Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanctuary Records. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanctuary Records. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 lipca 2017

Venom- At War With Satan (Neat Records, Sanctuary 1984/ 2002)

Od dawien dawna, nawet najstarsi dziadowie nie pamiętają, "Welcome to Hell" był moim faworytem jeżeli chodzi o Venom. Ostatnio jednak coraz bardziej zacząłem w tej kwestii zmieniać kurs na "At War With Satan", sam nie wiem dokładnie dlaczego. Myślę, że chyba w końcu przyszło mi mocno docenić skrywany potencjał tej płyty i jej autentyczną dojrzałość formy i treści.
Rok 84' był szczytowym momentem kariery Venom. Niesieni na fali sukcesów "Welcome to Hell" oraz "Black Metal" grali największe koncerty w swojej karierze wspomagani takimi, wtedy dopiero rozpościerającymi swoje skrzydła, ekipami jak Metallica, Exodus czy Slayer. Wraz z wydaniem czwartego krążka "Possessed" zaczęła się już niestety równia pochyła. No ale nie o tym tu będzie mowa. Wydany wiosną 1984 roku "At War With Satan" zaskoczył zarówno fanów jak i krytykę i podzielił ich zwolenników na dwa obozy. Na szczęście tych którzy wypowiadali się o albumie w pozytywach było znacznie więcej. Bardzo odważnym, ale myślę nad wyraz udanym, przedsięwzięciem była chęć stworzenia poniekąd koncept albumu i zaserwowania fanom aż 20 minutowej suity tytułowej. A tu się dzieje! Już sam basowy pomruk na wstępie kończony razem z gitarą i perkusją momentalnie zapada w pamięć. Potem człowiek już łazi i nuci pod nosem. Pełno w tej kompozycji zmian tempa i klimatu, masa świetnych riffów i przejść, no nie sposób się tu nudzić i te 20 minut zlatuje nie wiadomo kiedy. Pozostała część albumu to już dopełnienie głównego rozkładu jazdy jakim jest tu przede wszystkim utwór tytułowy. Mamy typowo venomowe galopady w postaci "Rip Ride" czy chociażby "Woman, Leather and Hell" oraz mój ulubiony tutaj, obok rzecz jasna "At War...", "Cry Wolf". Pozostałe "Genocide" oraz "Stand Up (And Be Counted)" też wcale nie są złe i sroce spod ogona nie wypadły, zacnie dopełniają komplet. Natomiast zamykający album, żartobliwy "Aaaaaaarrghh" jest moim zdaniem kompletnie nie potrzebny. Ot sterta hałasu i różnych śmichów chichów nie wiadomo po jaką cholerę. Trzeba podkreślić, że "At War With Satan" był nie tylko krokiem naprzód pod względem kompozycyjnym, ale także brzmieniowym. Venom pozbył się odrobiny swojej uprzedniej szeleszczącej surowizny na rzecz odrobiny przejrzystości co zauważalnie uwydatniło walory ich sztuki. Powstało najlepsze pod tym kątem wydawnictwo jakie Venom kiedykolwiek wypluli i piękne podsumowanie klasycznej trylogii tego zespołu. Jako ciekawostkę dodam, że płycie miło towarzyszyć wydanie książki "The Book of Armageddon" w której miała być w pełni opisana historia walki sił piekła i nieba (chyba nie trzeba mówić kto wyszedł zwycięsko) przedstawiona w tytułowej kompozycji płyty. Niestety projekt ten nie doszedł do skutku.
Poniżej zaprezentowana reedycja z 2002 posiada całkiem ciekawe bonusy w postaci kawałków z epek/ singli wydanych w tamtym czasie, min. świetny "The Seven Gates of Hell", zapadający w pamięć i całkiem nośny "Warhead" oraz kultowy "Manitou" (uwielbiam!). Takie bonusy to ja rozumiem, a nie po kilka wersji tego samego kawałka lub live-y. Warto brać jeżeli nie ma się pierwszego wydania, solidna robota.


niedziela, 18 czerwca 2017

Helloween- Keeper of the Seven Keys pt. I (Noise Records 1987/ Castle Music, Sanctuary 2006)

Pierwsza piątka moich płyt wszech czasów, album który nigdy nie przestanie mnie wciągać, zachwycać i co tam jeszcze chcecie. Sentyment, masa wspomnień i niezmierzona wręcz frajda ze słuchania, tyle lat i płyta nie potrafi sobą zanudzić, choćbym nie wiem ile ją katował.
Helloween to, obok takich potęg jak Accept, Running Wild czy Grave Digger, niezaprzeczalnie piedestał niemieckiego heavy metalu. Ich pierwsze trzy płyty to ścisła klasyka zarówno dla wspomnianego, tradycyjnego heavy metalu, jak i podwaliny dla tworu zwanego powszechnie power metalem. "Keeper of the Seven Keys pt.I" to dla mnie swoiste opus magnum całego ich dorobku (rzecz jasna szacun dla II-ki i "Walls of Jericho" bo to także wybitne dzieła). Ten album jest pięknym przykładem sztuki skończonej, która nie zawiera ani jednego zbędnego elementu i która bez jakiegokolwiek z nich nie byłaby tym samym. Pierwotnie album miał być materiałem dwupłytowym, bez podziału wydawniczego na cz. I i II. Niestety wytwórnia nie wyraziła na to zgody, przez co pierwszego z Keeperów świat ujrzał w 1987, a drugiego rok później. Album jest wręcz kopalnią różnego typu kompozycji, mamy świetne, budujące klimat oraz atmosferę intro i outro, które znakomicie otwierają i zamykają owe dzieło, wypełnione świetnymi melodiami i riffami galopady w postaci "I'm Alive", "A Little Time" czy, po dziś dzień jednego z największych hitów Helloween, "Future World". Mamy majestatyczny, prawie epicki "Twilight of the Gods", niemal prog metalowy, skomponowany w całości przez Hansena "Helloween" oraz jedną z lepszych ballad w gatunku jakie do tej pory słyszałem czyli "A Tale That Wasn't Right". Owa płyta to także zmiana na pozycji wokalisty. Kai Hansen, który do tamtej pory musiał obsługiwać zarówno wokal jak i gitarę, został w tej pierwszej kwestii odciążony przez młodego i niesamowicie utalentowanego Michaela Kiske, obdarzonego bardzo charakterystyczną barwą głosu i prawie halfordowskimi "górami". Wpasował się w grupę z marszu i już na pierwszym albumie w jej barwach pokazał niesamowitą klasę. No i czego tu chcieć więcej? Takie dzieła łyka się bez popitki i zapamiętuje na całe życie, i nie trzeba ich polecać, jest to absolutnie zbędne!
Poniżej przedstawiałem posiadaną przez siebie reedycję Keepera I, wydaną w 2006 roku. Poza oryginalnym rozkładem jazdy posiada parę bonusów z których najciekawszym jest nagrany ponownie, tym razem z Kiske na wokalu, "Victim of Fate" (śmiem twierdzić, że wyszedł równie dobrze jak wersja z EP "Helloween") oraz "Starlight", który znalazł się oryginalnie na singlu "Future World".


poniedziałek, 25 lipca 2016

Overkill, czyli pewnego razu na jarmarku

Lato 2005 roku, Jarmark Dominikański. Żar leje się z nieba, a ja początkujący entuzjasta metalowej sztuki buszuję między stoiskami płytowymi. Przeglądając kolejne rządki płytek na jednym ze straganów mój wzrok pada na pewną okładkę. Widnieje na niej stwór o o olbrzymich kłach, który wydaje się eksplodować od wewnątrz. Niesamowity przekaz tego co może znajdować się na krążku. Spoglądam na tytuł i nazwę zespołu: Motorhead- Overkill. "Hmm, chyba gdzieś już tą nazwę słyszałem, podobno klasyka zatem trzeba mieć, poza tym genialna okładka, dobra, nie ma nad czym się zastanawiać. Biorę!". Wieczorem, gdy tylko nadarzyła się sposobność dorwałem się do swojego discmana i nie zwlekając odpaliłem nowy nabytek. No i kopara opadła. Wchodzi podwójna stopa i mocarna, szarżująca ściana gitary i basu, no poezja po prostu. Jedna z pierwszych płyt metalowych, które kupiłem i od razu taki strzał!


Tytułowy "Overkill" to dla mnie do tej pory jedna z najlepszych kompozycji Motorhead. Płyta nie szczędzi nam nieśmiertelnych klasyków. Mamy tu "Stay Clean, "No Class" oraz "Damage Case" (notabene scoverowany przez Metallicę). Na uwagę zasługują też niesamowicie chwytliwy "I'll be Your Sister" i raptownie rozpędzający się, zamykający płytę "Limb from Limb".
Pewnie wielu z was może się ze mną nie zgodzić, ale zdecydowanie stawiam ten album ponad "Ace of Spades". Ma nieopisaną wprost energię i emanuje tą pierwotną pasją, którą zespoły kipią na początku swej działalności. To własnie na tej płycie zaczęła w pełni budzić się do życia bestia Motorhead. To od tej płyty wszystko potoczyło się lawinowo i na niej ukształtował się niepowtarzalny styl i brzmienie tej grupy. O tym jaki wpływ miały pierwsze płyty Motorhead na rodzącą się scenę metalową lat 80-tych już chyba nie muszę mówić. Gdyby nie oni nie byłoby chociażby Metallici, być może i Venom.
Jeżeli miałbym polecić jakąś płytę komuś kto dopiero chce zacząć swoją przygodę z muzyką Motorhead to bez wątpienia wskazałbym właśnie Overkill, jak dla mnie to wizytówka tego zespołu i płyta monument. Wielką stratą jest fakt, że już nie dane będzie nam cieszyć się kolejnymi płytami (RIP Lemmy). Zespół zasłużenie przeszedł do legendy jako niedościgniony piewca tego co w ciężkiej muzie najważniejsze.
Poniżej moja reedycja tego klasyka wzbogacona o bonusowe utwory.