Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mercury Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mercury Records. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lutego 2017

Doro- Force Majeure (Mercury/ PolyGram 1989)

Z założenia miał to być ostatni album Warlock, jednak z przyczyn takich jak rozpad składu i problemy z prawami autorskimi do nazwy zespołu Doro zmuszona była do realizacji tego materiału na własną rękę i pod własnym nazwiskiem. W nagraniach wziął udział Tommy Henriksen, były basista Warlock oraz dwóch nowych muzyków w osobach Jona Levina (gitara) oraz Bobbiego Rondinelli (perkusja). "Force Majeure" (w kontekście okoliczności towarzyszących tej płytce tytuł jest jak najbardziej adekwatny) to wciąż kawał dobrego, klasycznego heavy metalu, którego najważniejszym elementem są niesamowicie nośne riffy i wspaniały wokal Doro Pesch.
Może album nie eksploduje już takimi pomysłami i mocą jak poprzednie płyty, jest nieco łagodniejszy i nastawiony na szerszą publikę, ale wciąż trzyma poziom. Nadal są tu takie petardy jak "World Gone Wild" (najlepszy popis wokalny z całego albumu), singlowy "Hard Times", skrzący się ogniem "Under the Gun" czy krótki zadziorny, aczkolwiek konkretny "I Am What I Am" (ach ten perkusyjny wstęp!). Pewnym minusem, rzecz jasna można to również potraktować jako plus zależnie od odbiorcy, albumu może być spora dawka ballad, lub utworów o takowym zabarwieniu (np. ckliwe "Beyond the Trees" lub kompletnie niepotrzebna miniaturka "Bis Aufs Blut"). Przez to mamy co chwila przeplatające się ze sobą utwory wolniejsze, nastrojowe oraz te kipiące energią, co zakłóca spójność płyty. Za niebyt trafiony pomysł uważam też, rozpoczęcie albumu właśnie balladowym "A Whiter Shade of Pale" z repertuaru Procol Harum. To bardzo dobry kawałek, ale na koniec płyty, lub gdzieś w środku, w żadnym wypadku na początek, odbiera to materiałowi tak ważne pierwsze wrażenie. W przypadku starego dobrego heavy metalu z jakim mamy tu do czynienia powinno to być konkretne mocarne uderzenie, swoiste zaproszenie do dalszego obcowania z tym krążkiem, a byłoby tu z czego wybierać. Mimo tej garści uwag, uważam "Force Majeure" za przednie wydawnictwo i bez wątpienia najlepsze ze wszystkich, które ukazały się później pod szyldem Doro. Album niestety nie odniósł jakiegoś spektakularnego sukcesu i poza obszarem Niemiec przeszedł bez specjalnego echa, to był już 1989 rok i tego typu brzmienia były już nieco w odwrocie, oddając pole bardziej ekstremalnym odmianom metalu. Moim zdaniem zasługiwał na nieco więcej uwagi, ale cóż, nie trafił w swój czas.
Zarówno dyskografia Warlock jak i niniejsza płyta bez wątpienia należą do klasyki niemieckiego metalu i to raczej tego mniej oklepanego, niszowego. Tych, którzy do tej pory nie mieli okazji zapoznać się z wczesnymi dokonaniami Doro i jej zespołu szczerze zachęcam do sięgnięcia po "Force Majeure" oraz wcześniejsze wydawnictwa wydane pod szyldem Warlock. Fani starego, nieprzekombinowanego, hm-owego łojenia nie będą zawiedzeni.


poniedziałek, 31 października 2016

Warlock- Triumph and Agony (Mercury/ Phonogram 1987)

Ach ta niemiecka scena metalowa lat 80-tych, zagłębie świetnych zespołów i genialnych płyt. Tak jak nie lubi się niemieckiego języka, tak ich zespołów z tamtego czasu po prostu nie da się nie lubić. Wystarczy wspomnieć takie grupy jak Accept, Helloween czy Running Wild, a i na tym wyliczanka się nie kończy. Jedną z autentycznie rewelacyjnych kapel był Warlock z Panią Doro Pesch na wokalu. Chyba, żadna inna metalowa wokalistka nie była w stanie oczarować mnie swym głosem i charyzmą tak jak ona. Solowo, względem samej muzyki, już tak mocno mnie nie zachwyca, ale to co nagrała pod szyldem Warlock to po prostu poezja.


"Triumph and Agony" to czwarty i zdaje się najsłynniejszy krążek zespołu (nie wiem czy w sumie też nie najbardziej udany). To tu znajdują się sztandarowe utwory takie jak "All We Are" i "I Rule the Ruins" (ten ostatnio mocno siedzi mi w głowie). To nic innego jak porywająca heavy metalowa jazda w najlepszym wykonaniu. Wpadające w ucho gitary, świetne wokale Doro i zapadające w pamięć refreny to esencja tej płyty. Brylują tu nie tylko dwa wspomniane wcześniej klasyki, ale także takie kompozycje jak "East Meets West", "Kiss of Death" czy bardzo nośne "Metal Tango". Trochę szkoda, że drogi zespołu i Doro się rozeszły, no ale cóż, przynajmniej ten układ zostawił po sobie 4 bardzo dobre albumy, którymi stale można się delektować. Uważam, że dorobek Warlock zasługiwał i nadal zasługuje na o wiele większą uwagę i uznanie niż to miało miejsce.
Ogromny plus należy się za okładkę "Triumph and Agony". Moim zdaniem taka stylizacja na starą fantastykę bardzo tu pasuje, niektórym może wydawać się iż jest to bliższe power metalowej estetyce, ale tutaj pasuje równie dobrze. Udowodniły to już takie zespoły jak chociażby Cirith Ungol czy Manilla Road.
Cóż tu więcej mówić, tą konkretną płytę jak i resztę z dyskografii Warlock szczerze polecam wszystkim miłośnikom klasycznego heavy metalu. Tym co jeszcze nie mieli przyjemności z płytami tej grupy zalecam zacząć własnie od tego krążka.



piątek, 7 października 2016

Scorpions- Crazy World (Mercury Records 1990)

Dziś jakoś natchnęło mnie ma posłuchanie sobie Scorpions. Sięgnąłem po płytę, której nie słuchałem stosunkowo dawno, ot jakoś specjalnie za nią nie szaleję, ale co jakiś czas wypada sobie odświeżyć. Mowa tu o "Crazy World". Jest to bez wątpienia najlepiej sprzedający się album tej grupy, głównie za sprawą ballady "Wind of Change", chyba najbardziej rozpoznawalnego utworu Scorpions. W sumie był on chyba pierwszym rockowym utworem jaki w życiu usłyszałem, miałem chyba wtedy 4, czy 5 lat (rodzice nieco pomogli mi przypomnieć sobie ten fakt). Płyta jest moim zdaniem trochę przereklamowana, niemniej jednak nie pozbawiona jest dobrych momentów, a na pewno nie dobrego brzmienia.


Na "Crazy World" składa się 11 utworów. Płyta jest w pewnym stopniu przełomowym dla grupy krążkiem jak, że zrezygnowano ze współpracy z długoletnim producentem Dieterem Dierksem na rzecz Keitha Olsena. Wprowadził on zespół w nowe dziesięciolecie inicjując nowe brzmienie, bardziej przebojowe i może odrobinę cięższe w stosunku do wcześniejszych produkcji. Natomiast kawałki na niej zawarte nie są kompozycyjnie już tak świeże. To nadal ten sam intensywny, chwytliwy, hiciarski hard rock, tylko podany trochę inaczej niż dotychczas. Najbardziej zapadły mi w pamięć typowe rockery w postaci "Tease Me Please Me" oraz "Dont't Believe Her", lekko nastrojowy "To Be With You in Heaven", "Restless Nights" ze stonowaną zwrotką i dynamicznym refrenem i całkiem przyjemna balladka "Send Me An Angel", która została przez "Wind of Change" zepchnięta na margines. No właśnie, dlaczego nie wymieniam tu tego utworu? Przyczyna jest prosta, nie uważam, że muzycznie zasługuje na to czego się dochrapał. Uderzył w dobry czas i miejsce za sprawą swojego radiowego charakteru i tekstu o zmianach na arenie politycznej wschodniej Europy, które miały wtedy miejsce. Temat wtedy bardzo nośny, tak więc mieli hit w kieszeni. Nie chcę mu specjalnie umniejszać bo nie jest to zła kompozycja, ale jego status jest w moim mniemaniu mocno na wyrost.
"Crazy World" to płyta zaczynająca kolejny etap w historii zespołu. Byli wtedy u absolutnego szczytu swojej kariery, już nigdy później nie przebili sukcesu żadnej ze swoich starszych płyt, ale swoimi osiągnięciami na stałe weszli do kanonu rockowego grania. Jakoś szczególnie tej płyty nie polecam bo mają sporo lepszych w swoim dorobku, ale i nie zniechęcam, w razie braku innych priorytetów można śmiało po nią sięgnąć.