałem i porwało mnie od pierwszych dźwięków. Demiurg kapitalnie połączył brzmienia i patenty obecne w muzyce takich klasyków metalu śmierci (w większości właśnie tych bardziej melodyjnych) jak At the Gates, Amon Amarth, Unleashed czy Dismember, a także Nocturnus/ Amorphis (tutaj chodzi wyłącznie o oszczędne, acz nie dające o sobie zapomnieć partie klawiszowe), a w wolniejszych momentach materiału chociażby Dark Tranquillity czy też Edge of Sanity. Pracuje to wszystko pięknie, a brzmi jeszcze lepiej. W sumie nie ma co się dziwić skoro za projektem stoi Dan Swano odpowiedzialny tu za główne partie gitar i właśnie klawisze. Smaczku dodają również okazyjne żeńskie wokale w wykonaniu Marjan Welman. Płytę można podać za przykład albumu totalnie szwedzkiego, to przekrój tamtejszego Death Metalu podany w formie jednej płyty. Są galopady, jest ta charakterystyczna, jak na to granie, przebojowość, nuta melodyjności, ciężar, mocarne zwolnienia oraz znakomity growl w wykonaniu Roggi Johanssona. Niby wszystkie elementy zna się już z wielu innych płyt, ale poskładać to w jedną spójną całość w taki sposób jak zrobił to Demiurg i tchnąć w to energię i pasję to jednak jest sztuka, sztuka, którą warto zauważyć i docenić. No i ta okładka. Już po niej widać z jak esencjonalnym dziełem mamy do czynienia. Ktoś kto równie mocno jak ja wielbi przede wszystkim szwedzką odmianę Death Metalu, pochłonie ten album z marszu i nie ma opcji, że nie będzie do niego wracał. Płyta ewidentnie warta polecania i znacznie większej uwagi niż została swego czasu jej poświęcona.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 24 lipca 2018
sobota, 22 lipca 2017
Lastwar- Skazani na Zagładę (demo 1990/ Thrashing Madness 2010)
Lastwar, kolejna świetnie łojąca grupa, która w połowie lat 90-tych przepadła w głębinach naszego metalowego podziemia. Ta wągrowiecka załoga grała bardzo spójną, energetyczną i nafaszerowaną dobrymi riffami dawkę thrash metalu w stylu starego Slayer'a, i robili to pieruńsko dobrze. Słucha się tego kapitalnie i z przeogromną ochotą na powtórkę. Demo "Skazani na Zagładę", które dziś przypominam, zostało zarejestrowane w 1990 (dopiero trzy lata po założeniu zespołu) w szczecińskim studiu ARP. Jak na taśmę demo charakteryzowało się zauważalnie dopracowanym, i jak na dostępne warunki, klarownym brzmieniem. Cóż się dziwić, pieczę nad materiałem powierzono doświadczonemu realizatorowi, Arturowi Bursakowskiemu, który profesjonalnie ogarnął temat. Grupa mimo braku doświadczenia w ciągu dwóch dni wykroiła naprawdę solidny kawał thrash metalowej sztuki (warto napomknąć z jaką pasją odegrali kawałek Death "Evil Dead", szacun Panowie ogromny!). Dzięki tym nagraniom zespół zaistniał na undergroundowej scenie i miał szansę grywać sztuki u boku takich tuzów jak Vader, Pandemonium, Christ Agony, Betrayer czy Turbo. Min. dzięki owemu demu i następującej po niej promówce 91' (zawartej tu jako jeden z bonusów, zaiste dobry materiał, ale strasznie zamulony jakościowo, jakby zespół grał w zamkniętym pomieszczeniu, a rejestracja odbywała się spoza niego) zespołem zainteresowało się Carnage Records, które wydało później ich kolejne demo "Darkness in Eden".Bez owijania w bawełnę powiem, że zaliczam Lastwar do jednej z naszych lepszych, a niestety zapomnianych już nieco, thrashowych załóg jakie kiedykolwiek powstały. Zespół bardzo obiecujący, grający co prawda wg. utartej przez klasyków gatunku formy, ale z niesamowitą pasją do tematu oraz wyczuciem, chłopaki wiedzieli co robią i w czym są najlepsi. Było w tym "to coś", które w niewytłumaczalny do końca sposób przyciąga i zdobywa uwagę. Wielka szkoda, że ta grupa z różnych powodów, zarówno dotyczących braku wydawcy, zwykłego pecha, który tak chętnie towarzyszył wtedy wielu zespołom, oraz spraw natury prywatnej nie kontynuowała działalności. Niemniej jednak zostawili po sobie konkretne dziedzictwo, z którego dzięki nie tylko starym wydawnictwom, ale i reedycjom jakie popełnia Thrashing Madness, możemy w pełni korzystać i zasłuchiwać się w tej znakomitej, dźwiękowej chłoście.
czwartek, 20 lipca 2017
Holy Battalion- Cosmic War/ Breaking the Face (Thrashing Madness 2010)
Kolejna zapomniana już ekipa z naszego podziemia przełomu lat 80-tych i 90-tych. Holy Battalion ze Sławna, bo o nich tu będzie mowa, wykonywał bardzo poprawny, chociaż nieco chaotyczny, thrash. Zespół miał na koncie tylko 3 materiały demo, pełnego albumu niestety się nie doczekali. Dwa pierwsze demka, które są tu głównym rozkładem jazdy, czyli "Cosmic War" oraz "Breaking the Face" są względem brzmienia praktycznie bliźniacze lub przynajmniej takiemu faktowi bliskie. Nie słychać tu w tej kwestii znaczącego progresu. W obu przypadkach mamy brzmienie dosyć toporne, dalekie od doskonałości, surowe, szorstkie (jak na demo przystało) i w tym przypadku śmiem twierdzić, iż nie do końca działające na korzyść samych kompozycji. Materiał z obu dem jest nieco połamany, sporo się tu dzieje, ale wisi nad tym wszystkim jakiś nieokreślony chaos, podczas słuchania mam wrażenie, że zagrany jest na ogromnym spontanie, ale czasem aż za bardzo, przez co można mieć wrażenie pewnych wykonawczych niedociągnięć/ bałaganu. No, ale może w tym jest metoda, taki urok i zero dyskusji. Zdaję sobie sprawę, że spokojnie znalazły by się osoby, które nie podzieliłyby tego zdania, cóż, takie moje subiektywne odczucia. Niemniej jednak udało mi się wyłapać w dwóch utworach bardzo ciekawe, czy świadome- nie wiem, odnośniki do poza thrashowej, metalowej klasyki w postaci NWOBHMowego Blitzkrieg ("March") czy Celtic Frost (początek "The Temple") wplecione w thrashowe metalowe łojenie w bardzo misterny sposób. Zamieszczone tu jako bonus demo "Mr. Dolly" z 1994 to już widoczny krok naprzód zarówno w brzmieniu jak i samych utworach, o wiele więcej tu świeżości i bardziej dojrzałego technicznie grania, ale wciąż nie do końca porywającego.Podsumowując, jakoś specjalnie Holy Battalion mnie nie zauroczył. Nie są to złe materiały, skąd, daleki jestem od takiej opinii, ale giną momentalnie w natłoku innych znacznie lepszych i bardziej oryginalnych (chociażby wplatające już w swą sztukę death metal, grające po sąsiedzku Slaughter z Koszalina, czy, jeszcze wtedy, słupski Betrayer). To po prostu dobre, żywiołowe, thrashowe granie bez specjalnych fajerwerków. Dla miłośników takiego właśnie grania jak i naszego undergroundu będzie to z pewnością niezła gratka i kolejny interesujący element historii naszej sceny. Co się tyczy samego wydania, to jak to już zwykłem mawiać, logo Thrashing Madness to wystarczająca rekomendacja, jednak płyta pochodzi z czasów kiedy owe krakowskie wydawnictwo wypuszczało cd jeszcze nieco skromniejsze, ale już wieszczące przyszły patos. Dla fanów tematu, pozycja warta polecenia.
poniedziałek, 19 czerwca 2017
Anaboth- Nie Czas Pomiotów (Under the Sign of Garazel 2010)
"Nie Czas Pomiotów" to pierwszy materiał naszego rodzimego Anaboth, demo wydane pierwotnie na taśmie w 1996 roku. Materiał zapomniany i jeżeli znany to raczej okrojonemu gronu maniaków mocno siedzących w dawnym podziemiu. Teraz dzięki Under the Sign of Garazel "Nie Czas Pomiotów" wyszedł z mrocznych czeluści na światło dzienne. Jest to czarna sztuka najwyższego wtajemniczenia, zawierające wszystkie swoje najbardziej pierwotne i złowieszcze cechy, bluźnierstwa i jadu w tym nie brakuje. Surowizna wylewa się hektolitrami, a wszystko zespala opętańczy, wrzaskliwy wokal, teksty jak sugeruje tytuł w języku polskim.Tematyka- szatan, mrok, no i Cthulu (chociaż i tak niewiele da się wyłapać) z zaklętym w tym duchem dawnych lat sceny. Odbijają się tu echa stylu starego Burzum (przede wszystkim w partiach perkusji i ewidentnie wokali), Darkthrone, Behemoth, North, czy innych hord, które swojego czasu stawiały podwaliny pod Black Metalową scenę i to nie tylko polską. Króluje tu typowe dla tamtego czasu i tego typu materiałów brzmienie, ale ono jest tu kluczowe. Wiadomo, trzeba lubić te klimaty i najnormalniej w świecie czuć o co w tym biega. Anaboth się nie certoli i gra prosto, ale z pasją i wyczuciem uprawianej sztuki. Pieruńsko dobrze się tego słucha, atmosfera niepowtarzalna, z marszu przenosi słuchacza do tamtych dni. Każdemu kto lubi nasze stare, rodzime Black Metalowe dema, a nie zna jeszcze tego materiału Anaboth, to gwarantuję, że spodoba się z marszu. Po tysiąckroć zachęcam do posłuchania i jeszcze bardziej do zaopatrzenia się w ten materiał. Wznawiając go UtSoG odwalił kawał dobrej roboty i oby nadal wykopywali z głębin sceny tak kapitalne, a niestety gdzieś tam zgubione w ciągu lat nagrania. Jak to mawiają, kult!środa, 19 kwietnia 2017
Graveland- Thousand Swords (Isengard Distribution 1995/ No Colours Records 2010)
"Thousand Swords" jest w
dorobku Graveland klasykiem. Bardzo wielu fanów uznaje go za swój
ulubiony album w dorobku grupy, a na pewno darzy go szczególnym
szacunkiem i zalicza do wyjątkowych. Jest to ostatni czysto black
metalowy twór w dyskografii Graveland, ale kończy ten etap z
odpowiednim hukiem. Produkcja jest tu surowa podobnie jak przy
wcześniejszej płycie i demach, ale na tym dowcip polega, na tym
opiera się cały jej klimat. Mamy tu do czynienia z typowymi
kompozycjami black metalowymi pierwszej połowy lat 90-tych kiedy
ten gatunek królował na scenie i emanował niesamowitą atmosferą
i mocą. Zauważymy tu wpływy starego Bathory jak i np. wczesnego
Emperor, czyli jednym słowem klasa! Album jest bardzo spójny i nie
ma tu znaczących zmian stylistyki czy tempa, całość jest równa,
zwarta co sprawia, że ma się wrażenie słuchania jednolitej
całości, a nie poszczególnych utworów po kolei. Płyta płynie.
Warto wspomnieć że na "Thousand
Swords" zaczyna się w muzyce Graveland inspiracja folkiem i
muzyką dawną co jest słyszalne w konstrukcji gitarowych riffów na
całej płycie. Takie zabiegi staną się w przyszłości jedną z
charakterystycznych cech kompozycji zespołu. Ta naleciałość w
połączeniu z bardzo surowym brzmieniem daje ciekawy efekt. Ma się
wrażenie zarówno obecności czystego, black metalowego łojenia z
czymś bardzo świeżym, co w rezultacie jest kolejnym kompozytorskim
krokiem do przodu ale i sporym ukłonem w stronę starej szkoły.
Album obraca się wokół tematyki
przebudzenia, żeby nakłonić słuchacza do pewnych przemyśleń, żeby otworzyć oczy na zgubny wpływ sił
które pociągają za sznurki na których wisi nasz świat. Szata graficzna albumu też zahacza o
tzw. kult. Czarno biała grafika, las, członkowie zespołu w typowym
bm-owym rynsztunku i corpse-paint'cie, jest moc..., ale i pewna nostalgia. Jest to swoisty dokument rebelii i bezkompromisowych postaw ówczesnej sceny BM na naszych ziemiach.
Płyta jest też, jak wszystkie starsze
wydawnictwa Graveland, częścią mrocznej i pięknej historii
polskiego black metalu. Na pewno jest jednym z dumnych pomników tamtych lat
i przekazuje to co wtedy działo się w życiu i umysłach twórców. Warto napomknąć, iż album był jednym z niewielu wydawnictw spod szyldu Isengard
Production założonej w tamtych latach przez Darkena. Na cd w 1995 wydało go Lethal Records, ale podobno była to fuszerka i chybiony układ.
Podsumowując jest to dzieło o
wyjątkowej atmosferze i przesłaniu, jest też idealnym przykładem
starego, black metalowego brzmienia i jednym z kamieni milowych w
dorobku Graveland. Takie płyty nie tylko warto, ale i trzeba mieć w
kolekcji!
Poniżej winylowa reedycja tego dzieła
wydana w 2010 roku przez nikogo innego jak niemiecką No Colours
Records. Jak widać wzorcem było stare oryginalne wydanie. W sumie
nie wyobrażam sobie innej opcji przy tego typu materiale. Wykonanie
pierwsza klasa!środa, 5 kwietnia 2017
Blaze of Perdition- Towards the Blaze of Perdition (Putrid Prophet Productions 2010/ Warheart 2013)
Blaze of Perdition to obecnie jeden z bardziej rozpoznawalnych, black metalowych aktów na naszej rodzimej scenie BM, który w chwili obecnej ma już na koncie trzy pełne albumy. "Towards the Blaze of Perdition" to ich długogrający debiut wydany oryginalnie przez Putrid Prophet w 2010. Ich sztuka to połączenie tego co serwuje nam szwedzki Watain oraz w pewnym, niewielkim stopniu Behemoth, zarówno muzycznie jak i wizualnie, także nie ma co spodziewać się tu rewolucji czy znaczącej oryginalności. Ale w sumie co z tego, skoro to co robią robią solidnie i na poziomie? Muzyka zaklęta w tym krążku jest pełna mroku, rytualna, bluźniercza, nie pozbawiona dobrych riffów i ciekawych, przepełnionych czernią melodii. Z pewnością dużym plusem jest tu mocne, dopracowane brzmienie oraz fakt, że mamy do czynienia nie z jednym, a z dwoma wokalistami, co nie zdarza się znowu tak często. Z początku nie specjalnie ciągnęło mnie do ich muzyki, nie widziałem w tym nic wartego jakieś szerszej uwagi. Dopiero niedawno postanowiłem dać im kolejną szansę i w końcu materiały Blaze of Perdition zagościły w moich zbiorach. Nie jest to coś czego słuchałbym na okrągło, ale od czasu do czasu będę sięgał po zarówno tą jak i pozostałe ich płyty. Jest w tym spory potencjał, wyraźny, instrumentalny kunszt i podniosły, monumentalny, a za razem diabelski charakter, który tak cenię sobie u Watain. Wystarczy posłuchać chociażby takich kompozycji jak "Alchemy of Flesh", otwierającego album intra "156", czy wieńczącego całość utworu tytułowego (najlepsze melodie z całego albumu!). Ciekawie wypadają także utwory z polskimi wokalami, które reprezentują tu "Misterium Kliffoth" oraz "Królestwo Twoje", dzięki temu nabierają innej jakości i dodatkowej głębi, inaczej się je przeżywa.Zespoły w których od razu widać i słychać inspirację i wpływy konkretnych, istniejących już grup zdane są najczęściej na niekorzystne opinie i zestawienia, bo powielają istniejące już elementy tylko w innym "opakowaniu". Blaze of Perdition wyróżnia się wśród nich faktycznym talentem i umiejętnościami, przez co, mimo znikomej oryginalności, dorównują zespołom, które zainspirowały ich muzykę, a to już nie każdy potrafi. Także za to z mojej strony ogromny plus!
W niniejszym poście prezentuję wznowienie omawianej płyty, które wydało w 2013 Warheart Records. Jak widać szata graficzna została odświeżona i prezentuje się o piekło lepiej od pierwszego wydania. Wszystko zatopione jest w esencjonalnych odcieniach czerni i złota. Wewnątrz bookletu mamy wszystkie teksty oraz sporo naprawdę świetnych zdjęć. Także wydanie jest zaiste solidne i trudno oczekiwać tu czegoś więcej, tak się powinno to robić. Na dysku, jako bonus, znajduje się także 30-minutowy materiał live "Pomerania Shall Burn" z 2009 roku.
Krótko i zwięźle, tym co nie znają osobiście polecam! Nie każdy musi od razu polubić, ale myślę, że warto się z Blaze of Perdition zapoznać bo mają co nieco do zaoferowania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








