środa, 7 września 2016

Alice Cooper- Trash (Epic 1989)

Alice Cooper, jedna z ikon muzyki rockowej z bogatym i wieloletnim stażem na scenie, źródło inspiracji dla niezliczonych rzesz muzyków, idol z dzieciństwa dla wielu młodych fanów rocka i metalu. Tak właśnie! Mało kto nie wymienia tego twórcy wśród swoich pierwszych fascynacji ciężkimi brzmieniami. Nazwa Alice Cooper często wymieniana jest w towarzystwie takich zespołów jak chociażby Kiss, W.A.S.P. czy Venom, nie tylko ze względu na swoją muzykę, ale także na wyrazisty i oryginalny wizerunek. Demoniczny make-up, show sceniczny pełen pirotechniki i otoczki rodem z horroru. Wykonawca bez wątpienia przełomowy i ważny w historii rocka.


Płyta "Trash" należy chyba do najpopularniejszych i najbardziej przebojowych w karierze Alice'a. Wypełniona jest po brzegi hitami, perfekcyjnie wyprodukowana i bardzo przystępna dla szerszego grona odbiorców. Bynajmniej nie jest to zarzut bo płyty słucha się wybornie. Kawałki takie jak singlowy "Poison", "House of Fire" czy "Bed of Nails" są tak chwytliwe, że chcąc nie chcąc chodzisz potem po domu i stale nucisz refreny pod nosem. Podobnie jest z innymi piosenkami z tego albumu, na uwagę zasługuję jeszcze chociażby "Spark in the Dark" i romantyczna ballada "Only My Heart Talkin'" zaśpiewana w duecie ze Stevenem Tylerem z Aerosmith. Z resztą co się dziwić, że płytka wygląda tak, a nie inaczej. Alice chciał się ponownie wybić po kryzysie z lat 80-tych, zawojować listy przebojów, także w pewnym sensie oczywistym zabiegiem było znalezienie producenta który zna się na robieniu hitów, a Desmond Child to był właśnie ktoś taki.
Reasumując, mimo swojej komercyjności, a może właśnie dzięki niej, wyszła bardzo przyjemna płytka i faktycznie naznaczyła powrót Alice'a do formy. Cel został zatem osiągnięty. Do krążka chce się wracać bo to po prostu solidne, hard rockowe granie które cieszy i które nigdy się nie zestarzeje.