Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Mark. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Mark. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 lutego 2017

Necrophobic- The Nocturnal Silence (Black Mark 1993/ Hammerheart Records 2015)

Rok 1993 na mroźnej północy nie był już tak sprzyjający dla death metalowych wydawnictw jak poprzedzające go lata, głównie ze względu na rosnącą w siłę scenę Black Metalową. Niemniej jednak wciąż powstawały płyty autentycznie wybitne, które dopiero po latach doczekały się należnego im wtedy uznania. Jednym z takich dzieł jest niezaprzeczalnie "The Nocturnal Silence" szwedzkiego Necrophobic.
Album nagrany został w marcu 1993 roku nie gdzie indziej jak w sztokholmskim studiu Sunlight pod czujnym okiem Tomasa Skogsberga. "The Nocturnal Silence" nie należy może do kamieni milowych gatunku i z pewnością na tamtą chwilę, w generalnym rozrachunku, nie dał rady przebić wydanego w tym samym czasie "The Somberlain", poniekąd bratniego w sztuce, Dissection. Myślę, że spowodowane to było głównie tym, że zespół Nodtveidta, nie tyle co bardziej otwarcie korespondował z rządzącym wtedy Black Metalem, co po prostu miał więcej szczęścia jeżeli chodzi o wydawcę. No Fashion z pewnością poradziła sobie z promocją lepiej od Black Mark (które wydało debiut Necrophobic), której nie udało się specjalnie wypromować żadnej ze swoich grup z wyjątkiem Bathory i może Edge of Sanity.
"The Nocturnal Silence" jest jednym z pierwszych albumów na których Death Metal połączył swe siły z namiastką swojego młodszego i mroczniejszego kolegi (głównie ze względu na wokal), oraz odrobiną melodyjności (solówki Parlanda na tej płycie to czysty geniusz!). Na albumie prym wiodą gęste wysunięte naprzód gitary, które serwują słuchaczowi cały wachlarz niezrównanych riffów, wypełnionych okazyjnymi smaczkami. Wszystko to podparte jest solidną sekcją rytmiczną, , klarownym, dynamicznym brzmieniem, a kropką nad "i" jest wszechobecna, zakorzeniona w mroku atmosfera. Myślę, że gdyby ta płyta ukazała się w bardziej sprzyjającym czasie i warunkach miałby szansę zyskać o wiele większy rozgłos i uznanie, na jakie autentycznie zasługiwała. Kunsztem kompozytorskim i niepodważalnym talentem Panowie z Necrophobic, a zwłaszcza Parland (często zastanawiam się jak daleko Necrophobic mógłby zajść gdyby nie opuścił grupy), wcale nie ustępują tuzom z Entombed, Dismember czy właśnie Dissection. "The Nocturnal Silence" niewątpliwie znajduje dla siebie miejsce wśród tych albumów z których szwedzka scena powinna być dumna. W tym przypadku jakakolwiek rekomendacja jest zbyteczna, tą płytę trzeba znać!


czwartek, 22 grudnia 2016

Bathory- Bathory (Black Mark 1984)

To już nawet nie jest sama muzyka, to jeden wielki kawał historii. Jedna z najbardziej wpływowych płyt jakie zrodziła metalowa scena, i to nie tylko w ramach Black Metalu. Bathory zaistniał dzięki wydanej w 1984 roku składance "Scandinavian Metal Attack" na której znalazły się nagrania najbardziej obiecujących w tamtym czasie grup z mroźnej części Europy. Zespół Quorthona znalazł się na niej przez przypadek, jako że jedna z kapel odpadła z listy. Nikt specjalnie nie spodziewał się, że to właśnie Bathory wzbudzi największe zainteresowanie. Kompozycje "Sacrifice" (tutaj w wolniejszej wersji) oraz "The Return of Darkness and Evil", które znalazły się na owej kompilacji, z marszu zyskały sobie fanów. Zaowocowało to rychłą sesją nagraniową i wydaniem debiutanckiej płyty. Ten kultowy już materiał powstał w 56 godzin w studiu zwanym "Heavenshore". Było to nic innego jak stary, zatęchły, przesiąknięty dymem papierosowym garaż przystosowany do rejestrowania demówek. Zespół miał do dyspozycji jednego Ibaneza Destroyer, bardzo skromny zestaw perkusyjny z jednym talerzem oraz mały wzmacniacz (zero przesteru!). W takich warunkach, bazując na tak ograniczonym sprzęcie udało się Quorthonowi nagrać płytę, której słuchają kolejne pokolenia metalowych wyjadaczy, dzieło ponadczasowe.
"Bathory" to 8 (faktycznie 9, intro "Storm of Damnation" zostało wplecione w "Hades", Quorthon po prostu o nim zapomniał tworząc tracklistę, późniejsze wydania poprawiono) zalatujących siarką kawałków, które emanują energią, mrokiem i brzmieniowym brudem. Takie strzały jak "Reaper", "Sacrifice", "In Conspiracy with Satan" czy "Necromansy" (błąd jak najbardziej świadomy, z braku gotyckiego "c" użyto "s", przecież to prawie to samo nie? ;) ) zapamiętuje się z marszu, to poniekąd elementarz tych pierwszych metalowych wyziewów z piekła rodem. Jest w tym punkowa prostota, chwytliwość Motorhead i czarci pazur spod znaku Venom, o którym lider grupy w tamtym czasie podobno nie słyszał (jakoś ciężko w to uwierzyć).
Sama okładka to też temat wymagający kilku zdań. Z pewnością jedna z bardziej rozpoznawalnych pośród metalowej sztuki. Kto tego kozła nie zna i nie kojarzy? Chyba tylko neofici. Owo rogate stworzenie to nic innego jak kolaż który powstał z różnych wycinek plus dorysowana odręcznie sierść. Oryginalnie kozioł miał by wydrukowany w złotym kolorze, ale tnąc koszty postawiono na coś mniej więcej w ten deseń. No i tak oto mamy barwę kanarkowo- żółtą. Rzecz jasna Quorthon nie był z tego faktu zadowolony i tylko 1000 sztuk w tej wersji poszło w obieg. Kolejne wydania były już czarno- białe.
Co tu dużo mówić, ta płyta to klasyk, którego już nic i nikt z piedestału nie zrzuci. Wciąż jest inspirujący, wciąż świeży i wciąż chce się go słuchać. Rekomendacja zbyteczna.




wtorek, 8 listopada 2016

Bathory- Under the Sign of the Black Mark (Black Mark 1987/ 1990)

Z pewnością nie popełnię błędu stwierdzając, że o tej płycie zostało już powiedziane chyba wszystko. W sumie nie ma co się dziwić. Drugiego albumu równie ważnego dla black metalu i niedoścignionego w swoim brzmieniu i atmosferze próżno szukać. Wydany w 1987 "Under the Sign of the Black Mark" był doskonałym zwieńczeniem, rzec można, diabelskiej trylogii Bathory. Płyta zasadniczo różniła się od swoich dwóch poprzedniczek na których obecna była piekielna dawka rock 'n' rolla wywodząca się od takich zespołów jak Motorhead, a później Venom. Na tym albumie Quorthon postawił na różnorodność kompozycji i nieco inną, bardziej wyrafinowaną w swej prostocie strukturę. Wokale też stały się bardziej dojrzałe, ale nie mniej obłąkane i demoniczne.
Największym atutem albumu jest niewątpliwie jego atmosfera. Ciężko w tej dziedzinie o płytę której klimat mógłby choć w połowie dorównać "Under the Sign of the Black Mark". Płyta zdaje się mieć drugie dno, jakby dźwięki na niej zawarte przedostawały się z jakiś otchłani, efekt jest niesamowity, jakby nad wszystkim wisiała jakaś nienazwana groźba. Sporo dały tu użyte na albumie pogłosy, których celem było przede wszystkim tuszowanie błędów i kamuflaż dla kiepskiej jakości sprzętu na jakim przyszło zespołowi nagrywać. Efekt totalnie niezamierzony, a nadał całości niepowtarzalnego charakteru. Wystarczy posłuchać takich utworów jak "Woman of Dark Desires" (w tym kawałku klawisze zrobiły niesamowitą robotę, posłuchajcie, a będziecie wiedzieli o co chodzi), "Call from the Grave" z iście grobowym klimatem, czy potężny "Enter the Eternal Fire". Bardzo zaskakującym jest fakt, że Quorthon szczerze tej płyty nie znosi. Nic mu się na niej nie podoba, ani wokal, ani brzmienie, nic, wolałby o niej zapomnieć. Cóż, często jest tak, że dzieła najmniej lubiane przez swych twórców są ubóstwiane przez fanów.
Wydaniu "Under the Sign of the Black Mark" towarzyszyły pierwsze wyjazdy Quorthona w celach promowania albumu. Mowa tu nie tylko o spotkaniach z fanami w sklepach płytowych w obrębie Szwecji, ale także o wyprawie do USA do której zdołał namówić młodego Forsberga jego ojciec. Wtedy też, miał okazję spotkać się z członkami Slayer. Oczywiście, jak to u Bathory, o koncertach nie mogło być mowy.
Reasumując, jest to płyta o wręcz nieocenionym wpływie oraz znaczeniu dla rodzącej się sceny nie tylko black, ale i death metalowej. To swoisty monument, który nigdy nie został i raczej nigdy nie zostanie dościgniony. Ja ten album uwielbiam. Kult, mistrzostwo i co tam jeszcze chcecie!